WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 4(11)/2005

W numerze:

Od Redakcji   >>>

RADOSNE ŚWIĘTOWANIE
Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

PRZEMYŚLENIA - WYWIAD
Barwy i odcienie poezji - z poetą, krytykiem, publicystą Stanisławem Stanikiem rozmawia Piotr Stanisław Król   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - A. Kowalska, K. Łagowska, J. Polkowski, I. Pursa, J. B. Serafińska, I. Stopierzyńska-Siek, J. Wawroń, J. Wodzyńska-Bujak, A. Zaniewski, I. Zielińska-Zamora   >>>

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Jesienno-zimowa refleksja o letnich warsztatach artystycznych - Szczyrk 2005
Iwona Zielińska-Zamora   >>>

110 lat „Domu nad Łąkami” - Muzeum Zofii i Wacława Nałkowskich - Irena Rybak; Dom Otwarty - Andrzej Roch Żakowski   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Andrzej Zaniewski o najnowszym tomiku poezji
Juraty Bogny Serafińskiej „AŻ ZNAJDĘ”   >>>

FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Piotr Stanisław Król - Czy tędy na wyspy szczęśliwe?   >>>

LISTY DO REDAKCJI   >>>

OGŁOSZENIA   >>>

Od Redakcji

„...prawdziwa tajemnica życia polega na poszukiwaniu piękna.”
(Oscar Wilde)

Foto - Irena Pursa

        W tym roku mija pięć lat od momentu powstania Klubu Twórczości ŻAR. Zatem obchodzimy jubileusz. Najpierw był pomysłodawca - Andrzej Roch Żakowski, otoczony gronem entuzjastów. Potem pokonywanie różnych przeszkód i oporów formalnych. Dalej - żmudna praca od podstaw. Wspomnienia, podsumowania, refleksje... Trudno będzie w kilku zdaniach opisać nasze osiągnięcia, nasze wzloty na wyżyny (najczęściej) i chwilowe niepowodzenia. Jak to w życiu bywa.
        Z łezką w oku wspominam pierwsze spotkanie z grupą literacką całkiem jeszcze „nieopierzonych” twórców, którzy dzisiaj są profesjonalnymi literatami. Mam przed oczami pierwsze numery „Sekretów ŻARu", jeszcze jakby próby dziennikarskie. Obecnie możecie Państwo ocenić sami, jak prezentuje się nasz kulturalny kwartalnik. Nie bez powodu piszę o tym z dumą.
        Odbyło się pięć edycji Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Zorganizowaliśmy wiele imprez, trudno nawet je zliczyć. Sekcja literacka przekształciła się w teatr „SeKreT” i przywozi dyplomy uznania z całego kraju. Zespół wokalno-instrumentalny aktywnie koncertuje przed różnorodną publicznością. Tylko „plastyka” nie udała się nam, choć wciąż ponawiamy próby stworzenia regularnie pracującej sekcji. Natomiast zespół taneczny rozpadł się - już na samym początku. Ale to nic. Wszystko jeszcze przed nami. Chcemy i będziemy nadal poszukiwać piękna, gdzie się tylko da. Dzięki autentycznemu zaangażowaniu bezinteresownych działaczy możemy istnieć, trwać i chwalić się naprawdę ważkimi osiągnięciami.
        Mamy wielu przyjaciół, którzy nam pomagają - z ważnych instytucji reprezentujących kulturę niematerialną naszego kraju, np. Biuro Promocji Miasta Warszawy, sam Prezydent Warszawy, Związek Literatów Polskich - Zarząd Główny i Oddział Warszawski, Zarząd Główny PZN i Zarząd Okręgu Mazowieckiego (z którym jesteśmy związani formalnie). Nie wymienię innych naszych współpracowników, miłośników i sponsorów. Nie uda się tego zmieścić na jednej stronie. Wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni.
        Podziękujmy też sobie samym - twórcom Klubu ŻAR i wiernym do dziś działaczom. To my pokonywaliśmy trudności, byliśmy uparci, mieliśmy pomysły i wcielaliśmy je w życie. Życzmy sobie, by nasz entuzjazm nie osłabł. Warto czynić dobro dla innych. Ono daje szczęście (nie boję się tego słowa) i... spełnienie.
        Po tych z konieczności lakonicznych, jubileuszowych refleksjach zapraszam serdecznie do lektury kolejnego numeru „Sekretów ŻARu". A w nim szczególnie polecam wywiad ze znanym krytykiem, publicystą i poetą Stanisławem Stanikiem. Wczytujcie się też Państwo w strofy poetyckie, będące m.in. pokłosiem tegorocznych warsztatów literackich w Szczyrku. Do przeczytania felietonu redaktora Piotra Stanisława Króla chyba nie muszę namawiać. W dziale NOWOŚCI WYDAWNICZE witamy poetkę Juratę Bognę Serafińską.
        A właściwie zachęcam do przeczytania naszego pisma od początku do końca. Po prostu warto, zapewniam.

Irena Pursa

I Powrót na górę I

RADOSNE ŚWIĘTOWANIE

Irena Stopierzyńska-Siek

        Obchodzimy kolejny raz święta Bożego Narodzenia. Prawdę mówiąc Rodzina Święta nie miała się z czego cieszyć, gdy znalazła się w tę noc w zatłoczonym z powodu spisu ludności Betlejem. Józef obszedł zajazdy, a nawet pukał do znajomych. Nigdzie nie było dla nich miejsca. Może gdyby mogli dobrze zapłacić...? Nie mogli. Wreszcie ktoś litościwy wskazał im obszerną grotę za miastem, pomieszczenie dla wypasanych w pobliżu stad.
        Apokryfy przekazują, że jakaś kobieta przyniosła wodę oraz pieluszki i została z Maryją, by pomóc Jej przy narodzinach pierworodnego syna. Niektórzy przypuszczają, że była to Ewa, pramatka wszystkich ludzi. Ta, która pierwsza uległa pokusie i którą wraz z Adamem wygnano z raju otrzymała obietnicę, że inna niewiasta zmiażdży piętą głowę węża, a Jej Syn, Mesjasz, Syn Boży odwróci złą kartę dziejów.
        Oto teraz małe Dzieciątko w żłobie. Jest jak wszystkie niemowlęta: kwili, gdy głodne, uspokaja się, gdy nakarmione, słyszy ciepły głos Matki i dostrzega czułe spojrzenie wysokiego mężczyzny, który już nie wyrzuca sobie, że nie udało się niczego lepiej urządzić.
        Ale to jeszcze nie wszystko, co działo się tej nocy. Oto niebo się rozwarło i zastępy anielskie z weselem zstępowały na ziemię. Ciemność pierzchła, jasność obudziła pasterzy. Oni pierwsi - zaskoczeni, wystraszeni - otrzymali od wysłańców Niebios wiadomość, że oto spełniła się Odwieczna Obietnica i Bóg zszedł na ziemię. Niech pobiegną, niech się pośpieszą, bo oto w stajni Nowonarodzony Król Pokoju. Sam będąc Światłością, uczyć będzie prawdy. Sam będąc Zbawieniem otworzy ludziom bramy swego Królestwa.

* * *
Radosnych Świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku 2006 życzy swoim Czytelnikom i Przyjaciołom Redakcja „Sekretów ŻARu” wraz z całym Klubem Twórczości „ŻAR”

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA - WYWIAD

BARWY I ODCIENIE POEZJI
z poetą, krytykiem, publicystą Stanisławem Stanikiem
rozmawia Piotr Stanisław Król


Foto - Stanisław Stanik

Stanisław Stanik - ur. wg akt urzędowych 7.08.1949, właściwie 31.05.1949 w Małoszycach, dawniej woj. kieleckie. Studia magisterskie ukończył w Lublinie, otrzymując za pracę z dziedziny teatrologii nagrodę rektorską. Pracował jako redaktor w „Echu Dnia", „Kierunkach", „Inspiracjach", „Myśli Polskiej", „Nowej Myśli Polskiej". Zadebiutował na łamach prasy wierszem pt.: „Objęcie” (1968), pierwszy tomik wierszy pod tym samym tytułem wydał w 1990 roku. Ma na koncie 15 pozycji książkowych. Uprawia poezję, prozę i krytykę literacką. Wydał 7 tomów poetyckich i 5 krytyczno-literackich oraz zbiór opowiadań. Publikował na łamach przeszło 100 tytułów prasowych (razem ponad 1300 materiałów). Interesują go problemy narodowe, egzystencjalne, religijne. Otrzymał pierwszą nagrodę w Łódzkiej Wiośnie Poetów. Za działalność społeczną otrzymał dyplom ministra kultury. Mieszka w Warszawie, czas wolny spędza na działce pod Pułtuskiem.

        Piotr Stanisław Król - Od kiedy czuje się Pan poetą?

        Stanisław Stanik - Jestem poetą od czwartej klasy szkoły podstawowej, kiedy to bawiąc się z kolegami na podwórku, zostałem przez nich odtrącony: obrażono mnie, już nie wiem, z jakiego powodu. Pobiegłem do domu i napisałem kilka linijek mojego pierwszego w życiu wiersza - skargi na niesprawiedliwość. Pisałem potem wiersze zupełnie bez krzywdzącego pretekstu, nawet chciałem wydać ich tomik w siódmej klasie (szkoły podstawowej) - bez rezultatu. Zadebiutowałem wierszem w 1968 roku w lubelskiej „Kamenie", będąc studentem I roku polonistyki, zaś mój pierwszy tom poetycki „Objęcie” wydałem dopiero w 1991 roku. Ale tak naprawdę poetą czuję się dopiero teraz. To znaczy taki jest wniosek z sytuacji, kiedy nie ja jeden mówię, że piszę wiersze, dobre wiersze, ale tak mówią krytycy, a publikują mnie najlepsze tytuły prasowe. Wierzę, że moje nominowanie się na poetę nie jest bezpodstawne.

        Zatrzymajmy się przez chwilę przy Pana tomie debiutanckim - „Objęcie", który zresztą otrzymał tytuł od pierwszego drukowanego Pana wiersza. Co chciał Pan w nim przekazać, jak został przyjęty?

        Ten zbiorek rodził się przez długie lata, stąd był trochę niespójny. Zawierał liryki i z 1968 roku, i nagrodzone I nagrodą w Łódzkiej Wiośnie Poetyckiej z 1991 roku, nie mówiąc o utworach czasu przejściowego. Będąc wszak niespójnym, zwrócił na siebie uwagę. Miał kilka recenzji, prawie same życzliwe (co tym ciekawsze, że Jan Zdzisław Brudnicki, krytyk, na skrzydełku tomiku napisał, że przyszłość moja jako poety, poety - dodam: spóźnionego, ewokuje różne możliwości). Tak, zgadzam się, mój debiut książkowy z różnych względów, także z zaniedbania, jak na poetę był takim „zaśpiewem” człowieka - powiedzmy - w wieku dojrzałym. Ale, proszę zważyć, odezwał się z Berkeley Czesław Miłosz i pochwalił szczególnie jeden wiersz, „Motyl” (chyba pasował do sytuacji życiowej poety), choć raczej czynił zastrzeżenia, że niektóre są zbyt abstrakcyjne (z czym się niezupełnie zgadzam, bo przymierzone do pewnych stanów psychiki, których nie brał pod uwagę, dokładnie ją wyrażają). Ale - tak - oddaję honor Miłoszowi, jego radę o potrzebie nasycenia wierszy konkretem wziąłem sobie do serca, a że z natury jestem rzeczowy, wypełniam moje wiersze realnością, uchwytnością.

        Jak zostały przyjęte następne tomiki, a wydał ich Pan, o ile wiem, siedem?

        Różnie. Drugi zbiór poetycki, „Rozstajne drogi", był chyba najciekawszy, aczkolwiek wydany sposobem chałupniczym, za to z rewelacyjną grafiką Anny Rakasz. Jeden z jego wątków: dramat egzystencjalny człowieka, rozbicie osobowości, dążność do samozniszczenia - znalazł zrozumienie u redaktor III programu Polskiego Radia, Grażyny Gronczewskiej i trafił na antenę radiową. Nie nabrał tonu tylko indywidualnego, symbole dewiacji przerzucone zostały na całe społeczeństwo, i tak np. wyrażały się w jednym z wierszy:

Mój naród mieszka w szpitalu zamkniętym,
Chociaż choroba jego nie jest zaraźliwa.

        Były to czasy przemian, siłowania się przeszłości komunistycznej z tendencjami „nowego układu". Tak, to był ciekawy tomik, na nieszczęście wydany w małym nakładzie.
Potem zwróciłem się ku motywowi miłości, jakby emocji innego rodzaju, wydając monotematyczny „Pamiętnik miłosny". Był potem bezbarwny, trochę jakby religiancki, tom „Pomiędzy", wydany z amatorska. Dwa następne tomy, „Płacz zapiekły, miłość, choroba, śmierć” i „Żywioły obłaskawione” - drukowane u znakomitego mecenasa młodej literatury Kamila Witkowskiego - sprawiły, że zostałem „zauważony” przez szerszą krytykę. Ostatni mój tomik „Pocztówki wiarygodne", to ukłon w stronę estetyzmu, powściągliwości i pierwotnych zauroczeń (choćby rustykalnych). Jest to droga przyśpieszona, ale mająca swój umotywowany porządek: zmierzam do całkowitego wyspowiadania się z tęsknot, obsesji, win, by u końca - jak ja sobie to przedstawiam - złożyło się wszystko w jeden, skończony sen.

        Wspominał Pan o podejmowaniu w swej poezji wątków egzystencjalnych, wręcz patologicznych - jak ja to odczułem - w ujmowaniu psychiki ludzkiej, wyrażających bardzo skomplikowane, czasami wręcz chore wnętrze autorów?

        Zgadza się. Powiem otwarcie: patologia ludzkiej osobowości, jej niejako wynaturzenie, częste u pisarzy, czy to jako przejawy schizofrenii czy depresji, czy innych, nie tak dojmujących przypadłości, bardzo mnie zainteresowała. Ale podszedłem do tego zagadnienia nie jako poszukujący sensacji, ale - przeciwnie - jako brat tych Bogu ducha winnych ludzi, którzy cierpią z nadziei na unormalnienie stosunku człowieka do człowieka, każdego człowieka (wcale nie chodzi tu o czujących „inaczej"), a te cele chciałbym osiągnąć przez pokazanie atutów i osiągnięć poetów, w ogóle twórców wewnętrznie „naznaczonych". Proszę sobie wyobrazić, że chorymi - można powiedzieć osobowościowo (psychicznie) byli i Kniaźnin, i Norwid, i Witkacy, i Peiper, i Krzysztoń, i Stachura, i Wojaczek. Tak, są i chorzy zagraniczni, znakomicie przyswojeni przez swoich rodaków: Swedenborg, Hoelderlin, Strindberg, Nietzsche, Plath, Sexton. Nawet byli genialni chorzy na „nienormalność” artyści i w innych sztukach: van Gogh, Munch, Niżyński. Tu nie chodzi wcale o sensację - choć piszę książkę na ten temat na poły odkrywczą. Chciałbym raczej wyrazić, że w stosunku do „innych” brak nam tolerancji - i w życiu prywatnym i publicznym - tolerancji często dla umysłów genialnych, które nie poddają się jakiemuś zaszufladkowaniu w jednostce „zdrowotnej” u tzw. osiłków czy prostaczków.

        Jak Panu się wydaje, dlaczego tak znaczny procent ludzi sztuki okupuje swój talent, wysiłek twórczy tak ogromnym kosztem: życiem osobistym, własnym zdrowiem?

        Artysta płaci wielką cenę za swoją bezkompromisowość, za obsesję, szukanie prawdy i służenie jej, za przemęczenie, i nie tylko - po nocach pracy i ustawicznego myślenia o nowych kompozycjach i rozwiązaniach. Podobno w chorobach wnętrza rzecz rozchodzi się o dysfunkcje przysadki mózgowej (w schizofrenii), i w niedoborze litu (w depresji) lecz jasnych ekspertyz co do przyczyn tych chorób, tak bardzo ciągnących się za artystami - nie ma. Chyba rzecz nie odnosi się tylko do rozregulowania narządów. Tak więc, patrząc na sztukę i od tej strony, nie paszport osobisty (prawidłowość psychiczna czy w ogóle fizyczna, płciowa, wzrokowa itd.) powinna decydować o wartości artystycznej dzieła jednego czy drugiego autora. Tu tylko powinno obowiązywać najbardziej demokratyczne kryterium - piękno dzieła, jego odkrywczość, głębia, do jakiej dociera.

        Jaka jest kondycja naszej współczesnej poezji? Pytam Pana nie tylko jako poetę, ale i krytyka literackiego, bo i tę ostatnią dziedzinę Pan uprawia?

        Na to pytanie każdy odpowiedziałby inaczej. Według niektórych poezja nasza jest dobra, bo ilościowo przebija produkcję z lat PRL-owskich. Według strategów - różna, lepsza po ich stronie, gorsza - po przeciwnej. A nadmienię, że potworzyły się w kulturze straszne koterie i żadna z nich nie dopuszcza, by po stronie przeciwnej był ktoś utalentowany, no - zauważalny. Z mojego punktu widzenia - a nie narodowego, choć z tą opcją mam już długoletnie związki - poezja polska „psieje” z dnia na dzień. Kiedyś odgrywała rolę w polityce - przez podteksty, aluzje, niedomówienia, kształtowała wrażliwość, przynosiła zyski - tak wydawnictwom jak i autorom wyznaczała rangę naszego wkładu w kulturę światową. Teraz, poza trzema, czterema nazwiskami: Szymborska, Różewicz, Bryll, ks. Twardowski - nie liczy się, nikt nie chce jej czytać. Sam byłem świadkiem wieczoru autorskiego, kiedy na Brylla przyszło kilkanaście osób. Poezja pod względem artystycznym cofnęła się w rozwoju. Pisuje się teraz wiersze często użytkowe, zgrabne limeryki, (oby!) - na zebraniach SPP podobno sąsiad ripostuje limeryki sąsiada, laurki, a także utworki okolicznościowe czy okazjonalne (np. pod profil gazety) i one zastępują wiersze ambitne, świeże, otwierające jakieś zaskakujące perspektywy. Powiem i to, że wielu poetów zamilkło, wielu tych znanych, a już najzupełniej prawie cała nowa fala (Zagajewski, Barańczak, Lipska, Krynicki, Mocarski „and so on"). To by świadczyło, że poezja cofa się w rozwoju, w każdym razie idzie nową, może boczną drogą. Zresztą nie ma co rozdzierać szat, bo role poezji z powodzeniem zastępują nowe środki przekazu: film, muzyka, internet, a nawet i telefon komórkowy.

        Czy zatem wiek XXI to początek końca poezji, w jej społecznym wymiarze?

        Nie, na pewno nie. Poezja straciła (a raczej ograniczyła) swoją funkcję ludyczną. Minęły bezpowrotnie czasy, gdy Majakowski na stadionie w obecności 100 tys. widzów recytował: „Lewa - prawa - marsz". Skończyło się dobre prosperity akademii, gdy np. na 1 Maja czy na rocznicę Rewolucji Październikowej obowiązkowo trzeba było wygłaszać Gałczyńskiego, Broniewskiego i może Jastruna. Odeszły czasy, gdy kilkudziesięciotysięczne nakłady wierszy o socjalizmie, pracy i sprawiedliwości dziejowej rozchodziły się po kraju za małe grosze. Czy w świetle takich faktów można powiedzieć, że teraz poezja skończyła się? W świetle takich się skończyła, w świetle nowych - nie. Już nie dla zaśpiewu, nie dla melorecytacji, nie dla agitacji pisze się teraz - na ogół - wiersze. Są intymne, głębokie, często trzeba nad nimi pomyśleć, odkryć w nich drugie dno - a więc smakowanie ich odwołuje się do całkiem nowych zmysłów i nadaje się na odmienną trybunę. Funkcjonowanie poezji - tej nowoczesnej - może brać za przykład sytuację amerykańską. Tam ona funkcjonuje po uniwersytetach, collage'ach, oddają się jej osoby egzaltowane i mózgowcy, sypiący wielosłowiem i skąpi w słowa, obdarzeni powabem osobistym i gburowaci - różni poeci. Ale tam, jak chyba na całym świecie, nie tylko same wiersze decydują o wielkości ich twórcy, także i jego życie, jego legenda i los - to jest wielka szansa dla poetów, ale i ich przekleństwo.

        Czy nie sądzi Pan, że w ostatnich latach, przynajmniej w Polsce, nastąpił zwrot ku prozie, i to niekoniecznie realistycznej, lecz ku prozie wręcz „fabularnej"?

        Jest to zjawisko zauważalne na całym świecie. Ludzie lubią czytać o innych, przeważnie o lepszych, a jak o gorszych, to możliwych do naprawy światach, poza tym - proza... nadaje się do radia, do telewizji, do filmu - oczywiście przetworzona. Znakomicie koresponduje z nowymi środkami przekazu, z mass mediami. Powiem rzecz może wątpliwą, ale proza ostatnimi czasy bywa nakręcana przez polskie lobby opiniotwórcze, bo - jak należy mniemać - za lat piętnaście, dwadzieścia - po dwóch poetach noblistach, następnym noblistą będzie prozaik. Lansuje się więc Masłowską, Kuczoka, Stasiuka, Huelle, nawet starszawego Pilcha, kto wie, może jakiś beletrysta-outsider, w tej chwili jeszcze nieznany, załapie się na Nobla. To jest myślenie strategiczne i wcale niewiele może mieć wspólnego z rzeczywistością. Dość, że poezja (tak, to prawda) po wielkich sukcesach międzynarodowych, po zastąpieniu jednych jej generatorów w drugie - przeżyła się. Ale nie przegra, nie umrze, może nawet przystroi się w barwniejsze piórka?

        Wydał Pan siedem tomików wierszy, to wiem, a co dalej? Jakie ma Pan nowe plany poetyckie?

        Tak, myślę o nowym tomie wierszy, mam go. Nie mówiłbym o nim, gdyby nie był gotowy i nie czekał na opublikowanie, w przyszłym roku. Nosi tytuł „Cofnięcie czasu” i stara się oddać nastrój dzieciństwa spędzonego na wsi, w Opoczyńskiem, a także letnich wypoczynków w domku pod Pułtuskiem, też na wsi. Poprzez przyrodę chcę oddać prawa obowiązujące na tym świecie, szczególnie dotyczące ludzi, niepowtarzalność przeżyć w kontakcie z naturą, miłość w rodzinie. W odczuciu piękna cofam się do dalekiej przeszłości, do dzieciństwa, stąd tytuł tomiku, a wiersz go otwierający jest jakby autobiograficzny i przedstawia taką upoetyzowaną sytuację:

pod okienkiem stuk puk
otwórz chłopcze
to ja nie poznajesz?
tak wyglądasz po latach czterdziestu z okładem

nie sądź mnie surowo
że włosy mi zrzedły
głos mam mniej dźwięczny
przybyłem na wadze

mówię bo często będziesz patrzał
a patrząc co widzisz opowiadał
i choć niby wszystko jasne - ja to ty - wiedz
że po latach w znacznej mierze
ciebie jak i twój świat zapomniałem

        Wiersze zatem traktują głównie o czasie minionym, czasie zapomnianym, ale jakby odtwarzanym przez sobowtóra bohatera lirycznego. Może samego bohatera, tylko cofniętego o lat czterdzieści. Tu nadmienię, że w Warszawie mieszkam już prawie 30 lat (w przyszłym roku będzie okrągła rocznica) i zastanawiając się nad celowością mojej tu sprowadzki, tak to wyraziłem w wierszu zamykającym tomik ("Przyjazd do Warszawy"):

po co przyjechałeś skoro tam ojczyzna
gdzie czucie i wiara mówi silniej?
cóż odpowiem?
trzeba szukać pełni
ćwicząc także mędrca szkiełko i oko

        W sumie dokonuję rekapitulacji swego życia, bo oprócz wątków małoszyckich (z miejsca urodzenia) i kacickich (z miejsca wypoczynku), rozsnuwam obrazy, można nawet powiedzieć - wątki, wyrażające pewną filozofię o charakterze religijnym, egzystencjalnym, politycznym. Myślę, że ten tomik nie jest przełomowy, bo kontynuuje dawne zaabsorbowania, więcej - obsesje, jednak artyzm tych wierszy, jak mi się wydaje - jest bardziej współmierny z nabytym doświadczeniem, niż dawniej, a więc wznoszący w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami.

        Opuszczając rewiry poezji, zapytam, jak wielki, uogólniając, jest Pana dorobek?

        Ilościowo znaczny... bo w sumie wydałem 15 książek (niektóre to doprawdy książczyny), a poza poezją pisuję systematycznie krytykę literacką, okazjonalnie prozę i publicystykę. Współpracuję z pismami (ściśle teraz z „Myślą Polską” i „Akantem"), a materiałów prasowych - tych wydrukowanych - zebrało się dość dużo, dużo ponad tysiąc. To rejestr ilościowy. A dowodem uznania dla poziomu mojej twórczości może być w jakiejś mierze kilka ważnych nagród w konkursach literackich, audycje radiowe z moimi wierszami, i słuchowisko oparte na moim opowiadaniu; uwzględnienie moich wierszy w antologii amerykańskiej naszej rodzimej poezji, obok wierszy Jana Pawła II, ks. Twardowskiego, Brylla, Gąsiorowskiego. Mógłbym o dowodach względnego docenienia mojej twórczości powiedzieć więcej, lecz nie chcę tu być drobiazgowy; uważam nawet, że docenienie mojej sztuki dopiero mnie czeka, o ile, oczywiście, moja poezja nie okaże się z jakichś względów niewygodna, co jest możliwe.

        Niewygodna? Przepraszam, ale tutaj mnie Pan zaskoczył... Pamiętam czasy tzw. „realnego socjalizmu", kiedy wielu twórców, w tym poetów, było skazanych na milczenie w oficjalnych wydawnictwach z powodów politycznych. Zresztą tzw. „niewygodnych” drukowano w drugim obiegu, a Naród to „pochłaniał". To była swojego rodzaju nobilitacja, druk np. w paryskiej „Kulturze". W dzisiejszych czasach pełnej, niczym nieskrępowanej wolności słowa, co Pana zdaniem może być w poezji „niewygodne"? I dla kogo: czytelników, krytyków, a może wydawców liczących przewidywany nakład i zysk?

        Powiem od razu: przez całe lata i ja należałem do niewygodnych. Więcej, po cichu zwalczanych (moja teczka w IPN jest na razie niedostępna), na przekór temu pragnieniu, by być w zgodzie ze sobą, a to „sobie” było zbieżne z oczekiwaniem „światłego” narodu. Tak więc, rozumiem, że ma Pan skrupuły, słysząc o moich skrupułach, co do prawdziwości brzmienia wyrażenia „poezja niewygodna". Ale ja z Pana pytania wybiorę zwrot, że żyjemy w czasach „nieskrępowanej wolności słowa". Nie ma takiej wolności: ta wolność, która płynie z eteru i z telewizji jest polityczna, dostosowana do strategii mocodawców, partii sprzymierzonych i taktyki (chęci wywołania wrażenia). To wygląda tak, jakby było wiele prawd, a Pan wie, że Dekalog uczy, że jest tylko jedna prawda. Jedna miłość, jedno dobro. A co zauważam, w dzisiejszych czasach, nawet w poezji, która odzywa się zaledwie dyszkantem, za niewygodne? Uważam to za niewygodne, że życie publiczne, a i prywatne stało się grą, wobec czego nie ma autentycznego pociągu do pracy, do zdobywania wartości (a nie np. kupowania ich). Że zanika potrzeba tradycji, w życiu narodowym i rodzinnym. Wsłuchani jesteśmy w nowinki jak za czasów Arian, i stąd próbujemy czerpać pokarm dla naszych trudnych dni. Że nie chcemy patriotyzmu, więcej: nie chcemy Polski, tak dobrowolnie - co widać dobrze w timbre brzmienia lektur szkolnych - od Gombrowicza, poprzez Schulza do Miłosza. Wystarczy? Czy w ogóle coś jest wygodne, poza wyciągnięciem nóg przed fotelem podczas oglądania telewizji?

        Czy minęły już czasy, gdy poeta był sumieniem Narodu, często jego doradcą, pocieszycielem, czasami miał do spełnienia wręcz jakąś szczególną dziejową misję? Przykłady można tutaj mnożyć. Ostatnio przeczytałem przedruk wierszy i piosenek Kornela Makuszyńskiego pisanych podczas wojny polsko-sowieckiej w 1920 roku. Odebrałem je jako naiwne i mało udane. Do czasu, gdy zapoznałem się z listami żołnierzy z frontu do poety... Poczułem się głupio, spokorniałem. Te proste strofy trafiały prosto do serc tych, którzy przelewali krew za Ojczyznę. Dodawały im otuchy, pozwalały przetrwać. Każdy, szczególnie trudny czas, powinien mieć „swoich poetów". Czy w XXI wieku będzie jeszcze miejsce dla tego typu, nazwijmy to - misyjnej poezji?

        Odpowiem dookolnie. Poeta jest sumieniem Narodu, choćby Naród tego nie chciał. A taki germański autor jak Friedrich Hoelderlin, powiedział wręcz: „Co się ostaje, ustanawiają poeci", zaś Czesław Miłosz wprost: „Poeta pamięta". Co więcej, nasza historia narodu potwierdza w całej rozciągłości, że jego przywódcami, gdy zabrakło królów i żywego języka ojczystego, stali się poeci, zresztą wywyższeni przez to na Wawelu. Ojczyzną był wtedy język, i obyśmy znów nie doczekali tej chwili, że tak miałoby się powtórnie stać. Lepiej, gdy strukturę państwa stwarza rząd, granice, sejmowanie. W tym więc sensie, że poeci, nie tylko trzej czy czterej wieszczowie, podtrzymywali polskość, funkcja odpowiedzialności za Naród poezji się skończyła. Ale że poezja jest czy raczej powinna być sumieniem Narodu - zgadza się. Tak się składa, że ci z naszych wielkich (Herbert, Miłosz) pozostają, ponieważ wzbogacają naród, jednoczą go i uniwersalizują, podnoszą do godności i apoteozują. Odpowiem na pytanie jeszcze tak: poezja ma strzec uczuć, w tym uczuć patriotycznych. I istotnie, jaka by ona nie była, biała czy rymowana, te role musi spełniać i spełnia. Także dodam do tego przykład z własnego podwórka: mój dziadek, ze strony matki, Łukasz Krakowiak, też walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. I proszę sobie wyobrazić, że gdy już leżał w łóżku, obłożnie chory, a spod poduszki wyciągał po pół papierosa, a i tego było za dużo, nie opowiadał mi już o swoim sołtysowaniu, o drugiej żonie, która źle z nim postąpiła, nawet nie o samopoczuciu - mówił wierszami Konopnickiej, poezją legionową, wyzwoleńczą. I tam były takie słowa, dla mnie banał: „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, że za tobą idą chłopcy malowani?", a on się rozczulał i widział w tym wielki sens. Takich wierszy-pieśni znał dziesiątki. A dlaczego teraz o tym mówię? One tłumaczyły jego ofiarę zdrowia, śmierć matki (na serce), utratę powabów młodości. No, więc w tym sensie, że usprawiedliwia wielką odwagę, ofiary nawet dla upadłej Ojczyzny, poezja żyła i żyć będzie. A czy nasza, dzisiejsza poezja, może podźwignąć tę rolę i czy tu jej miejsce dla takiej roli? Chciałbym, żeby nie było okazji do zastępowania państwa poezją, wyzwalania go nią - tak, wierzę, nasz naród jest duży i skupi się wokół słowa w sytuacji w pełni znormalizowanej, wolnej, a może dopiero scalić go, a wręcz wyprowadzić do niezależności pełnej, do trwania ciągłego, gdyby miało być kiedyś zagrożone.

        O ile wiem, angażuje się Pan także w działalność społeczną, prowadząc liczne warsztaty z adeptami, powiedzmy może tak - jeszcze nie do końca w pełni ukształtowanymi, opierzonymi - wyrobnikami pióra. Za tego rodzaju działalność dostał Pan dyplom od ministra kultury - Waldemara Dąbrowskiego. Proszę powiedzieć, jak ta Pana działalność animacyjna wygląda konkretnie?

        Rzeczywiście, udzielam się społecznie, może nawet nie tak z potrzeby działania, ile z konkretnych zamówień. Liga Kobiet Polskich potrzebowała kogoś, kto poprowadziłby warsztaty literackie, zgodziłem się na propozycję. Po latach współpracy narodził się piękny almanach z poezją zrzeszonych w stowarzyszeniu pań. Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury pod wodzą Pawła Soroki szukało człowieka, który służyłby radą i doświadczeniem pisarzom jeszcze nie zawodowym, ale mającym do pisania predyspozycje. Przychodzę tam, nawet - oprócz wygłaszanych uwag - publikuję w ich organie, „Własnym Głosem", całą, związaną z ruchem RSTK, kolumnę krytyki literackiej. Wreszcie mój alians, moje przymierze z Klubem Twórczości „ŻAR", tak świetnie prowadzonym przez Andrzeja Żakowskiego, stale mi przypominającego o spotkaniach grupy, dobierającego mnie do jury konkursów, widzącego mnie we współpracy z pismem „Sekrety ŻARu” (i tu ukłon w Pana stronę, inicjatora tego wywiadu, a przede wszystkim redaktora prowadzącego to pismo oraz Małgorzaty Drzewińskiej - inicjatorki sprzed kilku lat wydawania skromnego okazjonalnika pod tym tytułem, a przekształconego w 2004 roku w profesjonalny kwartalnik kulturalny). W tej - można powiedzieć Pańskiej i mojej grupie - ludzie są mili, cieszący się każdym osiągnięciem, spragnieni ciepła. Także pisarze współpracujący z ŻAR-em, Andrzej Zaniewski, Irena Pursa, Jan Zdzisław Brudnicki to ludzie o wielkich sercach. Bardzo się cieszę, że mogę tu być w tym „zodiaku” potrzebny, i wspólnie szanować się w tych niełatwych dla uczucia, wymagających czasach.

        Trzeba przyznać, że Pana nazwisko jest dosyć oryginalne. A może to pseudonim artystyczny? Liczę w tym miejscu na Pana poczucie humoru, bo - jak wiadomo - z nazwiskami czasami lepiej nie zaczynać...

        Rzecz ciekawa, brzmienie mojego nazwiska kojarzy się z pewną częścią kostiumu damskiego. Jak najbardziej niesłusznie. Część garderoby sobie, nazwisko sobie, zresztą powstało wcześniej od jego damskiego odpowiednika. Kazimierz Rymut ("Nazwiska Polaków” 2001, t. II) jego pojawienie się ustalił na rok 1375, od „Stan” (1136), a następnie od imion złożonych Stanisław, Stanimir oraz od „stanąć". Korzenie mojej rodziny, znanych mi przodków w linii męskiej, tkwią w Małoszycach i Brudzewicach, w lasach Spalskich, na początku XIX wieku. Niejaki Stanik w 1812 roku (tak podaje Jan Wiśniewski w „Dekanacie Opoczyńskim") pracował na rzecz proboszcza brudzewickiego. Ale nie był jakimś tam niewolnikiem, on posiadał dom, pole uprawne, już nie pamiętam z jakim areałem. Moi rodzice jeszcze tam w pobliżu mieszkają, Warszawiakiem jestem więc z pierwszego pokolenia, ale z racji korespondencji i druków (tłumaczeń) czuję się (niekiedy) obywatelem świata.

        Bardzo dziękuję, w imieniu redakcji i naszych czytelników, za niezwykle interesującą rozmowę i życzę wielu sukcesów literackich. Mam też nadzieję na dalszą Pana współpracę z Klubem Twórczości „ŻAR” oraz naszym kwartalnikiem kulturalnym.

I Powrót na górę I

Grafika - laur

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
WIERSZE WYBRANE

Anna Kowalska
O CZŁOWIEKU WSPÓŁCZESNYM
Za przewodnika ma koniec nosa.
Żyje w jego cieniu.
Dlatego dziwi się,
Że go słońce przypieka.
Ma sztuczne światło,
Krem od nadmiaru i od braku.
Ma witaminy na samopoczucie
I święty spokój
W torebkach.

***
Krzyk umarł wczoraj rano na nowotwór krtani.
Cisza przyszła na pogrzeb z jedną chryzantemą.
Radość płakała głośno, jak to jej przystoi.
Miłość zawsze na miejscu i zawsze gotowa.
Święty spokój ze zniczem, ale bez zapałek.
Tylko przyjaciół krzyku nie było tu wcale.
("Co słychać w lustrach?", 2004)

Krystyna Łagowska
ROZBUDZENIE GÓR
Zaróżowiły się górskie szczyty.
Mrok - zrzędliwy staruszek
w zakamarkach skał
pragnie zatrzymać
rozbudzony sen poranka.
Łąki zaczynają grać w zielone
z blaskiem nowego dnia
i rozczesywać włosy traw.
To Ty jesteś porankiem
zerwanego owocu
nieświadomości.

GÓRSKI STRUMYK
Wypływa z górskich skał
gładząc ostrość kamienia,
płynie, jak czas
do nieznanego celu przeznaczenia.
Chwytają go pajęcze
ramiona rzek,
łączące się w morza i oceany.
Niezgłębione są tajemnice
istnienia gwiazd,
co w wodach
mają lustrzane odbicia.
(Szczyrk, lipiec 2005)

Jan Polkowski
TCHNIENIE CZASU…
Na mojej korze mózgowej
odciśnięte tatuaże strachu,
pogmatwana niepewność
i korytarze pełne uczuć?

Światło zasłonięte szczelnie,
eksplozja miłości?
strach w źrenicach,
zamaskowane myśli,
mgła podejrzeń?

Coraz trudnej żyć
wszędzie pustka,
rzeczywistość - nierzeczywista,
strzaskane szachownice marzeń
i niegasnące światło.

W PĘTLI TWOJEGO CZASU
Wierzysz że jeszcze masz szanse
poszukujesz drogi zbawienia
a jednocześnie podliczasz siebie i mnie
w poszukiwaniu własnej prawdy.

Strach przed jutrem kolejnym dniem
chciałbyś się śmiać lecz nie umiesz
boisz się własnego głosu
samego siebie.

Chichotu wiatru w zaroślach
i zdumienia -
nad słowami których nie poznasz
widzianymi podczas kłamstwa.

Twój umysł stał się unerwionym wszechświatem
takim absolutnie idealnym
rzuconym między zielone światła
na drodze.
(Kobyłka, maj-czerwiec 2005)

Irena Pursa
KONIAKOWSKIE CUDA
Koronki koronkarskie
jak śnieg białe
jak śnieg pierwszy
czyste

Spacerują w gablotach splotami
wysnutymi szydełkiem...
przejrzyste

Węźlastymi palcami starych kobiet dziergane
Zatrzymują czas i pamięć

KONTRASTY
Szyndzielnia przyzywa wiatrem i słońcem
Szyndzielnia kusi kamienistym stokiem
Za szybami gondoli płyną świerki strzeliste
Pod stopami rozwija się panorama siedlisk ludzkich przejrzysta
Zamknięci w pudełku nie słyszymy ptaków
Nie czujemy zapachów powietrza
Nie widzimy trójwymiarowej wizji świetlistych promieni
strzygących gęstwinę drzew
Przez szybę nie da się oddychać
pełną piersią
(Szczyrk, lipiec 2005)

Jurata Bogna Serafińska
MILIONY ŚWIATÓW
Miliony światów.
Każdy ma własny
W zaklętym kręgu.

Gdzie moje atu?
Gdzie dobry nastrój?
Sen się nie spełnił?

Mój świat się zmienił.
Co pozostało?
To tylko rama.

Tak wiele cieni,
Kolorów mało -
Zostałam sama.

NIE TYLKO W WERONIE
Łagodne błękitu oko?
Gdzie szukać go - jak wysoko?
Nie nowy przecież to temat!

Oko okrutne - nieczułe,
Zimną stosuje regułę,
A na łzy miejsca tu nie ma.

Nie łza, nie gwiazda - lecz kamień!
A słowo Wieszcza nie kłamie -
Nie będzie znikąd pomocy!

Gdy z nieba spadną kamienie -
Kto pozostanie na scenie -
Spragnieni klęski prorocy?
("Aż znajdę", 2005)

Irena Stopierzyńska-Siek
KOBIETA W OKNIE
W zasadzie nic niezwykłego
kobieta stoi przy oknie
szum rwącego potoku
szelest wiatru w gałęziach
i deszczu

Kobieta wsłuchana
w mowę prostą i tajemną
jednostajnie podniosłą
jedno ma wciąż pytanie
czym jest to wszystko dookoła
a czym jest jej własne trwanie
*
Kobieta otwiera okno
wdycha ten szum
ten zapach i powiew
słyszy spadanie kropli
na drzewa i na parapet
jest w tej mowie natury
i wiedza i mądrość i zgoda
więc skąd w niej tyle cierpienia
i tyle niepokoju?
wie przecież, że trwanie przemija
jak chmura deszczowa , jak burza
by słońcu niebo przywrócić
tak czas darowany wszystkiemu
w ostatnim skurczu umiera
rodzi się z niego wieczność
ogromna i bezbrzeżna
*
Kobieta zamyka okno
odchodzi skupiona w sobie
chce wierzyć, że życie jest cudem
co zrodzi cud większy od siebie.
(Szczyrk, lipiec 2005)

JEŚLI WZYWA
Andrzejowi Z.
jeśli wzywa cię Pan Bóg
do walki
na miecze, lub szpady
wstań
przygotuj się
przypomnij sobie reguły
szlachetnego boju.

nie mów, że Go nie ma!
po stokroć bardziej jest
niż ty!
jeśli nie chcesz być poddanym
powie ci, że nie kocha niewolników
ani służących mu niechętnie.

jeśli mu powiesz
że kochać Go nie umiesz
On zmiecie twe opory
jedną uczuć burzą...

i tak przegrasz,
jako pokonany
doznasz ulgi i wdzęczności
że cię nie porzucił
gdy biegłeś w poprzek
wszystkich Jego planów
sądząc, że lepsze masz
niż On zamiary.
("Z koszyka słów wybranych", 2004)

Józef Wawroń
POŻEGNANIE
Odeszła moja młodość
Gdzieś za góry, lasy
A może to ja odszedłem
Gubiąc po drodze
Lata i wspomnienia
I dotarłem
Do takiej krainy
Gdzie nie straszne
Lata pozostawione
Ani zaschnięte róże
W staroświeckim wazonie
Ocierałem się o czas
Jak o płot przy drodze
Teraz patrzę
Na jego resztki
W połowie spróchniałe
l czekam
Aż wicher czasu
Powali mnie
Wraz z nim

***
Wyciągnąłem rękę
By pochwycić twoją dłoń
Lecz zatrzymuję tylko
Rozgrzane promienie
Południowego słońca
Stój poczekaj
Dokąd pędzisz
Nie podążę za mirażem
W sercu nadzieja
Naszych powrotów
Znów jesteś przy mnie

Za starzy na Olimp
Za młodzi by pójść
Doliną Józefata
Błąkamy się we dwoje
Niczym gwiazdy
Jednej nocy
Samotni pielgrzymi
Ulicami wiecznego miasta

l powstaje nowy dekalog
Dekalog nadziei
Że poza pustką świata
Wciąż istniejemy
Szybujemy razem
Choć obok siebie
W niekończącym się cudzie
Niespełnienia

Jadwiga Wodzyńska-Bujak
***
Potok jak życie
w rozpędzie przemija
radosnych krótkich chwil
płomień rozświetla mrok
w zaułkach tajemniczości
z wiatrem odsłoni lustro wody.

Czy zdołam zatrzymać nurt
co umyka
zgarniając zwiędłe liście
opadłe z drzew
przeznaczenia?

***
Zatopiona w zamyśleniu
nad wczoraj i dziś
odkrywam bramy
i tajemnice jutra.

Chwytam jedynie Twoje dzieło
błękit wśród chmur
i kształty istnienia
wszechświata.

Po jasnej stronie nieba
jawi się stwór
z ołowianych chmur

Błyski-zygzaki rysują
horyzont grozy
niebo rozdaje życiodajne krople deszczu
ku ocaleniu
(Szczyrk, lipiec 2005)

Grafika - Ptaki Andrzej Zaniewski
***
Ptaki wariują z zimna i głodu.
Gołębie trzęsą głowami i nie mogą
trafić dziobami w ziarno.
Wróble przywarły do ścian, chcąc
rozgrzać się swym ciepłem.

Pragnienie... Głód... Mróz...
Szaleństwo... I zawodzenie wiatru
w rynnach.

Człowieczy Bóg zapatrzony w ekran komputera
wystukuje tekst o miłości
do siebie.

* * *
Matko Boża, chroń młode ptaki
i chroń stare ptaki, i chroń nas
chroniących ptaki odpoczywające,
i chroń naszą miłość do szumu nad nami,
i nasze sny o ptakach, nasze
słabe skrzydła, te nieporadne
i te unoszące wysoko.

Matko Boża, chroń ptaki lecące dokądkolwiek,
i gniazda ukryte w murach, i widoczne
z daleka, i broń piskląt, i pomagaj
chorym, głodnym, zmarzniętym.

Matko Boża, chroń młode ptaki, odważnie
próbujące swych sił, i ptaki dojrzałe,
lecz zagubione, które straciły
orientację w locie.
("Nagość", Warszawa 2004)

Iwona Zielińska-Zamora
***
ja nie wyjeżdżam
jedynie odprowadzam ciebie
stoimy przy schyłku dnia
czubkiem buta kreślę znaki
usiłując nadać im magiczną treść
autobus ten ostatni
forpoczta pożegnania, spóźnia się
niech go nie będzie wcale
a jeśli moje zaklęcie moc posiada
ta noc gwiaździsta będzie nasza.
(Inowłódz, czerwiec 2004)

***
czy zawsze będą stare kobiety
te w chustkach w róże
z uśmiechem na jeden ząb
pożółkłolice i smutnookie
pogodzone z sobą i Bogiem
czekające już tylko na śmierć?
(Inowłódz, lipiec 2004)

I Powrót na górę I

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Iwona Zielińska-Zamora
Jesienno-zimowa refleksja o letnich
warsztatach artystycznych - Szczyrk 2005

        Za oknem już jesienno-zimowy krajobraz, a ja piszę o warsztatach artystycznych naszego klubu „ŻAR^, które odbyły się latem w Szczyrku. Ze względu na to, że trzeci numer naszego pisma był prawie w całości, poświęcony laureatom V edycji Mazowieckiego Konkursu Małych Form Literackich, relacja z naszych warsztatów zamieszczona jest z konieczności już w zimowym numerze. I chyba też z tego powodu mój artykuł będzie miał charakter bardziej wspomnieniowy, a wiadomo, że we wspomnieniach wszystko wydaje się nam lepsze i ładniejsze. W końcu po to są wspomnienia. Nie warto pamiętać złych chwil, bo i po co? Ja nie piszę sprawozdania, moim zdaniem jest na takowe za późno, ja po prostu będę snuła refleksje na temat warsztatów w ogóle, a tych naszych w Szczyrku w szczególności. I będą one zawierały z pewnością nutkę nostalgii za latem, co tak szybko przeminęło i za tą cudowną atmosferą, która towarzyszy zawsze naszym letnim spotkaniom (to było czwarte).
Foto - Przepiękna Dolina Szczyrku         Warsztaty odbyły się w dniach: od 7 do 15 lipca i wzięli w nich udział członkowie naszego klubu oraz ich opiekunowie. Nie uczestniczyły w nich tylko te osoby, które z jakiś ważnych powodów osobistych nie mogły z nami być. Wybaczcie Państwo, że nie będę wymieniała nikogo z nazwiska. Po prostu uważam, że na wizerunek naszego klubu pracujemy wszyscy bardzo wytrwale i rzetelnie. I wyróżniać kogokolwiek jest mi niezręcznie, biorąc pod uwagę, że snuję refleksje, a nie piszę sprawozdania. Dodam też, że w Szczyrku byłam zwyczajnym uczestnikiem, nie pełniłam żadnej kierowniczej roli. Z tego też powodu, moje postrzeganie tychże warsztatów jest zupełnie odmienne, aniżeli spojrzenie kolegów, tych bardziej zainteresowanych sprawami organizacyjnymi.
        Po tym przydługim wstępie przystępuję do sedna sprawy. Ponieważ w moim charakterze nie leży bezkrytyczność, powiem: moim zdaniem, było kilka niedociągnięć organizacyjnych. Ktoś chciał mieć lampkę nad łóżkiem, a jeszcze ktoś narzekał na pogodę, bo rzeczywiście nie była za specjalna. Długo też dyskutowano nad zasadnością podróżowania do celu autokarem, bo z tego powodu koszty bardzo wzrosły. Argumenty były na tak i na nie. Z jednej strony wysokie koszty, ale z drugiej - jaka wygoda:, zważywszy, że wśród nas są osoby rzeczywiście niepełnosprawne, to z pewnością ta forma przemieszczania była dla nich najdogodniejsza. A tak naprawdę nie należało rozważać tej sprawy po fakcie, skoro już dojechaliśmy na miejsce. I tutaj muszę dać swój komentarz. Aby na przyszłość nie dochodziło do podobnych i całkiem niepotrzebnych sporów należy przed wyjazdem przeprowadzić dokładną analizę ekonomiczną i problem przedyskutować na posiedzeniu Rady Klubu. Bo takie sprawy załatwia się przed, a nie w czasie wyjazdu. Ale przyznacie Państwo, że „duszom artystycznym” nie godzi się zajmować przyziemnymi sprawami. I rzeczywiście po pierwszych okrzykach niezadowolenia większość zwróciła swoją uwagę ku szczytom górskim i przepięknym widokom. Bo okolice są urokliwe, a i samo miejsce Szczyrk Solisko, gdzie byliśmy zakwaterowani, bardzo romantyczne. Wydawało się wręcz idealne do pracy twórczej. Mieszkaliśmy w budynku dawnej szkoły podstawowej, obecnie obiekt ten jest w posiadaniu PZN, a dokładniej Okręgu Śląskiego, z tym, że nie wiadomo jak jeszcze długo. Smaczne i obfite posiłki też pracowały nad poprawą naszych nastrojów. Do snu usypiał szum płynącego prawie pod oknami potoku. No, może nie wszystkich. A jeżeli nie usypiał, to rozbudzał wyobraźnię i wenę twórczą.
        A jak wyglądał nasz dzień roboczy? Byliśmy elastyczni, dostosowywaliśmy się do warunków pogodowych: jeżeli rano padało - mieliśmy zajęcia w grupach, jeżeli była piękna pogoda - to na wycieczkę. A po południu zajęcia w grupach. A ponieważ pojechały aż trzy sekcje: muzyczno-wokalna, teatr Sekret i literacka, zajęcia nasze miały z natury rzeczy odmienny charakter. Sekcja muzyczno-wokalna ćwiczyła nowy i powtarzała stary repertuar, teatr przygotowywał spektakl w oparciu o poezję Zbigniewa Herberta, a my literaci dyskutowaliśmy o trendach w literaturze, przedstawialiśmy własne, nowe utwory i udzielaliśmy sobie wzajem cennych rad.
        Za to wieczory były wspólne. Każda z sekcji uważała za swój obowiązek zapoznać pozostałych członków klubu z tym, co już zrobiła. Wydaje mi się, że były to rzeczywiście przyjemne wieczory. Mnie osobiście bardzo podobał się dobór repertuaru naszego chóru Echo. Zawsze z przyjemnością słuchałam śpiewanych przez nich pieśni i piosenek. Jeszcze długo po powrocie kilka ulubionych melodii cichutko sobie nuciłam. Dlaczego cichutko? Z bardzo prozaicznej przyczyny - nie jestem muzycznie uzdolniona. Teatr Sekret przedstawił program, na który składały się utwory naszych wielkich mistrzów pióra: Stefana Wiecha Wiecheckiego, Juliana Tuwima, przeważnie o charakterze satyrycznym, jak na tę porę roku i miejsce przystało. A my jako grupa literacka zaprezentowaliśmy się we wspólnym wieczorze poezji. Jedna z naszych koleżanek niejako wyłamała się, robiąc swój własny wieczorek ilustrowany muzycznie. I tak sobie myślę, czy nie jest to droga, którą należałoby pójść w przyszłości. Skoro każdy z nas tworzy zupełnie inną poezję, może będzie lepiej, by prezentacje były indywidualne, tyle, że w nieco skróconym czasie. Tak, żeby nie zanudzić słuchaczy, a jednocześnie stworzyć im szansę bliższego, indywidualnego odbioru i poznania twórczości poszczególnych autorów.
        Było też ognisko. Jak ognisko, to i pieczone kiełbaski i coś do nich. Był wypad do Czech, jazda gondolami na Szyndzielnię i jeszcze kilka innych atrakcji. Jednym słowem Szczyrk jawi mi się jako kolejny udany wyjazd. I oby z tej idei nie zrezygnowano w przyszłości. Bowiem nie ma lepszego sposobu na integrację jak wspólne, nieco dłuższe wyjazdy na łono natury. Wiadomo powszechnie, że przyroda bardzo łagodzi obyczaje, a jeżeli ma się duszę artysty, to na pewno jest o to jeszcze łatwiej. Sądzę, że nawet jeśli były jakieś niesnaski, to w chwili, kiedy ten artykuł będziecie Państwo czytali, już nikt o nich nie powinien pamiętać. Życie w grupie przynosi różne niespodzianki. Tak było, jest i będzie. Najważniejsze, żeby z takich spotkań pozostawały piękne wspomnienia, nowe wiersze, piosenki i teatralne spektakle. No i jeszcze niech rodzą się przyjaźnie, bo właśnie tylko wtedy jest czas na wymianę poglądów i bliższe wzajemne kontakty.
        Mam nadzieję, że następne warsztaty przyniosą nam równie miłe wspomnienia i zaowocują nowymi utworami.

I Powrót na górę I

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Irena Rybak
110 lat „Domu nad Łąkami”

        DOM OTWARTY
        Andrzej Roch Żakowski

      ...Wówczas to rodzice zdecydowali się kupić na spłaty niedaleko Warszawy trzy morgi piaszczystego porosłego sosnami wzgórza, które ojciec nazywał wydmą utrwaloną, i za pożyczone na hipotekę pieniądze postawić drewniany domek.
Jednej wiosny zaczęła się budowa domu, a jesienią już przenieśliśmy się tam z Warszawy razem z tym długim żółtawym fortepianem, książkami, mapami i robotą.
      Nie obmyślając nazwy na to miejsce na ziemi, mówiliśmy o nim po prostu: Górki. l tak długo zostało. Dopiero wiele lat później otrzymało nazwę „Domu nad łąkami".
                    (Zofia Nałkowska)


      110 lat po tamtej jesieni spotkali się w drewnianym domu, pierwszym w Polsce samorządowym Muzeum, uczestnicy jubileuszowych obchodów powstania „Domu nad Łąkami". W to wrześniowe, ciepłe, słoneczne popołudnie koncertowo uczciliśmy okrągłą rocznicę. Burmistrz Jerzy Mikulski i Dyrektor „jubilatki” Marzena Kubacz serdecznie dziękowali osobom, które przyczyniły się do powstania i rozwoju tej jakże potrzebnej w mieście placówki kulturalnej i edukacyjnej. Podziękowania, odznaczenia, radość i powody wzruszenia splatały się z promieniami chylącego się za sosnami słońca. Siedziałem w ogrodzie, gdy usłyszałem pierwsze takty muzyki Chopina. To Karol Radziwonowicz wirtuozyjnie wygrywał utwory na fortepianie, pamiętającym twórcze lata Zofii Nałkowskiej. Wiele tu pamiątek, otwartości i zaangażowania łącznie tworzących klimat.. Jubileuszowe spotkania skłaniają do refleksji i wspomnień. Miasto dla wielu członków Klubu Twórczości ŻAR było punktem na mapie Polski, teraz mamy tam wielu PRZYJACIÓŁ. W gościnnych salach prezentowali swą twórczość plastycy, teatr SekReT. Finał trzeciej edycji Konkursu Literackiego także miał tu miejsce, a poetów związanych z Klubem ŻAR przyjmowano życzliwie.
      Życząc następnych wielu lat kulturotwórczych, dziękuję za wspaniałe doświadczenia i przeżycia.

W roku 2005 mija 110 lat od chwili, kiedy to znany geograf Wacław Nałkowski zbudował dom w Wołominie. To Konstanty Woyciechowski (właściciel dworu i majątku w Wołominie), namówił swego przyjaciela Wacława do osiedlenia się tutaj, wraz z żoną Anną i córkami Hanną (rzeźbiarką) i Zofią (znakomitą pisarką).

        Drewniany dom zbudowany został w ciągu lata przez miejscowego cieślę, na porosłym sosnami piaszczystym wzgórzu. Z czasem wokół domu wyrósł piękny ogród. Wokół wzgórza rozciągały się malownicze pełne soczystej trawy i kwiecia łąki.
        W „Domu nad Łąkami” gościło wiele znakom!tych osób m.in.: Xsawery Dunikowski, Karolina Beylin, Stefania Podhorska-Okołów, Władysław Spasowski. To było wprost magiczne miejsce spotkań polskiej inteligencji.
        W roku 1911 zmarł Wacław Nałkowski. W 1937 z powodów finansowych rodzina Nałkowskich zmuszona była sprzedać swój ukochany dom. Nową właścicielką została Krystyna Pułaska, która gospodarowała tu wraz z matką Stefanią Wasungową. Dokonano licznych przeróbek.
        Dom przetrwał wojenną zawieruchę. Niestety, po 1945 roku budynek przejął ówczesny ADM. Nastąpiła dewastacja domu przez zamieszkujących go przygodnych lokatorów. Nikt niczego nie remontował. Niewiele pozostało też po wspaniałym ogrodzie, tak starannie pielęgnowanym przez Państwa Nałkowskich.
        Szczęśliwym trafem na pięterku „Domu nad Łąkami” zamieszkał Jerzy Surowcow (artysta, dekorator). To on stał się w 1955 roku inicjatorem utworzenia Muzeum Zofii i Wacława Nałkowskich.
        W 1982 roku na wniosek mgr Jolanty Pol wpisano wołomińskie „Górki” do rejestru zabytków kultury. To również ogromna zasługa doc, dr hab. Hanny Kirchner i red. Wiesława Budzyńskiego. Autorem rekonstrukcji „Domu nad Łąkami” był inż. Zbigniew Wilma.
        Dnia 29 października 1992 roku Muzeum Zofii i Wacława Nałkowskich zostało otwarte. Wśród osób pomocnych w tworzeniu Placówki była również Halina Wojakowska (komisarz wystawy). Pierwszym dyrektorem Muzeum został Jan Czyżmański, a kustoszem - mgr Marzena Kubacz. Następnie obiektem zarządzał mgr Cezary Waszczyński. Obecnie dyrektorem Muzeum Zofii i Wacława Natkowskich w Wołominie jest mgr Marzena Kubacz, a asystentem muzealnym - Agnieszka Kalinowska.
        Muzeum to miejsce, do którego każdy z nas chętnie powraca. Ten Dom osnuty jest magią dawnych lat i wielu indywidualności, które tu bywały. Uważam, iż posiada „serce i duszę” i jest szczególnie osobliwy. To wielce malowniczy zakątek Wołomina.
        Muzeum jest obecnie obiektem turystycznym i kulturalnym promującym nasze miasto. Spełnia szeroko pojętą rolę edukacyjną i chroni dobra kultury dla przyszłych pokoleń. Tu odbywają się liczne koncerty, wystawy, spotkania literackie i teatralne.
Osobiście darzę to miejsce ogromnym sentymentem. Pamiętam historie o jego wybitnych mieszkańcach, które w czasach mojego dzieciństwa opowiadał pan Surowcow. Dom Państwa Nałkowskich i okalający go ogród był dla nas dzieci niezwykle tajemniczym miejscem. Rozbudzało to naszą wyobraźnię i każda wizyta tu była dla nas wyprawą do świata, w którym czas się zatrzymał.
        Po latach tu odbywało się moje pierwsze spotkanie autorskie. Byłam niezwykle wzruszona, iż w tym uroczym miejscu, pod „duchową opieką Pani Zofii Nałkowskiej", mogłam prezentować swoją poezję.

Czas przemija i tylko wspomnienie,
Dzięki nam na wieki pozostanie.
Ludzie wielcy przez swoje dziela,
Pokoleń zyskują uznanie.

Dom Nałkowskich tutaj w Wołominie -
To miejsce przez mieszkańców ukochane,
Cieszy serca, odnawia nadzieję,
Wszystko bliskie tu i dobrze znane.

        Ten pełen niepowtarzalnego uroku Dom liczy już 110 lat! Takie malownicze miejsca musimy ocalić od zapomnienia. To nasz obowiązek względem przyszłych pokoleń. Tu historia splata się z rzeczywistością...
        Wspaniała wizytówka miasta Wołomina i dziedzictwo naszej kultury narodowej! W tym Domu swoją życiową przystań odnalazła słynna Rodzina Nałkowskich. Niech zatem to czarowne miejsce cieszy nas i przyszłe pokolenia przez wiele następnych lat, czego serdecznie życzę Państwu i sobie.

Przedruk z „Łącznika Mazowieckiego” nr 312, lipiec 2005 r.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

Andrzej Zaniewski o najnowszym tomiku poezji
Juraty Bogny Serafińskiej „AŻ ZNAJDĘ”

Foto - Jurata Bogna Serafińska

Jurata Bogna Serafińska - urodzona w Płocku, mieszka obecnie w Warszawie. Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim. Poetka, prozatorka, publicystka. Jest członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich, sekcji literackiej „Wena” w R.S.T.K., współpracuje z sekcją literacką Klubu Sił Powietrznych WLOP, Klubem Twórczości „ŻAR” w Okręgu Maz. PZN, Ośrodkiem „Sztuka i Ty” na Warszawskich Bielanach. Jej utwory były drukowane dotychczas na łamach: „Akantu", „Angory", „Wojsk Lądowych", „Świadectwa", „Kocich Spraw", „Kwartalnika Wrzesińskiego", „Naszych Bielan", „Orlen Ekspresu” oraz kilku almanachów, w antologii Konkursu Literackiego „Ikarowe Strofy", „Iluzja horyzontu” oraz albumu „Góry 0brazów Pracowni Malarskiej Jacka Bukowskiego". Wydała kilka tomików indywidualnych: m.in.: „Bajki o kotkach", „Królowa nocy", „Pełnia lata". Zdobyła szereg nagród w konkursach poetyckich, w tym l nagrodę w VIII O.K.P. „0 pióro Oficyny Wydawniczej „TAD” oraz III nagrodę w III O.K.L. RG Stowarzyszenia Autorów Polskich „Warszawa - Wisła - Mazowsze".

        Niech cię, drogi Czytelniku ten tytuł nie zmyli, bo tych światów rzeczywistości, wymiarów, nisz lub miejsc odosobnienia i samotności może być znacznie więcej, autorka bowiem nagle przebudziła się na rozstajnych drogach poetyckiego kontynentu i chyba sama dobrze jeszcze nie wie, jaką drogę wybierze, jaką tęczę i kierunek podróży.
        Zatrzymało mnie motto... trzy wersy wyznania, czy raczej zwierzenia bardzo osobistego, a równocześnie zdecydowanego, twardego, świadczącego, że istnieje już plan, mapa spełnienia zamierzeń, może ulotnych, chwilowych, delikatnych jak skrzydła motyle. A skrzydła te chitynowe i pozornie słabe potrafią przetrwać wiele burz, porywów wichru i przygód, tak niekiedy dramatycznych jak wyrwanie się z misternie rozpiętej pajęczyny. l zastanawiają się znawcy i badacze nad siłą motylich skrzydeł i ich dostosowaniem do otaczającego świata. Podobnie w literaturze dostrzegamy zjawiska wyjątkowe i niezwykłe: siłę pisarza przeciwstawiającego się śmierci, umieraniu, przemijaniu, albo też czerpiącego z własnego, bolesnego doświadczenia energię do tworzenia, wypowiadania się, opisywania. Ból przeobraża nas w stopniu nieprzewidywalnym i zamiast niszczyć pozwala zebrać siły...

„Ja coś mam zrobić pięknego!
Ja, nie kto inny - na pewno!
Wiem to - przeczuwam!”

        Krytyk, recenzent, czytelnik zostaje pozostawiony bez szansy wyboru, bowiem stanowczość i wszystkie wektory tej poetyckiej głossy są jednoznaczne i oparte na apriorycznym założeniu: ja mam zrobić, ja na pewno wiem, przeczuwam. Potrzeba pisania, konieczność pisania została tu podniesiona do rangi najwyższej i przyznam, że niewiele znam w historii literatury przykładów równie ambitnych, jak i śmiałych, odważnych manifestacji własnego „ja", l co ważniejsze założenia nie rozmijają się tu ze spełnieniami, wszystkie bowiem wiersze zawarte w tomie zatytułowanym „Aż znajdę” podporządkowane są przeświadczeniu, że to przeznaczenie, los, nieokreślona, lecz istniejąca siła witalna fizyczna i duchowa wyznaczają nam miejsce na ziemi, miejsce również w poezji, i w tych notatkach zapisywanych przeważnie trójfrazami czyli tercynami, w tej poetyce o bardzo zindywidualizowanej, nieregularnej strukturze rytmicznej... W wierszu „Zbudziłam się nagle” autorka mówi wprost:

"Mam siłę dlatego,
Że karmię nadzieję -
Przeczekam burzę”

        Po latach oczekiwania - świadomego, lub nie, to bez znaczenia - po długotrwającym stanie nieufności do własnych sił, a może i do własnych słów, nadszedł moment buntu, rozgoryczenia i żalu tak wszechwładnego, że nastąpiła eksplozja. Oczywiście wielkie znaczenie miała tu sytuacja psychologiczna, ta umiejętność logicznego sterowania wydarzeniami i własnym życiem... Jurata Bogna Serafińska mogła przecież spalić się w daremnym oczekiwaniu lub spopielić w rezygnacji, lub, co najgorsze, wyrzec się tego najcenniejszego fragmentu samej siebie - owego „ja” odmienianego w przeróżnych osobach w większości swych utworów. Los uderzył nagle, a posługując się przenośnią, było to nagłe trzęsienie ziemi i kobietę dotychczas szczęśliwą dopadły znienacka widma pytań, na które pełnych odpowiedzi nigdy doczekać się nie możemy - pytań o cel, o sens, o praprzyczynę istnienia i przyczynę odmierzanych starannie codziennych kroków, o moralność, o atuty jakie mamy w rękach w tej grze z życiem, które zaskakuje nas i nie oszczędza.
        Przeżyła więcej niż mogła unieść, a te pytania nieustępliwe i drapieżne mogły ją załamać lub pomóc, bo przecież odpowiadając - spowiadamy się, wyjaśniając - oczyszczamy wewnętrznie, zapisując te niby odpowiedzi - tworzymy. l tak właśnie narodziła się ta poezja - żarliwa, namiętna, gwałtowna, pełna wykrzykników i znaków zapytania. Chwilami miałem wrażenie, że autorka powstrzymuje się sama w tym szalonym pędzie wśród słów, znaczeń, zakresów literackiej semantyki, że stara się zatrzymać, wyhamować, zwolnić i opanować ów talent, kolejny pomysł na życie, nad którym nie do końca jeszcze panuje.

„Niełatwo budować
Od nowa ze zgliszczy -
Świat który zawalił się już.
Gdzie wątek, osnowa?
Czółenko gdzieś błyszczy!
Lecz lękam się nowych wciąż burz!”

        Niepogodzenie się ze stratą, przeciwstawianie się pożegnaniom, próba odtworzenia życia, które odtworzyć się nie da, walka o własną twarz kobiecą i poetycką. Gdzieś w tle ukrywa się, starannie maskowane odczucie goryczy i cichej pretensji do losu. Motyw „klamki” zamykającej drzwi został tu wykorzystany umiejętnie, jak i wiele innych popularnych zwrotów, powiedzeń, określeń, słów... Wspominam o tym ponieważ język tych wierszy jest różnorodny i tradycyjny, niekiedy nawiązujący do epoki romantyzmu, młodej Polski, modernizmu, do twórczości Staffa i Asnyka. Z poetek najbliższa wydaje się tu Kazimiera Iłłakowiczówna i dziś niemal zapomniana Bronisława Ostrowska.
        Podczas lektury, momentami bardzo wzruszającej, często odbierałem wrażenie, że czytam nie ukończony i zamknięty utwór, lecz szkic wiersza, albo też wiersz - fragment - odcinek większej całości, która jest w stanie tworzenia, rozległy poemat ujawniany przez poetkę w sekwencjach, jak w filmie. Być może przyszłość zaowocuje zatem formą większą - poematem, dramatem, nowelą- szczerze tego autorce życzę, bo dokonała już wiele, a prawdopodobnie osiągnie więcej jeszcze. Słowo „samotność” „pojawia się” w wielu miejscach. Świadomość samotności powraca, akcentowana, wyolbrzymiana i akceptowana. „Jestem samotna” - pisze autorka i nie protestuje, nie narzeka, nie skarży się, dramatycznie nie szuka wyjścia. Przeciwnie: zaprzyjaźnia się ze swą samotnością, co nie oznacza, że nie chce żyć inaczej... Pisarzowi potrzebna jest bowiem samotność, potrzebna w tworzeniu, w chwili rodzenia wiersza...
        Kilkakrotnie powracałem do pięknego, chociaż tradycyjnego poetyckiego zapisu, do trzech czterowierszy zatytułowanych „W pętli czasu"; oto ostatni z nich:

„Człowiek, a miało to brzmieć dumnie,
Walczy, choć bój to przegrany.
Może podeprzeć się na kolumnie,
Jak Samson u życia bramy.”

        Samson, jak wiadomo spotkał na swej drodze kobietę i była to miłość zmysłowa, tragiczna i ostatnia. Poezja jest próbą dotarcia do tych chwil, uczuć, marzeń i tęsknot, które nas ludzi uskrzydlają, chociaż mogą i zabić.

Jurata Bogna Serafińska, „Aż znajdę", Warszawa 2005, Wydanie I, ISBN 83-921599-0-X ss. 120 (wiersze „Miliony światów” oraz „Nie tylko w Weronie” publikujemy w tym numerze - w „Wierszach Wybranych”).

I Powrót na górę I

Foto - Piotr S. Król

FELIETON

Piotr Stanisław Król
Czy tędy na wyspy szczęśliwe?

        Spotkałem go pewnego letniego popołudnia na przystanku autobusowym w Wilanowie. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest inny... Właściwie nie bardzo mogłem tą jego odmienność precyzyjnie określić. Może ten przepraszający uśmiech, może spojrzenie, w którym kryła się ciekawość otaczającego go świata i ludzi, może dziwaczne ubranie, a szczególnie ta zielona muszka pod szyją, za nic nie pasująca do reszty ubrania, może... Podchodził kolejno do oczekujących na swój autobus i o coś pytał. Reakcja za każdym razem była identyczna - odwrócenie się plecami i przejście kilka kroków dalej, w bezpieczną strefę z niewidocznym, ale bardzo wyraźnym znakiem ostrzegawczym: „obcym wstęp wzbroniony". Był obcy, inny. Niezrażony, kłaniał się przepraszająco i kierował kroki do kolejnej osoby. I znów to samo. W końcu spojrzał na mnie. Przez chwilę stał w miejscu i przyglądał się, jakby rozważając, czy warto po raz kolejny narażać się na ostracyzm.
        - Czy z tego przystanku można dotrzeć na wyspy szczęśliwe? - zadał mi to pytanie tak naturalnie, jakby chodziło o objaśnienie dojazdu do Łazienek lub na Pragę Południe. Po chwili osłupienia, odezwali się we mnie starzy znajomi: racjonalizm i logika. Autobusem?! Na wyspy... szczęśliwe? Jeśli już, to chyba popłynąć...?
        - Nie sądzę... tutejszy rozkład jazdy nie przewiduje takiej trasy...
        Nie mogłem sam sobie uwierzyć, że tak właśnie odpowiedziałem! Mogłem odwrócić się od tego człowieka plecami, zignorować, wzruszyć ramionami i stwierdzić w duchu: „to jakiś wariat, nawiedzony szaleniec!". I miałbym rację. To był niewątpliwie człowiek szalony. Człowiek niezwykły, z którym rozmawiałem, a właściwie można powiedzieć - słuchałem, przez blisko godzinę. Autobusy odjeżdżały jeden za drugim, a ja wciąż go słuchałem...

        George Bernard Shaw powiedział kiedyś: „Szaleństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bardziej szalone, tym bardziej logiczne, tym bardziej wyrafinowane, tym bardziej wymowne, tym bardziej olśniewające".
        W plemionach prymitywnych, jak to określamy z wyższością ludzi rozumnych (podobno) - osoby odbiegające od przyjętych norm dla danej wspólnoty często uważane były za naznaczone przez siły wyższe, dobre lub złe duchy, wyznawanych bogów. Byli nietykalni, obdarzeni czcią i szacunkiem. Uważano, że ci być może widzą, słyszą i rozumieją więcej niż dane jest to zwyczajnym współplemieńcom. Tak bywało kiedyś.
        Obecnie żyjemy w czasach globalnej unifikacji, standardyzacji nie tylko norm technicznych, produkcyjnych, ale także i zwyczajów, zachowań, zjawisk kulturowych. Urzędy i komisje określają dopuszczalną długość oraz kąt zagięcia bananów (jak w tym dowcipie - „Co to jest wielbłąd? To jest koń opracowany przez komisję"). A na uniwersytetach amerykańskich określa się niepisane zasady poprawności politycznej i społecznej, których przekroczenie oznacza eliminację z rejestru ludzi „nowoczesnych i światłych". Szacowne jury najznakomitszych nagród literackich bardziej niż o poziom zaczyna zabiegać o względy określonych grup lobbystycznych. Obecnie bardziej opłaca się iść z duchem określonych przez wszechpotężne media wyznaczników, niż być z nimi na bakier, iść pod prąd. Do tego trzeba być doprawdy pozbawionym racjonalnego myślenia, po prostu - szalonym.
        Czy szaleństwo może być, jak to określił G. B. Shaw - „olśniewające"? Takich przykładów historia zna bez liku. Pod koniec XVIII wieku na dworze cesarza Austrii Józefa II pojawił się pewnego dnia muzyk, który łamał wszystkie obowiązujące zasady etykiety. Nadwornym kapelmistrzem był wówczas Antonio Salieri (1750 -1825), włoski kompozytor, wytworny, elegancki, uznawany za mistrza nut. Każdą z nich stawiał w ogromnym trudzie, wykreślał je i poprawiał bez końca. Jego kompozycje, opery były profesjonalne i znakomite w strukturze i obowiązujących zasadach. Ale brakowało w nich tego boskiego tchnienia szaleństwa. Tego, którym naznaczony był Wolfgang Amadeusz Mozart - absolutny geniusz, stawiający nuty na pięciolinii od niechcenia, bez poprawek, bez wysiłku. Antonio Salieri miał pieniądze, uznanie dworu, liczne tytuły, odznaczenia. Dożył późnej starości Znają go dziś w zasadzie tylko koneserzy. Mozart zmarł młodo, w niedostatku (można powiedzieć - w długach, wydawał zawsze znacznie więcej niż otrzymywał). Nie wiadomo nawet, gdzie spoczywa jego ciało (pochowany został w masowym grobie, na rozkaz cesarski, w związku z szerzącą się wówczas epidemią). Ale cudowna, boska muzyka tego szalonego młodzieńca bez zasad i ogłady - przetrwa do końca świata. Niektórzy mówią, że będą ją grać także i później...
        Stanisław Stanik, znakomity poeta, krytyk literacki i publicysta wspomina w wywiadzie pt. „Barwy i odcienie poezji” (opublikowanym w niniejszym numerze), iż „'naznaczonych szaleństwem’ było bardzo wiele umysłów genialnych, które nie poddawały się zaszufladkowaniu: Swedenborg, Hoelderlin, Strindberg, Nietzsche, Plath, Sexton, van Gogh, Munch, Niżyński, Kniaźnin, Norwid, Witkacy..."
        Sokrates powiedział: „Szaleństwo ma formy dwie: jedna pochodzi z choroby - ludzkiej, a druga z boskiego wyrzeczenia się zwyczajów i obyczajów ludzkich". Czasami te dwie formy wzajemnie się przenikają. Odrzucenie przez społeczność może rodzić u jednostki chorobę duszy. Może być też i tak, że to właśnie choroba zwyczajów i obyczajów danej społeczności rodzi potrzebę ich odrzucenia lub też rewolucyjnej przemiany: kulturowej, społecznej, obyczajowej. A uczynić to mogą tylko jednostki „naznaczone szaleństwem".

        Mój rozmówca w muszce koloru głębokiej, butelkowej zieleni snuł swoje rozważania o poszukiwaniu szczęścia w dzisiejszych czasach. Według niego: zostało ono sprowadzone do żałosnego poziomu. Przykładowo - nabycia w „kosmicznie” promocyjnej cenie zestawu kina domowego, które to z kolei ma gwarantować uszczęśliwienie naiwnego klienta krystaliczną jakością dźwięku i obrazu. Widzimy i słyszymy fantomy medialne, a tak często nie widzimy i nie dostrzegamy drugiego człowieka, który jest obok nas: żony, dzieci, rodziców, sąsiada. Nie przeżywamy miłości, tylko ją konsumujemy, a konsumpcja stała się dla społeczeństwa bogiem, a raczej marnym skarłowaciałym bożkiem.
        Spojrzałem na zegarek i z przerażeniem stwierdziłem, że straciłem rachubę czasu. Byłem spóźniony na umówione spotkanie. Nadjechał mój autobus. Uścisnęliśmy sobie ręce, a on zadał mi pytanie - Czy dotrzesz tym autobusem na swoje wyspy szczęśliwe?
        - Nie... nie wiem, chyba nie... - wyjąkałem kompletnie zaskoczony.
        - To po co do niego wsiadasz? - uśmiechnął się serdecznie i po chwili delikatnie popchnął w stronę otwartych drzwi.
        Przez tylną szybę widziałem jak wciąż stał na przystanku i żegnał mnie podniesioną ręką. Wokół niego była pustka. Jakby był na swojej własnej, tylko jemu znanej, niewidzialnej wysepce. Szczęśliwej?

I Powrót na górę I

LISTY DO REDAKCJI

        Szanowni Państwo!
W moich badawczych poszukiwaniach natrafiłam na redagowany przez Państwa Kwartalnik Kulturalny. Jestem nim i Państwa działalnością prawdziwie oczarowana. Pozwolę sobie jednak na kilka słów o mojej skromnej osobie. Nazywam się Małgorzata Czerwińska. Jestem osobą niewidzącą. Do PZN należę od 1985 r. Jestem adiunktem na Uniwersytecie w Zielonej-Górze.
        Moje naukowe zainteresowania dotyczą tyflopedagogiki oraz bibliologii-bibliotekoznawstwa, nauki o książce. Pracę doktorską poświęciłam pismu i książce brajlowskiej w Polsce. Aktualnie pracuję nad naukową rozprawą monograficzną, której przedmiotem jest książka literacka niewidzących twórców - w ujęciu bibliologiczno-tyflologicznym. Stąd też z największym zainteresowaniem śledzę treści wydawanego przez Państwa periodyku. Udało mi się dotrzeć do niego przez Internet.
        Nie ukrywam, że niezmiernie zależy mi na stałym kontakcie z Państwem, a jeśli byłoby to możliwe, to także na osobistym spotkaniu. Państwa działalność należy do nielicznych w zakresie pomocy, promowania, popularyzowania aktywności twórczej (literackiej) niewidzących autorów. Stąd też jest ona szczególnie cenna i godna ogromnego szacunku. Będę wdzięczna za możliwość uzyskania od Państwa jakże dla mnie ważnych i wartościowych informacji w zajmujących nas kwestiach literatury autorstwa niewidzących twórców. Będę głęboko zobowiązana za wszelkie Państwa uwagi, spostrzeżenia, poglądy, wskazówki (zwłaszcza bibliograficzne), a także materiały. Mam bowiem świadomość, że mimo mojej naukowej rzetelności, mogłam jednak nie dotrzeć do wszystkiego, do czego dotrzeć powinnam, a co sprawi, że powstająca rozprawa będzie wyczerpująca, a co najważniejsze odda prawdę o literackim dorobku niewidzących autorów, o ich twórczych zmaganiach, osiągnięciach, motywacjach, dążeniach, radościach i kłopotach. We wzmiankowanej rozprawie nie może zabraknąć rzetelnych informacji o Państwa Klubie. Wierząc w naszą współpracę i obiecując moją rzetelność badawczą - łączę słowa najgłębszego szacunku i serdecznej pamięci
dr Małgorzata Czerwińska

        OD REDAKCJI: Że wykonujemy kawał rzetelnej i pozytywistycznej roboty publicystyczno-dziennikarskiej, to czasami do nas - w nawale pracy - dociera. Ale że mogliśmy nią kogoś „prawdziwie oczarować"? Na szczęście mamy, póki co, bardzo trzeźwe spojrzenie na to co robimy. Znamy swoje zalety, ale zdajemy sobie sprawę, że do poprawienia też jeszcze sporo się znajdzie. Komplement jest jednak miły i z przyjemnością go przyjmujemy. Serdecznie dziękujemy.
        Czytelników informujemy, że już zdążyliśmy spotkać się z Panią adiunkt w redakcji. Przy kawie, w znakomitej atmosferze, przegadaliśmy kilka godzin. Uzgodniliśmy tryb naszej współpracy nad pracą monograficzną i obiecaliśmy pomóc, jak tylko możemy.
        A tak na marginesie - tym razem to Pani Małgosia nas prawdziwie oczarowała: pogodą ducha, poczuciem humoru, otwartością i błyskotliwością. Używając języka sprawozdawców sportowych możemy powiedzieć: mamy remis.


*     *     *

        Szanowni Państwo,
        chcę podziękować za przesyłany kwartalnik „Sekrety ŻARu". Mam 78 lat. Przepraszam za błędy ale mam ukończone tylko 4 klasy szkoły powszechnej przed wojną. Jestem na rencie rolniczej, mieszkam samotnie. Czasem napiszę jakiś wiersz z życia wzięty. Kilka przesyłam. Trochę rzeźbię w drewnie (załączam zdjęcia), czasem coś narysuję, ale coraz gorzej widzę. Należę do PZN, chodzę na spotkania, „wygrzewam się w promieniach słońca i wyglądam życia końca..."
Józef Lipski - Obrowiec

        OD REDAKCJI: Trudno czytać takie listy bez wzruszenia. Panie Józefie, przeczytaliśmy Pana wiersze, obejrzeliśmy zdjęcia prac rzeźbiarskich.
Poziomu wrażliwości artystycznej duszy nie można mierzyć ilością ukończonych klas. Jest Pan znakomitym tego przykładem.

I Powrót na górę I

OGŁOSZENIA

VI MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ

Okręg Mazowiecki Polskiego Związku Niewidomych ogłasza VI edycję konkursu na małą formę literacką w dwóch kategoriach:
- POEZJA     - PROZA (opowiadania, wspomnienia)
Kliknij tutaj, aby zapoznać się ze szczegółowymi informacjami o warunkach konkursu oraz pobrać formularz zgłoszeniowy.

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora

Rada programowa: Jan Zdzisław Brudnicki, Małgorzata Drzewińska, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski, Andrzej Roch Żakowski (przewodniczący)

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: Elżbieta Król, tel. (0-22) 827 78 31,
e-mail: ekrol@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - KOMOGRAF

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę