WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 1(12)/2006

W numerze:

Od Redakcji   >>>

POŻEGNANIE
Ks. Jan Twardowski (1915-2006)   >>>

PRZEMYŚLENIA - WYWIAD
Młodzież i sztuka - z Ryszardą Dziubińską - Dyrektorem Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Słabo Widzących w Warszawie rozmawia Irena Pursa  >>>

PRZEMYŚLENIA
Co nowego u Norwida? - Stanisław Stanik  >>>

PRZEMYŚLENIA
Narodziny patriotyzmu - zakodowana wizja w cyklu powieściowym Zofii Kossak-Szczuckiej Jurata Bogna Serafińska  >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Kasztany zakwitły, Panie Fryderyku... - Piotr Stanisław Król   >>>
Na całym świecie - Iwona Zielińska-Zamora   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - H. Domańska, K. Łagowska, E. Madej, I. Pursa, S. Stanik, I. Stopierzyńska-Siek, I. Zielińska-Zamora    >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Oporna materia słowa - Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Zaproszenie do Ogrodu - Piotr Stanisław Król o tomiku poezji Elżbiety Dąbrówki-Madej „Ogród Wspomnień”   >>>

Z ŻYCIA LITERACKIEGO
Z notatnika - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Wiersze moje, jak chleb... - Kazimierz Stępnień   >>>

FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Ten cudowny świat - Piotr Stanisław Król   >>>

Od Redakcji

„Oby piękno, które będziecie przekazywać pokoleniom przyszłości,
miało moc wzbudzania w nich zachwyt”

(Jan Paweł II, List do artystów)

Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

        Szczytna intencja towarzyszy redakcji naszego kwartalnika przy oddawaniu do rąk Czytelników kolejnego numeru „Sekretów ŻARu". Żywimy przekonanie, z zachowaniem wszelkich proporcji, że kolejny raz przekazujemy Państwu jakąś odrobinę piękna... i kilka spraw do przemyślenia.
        Zachęcamy w pierwszej kolejności do lektury wywiadu, który Irena Pursa przeprowadziła z Panią Ryszardą Dziubińską, Dyrektorem Ośrodka dla słabo widzących w Warszawie. Osnową rozmowy jest próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak wychowywać dzieci i młodzież do uczestniczenia w kulturze, zarówno w roli aktywnych odbiorców, ale też, być może, twórców wartości artystycznych.
        Nasze skromne u początków pismo zaczyna nabierać „rozmachu"; staje się poważnym i uznanym pismem literackim, skoro jego łamom powierzają swoje teksty znani pisarze i krytycy. W bieżącym wydaniu gościmy Stanisława Stanika i Jana Zdzisława Brudnickiego. Czytelnicy, którzy sięgną po te teksty, nie będą z pewnością zawiedzeni.
        Warto też z uwagą przeczytać inne teksty prozatorskie, chociaż nazwiska ich autorów nie są (jeszcze nie są) znane szerszym kręgom czytelniczym. Opowiadanie Iwony Zielińskiej-Zamory pt. „Na całym świecie” trzeba koniecznie przeczytać do końca, by dowiedzieć się, kim jest właściwie główny bohater. Piotr Stanisław Król, oprócz opowiadania pt. „Kasztany zakwitły, Panie Fryderyku", dzieli się z Czytelnikami w dziale „Nowości wydawnicze” swoimi refleksjami po lekturze tomiku wierszy Elżbiety Dąbrówki-Madej „Ogród wspomnień", a także spostrzeżeniami w stałym już felietonie z cyklu „Zapatrzenia".
        Również miłośnicy poezji nie powinni być zawiedzeni. W omawianym numerze publikuje swoje wiersze kilku autorów. Jedni są już Czytelnikom naszego pisma dobrze znani, inni, jak Kazimierz Stępień, pojawiają się po raz pierwszy na jego łamach.
        Może warto zwrócić uwagę na nową rubrykę w naszym kwartalniku zatytułowaną „Słowem o słowie", z tekstem niżej podpisanej. Nawiązuję w nim do motta całego numeru, w którym jest mowa o zadaniach artystów.
        Na koniec lekturowa niespodzianka - tekst Juraty Bogny Serafińskiej sytuujący się, dzięki swojej formie, między esejem, recenzją a publicystyką. W „Narodzinach patriotyzmu” autorka kieruje naszą uwagę na trochę już zapomniane dzieło Zofii Kossak-Szczuckiej pt. „Krzyżowcy". Zaskakujący istotnie powrót do „niemodnych” lektur.
        Z przekonaniem życzymy więc owocnej lektury wszystkich tekstów zamieszczonych na łamach niniejszego numeru „Sekretów ŻARu", bo chyba warto. Jest w nim do odnalezienia, jak sądzimy, owa „odrobina piękna".

Irena Stopierzyńska-Siek

I Powrót na górę I

POŻEGNANIE

Ks. Jan Twardowski
(1915-2006)

Foto - Ks. Jan Twardowski        Odszedł ksiądz Jan Twardowski. Był poetą, choć nie lubił, gdy tak Go nazywano. Mówił skromnie o sobie: „jestem księdzem, który pisze wiersze".
        Zadebiutował w 1936 roku tomikiem wierszy „Powrót Andersena". Niestety, podczas II wojny światowej cały nakład jego wierszy zaginął.
        Studiował filologię polską i teologię na Uniwersytecie Warszawskim. W okresie okupacji hitlerowskiej był żołnierzem Armii Krajowej, walczył w Powstaniu Warszawskim. W 1948 roku przyjął święcenia kapłańskie. Jego wiersze zaczęły się ukazywać od 1945 roku na łamach różnych pism, między innymi „Tygodnika Powszechnego".
        Szerszym rzeszom czytelników stał się znany na początku lat 60-tych, a wydany 10 lat później tom „Znaki ufności” przyniósł księdzu Twardowskiemu ogromną popularność. Zainteresowanie czytelników wzbudzały jego kolejne zbiory: „Niebieskie okulary", „Rachunek dla dorosłego", „Który stwarzasz jagody", „Nie przyszedłem pana nawracać” i wiele innych.
        Ksiądz Twardowski był wiele lat rektorem kościoła sióstr Wizytek w Warszawie, gdzie głosił kazania dla dzieci. Właśnie im zadedykował dwa zbiory wierszy: „Zeszyt w kratkę” oraz „Patyki i patyczki".
        W 1980 roku poeta otrzymał nagrodę PEN-Clubu im. Roberta Gravesa za całoksztalt twórczości. Był również laureatem wielu innych nagród, między innymi Medalu im. Janusza Korczaka, Nagrody Fundacji Alfreda Jurzykowskiego. W 1996 roku dzieci wyróżniły księdza Jana Twardowskiego Orderem Uśmiechu. W 2000 roku otrzymał nagrodę IKAR, a w 2001 roku został laureatem nagrody TOTUS, nazywanej „katolickim Noblem".
        Jan Twardowski był poetą uśmiechu i niemal dziecięcej naiwności, czym zjednywał sobie czytelników. Pytany o swoją twórczość ksiądz Twardowski mówił: „wszystko cokolwiek mi się udaje nie jest moją zasługą. Gdy patrzę na życie, odnoszę wrażenie, że korzystałem z ciągłej protekcji Pana Boga".
        Pożegnaliśmy skromnego księdza, który pisał wiersze. Wielkiego Poetę.

GORĘTSZA OD SPOJRZENIA

Żeby nie być taką czcigodną osobą
której podają parasol
którą do Rzymu wysyłają
w telewizji jak srebrnym nieboszczykiem kręcą
wieszają przy gwiazdach filmowych

Ale być chlebem który krają
żywicą którą z sosny na kadzidło skrobią
czymś z czego robią radio
żeby choremu przy termometrze śpiewało
zegarem który w samolocie jak obrazek
ze świętym Krzysztofem leci
żółtym dla dzieci balonem -

a zawsze hostią małą
gorętszą od spojrzenia
co się zmienia w ofierze

Jan Twardowski „Nadzieja uczy czekać"

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA - WYWIAD

MŁODZIEŻ I SZTUKA
z Ryszardą Dziubińską - Dyrektorem Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Słabo Widzących w Warszawie rozmawia Irena Pursa

        Irena Pursa - Jest Pani człowiekiem bardzo zapracowanym. Kierować tak ogromną placówką to nie lada wyzwanie, a Pani jest nie tylko wspaniałym managerem, ale również animatorem kultury - życia artystycznego w ośrodku. Placówka jest wzorcowa, co widać na pierwszy rzut oka. No i działa nieprzerwanie przez 55 lat, z czego dziesięć lat pod Pani skrzydłami. Naszych Czytelników będzie jednak przede wszystkim interesowało wspieranie rozwoju kulturalnego i niejako patronowanie wszelkim działaniom kulturotwórczym w środowisku, a także wychodzenie z inicjatywami na zewnątrz. Pozwolę sobie za Panią wymienić kilka najważniejszych przedsięwzięć, które są realizowane dzięki Pani nieustannej akceptacji. W ośrodku działa teatr „Krzesiwo"; jest wydawane pisemko VENA; śpiewają rozkoszne „Korniki” (chór); rozkwita wręcz w różnych formach plastyczna działalność młodzieży, głównie w sztukach użytkowych i rękodzielnictwie; mają też szanse rozwoju przyszli literaci, którzy ze swoimi utworami startowali w wielu konkursach; młodzież uwielbia ruch - tu mogą się wykazać jako tancerze pod fachowym kierownictwem instruktorów. Ośrodek wziął też udział w międzynarodowym programie wymiany kulturalnej „SOKRATES COMENIUS” - w ramach krajów Unii Europejskiej. Gdyby nie Pani głębokie zaangażowanie i zrozumienie potrzeb kulturowych młodzieży wszelkie inicjatywy nie wyszłyby poza sferę projektu. A ja zapytam trochę przewrotnie o Pani osobisty stosunek do wartości kulturowych- tej strawy duchowej. Dlaczego Pani zaangażowanie jest tak ogromne?

Foto - Dyrektor Ryszarda Dziubińska         Ryszarda Dziubińska - Uważam, że kultura w znaczeniu personalistycznym to kreacja człowieka z myślą o człowieku. Innymi słowy twórcą kultury jest człowiek, jej uczestnikiem jest człowiek i winna ona jak najlepiej służyć człowiekowi. W związku z tym niezwykle leży mi na sercu wszechstronny rozwój naszych uczniów, a szczególnie intelektualno- poznawczy i estetyczny. Stąd moje zaangażowanie w tworzenie wartości kulturotwórczych w naszym środowisku. Jak mawiał Jan Paweł II: „tylko tworząc kulturę, można ją zachować".

        Irena Pursa - Wiadomo, że sztuka we wszystkich swoich przejawach wzbogaca życie wewnętrzne, uczy wrażliwości. Co jeszcze daje tej właśnie młodzieży; jakie wartości ze sobą niesie?

        Ryszarda Dziubińska - Sztuka to dziedzina ludzkiej działalności artystycznej, wyróżniona ze względu na związane z nią wartości estetyczne (zwłaszcza piękno). Jej wytwory stanowią trwały dorobek kultury. Myślę, że szczególnie nasi niepełnosprawni wychowankowie poprzez obcowanie ze sztuką na co dzień wzbogacają swoją osobowość, uczą się patrzeć na piękno, stają się bardziej wrażliwi i bogatsi duchowo. Sztuka ma charakter uniwersalny, zwraca się do wszystkich ludzi, stawia opór czasowi i przestrzeni. Nasi uczniowie często pochodzą z małych miejscowości i nie mają możliwości spotkania się z takim dobrodziejstwem kultury narodowej, jaki mogą znaleźć w stolicy Polski. Staramy się poprzez organizowanie różnorodnych imprez, wyjść do kina, teatru, muzeum, czy na wystawy okolicznościowe, wychowywać naszą młodzież w duchu wrażliwości na piękno, które nas otacza.

        Irena Pursa - Różne rzeczy dzieją się w tym szczególnym ośrodku i tu proszę o pochwalenie się największymi sukcesami swoich podopiecznych.

Foto - Rozśpiewane Korniczki         Ryszarda Dziubińska - Gdy tylko objęłam placówkę, szczególny nacisk położyłam na zajęcia rozwijające zainteresowania uczniów. Na efekty nie musieliśmy długo czekać. Nasi podopieczni w wielu dziedzinach odnoszą sukcesy. Teatr „Krzesiwo” prowadzony przez Pana Ryszarda Polaszka to w zasadzie już instytucja stale przynosząca chwałę ośrodkowi. Przez szereg lat w ogólnopolskim turnieju „Asy z naszej klasy” wiedliśmy palmę pierwszeństwa, a to dzięki moim wspaniałym kolegom: Romanowi Piłatowi, Annie Baszniak i Jolancie Szubie. Liczne wyróżnienia i nagrody zdobywa zespół wokalno-muzyczny „Korniki” prowadzony przez Pana Waldemara Bogackiego. Medale zdobywają nasi uczniowie w konkursach tańca towarzyskiego. Uzdolniona literacko młodzież sięgnęła po najwyższe nagrody w pięciu edycjach Mazowieckiego Konkursu Małych Form Literackich. Ponadto było wiele nagród i znaczące sukcesy w konkursach plastycznych, modelarskich czy muzycznych. Jestem dumna z tych licznych osiągnięć naszych uczniów, którzy się tak wspaniale realizują pod troskliwą opieką moich niezwykle zaangażowanych nauczycieli i wychowawców.

        Irena Pursa - Czy jest pani zadowolona z aktualnego stanu rzeczy? Może ma Pani pomysły na jeszcze szerszą działalność kulturotwórczą.

Foto - Pan Ryszard Polaszek i teatr Krzesiwo         Ryszarda Dziubińska - Oczywiście, że bardzo sobie cenię wszystkie nagrody i wyróżnienia, jakie zdobywają nasi uczniowie. Wiem, że daje to dużo zadowolenia i satysfakcji zarówno podopiecznym jak i tym, którzy ich do tego inspirują, zachęcają, a więc nauczycielom i wychowawcom. W chwili obecnej przygotowujemy się do aukcji prac naszych uczniów, a finanse, które uda nam się zebrać, chcemy przeznaczyć na ufundowanie sztandaru dla naszej placówki. Stale poszukujemy nowych pomysłów do realizacji dzięki dużej kreatywności kadry pedagogicznej.

        Irena Pursa - Mam na koniec szczególne pytanie. Wiem, iż jest Pani miłośniczką poezji i często cytuje ulubionych twórców. Czy może Pani zdradzić czytelnikom, których autorów preferuje?

        Ryszarda Dziubińska - Bardzo lubię czytać (choć często brakuje mi czasu). Bliska jest mi poezja współczesna. Skrzydeł dodaje mi obcowanie z twórczością wielkiego Polaka Jana Pawła II. Na koniec zacytuję mojego umiłowanego Ojca Świętego: „świat bez sztuki naraża się na to, że będzie światem zamkniętym na miłość". Inne piękne słowa, które są jakby drogowskazem: „człowiek żyje prawdziwie ludzkim życiem dzięki kulturze".

        Irena Pursa - W imieniu zespołu redakcyjnego oraz naszych czytelników bardzo dziękuję za interesującą rozmowę. Przy okazji życzę dalszych sukcesów.

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

CO NOWEGO U NORWIDA?
Stanisław Stanik

        Z pisarza, publikującego za życia pokątnie w pismach szczególnie warszawskich, lwowskich i poznańskich, uczynił Norwida pisarzem całą gębą Zenon Przesmycki (Miriam). Zaczął publikować sukcesywnie dzieła zebrane poety, a do nich dodawał szczegółowe komentarze, tak by stał się jasny i czytelny (na ile to było możliwe). Po wojnie wiele do rozpropagowania dzieł Norwida uczynił Juliusz Wiktor Gomulicki, wydawca „Pism wszystkich” w jedenastu tomach, także „Wyboru pism". Wykazał olbrzymią wiedzę o życiu poety, o chronologii jego dzieł, ich recepcji i analiz. Trzecim w tym poczcie uczonych, którzy przysłużyli się najwięcej Norwidowi, uzasadniając rzeczywiste jego zasługi dla uznania go za Czwartego Wieszcza, jest Zbigniew Sudolski. Napisał monografię siedmiusetstronicową życia i twórczości poety „Norwid", jakiej nikt przed nim nie ośmielił się napisać - dokładną, wszechstronną, pod względem faktograficznym najbogatszą.
        Ale mimo wieloletnich badań tematu, sympozjów poświęconych poecie, wydawania pisma wyłącznie jemu poświęconego - wciąż zaskakują nowe znaleziska, odkrycia - powiedzmy „żywe norwidiana". I ja, wciągając się coraz bardziej w lekturę utworów poety, a zaczęło się to już kilka lat temu, i zbierając materiały do monografii pisarza, możliwie świeżej, oryginalnej, znalazłem się przed zagadkami, które rozwiązując, doprowadziły mnie do rewaloryzowania dotychczasowych poglądów o Norwidzie, bądź do odnalezienia nowych, nieznanych wątków Norwidowych.
        Najciekawsze z moich odkryć to wskazanie etymologii nazwiska Norwida. Poeta napisał w swojej „Autobiografii artystycznej” (1872), że w dalekiej przeszłości przodkowie jego nazywali się Norwithy. Badacze nie dawali temu wiary, więcej, zaprzeczali też, aby wywodzili się z Normanów. Moja dokładna analiza wypowiedzi Norwidowych na ten temat wykazała, że faktycznie przodkowie poety musieli być Normanami, bo ci odbywali wędrówki do Francji, następnie do Anglii, by po klęskach w XV wieku powrócić w pobliże swych skandynawskich siedzib (Norwidowie zaś osiedli na Litwie). Rozłożenie gramatyczne nazwiska na: Nor+withy (nor=z północy, withy=witka, łoza) wskazuje, że ród otrzymał nazwisko w Anglii, by po przeprowadzeniu się na Litwę otrzymać brzmienie nazwiska Norwit, a po osiedleniu się w Polsce: Norwid. Śledzenie historii rodu z linii męskiej, stosownie do napomknięć poety na ten temat wskazuje, że Norwidowie spędzili pięć wieków na podbojach (Francja, Anglia), potem pięć wieków na Litwie i w końcu w Polsce. Tutaj znalazł się dopiero ojciec poety, żeniąc się z dziedziczką Laskowo-Głuchych na Mazowszu.
        Innym ciekawym moim odkryciem jest ustalenie szczegółów historii miłosnej Norwida i Kamili Lemańskiej, historii wzniosłej, dramatycznej i ostatecznie nieszczęśliwej. Na ślad Kamili L., którą kochał Norwid, a i jego podobno ona (została przecież jego narzeczoną) natrafił dopiero w 1938 roku Adam Czartkowski, otrzymując od mieszkańca Czyżowa Szlacheckiego list i poemat „Trylog” poety - sprzed kilkudziesięciu lat, by następnie opublikować je z komentarzem na łamach „Kuriera Warszawskiego". Można było dowiedzieć się, że znajomość obojga była zawarta mniej więcej w 1842 roku, ale i domyślać, że została na nowo podjęta po 1848 roku, gdy Kamila rozwiodła się z mężem Czesławem Biernackim, hulaką i birbantem, którego miał zastąpić przy jej boku Norwid, długo przecież narzeczony, a tak nieszczęśliwie odepchnięty przez nią. Koleje romansu były w ogólności znane badaczowi tematu Juliuszowi Wiktorowi Gomulickiemu, lecz do niedawna nawet nazwisko Kamili skrywała tajemnica. Bodaj Z. Dokurno kilka lat temu odkrył, że chodzi o Lemańską, o której, jak też jej rodzinie, jest wzmianka w „Herbarzu” Uruskiego (1911), a o której ten wspominał, że zamieszkiwała w Zagórzu koło Częstochowy. Ważne to informacje, bowiem logiczne ich powiązanie ze znanymi faktami z życia Norwida pozwoliły pogłębić i poznać przebieg znajomości poety z Kamilą.
        W Zagórzu mógł Norwid być w 1842 roku podczas wyprawy krajoznawczej z przyjacielem Franciszkiem Wężykiem po Królestwie Polskim. Tu musiał pozostać dłużej, skoro - jak wiersze i poematy świadczą - w otoczeniu przyrody kwitła ta znajomość, zakończona przyjętymi oświadczynami.
        Pisywał potem z podróży po Europie Norwid listy do ukochanej. Czas jednak płynął, a panna, mając na widoku dobrą partię z Czesławem Biernackim, zerwała zaręczyny i wyszła za mąż za niego, ziemianina z okolic Wielunia.
        Po rozwodzie posłała bilecik Norwidowi pisząc, że go naprawdę kochała i że - jest wolna. Co ciekawe: Norwid musiał jakoś wciągnąć się w tę grę, bo podjął korespondencję z dawną narzeczoną, choć musiały powstrzymywać go od tego kroku dobre zasady, a Kamila - jak wiadomo - była rozwiedziona, miała syna i ewentualne małżeństwo nie mogło mieć umocnienia w sakramencie, co nie było bez znaczenia w Norwidowym systemie wartości. Ostatecznie skończyło się na tym, że Kamila, już bodaj w 1852 roku, wyszła ponownie za mąż za konsula generalnego Prus w Paryżu.
        Zdawałoby się - normalne życie, ale miłość i klęska miłości stały się przyczyną depresji Norwida (zaczęła się po zerwanych zaręczynach w 1842 roku). „Czarna suita", zestaw kilku rozpaczliwych wierszy, powstających od maja do grudnia tego roku, wykazuje, że Norwidowi przychodziły na myśl najczarniejsze myśli. Było mu niewymownie smutno, wyobraźnia ukazywała mu różne potwory, nie widział celu życia i myślał nawet o targnięciu się na nie. Przeżył to zerwanie z narzeczoną głęboko.
        W dalszych latach wystąpiły znów ataki melancholii (inaczej: depresji), a choroba pociągała za sobą łzawienie, konwulsje, bóle somatyczne i postępującą głuchotę. To ona zepchnęła go głównie na margines życia kulturalnego i wyobcowała z kręgów emigracji.
        Nie warto byłoby, więcej - nie wypadałoby o tym pisać, gdyby nie przyświecał temu cel większy. Norwid o miłości, o chorobie, o swojej samotności pisał, i to pisał wielokrotnie - w wierszach, w poematach, w listach. Jakżeż więc zozumieć Norwida, szczególnie jego utwory, gdy nie będziemy znać ich kontekstu: aluzji do przeżyć osobistych, usymbolizowania wydarzeń prawdziwych, „rzeczywistych” - jak mówił poeta. Postawa strukturalisty nie zdaje tu egzaminu. Sam poeta twierdził, że pisze „życiem” (jak potem Stachura i inni). Zatem żeby dotrzeć do sensu, do prawdy, do odniesień sztuki Norwidowej - trzeba powiedzieć o poecie to, co przeżywał, jak żył, jakie były źródła jego metafor.
        Prawda o Norwidzie jest niewygodna, jest oskarżycielska, jest „niesalonowa". Ale jeżeli jej się nie odkryje, pusto będą brzmieć niektóre słowa, ba, całe jego utwory. W interpretacji niektórych tekstów poety popełnia błędy Juliusz Wiktor Gomulicki, badacz, który całe życie poświęcił poznawaniu jego biografii oraz wydaniu i skomentowaniu całej twórczości autora „Promethidiona". Ale, co więcej, nawet tak skrupulatny naukowiec jak Zbigniew Sudolski, autor ogromnej monografii poświeconej poecie (2003), też nie jest wolny od błędów, zwłaszcza interpretacyjnych. Niektóre partie wierszy, a także poematów o treści miłosnej, jak „Trylog", „Echa. Fantazja", „Szczęsna", „Epos-nasza” odnoszą się w części do jednej z wybranek serca, inne do drugiej, jeszcze inne do trzeciej. Nie znając dobrze przebiegu znajomości poety z nimi (ich wyglądu, poglądów), badacze błędnie przypisują pewne partie utworów do niewłaściwych postaci. Szczególnie zamieszanie wprowadzają odniesienia i aluzje do Brygidy Dybowskiej, Kamili Lemańskiej, Marii Kalergis, Marii Trębickiej, pojawiających się w życiu Norwida w nieodległym czasie.
        Poeta (częściowo) z „krwi obcej", poeta cierpiący na melancholię, poeta - adorator pięknych kobiet - przynajmniej w tych rolach udało mi się w pewnym stopniu zrewaloryzować, pogłębić i odkryć Norwida.
        Przed badaczami stają jeszcze inne, może bardziej ciekawe czy dziwne jego tajemnice i choćby dla dotarcia do wielkiej mądrości jego ksiąg należy Norwida badać.

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

NARODZINY PATRIOTYZMU
zakodowana wizja w cyklu powieściowym Zofii Kossak-Szczuckiej
Jurata Bogna Serafińska

        Siedemdziesiąt lat temu Zofia Kossak-Szczucka kończyła pisać swój historyczny cykl powieściowy. Wielka pisarka podjęła tematykę wypraw krzyżowych po gruntownym przestudiowaniu materiałów źródłowych z epoki średniowiecza. Odbyła też podróż do Jerozolimy w celu zapoznania się z dokumentami historycznymi oraz tamtejszą topografią. Pogłębione studia dotyczyły nie tylko polityki i dziejów papiestwa oraz europejskich rodów królewskich, ale również świata islamu, a także panującego w XI wieku w Europie kryzysu społeczno-ekonomicznego.
        Kryzys gospodarczy, w połączeniu z obietnicą zwolnienia z poddaństwa i anulowania wszelkich długów dla tych, którzy wezmą udział w wyprawie o odzyskanie Ziemi Świętej był, obok zrywu religijnego, drugą ważną przyczyną, która doprowadziła do ogłoszenia Krucjaty.
        Wiedza historyczna poszerzona o analizę psychologiczną postaci i studium stosunków społecznych epoki w połączeniu z intrygującymi wątkami fabularnymi - pozwoliły w efekcie na powstanie cyklu arcydzieł literatury. Powieści te mogą być dla czytelnika nie tylko wspaniałą lekturą, ale i kopalnią wiadomości z dziedziny historii, religioznawstwa, psychologii, wiedzy o społeczeństwie.
        Pisarka ukazała obraz średniowiecznej Europy w zetknięciu się trzech kultur: łacińskiej, bizantyjskiej i muzułmańskiej. Dla Europejczyka znad Wisły dodatkowym bodźcem do przeczytania omawianych tu dzieł powinien być fakt, że akcja powieści rozpoczyna się w Polsce w roku 1095. Rycerze Polscy (Strzegonie) biorą udział w krucjacie, a ich Ojczyzna jest jednym z miejsc akcji. Autorka ukazuje kolorowy, malarski świat, nasączony soczystymi barwami - pełen tajemnic, zabobonów, wielkich namiętności. W tym świecie polscy rycerze mają swoje miejsce. Czytając o nich stajemy się świadkami narodzin polskich uczuć patriotycznych, które powstają z wcześniejszego od nich poczucia wspólnoty rodowej. Chyba nikt z nas nie pozostanie obojętny, gdy w czasie opisywanej przez pisarkę bitwy z Saracenami stary rycerz Witosław Strzegonia woła na pomoc swemu ginącemu rodowi straszliwą słowiańską upiorzycę - Strzygę. Wie, jaką zapłaci za to cenę, jednak sprawa przyszłości rodu (narodu) jest dla niego ważniejsza niż własne życie.
        W dzisiejszych czasach świat chrześcijański zapomina często o swoich korzeniach, o swojej historii, o wielkich postaciach z przeszłości i o tym, że obok niego funkcjonują inne, wrogie światy. Może dlatego byliśmy i jesteśmy często nie tylko przerażeni ale i zaskoczeni niespodziewanymi (jak się nam wydaje), brutalnymi i barbarzyńskimi, nieludzkimi - według pojęć i wzorców naszej, chrześcijańskiej kultury - atakami, zainicjowanymi przez postacie i grupy, wywodzące się z obcego nam, niechrześcijańskiego świata.
        Jesteśmy zaskoczeni z powodu naszej niewiedzy. To lenistwo duchowe powoduje, że mało czytamy, nie potrafimy przytoczyć podstawowych faktów z historii, nie przyjmujemy do wiadomości istniejących zagrożeń. Chcemy wierzyć, że nasza pozycja jest raz na zawsze pewna i bezpieczna.
        Co zrozumie mieszkający nad Wisłą Europejczyk, wychowany na telewizji i czerpiący wiedzę często wyłącznie z Internetu - z następującego fragmentu tekstu?

        „Teraz wojownicy (...) wyszli na wojnę świętą (...). O biada, biada niewiernym, co przyszli niebacznie z daleka, wyzywając gniew dzieci Proroka! (...) Rudy tuman podnosi się (...), przesłania pół nieba. Gdyby nie on, kto wie, czy rozognieni wojownicy nie dojrzeliby wśród chmur otwartych dla nich wrót raju. I tak zda się im chwilami, ze coś nieziemsko pięknego przebłyskuje wśród pyłu, niby (...) widziadło zaczarowane, zwidujące się oczom zbłąkanych na pustyni. I przeżywając zawczasu słodycze oczekującej nagrody przysięgają, że walczyć będą zawzięcie (...) że zginą pięknie jak piewca wolnej pustyni. (...)"

        Z fragmentu tego celowo zostały usunięte wyrazy mówiące o końskich kopytach. Jeśli w ich miejsce wyobraźnia podpowie czytelnikowi np. „skrzydła samolotu"- może on odnieść wrażenie, że to opis tragicznych wydarzeń z ostatnich lat, że opisano tu odczucia będących prawdopodobnie pod wpływem środków odurzających terrorystów na parę sekund przed samobójczym atakiem samolotowym na wieżowce w Nowym Jorku. A przecież jest to fragment drugiego tomu „Krzyżowców” Zofii Kossak-Szczuckiej - rozdział XII „Allach Akbar".
        Można by tutaj zaryzykować twierdzenie, ze nasza wielka pisarka stworzyła dzieło, które - mimo, że osadzone w czasach średniowiecza - ma swój drugi ukryty, wizjonerski sens, dotyczący problemów nam współczesnych - zakodowany na kartach powieści historycznych. Jest rzeczą co najmniej dziwną, że my Polacy fascynujemy się skandalizującymi książkami obcojęzycznych autorów, a nie zauważamy arcydzieł wyrosłych z naszej tradycji i kultury. Zaryzykuję twierdzenie, że gdyby np. „Krzyżowców” napisał jakiś cudzoziemski autor o anglosaskim nazwisku - powieść ta byłaby u nas uznana za bestseller i wydana w wielkim nakładzie.
        Wracając do poprzedniego tematu - pragnienia, tęsknoty, namiętności człowieka nie zmieniły się w ciągu tysiąca lat. Wydaje się nam, że jesteśmy inni: mądrzejsi niż dawniej, nowocześni, postępowi. Tak naprawdę dysponujemy tylko innymi narzędziami niż nasi przodkowie. Ale problemy były i pozostały te same. Okazuje się, że po wiekach rzekomego postępu - rozwoju myśli humanistycznej i technicznej - tak naprawdę tkwimy w tym samym miejscu.
        Jak przed wiekami - świat chrześcijański musi stawiać czoło atakom nadchodzącym z innego, niechrześcijańskiego świata - musi bronić swoich wartości, musi odpierać ataki wojowników, którzy, czy to dosiadając rumaków czy foteli za sterami samolotów - wierzą lub chcą wierzyć, że prowadzą świętą wojnę za wiarę.
        Zofia Kossak-Szczucka stworzyła wizję walki tych dwóch światów. Ukazała ją w całej złożoności i niejednoznaczności szczegółów, w całej pełni dylematów moralnych i różnorodności charakterów i postaw życiowych. Czytając poznajemy racje obu walczących ze sobą światów. Nie dostajemy gotowej, zmiksowanej, nijakiej, letniej papki, jak w serialu telewizyjnym. Wielka pisarka wstrząsa nami i zmusza do myślenia, do wyciągania wniosków z historii, do zastanowienia się nad naszą tożsamością, naszym patriotyzmem, nad tym, co w życiu jest najważniejsze.
        Nasuwa mi się nieodparcie refleksja, że każdy z nas, chcąc zrozumieć lepiej samego siebie i otaczający świat, powinien zastanowić się, przystanąć w pędzie, usiąść wygodnie w fotelu, zatopić się w lekturze i przeczytać dawno zapomnianą (a może nigdy dotychczas nie przeczytaną) lekturę - trylogię Zofii Kossak- -Szczuckiej, dotyczącą zmagań świata chrześcijańskiego ze światem islamu - zmagań, które trwają z przerwami od ponad tysiąca lat.
        Myślę, że po przeczytaniu tej fascynującej lektury każdemu z nas będzie trochę łatwiej zrozumieć wydarzenia rozgrywające się wokół nas. Co nam to da? Kartezjusz powiedział - cogito ergo sum (myślę, więc jestem). A jeśli myślę - to pragnę głębiej zrozumieć świat, w którym żyję. Są takie lektury, często niestety zapomniane, które nam to ułatwiają. Warto je zdjąć z półki, odkurzyć, przeczytać.

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

KASZTANY ZAKWITŁY, PANIE FRYDERYKU...
(list do Mistrza)
Piotr Stanisław Król

        Wielce Szanowny Panie Fryderyku, informuję, że wiosna znów się trochę zagapiła i kasztany w Warszawie zakwitły z opóźnieniem. Ale nie od tego właściwie chciałem zacząć...

        Otóż, z Pana powodu, Drogi Mistrzu, straciłem mój telewizor. Kilka dni temu jakiś żabojad w jednym z telewizyjnych kanałów komercyjnych oświadczył bezczelnie, że tak naprawdę to jest Pan Francuzem. I nawet zaczął udowadniać - "mama z Krzyżanowskich co prawda, ale jednak ojciec z Lotaryngii, a i wymowa nazwiska świadczy niezbicie...". Program był rozrywkowy, żabojad też sprawiał wrażenie przygłupa-rozbawiacza, ale tak mnie to zirytowało, że rzuciłem w jego kierunku porcelanowym, miśnieńskim wazonikiem. Niestety trafiłem... Telewizora mi specjalnie nie żal. Stary gruchot już był i z pilotem grał w rosyjską ruletkę - jeden skuteczny „strzał” na pięć oddanych, co zmuszało mnie do zbędnej gimnastyki przy zmianach programów. Ale wazonik był pamiątką rodzinną po prababce Helence, która go osobiście pomalowała w kwietne wzorki. Może mi wybaczy zza grobu, bo na początku ubiegłego wieku podobno puścił ją kantem pewien malarzyna, niejaki Jean Paul z Nicei. Nie pozostaje mi nic innego, jak kupić na raty nowy odbiornik. „Nie będę idiotą” i kupię go w jednej z firm, która w ostatnim czasie szumnie się reklamuje, że u niej nie kupują osobnicy mało rozgarnięci i mający kłopoty z osiągnięciem IQ wyższego od założonego minimum dla człekokształtnych. Powiem im, żeby tego mądralę znad Sekwany tam nie wpuszczali. Mała satysfakcja, ale zawsze. Wazonika tylko żal...

        A tak na marginesie, nie wiem czy Pan wie, Mistrzu, że warszawskie kasztany w ostatnich latach mają poważny kłopot z jakimś szkaradztwem. Liście im żółkną i zwijają się pod koniec lata w zasuszone, poplamione ruloniki. Żal patrzeć, jak się męczą. Wielu ludzi w tym mieście też ma kłopoty i żółknie z nerwów... Może to też jakaś szkaradna zaraza? Ale ja o czym innym chciałem tym razem powiedzieć...

        Mój sąsiad z parteru oświadczył mi niedawno, że przereklamowany Pan jest. Jak to on powiedział? - Jakiś nie za bardzo ten Chopin, no może z ogórkiem małosolnym ujdzie w tłoku, ale tak w ogóle to... - machnął ręką z rezygnacją. Szczerze mówiąc, zbaraniałem! Nie podejrzewałem go nigdy o głębszą znajomość muzyki poważnej. O płytką i powierzchowną też nie. I skąd niby ten ogórek? Widząc moją zdziwioną minę, zaprowadził mnie do swojego mieszkania i wyjął z lodówki... butelkę wódki o nazwie Chopin! Uwierzy Pan, Mistrzu? Degustowaliśmy trunek do wieczora. Skoczyłem do domu po płytę z Pana I Koncertem Fortepianowym e-moll op. 11. Spędziliśmy kulturalny wieczór z muzyką i ogórkiem małosolnym w tle. Sąsiad był zachwycony. Polubił Pana!

        Wracając do kaprysów nadwiślańskiego klimatu - zima pod koniec przycisnęła nie na żarty; sypnęła śniegiem i uraczyła siarczystym mrozem. Może te szkaradztwo, co tak te kasztany męczy, szlag trafi? Jak Pan myśli? Daj Boże, by kasztanom i ludziom się polepszyło. Ale ja o czym innym jeszcze chciałem Panu powiedzieć...

        Mówią na mieście, że strasznie Pan hałasuje, Mistrzu! Wytrzymać czasem nie można. Trochę mnie to dziwi, bo utwory Pana są przecież na ogół delikatne, zwiewne i romantyczne. Czasem tylko ponosiło Pana, jak choćby w Etiudzie Rewolucyjnej. No, ale wiadomo, jak Moskal na nerwy Panu działał. Jednak obecnie z ilością decybeli trochę Mistrz przesadza! Już wyjaśniam, w czym rzecz. Otóż lotnisko w Warszawie zwie się Pana imieniem. No i co? Kto hałasuje? Chopin! Podobno w planach jest eksmisja Mistrza wraz z całą latającą maszynerią sto kilometrów od Warszawy. Tak przy okazji, eksmisje zdarzają się niestety w tym mieście dość często. Są ludzie, którym na czynsz nie starcza. Nie tylko kasztanom wiedzie się w ostatnich latach nie najlepiej...

        A co do kasztanów. Przed moim domem, koło ogródka zabaw dla dzieci, stoi okazały egzemplarz. Przesadzono go skądś parę lat temu. Przyjął się pięknie. Też żółkną mu liście pod koniec sierpnia, ale nie tak bardzo, jak u innych drzew. Silny egzemplarz. Kiedyś przyszedł do mnie zdenerwowany przyjaciel - ekolog. Patrząc przez okno na kasztan ze smutkiem powiedział - „wiesz, badania naukowe wykazuję, że na skutek ocieplenia klimatu następuje na niespotykaną skalę inwazja drapieżnej roślinności z południa Europy. To drzewo i cała nasza rodzima roślinność skazane są na nieuchronną śmierć. Zgroza!".
        Tak mnie tym przeraził, że już chciałem biec na dół ewakuować spod kasztana matkę z dwojgiem dzieci, które bawiły się obok w piaskownicy. Przytomnie jeszcze zapytałem, ile mamy czasu do katastrofy. Kilkadziesiąt lat... - oświadczył, nerwowo zaciągając się papierosem. No cóż, te dzieci mają jeszcze czas, zdążą się zestarzeć - stwierdziłem z ulgą. Poszliśmy do sąsiada z parteru na wieczór chopinowski z ogórkiem małosolnym w tle. Tym razem słuchaliśmy m.in. Pańskich Wariacji b-dur op. 2 na temat arii "lŕ ci darem la mano" z opery „Don Juan". Sąsiad i ekolog byli zachwyceni...

        Panie Fryderyku, strasznie się zdenerwowałem kilka dni temu! Jakiś zakręcony hip-hopowiec stwierdził z nieskrywaną dumą, że „wygruził fortepian Chopina na bruk". Posłużył się drań parafrazą słów Norwida, by zademonstrować wyższość hip-hopu nad... Jezu! Barbarzyństwo zapukało do naszych drzwi - przeraziłem się nie na żarty. Pobiegłem do Łazienek. Fortepian stał cały i nienaruszony. Mazurki i polonezy Mistrza grała drobniutka przedstawicielka krainy kwitnącej wiśni. Pan siedział zamyślony, zasłuchany, pod rozłożystym drzewem. Kasztany też słuchały, akompaniując ślicznej jak porcelanowa figurka Japonce delikatnym szumem liści. Może ta muzyka je uzdrowi, może nie zżółkną w tym roku? Czytałem niedawno artykuł - „Muzykoterapia czyni cuda".

        Drogi Panie Fryderyku, usiadłem na ławeczce obok klombu kwitnących róż i zapomniałem o bożym świecie. A Pańskie mazurki i polonezy wyczarowywane drobnymi dłońmi filigranowej Japonki pofrunęły dalej przez miasto, wirowały nad dachami, wpadały w zacienione podwórka, muskały twarze dziewczyn, wlatywały do kawiarnianych ogródków, szeptały zakochanym do uszu figlarne słówka, a starym poprawiały nastrój i... krążenie.
        Tak sobie myślę, jak to dobrze, że Mistrz jest z nami w tym mieście, że oddał mu Pan swoje Serce. A że Pan czasem hałasuje, Mistrzu, a i czasami z ogórkiem małosolnym lepiej smakuje? No cóż, Chopin to Chopin, czy nam się to podoba, czy też nie, różne jak widać ma smaki, stany i oblicza...

        Pozwoli Pan, Mistrzu, że napiszę pod koniec lata. Poinformuję, jak mają się kasztany, co słychać u sąsiada i jak się ogólnie nam wiedzie w tym mieście. Z kasztanami ma być poprawa. Skąd wiem? Przyjaciel ekolog dzwonił z rewelacją, że podobno znaleziono antidotum na szkaradztwo niszczące te piękne drzewa. Jest w fazie testów i prób. Rokowania są dobre. A co dla nas dobrego? A dla nas niech rozbrzmiewa Pana muzyka, Mistrzu. Z całą resztą musimy sobie jakoś sami poradzić. Skutecznego antidotum na przełamanie obecnych trudności jeszcze nie wynaleziono. Chociaż, może...?

        Kłaniam się nisko i serdecznie pozdrawiam. Byłbym zapomniał! Sąsiad kazał przekazać, że bez małosolnego też Pan jest dobry. Szczególnie wariacje Mistrza przypadły mu do gustu. Tak do końca nie wiem, czy chodzi mu o te b-dur op. 2 czy o całkiem inne...
        Ale najważniejsze, że kasztany zakwitły, Panie Fryderyku!

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

NA CAŁYM ŚWIECIE
Iwona Zielińska-Zamora

        Zaczęło się to pewnego lipcowego dnia. Było szczególnie, tak jakoś uroczyście w naszym Miasteczku. Właściwie trudno nazwać tę dziurę miasteczkiem, ale skoro nie można jej nazwać wsią, to cóż pozostaje? Miasteczko i tyle. Ta historia mogła i może zdarzyć się w każdym punkcie na mapie świata. A i ludzie nie tylko z mojego Miasteczka, niegdyś stale obcowali z biedą i może dlatego obojętność na cudzą krzywdę mają wpisaną w geny.
        Ale tego szczególnego dnia otwierano w Miasteczku market, pierwszy i zapewne ostatni, bo któż tu będzie kupował: aż tyle! Ruch i podniecenie, towarzyszące zawsze nowemu, był ogromny. Z tego też powodu opuściłem park, który niegdyś był rynkiem. Mówią, że ten rynek został założony przez Kazimierza Wielkiego. To musiało być bardzo dawno i ja tego nie pamiętam. Zatem poczłapałem wolnym krokiem - przez most na cichszą stronę Miasteczka i tam położyłem się w cieniu starej topoli. Zamierzałem sobie trochę odpocząć, ot tak, po prostu- wyciszyć się. Już miałam przymknąć oko i nieco się zdrzemnąć, kiedy od drogi z lasu dobiegły mnie jakieś odgłosy.
        Zobaczyłem je: dwie kobiety, takie, no wiecie, miejskie, nie z Miasteczka. Po sposobie bycia od razu poznałem, że są nietutejsze. Nie zaraz, żeby to były paniusie, ale takie jakieś dziwne. I całą drogę gadały. Były tak zajęte rozmową, że ledwo, ledwo na mnie spojrzały.. A ja położyłem głowę na trawie, przymrużyłem jedno oko i udawałam, że też ich nie widzę. Ale jak tylko mnie minęły, wstałem, przeciągnąłem się i... za nimi. Były takie zagadane, że nawet tego nie zauważyły. Ta młodsza czegoś się na starszą lekko irytowała, ale nie wyglądało mi to na jakiś poważniejszy konflikt.
        I tak sobie szliśmy, aż doszliśmy do Miasteczka, z powrotem pod market. A tam dalej zamieszanie. A nawet jeszcze gorsze. Ja się na tym nie znam, ale gadali coś tam między sobą, że podobno system komputerowy siadł i otwarcie sklepu przesunie się aż o trzy dni! Tylko na froncie, przed budynkiem, na specjalnie ustawionym rożnie, piekły się kiełbaski. A ja byłem taki głodny, jeszcze nic tego dnia nie miałem w ustach, a dochodziło już południe.
        Nawet pomyślałem sobie tak: podejdę bliżej i skorzystam z zamieszania. Cap i... kiełbaska moja. Ale gdzie tam: pilnowali! Tylko taka jedna, z gatunku tych, powiedziałbym, raczej higienistek, przyniosła mi wodę. O rety, a ja byłem taki głodny! Ale cóż było robić. Wypiłem bardziej przez grzeczność niż z pragnienia i czekam dalej okazji. A tu nic i nic. Z tego wszystkiego straciłem te dwie damulki z oka. A czułem instynktownie, że one to się na pewno nade mną zlitują. O, już są: weszły tylko do tego sklepu naprzeciwko marketu. A teraz siedzą pod parasolem, bo zaczął padać taki sobie deszczyk. Ta młodsza odwija loda z papierka. Tak uparcie się w nią wpatrywałem, że dała mi kawałek. Zrobiła to, tak jakoś delikatnie, aby sobie palców nie ubrudzić, a jednocześnie mnie nie urazić.
        No, to jesteście moje! - pomyślałem sobie, bo widzę jak ta starsza podnosi się i wchodzi ponownie do sklepiku. Za niedługo wraca z kaszanką. Nie zdążyłem jeszcze sprawy przemyśleć, a ona mi tę kaszankę daje. I to całą! Och jak mi się lepiej na duszy zrobiło, poczułem się silniejszy i pewniejszy siebie. Jeszcze jeden dzień jest „mój", bez bólów żołądka z głodu. Czy ktoś z was zdaje sobie sprawę, jakie cierpienia zadaje pusty żołądek? Nie? A ja wiem i bardzo tego nie lubię, a jeszcze bardziej się tego boję!
        I z tego strachu robię wszystko: podlizuję się i proszę o jedzenie (bo jak powiedział znany filozof: „ubóstwo to najwyższa forma zniewolenia"), a jeśli nie skutkuje? To po prostu kradnę. O tej historii z paczką masła, którą zwędziłem ze stołu w pewnej kuchni, opowiem kiedyś, przy okazji.
        I znowu idziemy przez most, właściwie wracamy: one cały czas pytlują, ja w niewielkiej odległości za nimi. Oczywiście milczę. Niby mnie wcale nie obchodzą, ale tak naprawdę - wolniutko, razem - dochodzimy do ich domu.
        Wcale się mnie nie boją, znowu dają coś do jedzenia i grzecznie, ale stanowczo każą „sobie pójść". Jeszcze trochę marudziłem, ale cóż było robić? Odszedłem, taki to los bezdomnego. A tak mi się tam podobało: jaki piękny ogród, i pełno w nim kwiatów.
        Ale najgorsze było jeszcze przede mną! To najgorsze stało się w niedzielę, zaraz po mszy, jak ludzie zaczęli się rozchodzić i śpieszyć do domów. No i wpadłem pod samochód bardzo nieuważnego kierowcy, bo było już po sumie, a w domu czekał niedzielny obiad. I pewno też z tego powodu nawet się nie zatrzymał, nie zainteresował - czy ja jeszcze żyję.
        Po tym wypadku byłem bardzo chory: miałem poturbowaną nogę, obolałe wnętrzności, teraz już nie tylko z głodu. Chyba też miałem gorączkę. W malignie przypomniałem sobie o tamtym pięknym ogrodzie, z tymi kwiatami. Nie pamiętam niestety, w jaki sposób się tam dowlokłem i ukryłem się w nim, a dokładniej to schowałem się za domem pod skarpą. Bardzo rzadko ktoś z domowników tam zagląda i dlatego trzy dni nikt mnie nie widział. Leżałem w gorączce, bez wody, a teraz bardzo chciało mi się pić.
        Czwartego dnia jedna ze znanych mi już kobiet (ta starsza) poszła na tyły domu i tam mnie znalazła. I od dwóch tygodni mam własny kąt. Codziennie miskę pożywnej strawy. A opiekuje się mną mężczyzna, zdaje się, że on jest mężem tej młodszej kobiety. Czy uwierzycie, że on mnie nawet głaszcze i czasami przytuli do siebie. Męska dłoń na mojej głowie - jakież to cudowne uczucie!
        Z moją nogą jest coraz lepiej, a że jestem taki szczęśliwy, toteż czasami łapię kalosza mojego wybawcy i biegam po całym ogródku. Widzicie, jakie to jeszcze głupoty mi się trzymają we łbie.
        Ale dzisiaj zrobiło mi się znowu czegoś straszno, bo podsłuchałem rozmowę tej trójki. Siedzieliśmy wszyscy pod świerkiem. Ja niby to spałem, ale już po pierwszych słowach tej młodszej sen ode mnie odleciał bardzo daleko.
        - I co my z nim zrobimy? - zapytała starszą kobietę ta młodsza. Przecież nie możemy go wziąć. To jest po prostu niemożliwe.
        Mówiła to bardzo smutnym głosem. Odpowiadały jej równie smutnie brzmiące głosy dwóch pozostałych osób. A mężczyzna powiedział - na razie się nie martw, są wakacje. Niech sobie chociaż kilka miesięcy pożyje jak powinien. I jeszcze dodał - a potem zobaczymy.
        A ja? Co ja wtedy czułem. Niby ich rozumiałem, starałem się ich tłumaczyć. Ale już wiem, jaki będzie mój koniec. Schronisko!
        A swoją drogą - pomyślałem: czy na całym tym świecie nie ma miejsca dla jednego psa?

Epilog

        A jednak zostałem. To już prawie rok minął, kiedy zapadła dla mnie tak ważna decyzja. I teraz jestem oczkiem w głowie całej rodziny. Tak mi się przynajmniej wydaje... Muszę przyznać, że bardzo o mnie dbają. Najgorsze tylko były te wszystkie wizyty u weterynarza: te szczepienia, jakieś tam zastrzyki na wzmocnienie, odpchlenie i... Aż się w końcu zbuntowałem i dałem grzecznie, ale kategorycznie do zrozumienia, że są to naprawdę zbędne wydatki.
Grafika - autorka Iwona Zielińska-Zamora        Miewam też ostatnio humory. Podejrzewam w skrytości ducha, że jestem meteoropatą. Bardzo nie lubię jak pada deszcz. Nie wychodzę wtedy z domu. Nikt i nic nie zmieni mojej decyzji: ani prośbą, ani groźbą. Leżę sobie na skórze z dzika, a oni pochylają się nade mną zatroskani. Młodsza pani mówi: ten nasz piesek to jakby chory. On nam się chyba nie wychowa. A starsza dodaje: a ja Go tak polubiłam. Tylko pan patrzy na mnie spod przymrużonych powiek: to jest stary cwaniak, doskonale wie co robi, przydałaby się mu silna ręka, ale wy na to nie pozwalacie - mówi mój pan. I ma rację. A potem usiłują mnie przekupić. Najlepiej lubię metodę „na szprotkę". Jak to wygląda? Ano tak - młodsza pani brała wędzoną szprotkę i podsuwała mi pod nos, a ja usiłowałem ją oczywiście zjeść. Zabawa trwała, aż dochodziliśmy do przedpokoju. A tam mnie cap na smycz i na spacer. W deszcz - brr...brr... Ale i to mi się znudziło. Po prostu nie wychodzę i tyle! Czy oni nie mogą zrozumieć, że ja nie będę przemaczał sobie łap i nie będzie mi leciała woda za kark.
        Podobno (dzisiaj podsłuchałem) już niedługo mamy znowu pojechać do tego domku z pięknym ogrodem. Może to Wam się wyda dziwne, ale ja się wcale nie boję, że moi nowi opiekunowie mnie zostawią, jak tamci - na poboczu szosy. Ja mam do nich zaufanie. W końcu trzeba komuś uwierzyć, nieprawdaż?
        A teraz idę spać, chociaż cały dzień przedrzemałem, bo co innego robić w taką paskudną pogodę. Ale całe mieszkanie już pogrążone we śnie, to i na mnie pora. Może przyśni mi się ładna pudliczka. Nie wiem, czemu lubię małe kobietki, chociaż sam jestem wysokim i bardzo przystojnym psem. No, może troszeczkę psują mój wizerunek postrzępione uszy, na których poniosłem uszczerbek w czasie walki o byt. Ale to naprawdę drobiazg.
        Może kiedyś, jak będzie mi się chciało, to napiszę jeszcze coś z „żywota psa szczęśliwego".
A na razie mówię wszystkim: dobranoc
Misiek

I Powrót na górę I

Grafika - laur

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
WIERSZE WYBRANE

Irena Stopierzyńska-Siek
WIERSZE KSIĘDZA JANA T.

są to krótkie kazania dla dzieci
czyli dla nas
zaczyna je od chrabąszcza
albo od bociana
co na jednej nodze…
a potem skok przez rów
na łąkę, co pachnie miodem
rumiankiem i macierzanką
patrz! spacerują po niej święci
i nowo nawróceni: artyści, terroryści
i panienki z agencji
mówią, gestykulują
o Nim rozprawiają
być może, że dawni święci
tych nowych pouczają

i ty, jeśli chcesz, możesz
wraz ze swoją damą
pośród nich się znaleźć
z duszą, jak obłok białą
bo dokładnie wypraną
to nic, że dostaniesz aureolę
świeżo malowaną

wiersze księdza Jana
są to przypowieści dla dzieci
czyli dla nas.

Elzbieta Dąbrówka-Madej
POŻEGNANIE KSIĘDZA-POETY
JANA TWARDOWSKIEGO

Byłeś wśród nas,
Na tej ziemi
I to było dobre, zwyczajne,
Mówiłeś słowami pięknymi
A teraz…
„uciszyłeś się, umarłeś,
przestałeś mówić,
słyszysz tylko Boga"
- to Twoje słowa.
Trzymam Twój Elementarz
W rękach,
O! Księże Janie
Czy Ty Tam o nas
Pamiętasz?
Wiem, nie napiszesz nic więcej
Lecz Twoja nauka
Pomogła nam Boga
Na ziemi odszukać,
Rozumieć, co wiara,
Co radość, modlitwa,
Jak w bólu wytrwać.
Czytać polecałeś
„Książkę własnego życia,
Tę, którą
Sam Bóg pisze"
W niej różne rozdziały:
Gdy z choroby wstałam,
Lub, gdy los łaskawy
Załatwiał nam trudne
I zawiłe sprawy,
Gdy do swego domu
Dotarłam przed burzą
W ogrodzie ożyła
Więdnąca już róża.
Nauczyłeś rozumieć cierpienie,
Jak nie ranić ludzi,
Znieść osamotnienie,
W porę gniew ostudzić
I przepędzić żale.
Wiarę i Nadzieję
Budować na skale.
Teraz stanąłeś
Przed Bogiem Przyrody, Miłości,
Nam wskazałeś drogę
By dojść do Raju najprościej…

Irena Pursa
NAPOMNIENIE

Nie zamykajcie ust poetom
oni i tak mówią szeptem
Nie pozwólcie im umierać za życia
kiedy zmagają się z czasem i przestrzeni
Nie przeszkadzajcie im pisać
bo słowo się rozpadnie
na monosylaby przestanie istnieć
wypali w bełkocie
Pamiętajcie o magii słowa
która podrywa do lotu
i prowadzi do rajskich ogrodów
Nie zabraniajcie poetom marzyć
cóż bowiem im zostało dane
Piękno rozmywa się w szarości
rozprasza w lawinie bezmyślności
i mdleje z niepokoju o jutro
Z reklam billboardów wrzeszczą slogany i hasła
obiecując złudne fortuny
W salach koncertowych króluje kakofonia
A na łąkach więdną kwiaty
A w lasach nie pachnie już grzybami
Serce jest tylko jednym z narządów
przeznaczonym często do wymiany
Pamiętajcie więc o poetach
Choć oni nie potrafią krzyczeć
Chociaż nie chcą walczyć

Krystyna Łagowska
BIEG ZA CIENIEM

Biegłam za cieniem marzeniem,
który mi umykał.
Po latach siadam zmęczona
na przydrożnym milowym kamieniu.
Otacza mnie mrok.
Mogę ci ofiarować
tylko uśmiech zrozumienia.

* * *

W kościele ciszy
Zanikające dźwięki organów
usypianiem dnia
snują się wśród smużek dymu
wygaszanych świec.
Kolorowe witraże
starają się uchwycić zagubiony blask
w zamykających się kielichach kwiatów.
Pogrążają się w sennym czuwaniu
uduchowione twarze świętych
w pozłocistych ramach ciężkich, jak grzech.
Tli się wieczny ognik życia
wiary
nadziei
miłości.
Cisza kojąco stąpa
po posadzce kościoła.
Jestem sama, modlę się
całym swym istnieniem
bez słów.

Stanisław Stanik
WEDŁUG WĘDKARZA

tuńczyku
może jazgarzu zwinny
mam dla ciebie robaka
na smaczną przynetę
chcę być twoim żywicielem
gasicielem łaknienia
łaskawcą brzucha

nic że z robakiem połkniesz haczyk
przynajmniej będziesz wiedzieć
jak przez jedną chwilę
twoje iluzje
niosły ci przyjemność

(z zapowiadanego na 2006 r. tomiku pt. „Cofnięcie czasu")

Hanna Domańska
WIOSNA

...to świeżej ziemi kromka,
w nierównych linijkach
zapisane zboże,
nowo narodzona zieleń
drżąca w chłodzie nocy,
Księżyc z gołą głową,
Niecierpliwe pąki
gotowe wystrzelić
jak spieniony szampan,
Własną pięknością
przerażony motyl,
I pisklęta... ufające kotom.

* * *

Zgubione serce
chyba... zostało pochowane
wraz z wróblem
w świątecznej torebce mamy
gdzieś przy wierzbie
zapatrzonej w lustro sadzawki,
owinięte w całun
trochę przykrótkiej mgły.
Albo zasnęło w osinowym lesie,
wśród poziomek i malin,
z mokrym od rosy
warkoczykiem na niby.
Może... utonęło w rowie
zrywając kaczeńce,
lub dziwiąc się pokrzywie
że kwitnie na biało
stoi tam jeszcze?
Albo opłakuje blizny
na ramieniu czeremchy
wyryte łańcuchem huśtawki.
Lub po prostu.... leży
jak urwany guzik
pośród zbóż
...na miedzy.

* * *

Nie rozdziela
Śmierć nas nie rozdziela
wiecznością,

Ona ...tylko ciała
od siebie oddala
podróżą wcześniejszą
daje im na drogę
tylko naszą miłość
jak zielony kamyk
...na szczęście.

Przychodzą potem do nas
pozdrowienia świąteczne
w pozłacanych liściach,
z wielkanocnym deszczem,
ze śniegu opłatkiem
...we śnie.

Iwona Zielińska-Zamora
SPÓŹNIONY PREZENT

jak zerwany pereł sznur
kapryśną, drżącą dłonią
takie to moje szczęście, gdy
odchodzi i powraca, kiedy zechce
chciałam być twoją, lecz
nieostrożny ręki ruch
sprawił, że jestem niczyją
być może, kiedyś, ktoś
pozbiera perły te, by
nanizać je na jedwabistą nić
i podarować mi szczęścia kolię

czy zdążę jeszcze ją przymierzyć?

NIEBIESKA SUKIENKA

zapomniana, gdzieś w kącie
wyblakła sukienka, kiedyś
jak oczy dziewczyny, niebieska
a białe kwiaty na deseń
ktoś dla niej skradł z ogrodu

w letnią noc księżycową
nieraz zapomniała się w tańcu
dziewczyna i jej sukienka

najlepiej czuła się w walcu
gdy wiatr w ramiona ją brał
a wokół nóg wirowała sukienka
tanga trochę się bała
bo męskie uda były
jak żar płomienia
i jak zapowiedź kochania
gdy wychodziła im na spotkanie
dziewczyna i jej sukienka

tak przetańczyły lato
dzisiaj już tylko zima
maluje na szybie kwiaty

sukienka w szafie
a gdzie dziewczyna?

I Powrót na górę I

SŁOWEM O SŁOWIE

Oporna materia słowa
Irena Stopierzyńska-Siek

"Z opornej materii cóż da się zebrać? Nic, najwyżej piękno".
(Czesław Miłosz „Nic więcej", 1957)

        Nawet dla naszego Noblisty piękno nie było zbyt odległe od zanegowania go, jako wartości. Dużo później doszedł on jednak do wniosku, że poezją nie może stawać się sama myśl, nawet gdyby była ważka i odkrywcza, powinna jeszcze zawierać pierwiastek piękna. I nie o samą formę wypowiedzi poetyckiej Miłoszowi chodziło, także o jej zawartość bliską przebłyskom odkrywanej rzeczywistości.
        Czesław Miłosz dobrze wiedział, że piękne słowo nie pojawia się samo, potrzebuje towarzystwa sensu. Odnaleźć głęboki sens zdarzeń i przeżyć, oddać to w aluzjach, metaforach - nie zużytych, nie powielonych po tysiąckroć - jest zadaniem poety. A materia słowa wydaje się tak łatwa w użyciu, bo obfita, nadobfita, wystarczy nauczyć się mówić, wystarczy nauczyć się pisać, a utwór powstanie. Tak sądzi wielu niedojrzałych, a już piszących. Spotykają się z pochwałami za odwagę, za „nowatorstwo". Któż pyta: jaki jest ten utwór, co zawiera, co wnosi? Jeżeli tylko służy opisowi „brzydoty istnienia” i nie „zbiera piękna” - według słów Miłosza, jest poetycko niczym. Gorzej, jest czymś, co przyzwyczaja do bylejakości, przesuwa granice dopuszczalności, psuje dobry smak... Grafomania, epatując obscenicznością i przemocą, staje się, niestety, coraz częściej zjawiskiem normalnym, zapełnia szpalty gazet, czasopism i półki księgarskie.
        Piękno słowa jest dziś rzadkością, między innymi dlatego, że piszący nie kształcą swego języka. By stan aktualny usprawiedliwić - staranność jest wykpiwana, uznawana za kategorię przestarzałą.
        Dawni pisarze i poeci tworzyli w „pocie czoła", niejednokrotnie przekreślając całe akapity, jedne wyrzucając, inne dopisując. Pracowali, byli znawcami słowa i jego rzemieślnikami, a rezultatem swej pracy zadziwiali czytelników.
        A dla dzisiejszej awangardy, czym jest piękno? Niczym, wartością dawno zakwestionowaną, nie liczącą się w literaturze i w galeriach sztuki współczesnej, ani u krytyków, usłużnych wobec poczynań pseudoartystycznych. Piękno w ich mniemaniu to coś, co należy do tego stopnia ośmieszyć, by twórca lub odbiorca poszukujący go w dziełach, nie miał więcej odwagi wypowiedzieć głośno swoich zamiarów i nadziei.

I Powrót na górę I

Foto - Okładka tomiku poezji Ogród Wspomnień Elżbiety Dąbrówki-Madej

NOWOŚCI WYDAWNICZE

ZAPROSZENIE DO OGRODU
Piotr Stanisław Król o tomiku poezji Elżbiety Dąbrówki-Madej „Ogród Wspomnień"

    Elżbieta Dąbrówka-Madej urodziła się w 1925 r. w Warszawie. Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła w Pruszkowie. Ukończyła studia na Uniwersytecie Warszawskim i w 1953 r. otrzymała tytuł magistra filozofii w zakresie pedagogiki. Swoje życie związała z edukacją młodzieży.
    Humanistka, wrażliwa na sprawy człowieka. Kocha zwierzęta i świat roślin. W Piastowie pod Warszawą stworzyła rodzinny dom - ostoję nieprzemijających wartości. Skrawek Polski ze swoich marzeń. Tu pisze od lat swoje wiersze, modlitwy, rozmowy, kontempluje świat. Jej najwcześniejsze utwory pochodzą z lat 40. Inspirowały je wydarzenia, w wirze których przyszło jej żyć - okupacja hitlerowska i Powstanie Warszawskie, tułaczka i odbudowa życia na nowo.
    Od pewnego czasu współpracuje z Pruszkowskim Towarzystwem Kulturalno-Naukowym. Tam, w czerwcu 2004 r., na Wieczorze Poetyckim zaprezentowała część swego dorobku literackiego, nazwanego przez poetę Andrzeja Kurca w Podwarszawskim Życiu Pruszkowa „cudownym ogrodem wspomnień"

        Od wieków, od tysięcy lat ogrody były dla ludzkości miejscami szczególnymi. Rajski Ogród - Eden, Ogród Hesperyd, gdzie miały rosnąć legendarne złote jabłka, po które wyprawił się Herakles, wiszące ogrody Semiramidy... Religia, mitologia, wierzenia od pradziejów łączą w sobie odwieczną dążność człowieka do świata lepszego, innego niż ten nasz szary, codzienny.
        W literaturze i sztuce motyw ogrodu stanowi miejsce wyjątkowe, przepełnione symboliką, marzeniami, gdzie mieszają się ludzkie losy: namiętności, i miłość i zdrada, uniesienia i rozpacz, a i jest to miejsce nostalgii za upływającym nieuchronnie czasem. Kryje się w nim jakże często tajemnica, jak choćby w obrazie Józefa Mehoffera „Dziwny ogród", gdzie nienaturalna, nieproporcjonalna, ogromna ważka niepokoi i przeraża. A jest przecież tak barwna, tak piękna...
        A już pisarze, poeci w ogrodach czują się jak u siebie, to ich miejsce. Dekameron w „Cudownym ogrodzie” każe mu w imię miłości zakwitnąć w styczniu - i zakwita... Mikołaj Rej szukał w ogrodzie życia prostego, szczęśliwego w kontakcie z naturą, a kilka wieków później Zbigniew Herbert odnajdował siebie - barbarzyńcą w „ogrodach kultury” śródziemnomorskiej.
        A muzyka? Jonasz Kofta wyśpiewywał z nostalgią „Pamiętajcie o ogrodach". I pamiętamy, musimy pamiętać. Bo ogród jest powrotem do „przejrzystych rzek", do natury, do człowieczeństwa.

        Kiedy przeczytałem nadesłane mi wiersze Elżbiety Dąbrówki-Madej to pierwszą myślą, jaka wpadła mi do głowy była taka oto: zostałem zaproszony do miejsca szczególnego, do intymnego, bardzo prywatnego - OGRODU, któremu na imię ŻYCIE. Poetka tak zresztą zatytułowała jeden z rozdziałów książki, gdzie odnajdujemy następujące wyznanie:
Umówiłam się z życiem / Znałam je z daleka. / Nad brzegiem Wisły jasnej / Miało na mnie czekać.
        W jednym z pierwszych wierszy tomu poetka wraca do beztroskich lat dzieciństwa i pojawia się motyw ogrodu, który później towarzyszy nam w różnych wspominanych miejscach, zaułkach jej życia:
To było dawno, już dawno ogromnie, / Jakieś szczegóły zdołałam przypomnieć / I dawne jeszcze i dziecięce lata / I ogród mały, obsypany w kwiatach, / [...]W ogrodach cięto gałązki na drzewach / Całe bukiety znosiłam do domu.
        Wzruszamy się przy opisach beztroskich lat dzieciństwa, kiedy:
największe zmartwienie / By mieć po brzegi wypchane kieszenie / Co w nich nie było, resztki porcelany / W kwieciste wzory, nożyk połamany, / Szkiełko zielone, kawałek szyfonu, / Kogutek z targu, igły z patefonu.
        Rozbawienie z kolei wywołuje wyznanie:
A kiedy lekcji miałam całkiem dosyć / I zapragnęłam zieleni, pogody - / To przez sztachetkę wyłamaną w płocie / Wsuwałam się do swojego ogrodu.
        Poetka oprowadza nas po miejscach czarownych swoich lat młodości, które umiejscowione były:
Jakby na innej planecie / Chociaż tak blisko stolicy / We własnym innym świecie. Ta inna „planeta” to był Pruszków, tak blisko Warszawy, a jakże dla małej dziewczynki odległy, niemal z innej galaktyki.
        Po wiośnie przychodzi lato, dojrzałość. Trudna, bo wpisana w czas wojny. Dramatyczne są strofy o Powstaniu Warszawskim, do którego poetka wraca zresztą pamięcią i „późną jesienią” życia. Widzimy spopielony ogród człowieczego losu, kiedy to:
został za nami przebrzmiały z daleka / Głos cichych grobów, samotne mogiły. / Kiedyśmy tylko na śmierć mogli czekać / A nocą łąki zielone się śniły.
        Okres powojenny to przeprowadzka do miejsca ukochanego - podwarszawskiego Piastowa. A w nim zdobycie... „Mount Everestu". Tak nazywa swój wymarzony domek okolony - jakże by inaczej - pięknym ogrodem. Czytamy radosne strofy:
Siedzę przed mym domem białym, jak marzyłem / Ludzie się zmienili, cały świat się zmienił / Mój własny Everest zdobyłam!.
To miejsce na ziemi jest przystanią, w której poetka żyje i tworzy do dziś.
        Z tego miejsca zabiera nas w swoje kolejne podróże po świecie: Budapeszt, Warna, piękna, słoneczna Pula nad ciepłym Adriatykiem. Ale dla mnie - Warszawiaka z dziada, pradziada poruszająca jest podróż do miejsc „na innej planecie":
Podwórko - studnia i wilgoć / Twierdzą architekci nowi, / A przecież ludzka Życzliwość / Umiała się w nich zadomowić.
Podwórka dawnej Warszawy: na Wspólnej, Wilczej, Hożej - to świat odchodzący powoli w niebyt. Poetka utrwala i zachowuje te miejsca w pięknych strofach swoich wierszy. Przetrwają.

        Jak ocenić poezję Elżbiety Dąbrówki-Madej? Sama autorka pisze: A jeśli może ktoś powie: / Romantyzm, przebrzmiałe słowa, / Potrafię w sercu mym na dnie / Wszystko, co czuję schować.
        Tradycyjna forma, romantyczny, trochę niespójny styl, trącający myszką warsztat pisarski - to nie wada, lecz siła tej twórczości. Dobrze, że są jeszcze tacy poeci.
        Biorąc do ręki ten zbiór wierszy wszedłem do ogrodu poetki Elżbiety Dąbrówki-Madej z ciekawością, ostrożnie stąpając po alejkach i ścieżkach wyznaczających kolejne losy autorki, jej bliskich. Zostałem oprowadzony po miejscach mających dla niej znaczenie wręcz magiczne. Wyszedłem zauroczony.

Elżbieta Dąbrówka-Madej: „Ogród Wspomnień", Wydanie I, Warszawa 2005, ISBN 85-85907-06-8, ss. 204

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

Z ŻYCIA LITERACKIEGO

Z NOTATNIKA
Jan Zdzisław Brudnicki

10.VI.2005

        10 czerwca byłem na rozstrzygnięciu Konkursu Literackiego Kozienickiego Centrum Kultury, Rekreacji i Sportu. Czy uwierzycie? Najbardziej nas zachwycili najmłodsi autorzy ze szkół podstawowych. Nic nie ujmując dorosłym, którzy mają swoje koło, tomiki i antologię, ani młodzieży szkół średnich, nieraz już mądrej i świadomej pióra! Młodzi posiadają spontaniczność, wyobraźnię baśniowo- fantazyjną, umiejętność skrótu, poczucie dramatyzmu. Jest u nich współodczuwanie wobec ludzi pokrzywdzonych, uwrażliwienie na ochronę przyrody, wielka potrzeba koleżeństwa, zapisy doświadczeń środowiskowych. Ponieważ są to moje strony rodzinne cieszyłem się, że nie tylko Kozienice, ale też mniejsze miejscowości: Garbatka, Głowaczów, Świerże, Brzóza - mają swoich małych poetów. Rozpoznawałem też rękę dobrych nauczycieli.
        No właśnie, a co wyrasta z tych najzdolniejszych i najwrażliwszych? Gala z 15 czerwca 05. Proza ukazała życie jako wyzwanie. Dzieciństwo - to niemal ikarowe loty. Ostre są tu kontrasty dobra i zła, światła i ciemności, anielskości i łobuzerii. Pierwszym mitem prywatnym jest poszukiwanie domu. Przedłużeniem tego miejsca szczególnego jest słowo, sztuka, wiedza, wysoka umiejętność. Problemem wewnętrznym jest zaakceptowanie siebie. W poezji, po jednej stronie są olśnienia, marzenia, sny.
        Po drugiej - songi trudnej prawdy i protestu. Za horyzontem snują się miraże miłości. Obraz świata stopniuje się jako realny, nierealny i nadrealny. Zaduma dotyczy przelotności i przemijalności wszystkiego.
        Czyta się też i dobrze odbiera poezję estradową, kabaretową, satyryczną. I tak powinno być. Tak jak niejednoznaczny jest świat i każdy dzień, tak różnorodna winna być literatura - artystyczne odbicie rzeczywistości.

18.VI.2005

        Jan Polkowski proponuje mi wyjazd z sobotnią wycieczką na wernisaż rzeźby niepełnosprawnych do Orońska. I pojechałem. Tyle o tym Ministerialnym ośrodku rzeźby słyszałem! I tak prosto znalazłem się w wielkim parku rzeźby, pomiędzy pałacykiem Józefa Brandta, budynkami wystawowymi, pracowniami, piecami, alejami kamieni rzeźbiarskich, malowniczymi jeziorkami - aż w głowie mogło się zakręcić!
        Olśnienie, wzruszenie, niedowierzanie. Widzę rzeźby poplenerowe: popiersia, wazony, abstrakcje, symbole np. Wieży Babel, postacie baśniowe. Uświadamiam sobie, że przecież pojęcie poezji nawiązuje do sztuki lepienia w glinie. Że Jan Kochanowski wzdychał do swojej muzy: „Dzbanie mój pisany, dzbanie malowany...". Że nazwa Mazowsza ma związek z „mazaniem", czyli lepieniem z gliny. Że znajoma rzeźbiarka wyjaśniała mi tajemnice gliny jako materii żywej. Wszystko to się sprawdza. A profesorowie Jan Kucz i Ryszard Stryjewski jeszcze dodają, że na ogół oprowadzają studentów po plenerze rzeźbiarzy i artystów niepełnosprawnych i powtarzają tymże studentom porzekadło Wyspiańskiego: żeby wam też tak się chciało chcieć jak IM!
        Jedni oglądają, inni wodzą delikatnie dłońmi po krzywiznach, kształtach i prześwitach. Oglądają też dzieci z Lasek. Pewnie będą się długo chwalić, a może też naśladować.
        Notuję te myśli na kartce papieru w fotelu autokaru. Ktoś się nade mną pochyla: - Pan jest sam? Sam - mówię, ale nie samotny. Słyszę przyjazne roześmianie z sąsiednich foteli. Może już zdobyłem zaufanie?

I Powrót na górę I

GOŚCINNE ŁAMY

Wiersze moje, jak chleb...
Kazimierz Stępień
Nota - Iwona Zielińska-Zamora

     Kazimierz Stępień, którego poezję chcę Państwu przybliżyć, pochodzi z Dęby k/Opoczna. Wieś ta leży w prastarej, polskiej i bardzo malowniczej ziemi opoczyńskiej. Gleby tu piaszczyste, niełaskawe dla człowieka. Odwieczna i mozolna praca na roli, by zmusić ją do wydania plonów (chleb rodzi słony od potu) i miłość do miejsca urodzenia nie są jedynymi tematami, które porusza w swej twórczości poeta. Razem z Nim wybierzemy się na króciutki spacer po okolicy, w której przyszło Mu żyć i tworzyć.
     W innym wierszu wspólnie będziemy przeżywać: samotność, wyobcowanie, ale też i tęsknotę za drugim człowiekiem, a jeszcze w innym poznamy pragnienia, które być może były kiedyś też naszymi, bo któż w młodości nie marzył (chciałbym szczęście dać ludziom wszystkim).
     Daleko tym wierszom do doskonałości formy, ale są utworami powstałymi w wyniku ogromnej wrażliwości na otaczającą autora rzeczywistość. To poeta regionu. Jego twórczość jest dobrze rozumiana i odbierana przez społeczność, której częścią jest On sam.
     Kończąc, chcę dodać, że prezentowane wiersze są tylko niewielką cząstką twórczości Kazimierza Stępnia. Nie jest to również debiut literacki, bowiem kilka Jego utworów zostało już wcześniej zamieszczonych w pokonkursowym tomiku pt. „Tomasz".
Iwona Zielińska-Zamora

WIERSZE
moje wiersze są proste jak ja
zwyczajny chłop z mojej wioski
szary jak skiby ziemi
którą odwracał pługiem mój dziad
i ojciec...
na której ziarno rzucone z płachty
chleb rodzi słony od potu.

MOJA WIEŚ
moja wieś nazywa się Dęba
są tam piaszczyste gleby
rośnie żyto i łubin
jest szkoła, biblioteka i młyn
pola, lasy, pagórki dookoła
ty, który to widzisz
myśl sobie co chcesz
a ja kocham moją rodzinną wieś.

ZNIECZULICA
siedzę i czekam
na uścisk twej dłoni
a ty wchodzisz
patrzysz, dotykasz
i mówisz:
ja nie znam
tego człowieka.
MARZENIE
chce mi się wiosny
chce mi się śmiać
i patrzeć z wysoka
na ziemię szeroką
chciałbym mieć
różdżkę czarodziejską
ażeby zwyciężyła
ból, rozpacz, tęsknotę
chciałbym szczęście
dać ludziom wszystkim
ludziom żyjącym
na całej planecie.

MATKA
stoisz przy mnie
promieniująca dobrocią
jasnego spojrzenia
z otwartymi ramionami
gorącego serca
stoisz przy mnie
tryskająca
źródłem troski
pytasz mnie
o każdy dzień
o przyszłość ukrytą
za zasłoną czasu
jesteś przy mnie
w snach uplecionych wspomnieniami
w marzeniach nabrzmiałych nadzieją
podajesz mi dłoń
która rozpala
Ogień.

I Powrót na górę I

Foto - Piotr S. Król

FELIETON

TEN CUDOWNY ŚWIAT
Piotr Stanisław Król

        Kiedy byłem kilkuletnim chłopcem zmarł mój ojciec. Nie wiedziałem dokąd poszedł, dlaczego nagle zniknął z mojego życia. Wszyscy domownicy zachowywali się jakoś dziwnie. Nie odpowiadali wprost na moje pytanie - dokąd poszedł tata? I kiedy wreszcie wróci? Ten zaklęty krąg przerwała w końcu babcia.
        - Umarł, nie wróci. Nigdy - powiedziała to tak zwyczajnie, jakby od niechcenia.
        - Dlaczego ludzie umierają? - zapytałem ze smutkiem. Nie płakałem. Czekałem na odpowiedź.

        Od tego dnia wkroczył w mój dziecięcy świat rytuał, który nazywaliśmy z babcią „malowaniem świata". Trzeba było go pomalować, ubarwić. Bo był zbyt smutny, zbyt szary. Bez ojca stracił blask. Kochałem go całym swoim małym, dziecięcym sercem.
        Miałem szczęście. Babcia była poetką i malarką. Roztaczała przede mną barwne obrazy rzeczywistości, w której będę żył, gdy dorosnę. Słuchałem z rozdziawioną buzią. Słuchałem co wieczór. Aż w końcu uwierzyłem. Uwierzyłem, że za dwadzieścia, trzydzieści lat dzieci nie będą już traciły rodziców, bo medycyna będzie na takim poziomie, że nie pozwoli opuszczać im przedwcześnie swoich pociech. Ludzie będą szczęśliwi, bo nowoczesne maszyny zastąpią ich w pracy, a wtedy będą mieli czas na podróże, zabawy i codzienne wizyty w lunaparku. Wyprawy na księżyc nie będą niczym nadzwyczajnym, a atrakcją będą tam kilkunastometrowe susy po kraterach. Babcia miała romantyczną duszę, niewyobrażalną fantazję. I dar przekonywania. Uwierzyłem jej.
        Odzyskiwałem powoli dziecięcą radość życia. Jej chodziło zapewne o to właśnie, by wyrwać mnie z tunelu smutku i tęsknoty za ojcem. Jednak chyba nie do końca chodziło tylko o mnie...

        Kilka lat później obudziła mnie w nocy i rozentuzjazmowana zaprowadziła przed telewizor. Na czarno-białym ekranie zobaczyłem, przecierając ze zdumienia oczy, pierwszego człowieka na księżycu. Po chwili skakał niczym kangur, dokładnie tak, jak na rycinach babci, która miała zwyczaj swoje opowieści ilustrować piórkiem lub kredkami na arkuszach brystolu. Miałem takiego kosmonautę od kilku lat w szufladzie biurka. Teraz z niej wyszedł i skakał sobie koło księżycowych kraterów. „Malowany świat” stawał się realną rzeczywistością. Babcia z przejęciem wyszeptała mi w ucho - Piotruś widzisz? A nie mówiłam?

        Kiedy miałem dwadzieścia lat babcia zachorowała na raka. Lekarze podjęli się w jej przypadku nowatorskiego leczenia. Jeszcze wierzyłem w nasz wykreowany przed laty - „malowany świat". Medycyna miała być w nim skuteczna, zwycięska. W kilka tygodni później, po straszliwych cierpieniach, babcia odeszła. Coś we mnie pękło, rozsypało się, jak domek z kart. Wkroczyłem w dorosłe życie.

        Mamy już XXI wiek. AIDS, pandemia ptasiej grypy, nowe, śmiertelne groźne odmiany gruźlicy i cholera wie, co jeszcze - zagrażają w najlepsze całej ludzkości. Cudowne, nowoczesne maszyny przykuły ludzi do kilkunastogodzinnej, morderczej pracy. Innych skutecznie tej pracy pozbawiły. Lunaparki świecą pustkami. Księżyc od kilkudziesięciu lat też pusty, ze zwietrzałymi śladami podeszw butów Neila Amstronga i zaledwie kilku innych kosmonautów z ery Apolla. Mając to teraz wszystko przed oczami, zadaję sobie czasami pytanie, czy warto było przed laty wierzyć w te babcine miraże?

        Za jakiś czas może doczekam się wnuków. Będę je brał wieczorami na kolana i kontynuował zabawę zaczętą przed laty. W „malowanie świata". Lepszego niż ten obecny. O wiele lepszego. Nie będzie w nim chorób, rodziny będą tłumnie odwiedzać barwne lunaparki. Będzie na to czas i wystarczająco dużo pieniędzy. Starczy ich także na podróże po świecie i... poza nim. Opowiem o fascynujących wyprawach na Marsa. Uwierzą mi. Ja też uwierzyłem. Gdzieś przecież musi być ten cudowny świat.

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora

Rada programowa: Jan Zdzisław Brudnicki, Małgorzata Drzewińska, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski, Andrzej Roch Żakowski (przewodniczący)

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: Elżbieta Król, tel. (0-22) 827 78 31,
e-mail: ekrol@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę