Strona Główna
Klub ŻARu
Kultura w OM
Nr poprzedni
W numerze:
Od Redakcji >>>
V MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
DECYZJA JURY - LAUREACI >>>
PREZENTACJE LITERACKIE
Utwory Laureatów V MKMFL w kategorii poezji: Stanisława Machowiaka, Krystyny Łagowskiej, Doroty Bagińskiej >>>
PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Ryszard Lenc, godło Balaam: Łyżka, widelec i nóż >>>
Magdalena Krytkowska, godło Ida: Ptaki są wolne >>>
Jarosław Gniatkowski, godło Kary: Przejście >>>
NOWOŚCI WYDAWNICZE
Tomik poezji Krystyny Łagowskiej Poczta Powstańcza >>>
FELIETON - ZAPATRZENIA
Piotr Stanisław Król - Mały kącik literata >>>
Od Redakcji
Aleja Filozofów kończy się... Co jest po drugiej stronie?
(Andrzej Zaniewski - Nasturcja, gra która trwa)
Literatura to poszukiwanie najcelniejszych imion dla zdarzeń, uczuć, przedmiotów, które nas otaczają. A jednocześnie porównywanie się z tymi z przeszłości, których dzieła zachwycały i rozbudzały pragnienia by im dorównać, a nawet prześcignąć. A więc odnajdywanie i pozostawianie swych śladów w czasie, śladów tak kruchych, jak książki, ulotne druki, notatki. Świadomość, że nasze marzenia, myśli, uczucia, życiorysy stają się dzięki temu ważne dla czytelników dodaje sił, pomaga nie tylko pisać, ale i żyć, a niekiedy niemal przywraca młodość. Chcesz zanotować, zatrzymać fakt, doświadczenia, impresję i jakże jesteś szczęśliwy, że udało się, że wygrałeś, odniosłeś małe zwycięstwo na kartce, a nawet na bibułce w kawiarni. A wbrew pozorom jest to zwycięstwo bardzo trwałe i najpiękniejsze z możliwych.
Grupa literacka ŻARu nie powstała przypadkowo. Wokół niezwykłej i silnej osobowości Andrzeja Żakowskiego zgromadzili się ludzie pióra. Nie było łatwo, ale trudności, bariery, przeszkody, to dla pisarzy z ŻARu nowe wyzwania i próby, szanse sprawdzenia samych siebie i przekonania do siebie tych, którzy patrzą z ironią.
Przyciągają się indywidualności i przeciwieństwa. To z nich powstaje grupa. Przeciwstawiają się sobie, kłócą, często zwalczają, a nawet niszczą wzajemnie. Wystarczy przeczytać Wspólny pokój Uniłowskiego, aby zrozumieć i przyczyny, i skutki. Podobnie działo się we Współczesności i w o pół pokolenia dalej usytuowanych w historii literatury Hybrydach".
Indywidualnościom najłatwiej przetrwać w grupie, bo staje się ona ich azylem, bezpiecznym, chociaż chwilowym portem. Grupa stwarza możliwości zarówno ukrycia się, jak i zabłyśnięcia, a co najważniejsze - rywalizacji. Przeważnie, chociaż nie zawsze, zarysowuje się pewien wzór: najpierw trzeba się poznać, zbliżyć, zaakceptować, później odnaleźć własną drogę, własną oryginalność, własny cel, stworzyć swój literacki etos lub etosik, popłynąć rzeką za wizją ŻAR-ptaka, rzadziej wypłynąć na ocean. Można uderzyć pięścią w stół i zatrzasnąć drzwi, można wymknąć się ukradkiem, bezszelestnie; można pozostać i czekać, i pracować... Ideą zawsze jest przetrwanie, konieczność pisania, potrzeba wielokrotnego spełniania się, tak by nasze myśli pozostały, kiedy nas już zabraknie.
Klub ŻAR istnieje już pięć lat. Spokojna, lecz jakże konkretna i celowa praca: Ireny Pursy podczas warsztatów, Sekrety ŻARu wypieszczone przez redaktora Piotra Stanisława Króla, który w ostatnim czasie, razem z Amandą Zaniewską (oprawa graficzna) nadał kształt nareszcie wydanemu poetyckiemu debiutowi Krystyny Łagowskiej pt.: Poczta Powstańcza (piszemy o tym na s. 20), liczne wydania innych autorów, nagrody konkursowe, spotkania autorskie - to wszystko tworzy swoisty klimat tej niezwykłej grupy pisarzy. A są jeszcze i malarze, i muzycy oraz liczna, coraz liczniejsza rzesza przyjaciół.
Do przytulnej sali w Domu Literatury, gdzie czytali niegdyś swe utwory m.in.: Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Andrzejewski, Zofia Nałkowska i Maria Dąbrowska, Robert Graves, Jean Paul Sartre, Jean Cocteau i Erskine Caldwell - przybyli 15. czerwca b.r. z okazji jubileuszowego V Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej pisarze sprawni inaczej"... I przybyli chyba nie tylko na tę chwilę.
Andrzej Zaniewski
I Powrót na górę I
V MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
Decyzja Jury
W dniu 15 czerwca 2005 roku w Domu Literatury w Warszawie odbyła się uroczysta Gala wieńcząca jubileuszowy V Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej organizowany przez:
OKRĘG MAZOWIECKI POLSKIEGO ZWIĄZKU NIEWIDOMYCH
przy współpracy:
BIURA PROMOCJI MIASTA
pod patronatem:
BURMISTRZA DZIELNICY WARSZAWA ŚRÓDMIEŚCIE
Po krótkim wstępie muzyczno-wokalnym zespołu ECHO pod kierownictwem Jana Czerwińskiego odbyło się forum literackie, w którym głos zabrali kolejno: Jan Zdzisław Brudnicki - krytyk literacki, Andrzej Zaniewski - pisarz, Stanisław Stanik - krytyk i poeta oraz Piotr Stanisław Król - publicysta, redaktor kwartalnika Sekrety ŻARu". Omówiono temat roli i znaczenia grup literackich w różnych środowiskach twórczych.
Następnie zgromadzeni goście wysłuchali koncertu fortepianowego Marka Andraszewskiego, znakomitego muzyka, multiinstrumentalisty.
Po tym wstępie Andrzej Zaniewski - przewodniczący jury V MKMFL odczytał długo oczekiwany werdykt.
Jury w składzie:
Andrzej Zaniewski (ZLP) - przewodniczący
Irena Pursa (Klub Twórczości ŻAR) - wiceprzewodnicząca
Stanisław Stanik (ZLP) - sekretarz
Jan Zdzisław Brudnicki (ZLP) - członek
Marek Wawrzkiewicz (ZLP) - członek
przyznało następujące nagrody i wyróżnienia:
W KATEGORII POEZJI:
I miejsce - Stanisław Machowiak z Poznania, godło: Stan"
II miejsce - Krystyna Łagowska z Warszawy, godło: Jutro"
III miejsce - Dorota Bagińska z Warszawy, godło: Dotka 76"
Wyróżnienia:
Maksymilian Kozłowski z Mogilna, godło: Makosz"
Jan Polkowski z Kobyłki, godło: Janek"
W KATEGORII PROZY:
I miejsce - Ryszard Lenc z Katowic, godło: Balaam"
II miejsce - Magdalena Krytkowska z Opatówka, godło: Ida"
III miejsce - Jarosław Gniatkowski z Warszawy, godło: Kary"
Wyróżnienia:
Henryka Kuźma-Kluge z Białegostoku, godło: Matylda"
Małgorzata Tuora z Warszawy, godło: Satyria
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA
Stanisław Machowiak
godło: Stan"
Laureat I miejsca w V MKMFL
NIE LĘKAJ SIĘ
Kimkolwiek jesteś
nie lękaj się światła
nocą iskrzących gwiazd
bijących serc
słów wypełnionych blaskiem
dobroci
Nie lękaj się ciszy
milczących kamieni
przyjścia Boga
Druga strona światła
to także On.
BĘDZIESZ POWRACAĆ!
(Oldze)
Odfrunęłaś wiatrem
za rozległy ocean
Czy na innym kontynencie
serca biją tak mocno
jak na ziemi Norwida
czy chleb smakuje
jak w rodzinnym domu?
Długo będziesz powracać
światłem
które mi przynosiłaś
kroplami łez
wygasisz niebo
Na wyspach serc zostanie
nasza miłość
***
Przyjazny sercom wiatr
zaniósł moje wołanie
poza brzeg oceanu
dobrze wiedziałem
że wrócisz
DLA DRUGIEGO CZŁOWIEKA
(Pamięci Michała Kaziowa)
Zabrałeś Boże ręce
abym cię nie biczował
wygasiłeś oczy
żebym nie widział nieba
zostaw mi chociaż serce
niech bije
dla drugiego człowieka
***
Powróciłem Boże
zgodnie z Twoją wolą
by kochać
Co uczyniłeś z moimi rękami
nie mogłem Ci przynieść
nawet garści prochu
Dlaczego wydarłeś moje oczy
nie mogłem podziwiać Twoich dzieł
Pozwól mi chociaż mówić
Dziękować za spotkanie
na drodze bez powrotu
Krystyna Łagowska
godło: Jutro"
Laureatka II miejsca w V MKMFL
PIEŚŃ ŻYWOTA
Akt. I. - krzyk
Narodziny istnienia
Akt . II. - zmaganie
Księga drzewa
Uchwycić czas
Akt. III. - milczenie
Palec na ustach
Mleczna Droga z rozbitego dzbana
CZERŃ NIEWIDZIALNA
Czerń nie ma odcieni
Jest mrokiem
Goryczą
Zwątpieniem
Gasnącym marzeniem
Karą za niedopełnione czyny
A może łaską?
Wyróżnieniem
Nagrodą,
By móc spojrzeć w głąb siebie
Zrozumieć drugiego człowieka
Dotykiem dłoni.
TWORZENIE
Kreską pociągniętą
Ołówkiem w dłoni
Pędzelkiem
Otwieramy własny świat
Przędziwa myśli
Przelewamy na
Karton malarski
Kształt rzeźby z marmuru
Poezję
Niewyśpiewaną pieśń
PRZEDRANEK
Przesiane kropelki jasności
Drżące i zagubione
W ciemnościach pokoju,
Jakby czuło się w dłoniach
Trzepoczące serduszko
Przerażonego ptaszka
Ciemność jest
nieropoznawalną
nieznaną
dźwiękiem niewypowiedzianych słów
Dorota Bagińska
godło: Dotka 76"
Laureatka III miejsca w V MKMFL
PIĘTNO
Przywiązali go do mnie
Jak imię
Zamiast czerwonej wstążki
I noszę go jak stygmat
W trójkącie twarzy
W którą każdy może rzucić
Ostrym słowem
Naturalnie ludzie boją się
Noszonego w sobie strachu
Pożegnanie
Uniosę w oczach
Ten słony cień
Mew na błękicie
W kieszeni zamknę
Warkocz z wszystkich wiatrów
A w muszli pamięci
Szum fal o każdej porze
Wszystko powróci
Kroplą w zimową noc.
LITERATURA
Napisano już wszystko
O bzach, różach, gwiazdach
Uczuciach, deszczach
Rozstaniach, powrotach...
I nic, wszystko tak samo
Rumieńce chmury i wiosny
Nie zmądrzeli poeci
Piszą dalej...
Ziemia się kręci
Ludzie recytują wiersze
Przy świecach gwiazd
A mnie nie wolno...
Wszystko już powiedziano
Słowami bez znaczenia
POPOŁUDNIOWE SZEPTY
Plaża usypia leniwie
Jak kobieta zmęczona upałem
Słucham cię falo
Wędrująca z krain dalekich
Przynosisz niepokój sztormu
Echa syrenich kołysanek
Koronkę z sukni Afrodyty
Zaplątaną w zieleń podwodnych pałaców
- Znów tęsknię za Itaką...
BŁĘKIT
Widziałam cię znów, blisko...
Skoczyłam w błękit bez dna
- Na głowę.
Był zimny i czysty
Jak zapomniane niebo zimy,
Mój błękit bez dna
Odkrył mi zwykłe prawdy
O gwiazdach zbyt dalekich,
O światach nie do odkrycia
O tobie
Skoczyłam w błękit bez dna
Nie umiejąc pływać.
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE
PROZA
Ryszard Lenc godło Balaam
Laureat I miejsca w V MKMFL
ŁYŻKA, WIDELEC I NÓŻ
No i co się tak patrzysz? Nie widziałeś człowieka bez rąk? Taki się urodziłem, kurna jego mać - ręce zakończone tuż za łokciami, szczęście, że chociaż te łokcie są. A żebyś ty brachu widział, jak ja jeździłem na rowerze! Z góry od kościoła zjeżdżałem bez trzymanki, ze sto metrów prawie. No, kiedy mały byłem. Przyjezdne to mnie pokazywały palcami. A co to ja, cudak? Czy to cyrk jaki? A jak w nogę grałem! Masę miałem, to nikt mnie nie mógł ruszyć. Dwie, trzy kiwki i bania! Biegi i skoki też mi dobrze szły. Ale w siatę, w kosza, w pingla - to ja nigdy. W bilarda za to umiem grać i już niejednego frajera opitolilem i stawiać mi musiał. Postawiłbyś i ty kielonka, i piwo. Już się nie bój, potrafię wypić i bez rąk. W domu to mam łyżkę i widelec z rzemykami, które wkładam na te moje popieprzone ręce, i nawet nóż, ale trudno żebym z czymś takim chodził do baru, nie?
Dobre to piwo, kiedyś Żywiec smakował jak siki i dużo ludzi przerzuciło się na Tychy", ale nie ja. Ja jestem wierna gadzina, przetrzymałem, i teraz znowu jest gut, ale i tak już nie to, co kiedyś. Góral albo Tańcujące - to było piwo... Nie gap się, kurna, na te moje ręce, bo się zeźlę! Uraz mam taki i już, tutaj wiedzą i uważają. Bronek od Matulków raz tak po gębie tymi moimi kikutami dostał, aż pod stół wpadł, o tamten, koło bufetu. Bo zamiast w kufel, to we mnie gały cały wieczór wlepiał i mędrkował, że taki niby biedny jestem. No to zobaczył, kto biedny.
Dwóch nas się urodziło jednego czasu - Mietek i ja; Mietek zdrowy jak ryba, a mnie te dłonie odjęło jeszcze w brzuchu u matki. Mietek jest spoko, pomaga mi całe życie, ale teraz pannę ma, to się pewnie niedługo wyprowadzi i sam zostanę. On teraz na granicy ruskiej siedzi, bo celnikiem jest, a celników niektórych stąd zabrali, od kiedy z tą Unią kombinują. Za rok zostawią tylko urząd w Bielsku i Mietek tylko dlatego, że się żenić będzie, dostanie posadę w tym oddziale. A kawalerowie przesrane mają, bo już w tych lasach koło Ruslandu na wieki zostaną. Co tam robić i gdzie babę znaleźć? Chyba że Ruską, ale prędzej na niedźwiedzia nadepniesz niż co trafisz; tak mówią, to jak nie wierzyć. Brat gada, że wszystko jedno - miszka czy ruska kobita. Mietek fajny chłopak, ręce ma i chudy jak tyczka, to się lalom podoba. A ja i połowy rąk nie mam, i jeszcze gruby jestem, jak ta beczka piwa. Całe życie chce mi się jeść. Matce geranium raz wyżarłem - tak mi się żreć chciało, a stara wszystko przede mną zamknęła. To zjadłem jej tego kwiotka, a co... ze złości chyba. Lodówkę to na kłódkę przede mną zamykali, dobrze że mi Mietek swoje dawał abo ze sklepiku co przynosił.
Brandzlujesz się? No coś się tak wejrzał? Wszystkie tak robią, nawet nauczycielka od polskiego i historii, co jest od zeszłego roku, też to lubi. Mietek z Józkiem, tym naszym kuzynem, ją podglądali, to wiem. Ach i ach mówiła i rękami se to robiła. Mnie też chcieli potem wziąć, ale przeprowadziła się na piętro. Jak nie masz z kim... Ona dziwna jest i żaden chłopok stąd jej nie pasuje. To i ma, jak taka ważna. A ja nawet tego porządnie robić nie mogę. Jak takimi kulasami...? Niby mam metodę, w końcu przecież człowiek nie małpa i sposób jakiś znajdzie, nie? Musiałem coś, kurna, wymyślić, bo dziewuchy przecie żadnej nie znajdę. Która by chciała za takiego abfalla iść i w dodatku jeszcze grubasa? Abfall to po śląsku odpad. Te hanysy, co do letniskowych domków za lasem przyjeżdżają, tak na mnie wołały. Dam ja im odpada - któregoś razu to im wszystkie młode drzewka powyrywałem. Ale to było dawno, teraz już złości nie mam. Co one winne, że ja taki? No, wypijmy zdrowie. Przyniesę jeszcze po pięćdziesiątce i jakie czipsy. Widziałeś te małą, co sprzedaje w bufecie? Niezła, co? Spyrka, właściciel Świerka", co pół roku nową kobitę w bufecie stawia. Mówi, że leniwe, ale ja wiem, że one długo jego amorów nie wytrzymują i same odchodzą. Kazia mi mówiła - lała tu piwo dwa albo trzy lata temu - że to skurczybyk jakich mało. Co on jej... strach słuchać.
Ale dziewczynę to bym chciał mieć, wiesz koleś - jakże ci na imię, Grzesiek? - odchudzę się, nawet już czytałem o takiej diecie, co ino zupę kapuścianą żre się po całych dniach. Abo to mi zupa z kapusty niezwyczajna? Tylko że ja mięso okrutnie lubię, a najbardziej schabowego, jak go mama z kiszoną i przysmażonymi ziemniakami na stół daje. No, jakby tak do osiemdziesięciu, choć do dziewięćdziesięciu zjechać, to może by się jaka znalazła. Są takie, wiesz? One to z miłości do Pana naszego robią. Myśli se taka, że jak za mąż wyjdzie za takiego innego, to jej Bozia w niebie od razu miejsce na zapas zrobi. Osobnik z wadą genetyczną to po ichniemu, a pojebaniec bez rąk po naszemu. Może tatulo pijany był, jak se używał i akurat mnie coś zmaścił? No, wypijże koleś na raz, coś ty, baba? A może kobitka na chałupę poleci? Sierota, co domu nigdy nie miała, to chciałaby być gospodynią, nie? A ja pół chałupy po ojcach mieć będę. Wierny jak ten pies jestem - mówiłem ci - co więcej potrzeba. I do kościoła chodzę, i na polityce się wyznaję, i czerwono-czarnych farbowańców nie lubię. Co więcej trza? Ino jej porządnie nie wymiętolę, bo jak?
Ojciec mi ten widelec i łyżkę zrobił - co to ci mówiłem - ale o protezie już nigdy nie było mowy. Stary OK jest, nie pije za dużo, nawet nie bił nas i matki, tylko głupi chłop z niego - jak sam nie zobaczy, to nie wymyśli. A na co ci, Jasiu, protezy? Toć masz te, które ci wyrychtowałem". I taka z nim gadka. Widziałem w telewizji film o takim lekarzu, co go niewinnie na śmierć skazali, on im z pociągu uciekł i potem go po całej Ameryce ścigali. O: Ścigany właśnie. Indiana go grał. Był tam morderca bez ręki, ale protezę super miał, z palcami-kleszczami na końcu. Tą protezą on te babke, żonę tego lekarza, raz-dwa zabił, ani pisnęła. Lepiej niż własną, kurna jego mać, lepiej niż rodzoną ręką. Fakt, potem go Indiana przydybał, ale przecie to Indy. Jakbym miał takie dwie protezy, to mógłbym normalne życie mieć, pracować, a nie na rencie durś siedzieć i domu tylko pilnować temu Italiańcowi. Bo ja se tak dorabiam. Chodzę z moim Kurtem - pies taki, owczarek prawdziwy, a ostry! - do tego domu, hen na górze, co prawie cały rok pusty stoi i Italiano boi się, żeby mu kto co nie ukradł abo ty chałupy nie spalił. No to siedzimy tak od rana do wieczora i stróżujemy. Trzy stówki z tego mam, renty - pięć, i jakoś da się żyć. Gorzej, jak mamusia z ojcem pomrą, ale wtedy to może z Mieciulą i jego babą razem zamieszkamy. Bo ja to zgodny jestem, nie ma ze mną kłopotu. Fajna jest ta dziewczyna Miecia, ma długie włosy, do pasa, i pierogi ruskie umie robić, prawdziwe: z cebulą, serem i ziemniakami. Halinka jej na imię. Ładnie, nie?
...Winylowe mówisz, bez klamer? Zalewasz... No widzisz, psiakrew - w Europie winylowe, a u nas z bukowego drzewa. Wypijmy lepiej po maluchu, bo mnie skręci z tych nerw. No to... Ale ty coś, Grzesiula, migasz się. Czyś ty policjant jaki? Urzędnik? Urzędniki przecie pić potrafią; tyle tych łapówek bierzeta, że w barku to pewnie każdy ma z dziesięć flaszek. Nie? Eee, zalewasz Grzesiu. Przyjeżdża tu taka jedna, chyba kasjerką jest abo inną znaczną osobą - ta jak w tango pójdzie, to jej mało który chłop dorówna. Ode mnie głowę silniejszą ma - to na pewno, a jak w bilarda gra! Okiem tak przymierza, zamyka je i otwiera - ki czort - a jak walnie, to od razu kula w dziurze. Inne letniki-Hanysy już nie takie ciekawe. Siedzą razem, osobno, po cichu piją, całkiem jak nie Niemce. Bo Hanys to prawie jak Niemiec, nie? Jest jeden taki, co wcale nie pije, no! Przychodzi tu z żoną abo córką, zamówią colę i lody, posiedzą, partyjkę zagrają. Znam go, bo ojciec razem ze starym Kurkiem więźbę mu robił, będzie już z dziesięć lat; ładny domek, nie powiem, fikuśny, ale nie taki, jak te nowe - z modrzewia, z gontami, co to je górale z Zakopanego stawiają. Z Zakopanego se do roboty biorą, jakby nasze gorsze były. A Kurek to chyba ze sto domów wyrychtował, i tu w Bańdówce, i w Malikach, i w Solance. Stary jest a krzepki, widziałem jak młodego Antka od Kubiców na rękę położył. A Antek to kawał chłopa. Ale ze mną by nie dał rady, gdybym ino miał porządne ręce. Ja to silny jestem, na nogi to nikt mi rady nie da - raz jak któregoś ścisnąłem moimi kulasami, to ani dychał. To i w rękach też bym każdego jednego załatwił, nie?
Czekaj, bo mi coś do zęba wlazło, mało ich już mam, a to, co jest, dziurawe jak sito. Ale nie bolą. Ty wiesz, że mnie nigdy ząb nie bolał? Psują się i wypadają. I już. A Mietek, jak go napieprza ząb, to po ścianach chodzi i woła, żeby go zabić. Ta jego poprzednia dziewucha to go ciągnęła do dentystów, do miasta, ale czy to coś da, jak ci Pan Bóg co przeznaczył? Mnie łatkę przypiął i już miałem przesrane. I ani Matka Przenajświętsza, ani Anioł Stróż już nic nie mogli zrobić. Tak było zapisane od początku świata: Janek Chowaniec bez rąk". Co, nie wierzysz mi? Pan Bóg tak postanowił, żebym ja za czyjeś grzechy cierpiał. Tak mi kiedyś ksiądz na spowiedzi odpustowej powiedział. To mu kazałem swoje ręce pokazać: A księdzu jegomości co zapisał nasz Ojciec w niebie?". Tak to jest, jeden ma do przodu, a drugi do tyłu. Przesrane...
A wiesz Grzesiu - czekaj, zapalę i napiję się piwka; dobre, nie zanadto chrzczone, bo piana długo stoi. Spyrka wie, żeby mu gębę obili, jakby za bardzo kantował - wiesz, że ja to tani w utrzymaniu jestem? No bo tak: rękawiczek zimą nie noszę i koszule tylko z krótkimi rękawami, a przecież tańsze są niż z długimi i w mankietach się nie wycierają. Która to godzina? Dziesiąta? No to jeszcze po jednym i czas ku domu iść, jutro muszę ojcu przy chlewie pomóc, dziura się z tyłu zrobiła i złodziej może w nocy wleźć. Niby jest Kurt, ale psa mogą otruć. Mam swój zegarek, japoński, na łańcuszku - w kieszeni noszę - ale tera nieporęcznie wyciągnąć. Ano - zegarek też nie tam, gdzie trzeba.
Ciekawe, jakby wyglądał świat, gdyby wszyscy ludzie rąk nie mieli. A może by nas w ogóle nie było? Ale przynajmniej rąk do modlitwy nadaremno by nie składali, pięściami innym nie wygrażali, z karabinów nie strzelali, palcem złośliwie nie kiwali, nie salutowali w tym głupim woju - czyli może lepiej by było, co? Ale i głupio by było, bo kto by na palcach gwizdał, baby macał, zajączki na ścianie pokazywał, pisanki malował, kciuki za naszych trzymał, choć ćwoki z Solanką ciągle przegrywają, i na skrzypcach abo harmonii grał? To może jest lepiej, tak jak teraz? Z drugiej strony kombinuję se, żebymy co na to wymyślili; ludzie głupie nie są - skoro niektóre nogami malują, to może by i nogami na tych instrumentach grali? Organista w kościele przecie część melodii kulasami na pedałach wygrywa, no nie? Ty, a jakbym ja tak spróbował z tym malowaniem? To podobno duża kasa jest - jakieś Austriaki czy Niemce dają ci farby, pędzle i każą malować: a to kwiaty, a to góry, a to jakieś wzory. Co za sztuka taki wzór machnąć? Popytam się, może co w gminie wiedzą.
Patrz, Wronka przyszedł. Bogaty sukinsyn, w browarze robi. Dom nowy postawił, z prawdziwą dachówką, samochód co dwa lata zmienia - teraz francuski ma, peugeota z kocimi ślepiami - w Rzymie był, a jego córka, Renia, to w Anglii już dwa roki siedzi, pono do szkoły chodzi. A jeszcze niedawno bez majtek po lesie latała... Czekaj, czekaj, wysiudają też i Wronkę te Holendry z browaru, ino się lepiej rozejrzą i wszystko pochytają. Naszych powywalają, a swoich dadzą. U nich też krucho z robotą, to po co Polakom dawać zarobić, nie? Przesrane.
Czekaj, odlać się pójdę...
...Okidany ten klop, a do Unii chcą. Skwarek w ogóle o ten zajazd nie dba. Widziałeś te obrusy? Jak je pięć czy sześć lat temu położył, tak i do dziś leżą. Przepierze ino i dalej na stoły. A to dziura na dziurze. Jakby był drugi bar, to by się bardziej starał. A tak: monopol i nic nie poradzisz. Wypić gdzieś trzeba, chociaż koktajle po osiem ma, złodziej. I myśli, że chłop to na śmierdzącym stole wypije, że mu nie zależy gdzie i jak, ino dużo. Oj, dadzą mu popalić, jak tu z ty Brukseli przyjadą. Wstyd będzie, że o Jezu! Abo popatrz na te tapety: odrapane, a śmierdzą, jakby z obory je wyjęli.
Ale zaraz, zaraz, co ja chciałem... A, o ty naszy nauczycielce, ty co to... no wiesz. Zimą było, jakoś tuż po Bożym Narodzeniu. Poszedłem do szkoły po Ludwisię, córkę Józka, tego naszego kuzyna, bo do późna miała lekcje, a on w Żywcu na noc w robocie został. U nas w karnawale przebierańce po wsiach chodzą, nieraz całkiem pijane, to lepiej dziecka samego przez zaspy nie puszczać. Widziałeś ich kiedy? Cała kupa: śmierć, kościotrup, żołnierz, miś, ptak kolorowy, diabeł i jeszcze ze dwudziestu innych. Jak do chałupy wpadną, to aż strach - dopiero gorzałka ich uspokaja. Co ja... acha, siedzę se w korytarzu, aż tu ona wychodzi i zaczyna coś do mnie mówić. Przed oczami tak mi się jakoś ciemno zrobiło, słyszę, że mówi, ale nie wiem co, jej nie widzę. W końcu dotarło do mnie, że na herbatę mnie prosi: Zaraz koniec lekcji, teraz dzieci czytają lekturę, więc może panu herbaty zrobić?". Panu". Weszłem na górę, siadłem se, ona herbaty z rumem zrobiła, jakieś ciasteczka położyła i pyta mnie, kim jestem, co robię i takie tam inne. A da pan radę z tą herbatą?". Mowa!". Patrzę, mieszka ładnie, zielone kwiatki, książek wszędzie pełno - no, nauczycielka przecie, za to ji płacą, żeby czytała - radio, ino telewizora nie miała, może w kuchni? Opowiedziałem jej to i tamto, i taka mnie naraz odwaga zebrała, że nagle pytam się jej: Pani nauczycielko, pani jest mądra kobita, książek dużo czyta - niech mi pani powie, dlaczego mam takie ręce. Za co? Ksiądz wikary mi raz powiedział, że to za grzechy, ale ja przecież w brzuchu u mamusi grzeczny byłem. Dlaczego ja, a inne nie? Dlaczego ja, a nie, na ten przykład, nasz Mietek, mój brat? A ona na mnie jakoś tak popatrzyła - oczy to ma jak te dwa węgle - i odzywa się; z pamięci ci to, Grzesiu, mówię i coś przekręcić mogę: Panie Janku, tego nikt nie rozumie, czemu jedni cierpią, a inni nie. Los ("los", Grzesiu, los") odebrał panu normalne ręce, ale nie odebrał panu rozumu. Prawda, bez rąk nie byłoby cywili... cywilizacji ani kultury - tak powiedziała: k u l t u r y; to akurat mam spisane na kartce, gdzie ona... o, jest. I dalej w ten deseń: Bo jakby wyglądał świat bez: udręki, wyręki, zrękowin, poręki czy zaręczyn?. To wszystko od ręki idzie. Ludzie zacierają ręce, bronią się rękami i nogami, popierają się i wtedy ręka rękę myje, świerzbi ich ręka abo nie chcą przyłożyć ręki do... sprawy, wszędzie szukają ręki bożej i ciągle im ręce... opadają. To nasze przysłowia. Ale, wie pan co, panie Janku, więcej od ręki rozum znaczy. Więcej też od rozumu słów idzie". Tak to jakoś gadała, może trocha pokręciłem. Poszli my na dół, bo się lekcja akurat skoń- czyła. Ja tak se kombinuję, że może ona rację ma, bo ja wiem zresztą...
No, chodźmy, bo mnie jeszcze dobre dwa kilometry pod górę czekają. Pojutrze przyjeżdża do nas na letnisko kuzynka z Warszawy, muszę jeszcze pomóc pokój wyrychtować. Niewiele ona lepsza niż ja, tyle że akurat z nogami coś ma.
A wiesz co, tak se myślę: może się i kiedy ożenię. No dobra, ale gdzie ja te ślubną obrączkę bede nosił? Na łańcuszku, jak zegarek?
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE
PROZA
Magdalena Krytkowska godło Ida
Laureatka II miejsca w V MKMFL
PTAKI SĄ WOLNE
Siedziałam na miejskich plantach, nieopodal pomnika książki. Po dużych stronicach z brązu ślizgały się promienie słońca, jakby chciały odczytać zapisaną w nich treść. Na drugim końcu skweru stał pomnik poety, i można było pomyśleć, że to jego wiersze zapisane na jaśniejących metalicznym kartach. W promienny, letni dzień w szczególny sposób oddziaływał na mnie urok tego miejsca, gdzie w kształt obu pomników wpisała się pamięć mieszkańców o dziejach miasta. Lubiłam tu zatrzymać się na chwilę, w cieniu drzew i krzewów, pośród kwitnących na klombach kwiatów i spacerujących gołębi.
Autobus, na który czekałam, spóźniał się. Na plantach nie byłam sama. Obok mnie przechodzili ludzie spieszący na rynek, na ławce stojącej pod babilońską wierzbą ukryty w jej cieniu, siedział mężczyzna. Niewiele ode mnie starszy, przystojny, ubrany w elegancki garnitur. Pomiędzy ławkami, na których siedzieliśmy, dreptały gołębie. Podchodziły blisko w poszukiwaniu pokarmu. Wcale się nie bały. Mężczyzna przyglądał im się z upodobaniem i znawstwem. Wypatrywał w stadzie najładniejsze okazy i wodził za nimi zachwyconym spojrzeniem. Zna się na gołębiach"- pomyślałam. Przyjrzałam mu się z uwagą. Kogoś mi przypominał. Dawno temu spotkałam chłopaka. Nawet nie wiem jak miał na imię. Przyjechał z miasta na wieś, gdzie mieszkałam, do mojego wujka, który hodował gołębie pocztowe. Miał od niego odebrać książkę lotów.
Czy to możliwe, żeby siedzący na ławce mężczyzna w średnim wieku był tamtym chłopakiem? Chociaż... Tamtego widziałam tylko raz w życiu. Niczego nie mogłam być pewna. Zresztą, teraz, było to bez znaczenia. Nie miałam zamiaru nawiązywać z odpoczywającym na plantach mężczyzną kontaktu, wypytywać się. Odwróciłam od niego wzrok. Popatrzyłam na gołębie i przypomniałam sobie pewną rodzinną historię, która wydarzyła się w czasie wojny.
Mój dziadek był piekarzem. Zawód odziedziczył po swoim ojcu. Przed wojną dziadek posiadał dwie piekarnie. Jedną tam, gdzie mieszkał z rodziną, drugą w pobliskim miasteczku. Tę drugą prowadziła moja matka, wówczas młoda, przedsiębiorcza, dwudziestokilkuletnia dziewczyna. Piekarnią na wsi zajmował się dziadek wraz z najstarszy synem. Sklep z pieczywem prowadziła babcia. Dobrze im się powodziło. Wojna wiele zmieniła w życiu rodziny. Bardzo dobrze prosperującą piekarnię w mieście trzeba było zamknąć zaraz po ogłoszeniu wybuchu wojny. Dziadek z niepokojem myślał o piekarni przy domu. obawiał się wysiedlenia i utraty majątku, jakiego dorobił się ciężką pracą.
Jednak jego piekarnia ostała się. Piekł w niej chleb nawet w czasie niemieckiej okupacji. Przed wysiedleniem uratowała go najlepsza jakość wypiekanego w okolicy pieczywa. Niemcy właśnie w dziadkowej piekarni zaopatrywali się w chleb. Wcześniej jednak przeprowadzili test. Wszystkim piekarzom przywieźli tę samą mąkę do wypieku, a potem próbowali, który chleb jest najlepszy. Kiedy zarzucano dziadkowi, że piecze chleb również dla Niemców zawsze odpowiadał: ja piekę chleb dla ludzi".
Dzieci dziadek miał czworo, oprócz mojej matki jeszcze dwóch synów i córkę. Starszy syn z zapałem hodował gołębie pocztowe. W czasie wojny nie było go w Polsce. Zmobilizowany, zaraz na początku wojny dostał się do niewoli i przebywał w obozie jenieckim na terenie Niemiec niedaleko granicy ze Szwajcarią. Uciekł stamtąd do Szwajcarii, skąd przedostał się najpierw do Francji, potem do Anglii. Do końca wojny służył w armii gen. Andersa. Pod nieobecność wujka gołębiami zajmował się dziadek.
Hodowla gołębi pocztowych w czasie wojny była zabroniona. Nie wiem pod jaką karą; myślę, że surową. Może groził za to obóz koncentracyjny, może więzienie. Było to niebezpieczne, ale dziadek wcale nie spieszył się ze zlikwidowaniem hodowli. Gołębnik znajdował się na strychu domu, akurat nad pomieszczeniami piekarni. Ptaki miały tam ciepło. Królowały wśród nich wspaniałe okazy rzadkich wtedy pawików.
Gołębie były piękne, ale administracja niemiecka nie pozwalała ich hodować Polakom, wobec czego zaraz na początku wojny zgłosił się po nie osiedlony w sąsiedniej wsi Niemiec. Znał się na ptakach. Był zapalonym hodowcą. Pawiki spodobały mu się od razu. Dziadek klął pod nosem, bo był człowiekiem popędliwym, ale gołębie oddał. Nie mógł narażać rodziny. I bez tego mieli kłopoty. Dzieci dziadka chciano wywieźć na roboty do Niemiec. Musiały ukrywać się po okolicznych wioskach, często zmieniając miejsce pobytu. Dziadek bał się też, że straci piekarnię. Kiedy więc pewnego wieczora Niemiec przyjechał po gołębie, dziadek ptaki połapał i oddał. Zapytany przez babcię, coś mruczał pod nosem, kiedy je oddawał odpowiedział: Wrócą, nie martw się". Ale babcię akurat ta dziadkowa pewność zmartwiła.
Dziadek nie mylił się. Bo choć trzymano jakiś czas gołębie w klatkach, to jak tylko je wypuszczono, wróciły. Niemiec nie dał za wygraną. Szybko po nie przybył. Jak po swoje. Przyjechał bryczką. Groził. Kazał gołębie złapać i ponownie zarekwirował. Tym razem trzymał je dłużej w zamknięciu, mimo to zaraz po otwarciu klatek gołębie wróciły do dziadkowego gospodarstwa. Obsiadły dach domu i piekarni. Dreptały dumnie po podwórku. Zaglądały do stajni wyszukując rozsypane ziarna owsa. Babcia patrzyła na nie zatroskana, dziadek z ukontentowaniem. Przemawiał do nich. Cieszył się, że wróciły choć nie miał wątpliwości, że nie na długo. Wyglądało na to, że dziadek toczy swą prywatną ptasią wojnę z okupantem.
Kiedy po raz trzeci niemiecki gospodarz przyjechał po gołębie, był zły. Widać było jak narasta w nim wściekłość z powodu przegrywanej z dziadkiem rywalizacji o ptasie względy. Gołębie zabrał, a dziadka zapewnił, że i tak będą jego, nawet gdyby miał im podciąć skrzydła. Wtedy dziadek poprosił, żeby tego nie robił, obiecał nawet, że jeśli wrócą, on sam odwiezie go do nowego właściciela.
Długo nie było widać w okolicy wujkowych pawików. Dziadek martwił się, czy też Niemiec nie spełnił groźby. Aż tu, któregoś dnia przybiegł do niego czeladnik piekarski z okrzykiem: Panie majster, niech pan tylko wyjrzy na drogę, czegoś takiego jeszcze jak żyję nie widziałem!".
Dziadek zaciekawiony, ale i zaniepokojony wyszedł przed dom. Spojrzał w kierunku rynku i niczego ciekawego nie zobaczył. Odwrócił głowę w drugą stronę, na drogę, gdzie całą szerokością brukowanej kocimi łbami szosy szło stado gołębi - wujkowych pocztowców. Szły piechotą. Dreptały wycieńczone. Miały powiązane skrzydła. Sznurki mocno wrzynały im się w grzbiety. Pazury miały pozdzierane. Szły zbitym stadem prosto do bramy, gdzie dziadek przechowywał konną platformę, która woził z młyna mąkę na chleb.
Na widok wracających piechotą ptaków dziadek rozpłakał się. Babcia zaszyła się w najciemniejszym kącie domu. Nikt tego dnia w piekarni nie mówił o niczym innym. Gołębiom rozwiązano skrzydła. Dziadek głaskał i prostował ich lśniące pióra. Obiecywał, że ich nie odda. Wypowiedział wtedy słowa, które do dzisiaj pamiętają w naszej rodzinie: nie dam, i niech się dzieje wola boska".
Trzy dni cała rodzina w napięciu i strachu czekała na reakcję Niemca. Kiedy ten wreszcie przyjechał, zawołał dziadka na stronę. Zapytał, czy gołębie wróciły i w jakim są stanie. Dziadek niczego nie ukrywał. Twarz Niemca była bez wyrazu. Niedobrze"- pomyślał dziadek. Mimo to powiedział: My, ludzie, mamy wojnę, ale ptaki są wolne". Zobaczył zły błysk w oczach Niemca. Przestraszył się. Zamilkł. Niemiec nie zmienił wyrazu twarzy. Spojrzał na dziadka i nieoczekiwanie przytaknął: Tak, ptaki są wolne"- i odjechał.
Jeszcze przez kilka następnych tygodni cała rodzina obawiała się skutków ptasiego przywiązania. Dzieci dziadek porozsyłał do okolicznych wsi. Cenniejsze przedmioty przekazał rodzinie i znajomym - żegnał się z wolnością. Czekał, na to, co zrobi Niemiec. Gołębie trzymał w zamkniętym gołębniku. W końcu zaufał Niemcowi. Wypuścił gołębie. Zatoczyły piękne koło i usiadły na dachu piekarni. Były wolne...
Po zakończeniu wojny wujek wrócił do kraju. Nie z niemieckiego obozu, lecz z Anglii, do której uciekł z niewoli. Wrócił do swojego gniazda, podobnie jak jego gołębie. Krótko cieszył się wolnością. Został aresztowany i za wojskową przeszłość osadzony w więzieniu. Kiedy wyszedł na wolność nie było już piekarni. Została zamknięta. To nie były dobre czasy dla prywatnej inicjatywy. Poszukał sobie innej pracy, lecz nadal hodował gołębie pocztowe. Nie było zakazu.
Niedawno, porządkując na strychu stare szpargały, znalazłam zapisaną ręką wujka księgę gołębich przelotów. Już miałam ją wrzucić do pieca, kiedy przypomniałam sobie tę historię z czasów wojny. Zostawiłam księgę, choć w naszej rodzinie nikt już nie hoduje pocztowych gołębi. We mnie pozostała sympatia do tych pięknych ptaków za ich wytrwałość i przywiązanie. Teraz tu, na miejskich plantach, wyraziłam ją mimowolnie mówiąc głośno: Piękne ptaki".
Mężczyzna siedzący naprzeciwko skinął na to głową, jakby chciał potwierdzić, ale nie przerwał obserwacji. Był zamyślony. Spokojnie wstałam z ławki. Odchodziłam wolno, by nie płoszyć gruchających gołębi.
- Skąd ich się tyle bierze - zdziwiłam się na głos.
- To dzikie gołębie. W mieście nie wolno ich hodować. Szkoda. Kiedyś hodowałem gołębie pocztowe - dobiegł mnie głos z ławki.
Wyglądało na to, że mężczyzna raptownie zmienił zachowanie. Porzucił zadumę. Odpowiedział na rzuconą przeze mnie od niechcenia uwagę, jakby chciał podtrzymać rozmowę, ale na przystanek podjeżdżał już mój autobus. Przyspieszyłam kroku. Wiedziałam, że mężczyzna patrzy za mną. Kiedy mijałam go, przyjrzałam się jego twarzy. Ciągle szukałam podobieństwa do spotkanego kilkadziesiąt lat temu chłopaka.
Zapamiętałam dobrze to spotkanie. Przyjechał wtedy do nas po książkę lotów. Wujka nie było w domu. Otworzyłam mu drzwi. Wyjaśniłam, że jestem wujka siostrzenicą. Ależ ja wtedy byłam młoda! Nosiłam długie rozpuszczone włosy. Były niesforne. Lśniły i przy każdym gwałtowniejszym ruchu unosiły się w powietrze. Zaprowadziłam chłopaka na strych. Otworzyłam gołębnik. Musieliśmy się schylić, żeby tam wejść. W lęgowych skrzynkach kokosiły się niespokojne samice. Ptaków było niewiele. Wyfrunęły na loty. Zaglądałam do skrzynek. Oglądałam ledwo opierzone pisklęta. Chłopak schylił się, chciał zrobić to samo. Kiedy nasze głowy dotknęły się, uniósł dłoń. Pomyślałam, że chce pogłaskać gołębie, a on delikatnie pogładził moje włosy. Podniosłam gwałtownie głowę. Spojrzałam chłopakowi w oczy. Były ciemne, ale jego spojrzenie uciekło ponad moją głowę. Na schodach rozległy się kroki. Do gołębnika wszedł wujek. Odeszłam. Chłopak zabrał książkę lotów i odjechał.
Kilka razy w życiu miałam ochotę zapytać wujka, co się z nim dzieje, lecz nigdy tego nie zrobiłam. Uważałam, że to nie ja powinnam szukać drogi powrotu.
Tak naprawdę, to wcale nie jestem pewna, czy ten spotkany przypadkowo mężczyzna to tamten chłopak. Może to tylko wspomnienia, jak dzikie gołębie, obsiadły mnie na miejskich plantach? Kiedy siedziałam już w autobusie, widziałam, jak mężczyzna wstał z ławki. Szedł przez planty. Gołębie rozstępowały przed nim. Nie wzbijały się do lotu.
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE
PROZA
Jarosław Gniatkowski godło Kary
Laureat III miejsca w V MKMFL
PRZEJŚCIE
W niewielkim pokoju ostry zapach smażonego karpia rywalizował ze świeżą wonią świerku. Ten ostatni, dzisiaj przyniesiony do domu, zdążył już rozmarznąć i coraz śmielej zaznaczał swoją obecność. Bogato przystrojony, radosny tysiącem świecidełek, stał pod ścianą niczym najważniejszy mebel. Jego lampki odbijały się w zaczernionych szybach okna. Pod lustrzanym odbiciem świątecznego drzewka znajdowało się biurko. Przy nim siedziała otulona szalem kobieta. Panowała cisza, którą przerywało monotonne tykanie zegara.
Ciemne wskazówki na pozłacanej tarczy wskazywały kwadrans po jedenastej. Była już noc, noc wigilii Bożego Narodzenia. Przed kobietą na biurku leżał oświetlony słabym światłem lampki, gruby zeszyt. Stanowił on jej dawno zapomniany pamiętnik. Nie zaglądała do niego może przez dwadzieścia lat. Miał pożółkłe kartki. Kiedy szukała go wśród książek na najwyższej półce, ogarnęła ją niewiarygodna chęć przeczytania starych zapisków. W ostatniej chwili zmieniła zdanie. Zdecydowała nie wracać do pokrytej kurzem przeszłości. Teraźniejszość, obecne wydarzenia, zmusiły ją do chwycenia za pióro i utrwalenia przeżyć na papierze. Przerzuciła zapisane strony, znalazła pierwszą wolną kartkę i starannie zanotowała:
24 grudnia 1999 roku
Po tak długiej przerwie, trudno mi zacząć. Nie wiem, czy powinnam spisać po krótce, co się ze mną działo, czy po prostu zacząć od dnia dzisiejszego. Obecnie mam już 44 lata. Mieszkam nadal w Warszawie i pracuję jako charakteryzatorka telewizyjna, czyli jestem wizażystką.
Dzisiejsza Wigilia miała nietypowy przebieg. Marek...
Nagle przerwała pisanie. Podniosła głowę i spojrzała przez okno. Na zewnątrz ułożony do snu świat nakrywał się śnieżną kołdrą. Ogromne i gęste płatki obracając się niczym w tańcu, majestatycznie zwiększały grubość pierzyny. Na samochodach, ławkach, drzewach i wszelakich innych przedmiotach tworzyły się owalne czapy. Światła z okien i latarni ulicznych rozpływały się po łanach śniegu dając złudne wrażenie, że ta noc jest jaśniejszą.
Lecz Elżbieta nie dostrzegała tego wszystkiego. Jej zamarła twarz i skupiony wzrok na jakimś nieokreślonym punkcie dowodziły, iż myślami jest zupełnie gdzie indziej.
- Proszę, zupa przed tobą. - powiedziała Elżbieta stawiając jednocześnie duży talerz na kuchennym stole. Młodzieniec o gęstych czarnych włosach uśmiechnął się, a nosem głęboko wciągnął zapach.
- Barszcz czerwony. Pycha - odpowiedział poszukując jednocześnie czegoś rękami po blacie.
- Ukraiński, synku. To barszcz ukraiński z fasolką i innymi warzywami. Łyżkę masz po prawej. Chcesz chleba?
- Ukraiński! - wykrzyknął z zadowoleniem. - Mój ulubiony. Tak, poproszę chleba, tylko dużą kromkę.
Odwróciła się i ukroiła potężną pajdę. Położyła ją na brzegu talerza. Chłopiec rozpoczął już jedzenie.
- Masz po lewej. - poinformowała i usiadła na przeciwko. Z zadowoleniem patrzyła jak Marek łapczywie spożywa. To taka jedna z matczynych przyjemności. Podać ugotowany obiad i rozkoszować się widokiem energicznie jedzącego dziecka. A zjeść to on mógł. Czasami żartowała, że łatwiej byłoby go ubrać niż wyżywić. Wciąż napełniana lodówka pustoszała niczym po przejściu tornada. Ale efekty były widoczne gołym okiem. Zmężniał, rozrósł się w barach. Przybierał coraz wyraźniejszą sylwetkę atlety. Twarz mu się wyciągnęła, a pod nosem, nieśmiało zaczął pojawiać się wąsik. Będzie przystojny! - myślała. - No i wysoki - już teraz miał metr osiemdziesiąt sześć wzrostu.
- Są dokładki? - błagalnym głosem zapytał Marek.
- Będziesz grubszy niż wyższy - delikatnie zadrwiła - I zamiast brzucha, będziesz nosił przed sobą wielką beczkę po piwie.
- Bez obawy. Spalę szybciej niż sadełko zdąży się zawiązać. A w najgorszym razie - tu wypiął maksymalnie brzuch i odchylił się do tyłu - będę zarabiał jako żywa reklama piwa.
Rozbawił ją podsunięty przez wyobraźnię wizerunek tłuściutkiego Pasibrzucha z animowanej kreskówki. Nalała mu drugą porcję i ukroiła nową równie potężną pajdę.
- Proszę, ale uważaj żebyś nie skończył jak smok wawelski.
- Nie pęknę, a przynajmniej nie dzisiaj, bo przecież idę na koncert.
- Koncert? - zapytała odruchowo szukając w pamięci informacji.
- No, w klubie studenckim Dark. Mówiłem mamie, że wybieramy się tam paczką z klasy. Ma być dzień bluesowy.
- Na bluesa? To dzisiaj?
- Jesteśmy umówieni za piętnaście szósta przy wejściu.
- No tak... - potwierdziła przypomniawszy sobie rozmowę na ten temat. Usiadła, a Marek zaczął ponownie ochoczo jeść. Przez dłuższy czas milczeli.
- Odprowadzę cię - oznajmiła stanowczo. - A, o której to ma się skończyć?
- Ależ mamo! - przerwał jedzenie i spojrzał prosto w jej oczy - Mamo, ja miałem pójść sam! Ja chcę pójść tam, sam! - wyrzucił poirytowany - Mamo, naprawdę nie musisz... - dodał spokojniej.
- Sam!?
- Mamo, sam. To niedaleko, znam drogę.
- Ale przecież...
- Tak, wiem! - przerwał jej.
- Chcesz powiedzieć, że jestem niewidomy! Jestem, ale umiem chodzić. Na coś się muszą przydać te lekcje chodzenia. Anka, moja instruktorka, jest ze mnie bardzo zadowolona. Przerabialiśmy już tę trasę. Dam sobie radę. Uwierz mi...
- Wierzę, ale...
- Mamo! Błagam! - złożył ręce jak do pacierza.
- Jedz, bo wystygnie - spokojnie zmieniła temat po chwili oczekiwania. W głowie miała zamęt. Miał rację. Potrafił świetnie chodzić z laską. Dobrze orientował się w terenie. I w zasadzie nie powinna mieć obaw. Z drugiej zaś strony do głosu dochodziły instynkty opiekuńcze, które zaprzeczały rozsądkowi. Nie umiała wybrać. Myśli bujały się niczym na huśtawce. Raz zwyciężał pragmatyzm, a za drugim razem uczucia. Szukała jakiegoś punktu zaczepienia. Wyjrzała przez okno i tam go znalazła.
- Może padać. Niebo jest bardzo zachmurzone - oznajmiła odbierając od Marka pusty talerz. - W czasie deszczu ciężko się chodzi.
- To pryszcz. Jest listopad. - zbagatelizował. Wstał, podszedł do matki i objął ją ramieniem. - Bardzo dobra zupka. Najadłem się do syta.
- Ale może jednak jeszcze tym razem... - wracała do poprzedniego wątku.
- Nic z tego. Przecież już skończyłem siedemnaście lat. Nie mogę wciąż chodzić trzymając się spódniczki mamusi. - Nachylił się do jej ucha i szeptem dokończył - W taki sposób nigdy nie znajdę sobie dziewczyny. Która by chciała maminsynka? A chyba nie chcesz, żebym został starym, zgnuśniałym kawalerem, prawda? - i delikatnie pocałował jej policzek. Swoją synowską czułością rozbroił ją. Nie umiała znaleźć innych argumentów.
- No dobrze - zrezygnowała z dalszej dyskusji i poczęstowała go szturchańcem w żebra - Wygrałeś!
Uśmiechnął się triumfalnie.
- Jestem w łazience! - dorzucił wychodząc z kuchni.
Po niespełna godzinie był już czysty, pachnący, ubrany i gotowy do wyjścia.
- Wrócę między dziesiątą a jedenastą - rzucił z przedpokoju.
- Poczekaj! - podeszła do niego Elżbieta - Może jednak poszłabym za tobą? Nikt mnie nie zauważy. Słowo harcerza.
- Nawet nie próbuj - uśmiechnął się do niej. - Wyczuję twój zapach na kilometr. To nic trudnego. Trzeba przejść przez osiedle, dojść do ulicy Batorego, przejść na drugą stronę, potem w prawo do skrzyżowania, przejść na światłach, w lewo do mojego punktu orientacyjnego, skręcić w prawo i dróżka sama doprowadzi do klubu.
- Ale będziesz ostrożny? - poprawiła mu kołnierzyk.
- No dobrze, poproszę któregoś z kolegów, aby towarzyszył mi w powrotnej drodze. Już jesteś spokojniejsza?
- Idź, bo się spóźnisz.
- To pa.
Wyszedł, a ona zamknęła za nim drzwi. - I stało się, poszedł sam. - westchnęła. Była pewna, że nie zrobiła źle. Ale gdzieś głęboko odzywała się matczyna obawa. Cichy szept wprowadzający niepokój. - Pisklę wychodzi mi z gniazda. Muszę się z tym pogodzić! - skwitowała i udała się do kuchni.
Marek zbiegł już do połowy schodów, kiedy nagle się zatrzymał i wyciągnął przed siebie laskę. - Zgodnie z zasadami - pomyślał - Będę ostrożny dla mamy. Dalszą część schodów pokonał wolniej i dokładnie badał podłoże. Wyszedł z budynku i skręcił w prawo. Powiew chłodnego powietrza orzeźwił go. Automatycznie przestawił się na nasłuch otoczenia. Stuki laski, synchroniczne z krokami, dostarczały dodatkowych informacji. Rozpoznał zmianę dźwięku przy końcu budynku. Minął pierwszą alejkę w prawo i wymacał drugą. Skręcił w nią. Trafił na ławkę, właściwy znak rozpoznawczy. Wyminął ją bez zatrzymywania i poszedł dalej. Odbite dźwięki od ściany następnego budynku były sygnałem do zmiany kierunku w lewo. Przeszedł wzdłuż, minął przerwę i kolejny blok. Dotarł do osiedlowej uliczki. Zatrzymał się i upewnił, że nie słychać żadnego samochodu. Śmiało przeszedł na drugą stronę. Oczywiście, jak to zwykle bywa, trafił na zaparkowane auto. Niezrażony ominął je i ponownie znalazł się na chodniku. Właśnie zaczęło kropić. Postanowił przejść na skróty przez plac zabaw. Wyszukał skośną alejkę, zwolnił nieco i zwiększył robione laską łuki. Zderzenia z drabinkami nie należały do przyjemności. Udało mu się przejść niebezpieczny teren bez szwanku. Dotarł do ostatniego budynku. Za nim znajdowało się przejście dla pieszych na ulicy Batorego. Padało już mocniej, więc musiał założyć kaptur. Zmniejszyło to jego możliwości nasłuchowe, ale ruch słychać było wyraźnie. Dotarł do przejścia idealnie. Stanął na chodnikowych bąbelkach i czekał na ciszę. Przejechało kilka samochodów i wreszcie był pewny, że może bezpiecznie przejść. Wysunął laskę przed siebie, odczekał kilka sekund i ruszył. Ulica była szeroka. Nagle usłyszał ostry pisk opon. Zawahał się, ale dźwięk wyraźnie dochodził z lewej strony. Postanowił przyspieszyć. Lecz dźwięk zbliżał się bardzo szybko. Za szybko...!
Paweł zastukał do drzwi gabinetu ojca. Usłyszał spokojne, stłumione proszę". Z tonu głosu rozpoznał dobry humor taty. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
- Nie przeszkadzam? - zapytał mężczyznę w średnim wieku siedzącego za biurkiem.
- Ależ nie synku. Wiesz, że dla swoich dzieci zawsze mam czas. Proszę usiądź. - wskazał na fotel - Co cię sprowadza?
- Dziękuję, ale ja tylko na chwilkę. Nie mam nic ważnego - zapewnił łagodnie Paweł - Mama wyszła i chciałem tylko cię poinformować, że chcę wyjść dziś wieczór. Wybieram się z Wojtkiem do klubu Dark na koncert bluesowy. Przed dwunastą powinienem być z powrotem.
- No cóż, nie potrzebujesz mojego pozwolenia na wyjście, ale bardzo dziękuję za informację, gdzie będziesz. Mogę w takiej sytuacji życzyć ci miłej zabawy - odpowiedział ojciec kończąc serdecznym uśmiechem. Był dumny z szacunku, jakim obdarzał go syn. Jako biznesmen bardzo sobie cenił takt i kulturalne zachowanie.
- Mam jeszcze drobną prośbę w związku z tym - nieśmiało ciągnął dalej Paweł. - Czy będzie tacie dzisiaj potrzebny samochód? Bo mój jest w naprawie... Mmógłbym pożyczyć taty?
Ich spojrzenia spotkały się. Starszy był nieco zdziwiony prośbą. Błyskawicznie rozważył za i przeciw. Mieszkali na peryferiach miasta. Nie chciał, aby dziecko tułało się w nocy środkami komunikacji podmiejskiej. Zresztą Paweł zdążył już dowieść odpowiedzialności.
- Ach wy dzisiejsi studenci. Za moich czasów człowiek się cieszył, jak udało mu się złapać nocny autobus. Teraz każdy musi mieć koniecznie własne auto.
Uśmiechnął się i wyjął z szuflady kluczyki i dokumenty - Ale jak zobaczę jedną rysę, to cię przełożę przez kolano i... narobię wstydu - żartobliwie pogroził palcem - Proszę. Tylko uważaj, bo to szatan nie samochód.
- Bardzo dziękuję - ucieszył się z ulgą Paweł. - Będę dbał bardziej niż o własny. To ja już pędzę, bo kolega czeka.
Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie.
- Jaki kit staremu wsadziłeś, że ci swoją furę kopsnął? Zapytał Wojtek siedząc wygodnie na przednim siedzeniu BMW.
- No wiesz, dobra gadka to u nas rodzinne. - odpowiedział dumnie Paweł nie odrywając się od prowadzenia. - Ale niezła furka, co?
- Klasa - przytaknął głową - Skóry, mahonie, bajery, rowery i full wypas. Ile ma pod machą?
- Ze trzysta koni. Ale leci gładko.
- Człowieku, spoko. Asfalt zwija. Ile wyciągnie?
- Nie próbowałem, ale ze dwie i pół stówki to lekko.
- E tam, musi więcej. Teraz masz półtorej a nic nie czuć.
Wyprzedzili kolejne samochody. Paweł wciąż jechał lewym pasem. Zbliżali się do pierwszych blokowisk. Ruch stawał się coraz gęstszy i siłą rzeczy musieli trochę zwolnić. Zatrzymali się na światłach.
- W ile wyrywa do setki?- ciągnął dalej z zainteresowaniem Wojtek.
- Bo ja wiem. Pewnie z ósemkę.
- Będzie lepiej. Kopa musi mieć.
- To patrz! - zachęcił Paweł, kiedy zapalało się żółte światło. Na zielonym ruszył z ogromną szybkością.
- Brachu, ale w fotel wciska! - krzyknął rozradowany doświadczeniem Wojtek. - Ale odjazd. To się nazywa bryka. Nie ma co, dzisiaj wszystkie laski są twoje.
- Kadzisz, fura to fura.
- Paweł! - obruszył się kolega - Nie ściemniam. Laska na malucha nie wskoczy! Bryka twoją wizytówką. One są cwane. Kasa, stary, tylko kesz się liczy.
Zamilkli na chwilę. Byli już w środku miasta. Zaczął padać deszcz. Stanęli w korku.
- Może by jakąś muzyczkę? - zaproponował Wojtek przerywając ciszę. Paweł włączył radio. Z głośników popłynął jazz.
- Ma pleyera?
- Jasne.
- Mam płytkę, mogę puścić?
- Spoko.
Wojtek umieścił w odtwarzaczu krążek. Wnętrze auta wypełniła muzyka techno ze swoim charakterystycznym: łup-łup.
- Dodać czadu? Ciekawe ile te pudła mogą?
- No, daj po garach! - zgodził się ochoczo Paweł. Wojtek zaczął bawić się dźwiękiem. Pogłośnił prawie na maksa, dodał na full basów i wysokich.
- Ale czad! - starał się przekrzyczeć głośniki pasażer. - Normalnie kufer wyrywa!
Zniecierpliwiony korkiem Paweł postanowił zjechać z głównej trasy. Teraz jechał bocznymi bardziej luźnymi ulicami. Po kilkunastu minutach kręcenia się opłotkami wjechali na Batorego.
- Jaki masz rekord na tamtym zakręcie? - zapytał szczerze zaciekawiony Wojtek jednocześnie ściszając muzykę.
- Dziewięćdziesiątkę.
- Tą bryką wyciągniesz więcej. Sporo ponad stówę.
- Pada - odrzucił Paweł.
- Ale masz kapcie zimówki, co?
- No - wyrwało się kierowcy. Znał ten ostry zakręt bardzo dobrze. Znał też zabawę. Wygrywał ten, który z większą prędkością go pokonał. Nie był rekordzistą. Ale z tym samochodem jawiła się szansa triumfu. Miał też świadka. Dreszczyk podniecenia przeszedł mu po karku. Rzucił okiem na ulicę. Była zachęcająco pusta. Zdecydował się. Przełączył na szybszy bieg wycieraczki i dodał gazu.
- Patrz na prędkość! - rzucił do Wojtka. Samochód posłusznie przyśpieszył. Zakręt przybliżał się bardzo szybko. Z naprzeciwka wyskoczyły dwa pojazdy, ale nie zrezygnował. Ścisnął mocniej kierownicę. Zanim skręcił miał już setkę. Jeszcze silniej przydeptał pedał gazu. Samochód trzymał się dobrze. Wszedł w zakręt blisko prawej krawędzi. Był skupiony. Szło dobrze. W połowie skręcił mocniej kierownicę. Za mocno. Auto reagowało gwałtownie. Chciał naprawić błąd, ale stracił przyczepność. Wychodził już z zakrętu, kiedy nagle wyrzuciło go na przeciwny, lewy pas. Koła piszczały niesamowicie. Depnął z całej siły na hamulec, ale auto już nie reagowało na jego dyspozycje. Chciał skontrować kierownicą.
- Ślepy! Kurwa! - wrzasnął na całe gardło Wojtek.
Paweł też go zauważył. Na pasach był człowiek z laską, a oni jechali wprost na niego. Odruchowo ściągnął kierownicę w prawo. I już nie wiedział, co się dzieje. Było jedno tępe łupnięcie... latarnia... zaraz drugie, silne uderzenie... i stracił przytomność.
Elżbieta siedziała w swoim ulubionym fotelu i przy lampce czytała książkę. Panował spokój. Przyciszony telewizor nadawał lokalne wiadomości. Wanda, główna bohaterka powieści, właśnie wchodziła na pokład olbrzymiego parowca. Zadzwonił telefon. Elżbieta odebrała nie wstając z miejsca.
- Słucham.
- Dobry wieczór. Jestem lekarzem dyżurnym ze szpitala przy ulicy Bacha, czy pani zna pana Marka Woluszko?
Natychmiast ulotnił się obraz z Wandą. Elżbietę coś mocno ścisnęło za gardło. Poczuła nagły, ostry ból.
- Jestem jego matką... - odpowiedziała z trudem. W słuchawce nastąpiła chwila milczenia. Dla Elżbiety trwała całe wieki. Wyczekiwała wreszcie wiadomości. Obawiała się, że nie będzie to dobra informacja.
- Przepraszam, że to trochę długo trwało, ale mieliśmy problemy ze znalezieniem numeru telefonu. Pani syn miał wypadek i obecnie przechodzi operację w naszym szpitalu.
- Marek! - Wykrzyknęła zdezorientowana. Zamarła i bezwiednie opuściła słuchawkę. Po głowie przeleciało jej miliony różnych myśli. Nad żadną nie mogła się skupić. I choć w uszach ciągle brzmiały słowa: Marek i wypadek, nie mogła pojąć ich znaczenia. Po dłuższej chwili zorientowała się, że przedmiot, który trzyma coś wykrzykuje.
- Halo! Czy pani tam jest! Halo! Proszę się odezwać! Proszę pani! Halo!
- Tak - automatycznie powiedziała do słuchawki Elżbieta.
- Czy dobrze się pani czuje?
-Tak.
- Czy może pani przyjechać?
- Tak.
- Proszę pytać na izbie przyjęć.
- Tak.
- Na pewno dobrze się pani czuje?
- Na pewno.
- To zobaczymy się w szpitalu.
- Dobrze.
Elżbieta odłożyła słuchawkę. Spojrzała na telewizor. Była zupełnie odrętwiała. Ale coś z obrazu przykuło jej uwagę. Dotarło do jej świadomości. Pokazywali zdjęcia z ulicy Batorego. Jakiś rozbity samochód, tłumy gapiów, błyskające, niebieskie światła wozów policyjnych. Reporterka prowadziła wywiad z policjantem. Zaczęły docierać do niej pojedyncze słowa. I nagle było to zbliżenie. Połamana biała laska leżała przy krawężniku. - Mój Marek! - Zrozumiała nagle wszystko. - Mój Marek! - Zemdlała.
Młoda redaktorka na tle migoczących błękitem domów kończyła swój reportaż. - Okoliczni mieszkańcy określają ten zakręt zakrętem śmierci. Twierdzą, że często dochodzi tu do wyścigów samochodów i równie często do wypadków. Policja maksymalnie ograniczyła dopuszczalną prędkość. Nie może jednak ograniczyć bezmyślności i brawury młodocianych kierowców.
Z ulicy Batorego dla lokalnych wiadomości mówiła Joanna Kaniewska.
- O pani Elżbieta! Dzień dobry. Jak dobrze, że pani jest - zwrócił się do kobiety młody lekarz.
- Dzień dobry - wypowiedziała pośpiesznie i dodała natychmiast - Czy coś się zmieniło?
- Radykalnie nie. Ale stan nadal jest stabilny. Parametry życiowe powoli się polepszają. Musimy czekać, aż się obudzi.
- Ale się obudzi. Niech pan powie, obudzi się?
- Miał poważne obrażenia głowy. Operacja udała się. Teraz on musi się trochę postarać. Ale bądźmy dobrej myśli. Trzeba dostarczać mu bodźców dźwiękowych. Najlepsza w tym może być pani. Trzeba do niego dużo mówić.
- Mówić - powtórzyła kobieta i przeniosła wzrok na łóżko.
- Pani głos najlepiej zna, więc...
- Rozumiem, opowiem mu wszystkie blokowe plotki. Wysiliła się na drobny żart. Lecz nie było jej do śmiechu. Widok syna był przerażający. Leżał nieruchomy na plecach. Dookoła stało mnóstwo urządzeń i aparatów. Popodłączano do niego kilometry rurek. Na tle pościeli wyglądał niesamowicie blado i krucho. Siniaki na prawej ręce, zabandażowana cała głowa i złowieszczo stercząca do góry, zagipsowana lewa noga wyglądały koszmarnie. Praktycznie nie było miejsca, w które można by go dotknąć. A ona pragnęła go wręcz objąć i przytulić. Chciałaby... ale najważniejsze, że żył. Oddychał i wciąż istniała nadzieja, że to jeszcze nie koniec.
- Pani pozwoli, że państwa zostawię samych.
- A... tak. Dziękuję panu - obdarowała doktora uśmiechem.
Wyszedł. Podeszła bliżej. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej. Przychodziła tu od paru dni, ale wciąż nie mogła zaakceptować jego stanu. Serce ją bolało, a gardło samo się zaciskało.
- Cześć Marku - wydusiła ochryple.
Odpowiedziała cisza.
- To ja, mama... Lekarz mówił, że ci się polepsza... Ja się na tym nie znam, ale wyglądasz lepiej... Mówił, że już się wyspałeś... Że czas już się obudzić. I co o tym sądzisz? - chwyciła go za palce ręki. - No to może wylazłbyś już z łóżka! Wystarczy tego lenistwa!... Musisz się postarać... Nie trzeba dużo, ale zrób coś. Ty musisz być silny, rozumiesz. Zawsze byłeś silny. Jesteś mężczyzną, a mężczyźni muszą być silni. Tak jak twój oj...
Wstała i odwróciła się. Łzy nagle napłynęły jej do oczu. Myślała, że jest odporniejsza, ale nie wytrzymała. Nagle uświadomiła sobie, że chciała powiedzieć ojciec". Owszem, miał ojca, który zwiał. Uciekł, jak się dowiedział, że Marek jest niewidomy. Zostawił ją samą. Dostała kolejny cios od życia. Zawzięła się i walczyła. Walczyła o Marka, bo miała już tylko jego. I dla Marka, bo on miał tylko ją. Nocami wyła do poduszki, a rankiem znowu stawała do boju. Do dzisiaj pamięta radę starego profesora, który na jej pytanie, co ma robić, odpowiedział, że ma dużo pracy, że musi go nauczyć widzieć inaczej. Z wykształcenia była malarką. Zmieniła zawód i malowała dla dziecka świat bez barw. Uczyła się sama niewidzenia i uczyła dziecko dotyku, słuchania. Nie mogła dopuścić, aby Marek został bujającą się ze strachu sierotą. I uczyła go mówienia, chodzenia, szukania, głaskania, drapania. Taplała się z nim w błocie, w śniegu i na plaży. Turlała po dywanach, podłogach, trawnikach i materacach. Łazili po górach, jeździli na rowerze. Głaskali psy, koty, konie, świnki w chlewie i macali kury. Po ich naukach kuchnia wyglądała jak teren po bitwie. Przełamywała barierę strachu, choć sama drżała, czy coś mu się nie stanie. Ciężko, ale się rozwijał. W podstawówce szło mu bardzo dobrze. Już wtedy wynajęła instruktorkę, aby uczyła go samodzielnie chodzić.
Wzięła krzesło i przystawiła do łóżka. Usiadła. Zebrała się w sobie.
- Marek, pamiętasz, przez ile rzeczy żeśmy razem przeszli? Ile barier pokonaliśmy? Pokonamy i to. Uda nam się, tylko musisz chcieć...
Byku z twojej klasy był wczoraj. Przyniósł przepisane na dyskietce notatki z lekcji. Pozwoliłam mu wgrać je do twojego komputera. Powiedział, że założył jakiś folder, czy coś takiego i że wszystko będzie ci wgrywał uporządkowane. Jak wrócisz do domu, to szybciej będziesz mógł nadrobić zaległości. Siedział ze dwie godziny. Wszyscy w klasie na ciebie czekają. Oni wierzą w ciebie, wiesz? Trzymają kciuki... Marek, jeszcze nie skończyliśmy walki. Jeszcze nie poznałeś wszystkiego. Tyle pozostało rzeczy do zobaczenia, tyle miejsc do odwiedzenia. Nie możesz marnować czasu. Ja nadal jestem. Jestem przy tobie. Jesteś mi potrzebny...
Znów oczy napłynęły jej łzami. Odwróciła się w kierunku drzwi. Stał tam młody mężczyzna. Ubrany był w biały fartuch, ale nie był lekarzem. Miał bladą twarz i ogromny plaster na łuku brwiowym.
- Proszę pani...- powiedział powoli i niemal szeptem. - To ja... To znaczy... To ja prowadziłem ten samochód... To ja jestem... Jestem... - Nie mógł, nie wiedział co powiedzieć. Spuścił wzrok na ziemię.
- Adwokat... on mówił mi żebym nie przychodził... Ale ja... ja nie mogłem...
Elżbieta znieruchomiała. Odwróciła głowę. Zawrzały w niej emocje. Odezwały się wszystkie najgorsze uczucia, jakie żywiła do sprawcy wypadku. Teraz się wzmocniły i czuła ogromną złość, wręcz histeryczną wściekłość. Policzki zrobiły się gorące. Paliła ją własna krew. Ręce zaczęły drżeć. A więc on jest sprawcą. Morderca! Nienawidziła go za to, co zrobił. Co zrobił jej i dziecku. Za to, że zniszczył życie jej Marka. W kilku sekundach przekreślił jej historię, jej sens i cel. Zniweczył siedemnastoletnie wysiłki, trudy walki i pracę do upadłego. Zrównał z ziemią budowlę okupioną własnym potem i łzami. W niczym nie pomógł, ale zrujnował dosłownie wszystko. Zadał ból, gorszy niż śmiertelny ból. Jednym czynem zabił Małego i ją. I ona chciała odpłacić się mu tym samym. Mówiła sobie, że jak go dorwie, to własnymi rękami zamorduje. Bo jak nie będzie Marka, to ona nie ma po co żyć. Ale zanim umrze wydusi sprawiedliwość. Zemści się za swoje wszystkie krzywdy. I nikt jej nie powstrzyma. Tak myślała, nawet Bogu się to nie uda. Krew za krew, ból za ból, krzywda za krzywdę, śmierć za obie śmierci.
Nagle mężczyzna padł przed nią na kolana i objął jej nogi.
- Proszę pani... ja... ja nie chciałem... nie wiedziałem... Ja błagam... Nie jestem mordercą... On... Niech pani powie... On musi żyć... Ja tak bardzo, bardzo przepraszam... Ja wiem, wiem, że zrobiłem coś złego... Prze... - nie dokończył. Rozpłakał się jak małe dziecko na jej kolanach. Płakał długo.
- Błagam, przepraszam, pani musi... Ja proszę, chociaż pani, czy pani może mmi... przebaczyć... Ja już nigdy... Ja nie mogę z tym żyć...
Ujęła dłońmi jego głowę. Spojrzała mu prosto w oczy. I zobaczyła w nich ból, żal, trwogę. Zobaczyła prawdę, Prawdę o słabości człowieka. I nie mogła, nie była w stanie zrobić nic innego.
- Ja... Ja ci przebaczam! - powiedziała. I poczuła ulgę, jakiej dawno nie zaznała.
Elżbieta przebudziła się z letargu. Spojrzała do pamiętnika i pisała dalej:
...miał wypadek samochodowy. Na święta wypuścili go do domu ze szpitala. Bardzo mnie to ucieszyło. Znowu razem mogliśmy przygotowywać Wigilię. Trudno, że na wózku, ale razem.
Po raz pierwszy mieliśmy niespodziewanych gości. Przyszedł Paweł i jego ojciec. Paweł, sprawca wypadku Marka, przyszedł z przeprosinami. Jestem dumna z syna, przebaczył mu. Ojciec Pawła okazał się człowiekiem honoru. Sfinansuje pobyt i leczenie rehabilitacyjne Marka w Szwajcarii. Podobnież są tam najlepsi specjaliści. Jest szansa, że mój syn będzie chodził.
Rzuciła okiem na zegarek. Wskazywał za piętnaście północ. Zamknęła pamiętnik i wstała od biurka. - Trzeba iść już na Pasterkę, przecież dzisiaj Bóg się rodzi.
I Powrót na górę I
 NOWOŚCI WYDAWNICZE
Krystyna Łagowska
POCZTA POWSTAŃCZA Warszawa - lipiec - 2005
|
Krystyna Łagowska - ur. 4 czerwca 1926 roku we Włocławku, od kilkudziesięciu lat Warszawianka. Pisze wiersze, jak mówi: od zawsze". Laureatka II miejsca w V Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej w 2005 roku. Wielokrotnie publikowana w kwartalniku kulturalnym Sekrety ŻARu". Od kilku lat należy do grupy literackiej działającej przy Klubie Twórczości ŻAR w Okręgu Mazowieckim PZN.
Wyśmienita poetka, świadek czasów heroicznych, tragicznych, przynosi w swoim debiutanckim tomiku okruchy pamięci tamtych dni i sypie je nam do stóp. Trzeba się tylko po nie schylić, wczytać się w ten szczery, aż do bólu zapis. To jest wstrząsająca i poruszająca do głębi poezja, kontynuacja zaczętych i niedokończonych wierszy wielkich nieobecnych: Baczyńskiego, Gajcego i tych zapomnianych, nieznanych, których zetlałe, zapisane strofami wierszy kartki rozrzucił wiatr historii. Autorka skrzętnie je zbiera i przynosi nam w ocalałej Poczcie powstańczej: odległe echa zgiełku walk, odgłosy z barykad, płacz, szepty, ciszę... Pamięć.
Piotr Stanisław Król
Nota redakcyjna
|
Czym jest poezja? Wypowiedzią najbardziej osobistą? Wyznaniem marzeń? Pytaniem czy odpowiedzią, które wynikają z tej samej potrzeby zanotowania swej najbardziej osobistej refleksji, myśli ulotnej, która nagle staje się trwała i silna, jak mur. Wyznania, wspomnienia, przypomnienia Krystyny Łagowskiej przenoszą nas w świat, po którym na ulicach Warszawy pozostały pamiątkowe tablice, a gdzieniegdzie zatarte blizny po pociskach. Są to wiersze o pamięci, o powidokach zatrzymanych pod powiekami przez młodą dziewczynę uczestniczącą w sierpniu 44 w zdarzeniach, którym dzisiaj poświęca się pomniki i muzea, książki i symfonie. Wzrusza nas to, a równocześnie intryguje: dlaczego dopiero dzisiaj te znakomite wiersze zostają opublikowane, dlaczego ukazują się drukiem dopiero teraz? I jak to się dzieje, że autentyczni poeci milczą tak długo, chyba za długo, skazani na milczenie?
Krysia Łagowska jest autorką od lat znaną i uznaną, lecz tylko w zamkniętym kręgu tych kilkudziesięciu osób, przeważnie też piszących, z Polskiego Związku Niewidomych i Klubu Literackiego ŻAR", i może jeszcze w nieco poszerzonym środowisku tych kilkuset czytelników znakomicie redagowanego kwartalnika Sekrety ŻARu", gdzie sporadycznie publikuje swe wiersze. A przecież Krysia pisze od wielu lat... I pisze nie tylko o Warszawskim Powstaniu, tworzy bowiem codziennie, notuje, zapisuje w miarę systematycznie, w miarę możliwości, tworzy i odkłada, tworzy i chowa do szuflady, pozornie tylko dla siebie, ale przecież wiemy, że z ukrytą nadzieją, że czytelnicy ją odnajdą, że jej wrażliwość zostanie oceniona i doceniona, że spotka się z naszą wrażliwością, i zrozumieniem, i zachwytem.
Przypominam sobie nasze spacery w Zakopanem i wspólne czytanie wierszy w cieniu górskich świerków i jodeł. Krysia już wtedy wiedziała, że jej potrzebujemy, że słuchamy z uwagą, bo pisze pięknie, a myśli odkrywczo i mądrze, bo jej uczucia są szlachetne i nadaje im formę dzieła, które pozostanie. Jej wiersze są jak utwory muzyczne, zakomponowane precyzyjnie, z mistrzostwem - zawsze ze wstępem, zdaniem otwierającym i równie ważnym epilogiem, porywającym zakończeniem, sprowadzonym niekiedy do jednego słowa, znaczącego jak symbol, jak wykrzyknik...
Jestem - pisze autorka, bo zna wartość słów, wie, że chociaż są kruche i delikatne, to często są trwalsze i silniejsze niż mury, bramy, kanały, ruiny i ogień podkładany przez wrogów. Słowa nie umierają, zapisane stają się zrębami pamięci, nie tylko indywidualnej, również społecznej, narodowej.
Wiersze są szczere, autentyczne, oryginalne, nowocześnie zapisywane. Czytelnik ma wrażenie, że autorka pisze o sobie, że przebyła tą drogę w osamotnionym, płonącym mieście, wśród barykad, ruin, kanałów, wybuchów. A w przewieszonej przez ramię torbie, a może w plecaku, niosła obok listów, lekarstw, bandaży, kromek czerstwego chleba, również słowa, zanotowane pośpiesznie pierwsze wiersze. Fascynujące, przemawiające, poruszające... Jak dotarły i do mnie, i do młodej autorki pięknej oprawy graficznej i korespondujących z treścią wierszy czarno-białych ilustracji.
Oczekujemy Krysiu twej następnej książki, w której przekażesz nam swą mądrość doświadczenie i marzenia, świadomość uczestnictwa - narodową i kobiecą, myśli niezwykłe i proste, które być może pomogą nam żyć.
Andrzej Zaniewski - Jestem ze wstępu do tomiku
Krystyna Łagowska: Poczta Powstańcza, Wydanie I, Warszawa 2005 r., Zakład Nagrań i Wydawnictw ZN Sp. z o.o., okładka i ilustracje: Amanda Zaniewska,
ISBN 83-86728-02-7, ss. 48.
Krystyna Łagowska
NA SZANIEC
Rok 1944-ty
Pierwszy sierpnia
Upał praży
Rozgrzany bruk Warszawy
Powietrze wibruje
Tchnieniem Wolności
Drga niespokojnie
Jak przed burzą
Coś się stanie...
Prężą się ramiona
Błyszczą oczy
Nieskrywane
Pod powieką
Wybucha powstanie
Mały chłopiec
Schyla się
Co robisz?
Będę rzucał
Kamienie na szaniec".
("Poczta Powstańcza s. 13)
BEZ PŁACZU
Niech harfy nasze nie płaczą
Nie słuchaj ich skargi
Przestań wciąż zawodzić
Nad miastem konającym bez lęku
Nam wróżb Kasandry nie trzeba
Odwagę - przekazały pokolenia
Przynieś mi chleb ciepły, pachnący
I nie mów o klęsce
Niech harfy nasze nie płaczą
Nie słuchaj ich skargi.
("Poczta Powstańcza s. 27)
I Powrót na górę I
 FELIETON
Piotr Stanisław Król
Mały kącik literata
Aby odpowiedzieć sobie na pytanie, czym powinny być grupy literackie, należałoby chyba wpierw zadać pytanie - czym one nie powinny być. Nie powinny być to z pewnością gremia zbyt mocno sformalizowane, obarczone adminstracyjno-organizacyjnymi sztywnymi schematami. Twórca jest osobnikiem wolnym, wielbiącym wznosić się ponad zielone sukna stołów prezydialnych, sztywne paragrafy i wszelakie regulaminy. Małe grupy literackie nie powinny być zbyt hermetyczne, zamknięte, kiszące się we własnym sosiku i ciepełku wzajemnej adoracji.
Pamiętam, jak na początku ubiegłego roku zrodził się pewnego pięknego dnia pomysł stworzenia na bazie dotychczasowego, powielaczowego okazjonalnika Sekrety ŻARu w pełni profesjonalnego kwartalnika kulturalnego. Natychmiast starły się ze sobą dwie idee, dwie całkiem odmienne koncepcje. Pierwsza - to właśnie hermetyzacja, zamknięcie się we własnym gronie i publikacja twórczości tylko osób z tzw. środowiska". Druga koncepcja - której byłem gorącym zwolennikiem - to przełamywanie wszelkich barier, obalanie murów i rozbijanie w drobny mak kloszy izolujących twórców tzw. niepełnosprawnych od tzw. sprawnych. Na szczęście zwyciężyła ta druga koncepcja, zwyciężył zdrowy rozsądek.
Twórca niepełnosprawny, grupy twórców niepełnosprawnych... Czy słuchając IX Symfonii Ludiwka van Beethovena mówimy o symfonii głuchego kompozytora? Czy śledząc losy Odysa wiodącego dzielnych Achajów pod mury Troi ktokolwiek mówi, że prowadził ich po strofach swojego dzieła ślepy Homer? A Graham Green? Gdzie kto słyszał - to wielki pisarz, ale epileptyk biedaczyna... A Byron - kulawy poeta? Absurd. Nie ma czegoś takiego, jak twórca niepełnosprawny. Twórca - czy to poeta, czy prozaik, kompozytor, malarz - jest istotą wolną i nieskrępowaną: ani wózkiem inwalidzkim, ani białą laską, ani aparatem słuchowym, ani czymkolwiek. Twórca jest ponad to, nawet ponad swoje kalectwo, ponad swoją ułomność. Co najwyżej można by dyskutować o samej twórczości - mniej lub więcej sprawnej". Ale to całkiem inna historia.
Małe grupy literackie lubią przytulić się do jakiejś gościnnej organizacji, stowarzyszenia, czasami i przedsiębiorstwa. Niewiele trzeba: kilka krzeseł, stół, herbata, nawet niech będzie i cienka. Gdziekolwiek taka grupa jest, jej twórczość jest nadal nieograniczona i nieskrępowana. No bo, jakże to - czyż grupa literacka przy Spółdzielni Budowlanych w Bytomiu ma uprawiać twórczość murarską, lub sanitarno-hydrauliczną? A przy zakładach drobiarskich ma kwitnąć twórczość jajczarska, żeby nie powiedzieć jajcarska"...? Choć... to ostatnie - znając moich kolegów literatów - niewykluczone...
Czy warto być w grupie literackiej? Pamiętam dyskusję w naszej grupie nad jednym z moich opowiadań: Siedem poranków Alfreda.". Historia faceta w średnim wieku, siedem poranków, siedem, a w zasadzie sześć spotkań ze swoją Kaśką, zwaną Kicią. Nie do końca jest jasne, czy te spotkania są realne, czy są to omamy, wspomnienia, marzenia czy - rzeczywistość. Dyskusja była ostra, burzliwa. Siedziałem zasłuchany i dosyć zaskoczony, że mój skromny i niepozorny bohater wywołał takie emocje. Dyskutowano o stanie psychiki Alfreda, do czego przyczynił się niewątpliwie mój przyjaciel, doskonały pisarz Andrzej Zaniewski, mówiąc, że opowiadanie to jest czystym studium schizofrenii". Co się działo! Alfred jest wariatem, ma kłopoty z psychiką - przygwożdżano go szpilkami, niczym dziwacznego owada. I w pewnym momencie mała, filigranowa starsza pani, poetka, silnym, zdecydowanym głosem zaczęła protestować - Alfred nie jest wariatem! On po prostu kocha swoją Kicię, Alfred za nią TĘSKNI i jest NORMALNYM facetem! Pomyślałem wtedy, że dla takich pięknych kłótni i dla takich przednich krotochwil, warto być i uczestniczyć w grupach literackich!
Grupa literacka... Tak sobie myślę, że gdyby gdzieś na ziemi w jakimś odludnym miejscu, w promieniu tysiąca km kwadratowych mieszkało w oddaleniu np. dwóch poetów, to krążyliby wokół siebie i zbliżali niczym dwa magnesy, dwie komety zataczające kręgi po swoich trajektoriach i w końcu spotkaliby się, i...utworzyli grupę literacką. By się porządnie i twórczo, i pięknie pokłócić. Bo choć twórca jest samotnikiem, często introwertykiem (pisarstwo nie jest działalnością zespołową) - to jak powietrza, jedzenia i wody potrzebuje kontaktu z podobnymi sobie. To jest odruch naturalny, stanowiący porządek rzeczy wśród homo literatus.
Czy jest sens, czy warto uczestniczyć w grupach literackich? Jan Zdzisław Brudnicki wspominał podczas Gali Literackiej w czerwcu br. spontanicznie tworzone w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku grupy młodych literatów. I te formalne i te nieformalne, tzw. kawiarniane, studenckie. Ambicje, kłótnie, swary powodowały często, że tak szybko, jak powstawały, tak też gwałtownie się rozpadały. Dziś, po latach ich uczestnicy znów się spotykają, wracają do źródeł". I to jest piękne. To jest jak powrót do starego, znajomego kąta. Warto taki kącik mieć.
(Tekst oparty na wypowiedzi autora felietonu podczas dyskusji panelowej w Domu Literatury 15 czerwca b.r. o roli grup literackich.)
I Powrót na górę I
PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY SEKRETY ŻARu
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: (0-22) 827 21 30 (sekretariat), 0 504 784 316 (redaktor wydania)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Kolegium redakcyjne:
Andrzej Roch Żakowski - redaktor naczelny
Piotr Stanisław Król - z-ca redaktora naczelnego
Irena Stopierzyńska-Siek - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Zaniewski, Iwona Zielińska-Zamora
Współpracownicy: Andrzej Chutkowski, Jadwiga Wodzyńska-Bujak
Korekta - Irena Pursa
Kolportaż: Elżbieta Król, tel. (0-22) 827 78 31,
e-mail: ekrol@pzn-mazowsze.org.pl
Przygotowanie elektroniczne wydania Sekrety ŻARu
Piotr S. Król
e-mail - psk-waw@wp.pl
Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr S. Król
Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Michał Zagulski
Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach non-profit.
Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem Kwartalnik Sekrety ŻARu"
Powrót na górę
|