Strona Główna
Klub ŻARu
Kultura w OM
Nr poprzedni
W numerze:
Od Redakcji >>>
PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Chodnik - Iwona-Zielińska-Zamora >>>
Koneser - Piotr Stanisław Król >>>
PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - H. Domańska, K. Łagowska, I. Pursa, J. B. Serafińska, I. Stopierzyńska-Siek, I. Zielińska-Zamora >>>
PRZEMYŚLENIA
Zapomniana Rodziewiczówna - Jurata Bogna Serafińska >>>
OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Refleksje Piotra Stanisława Króla po lekturze wierszy Kazimiery Piekarczyk >>>
Drugi raz I miejsce na Festiwalu - Irena Stopierzyńska-Siek
o sukcesie Chóru ECHO >>>
SŁOWEM O SŁOWIE
Słowa motyle - Irena Stopierzyńska-Siek >>>
IMPREZY I SPOTKANIA
Żyć wśród Was - Impreza plenerowa Okręgu Mazowieckiego PZN >>>
NOWOŚCI WYDAWNICZE
Życie jest prawdą - Andrzej Zaniewski o debiutanckim tomiku poezji Jana Polkowskiego >>>
Porozmawiajmy o poezji i niepoezji - szkice o literaturze polskiej Jana Zdzisława Brudnickiego >>>
Patrzcie, jakie to świeże - Stanisław Stanik o debiutanckim tomiku poezji Andrzeja Rocha Żakowskiego Spójrz w jego oczy >>>
Z ŻYCIA LITERACKIEGO
Ambasadorzy naszej literatury - Jan Zdzisław Brudnicki >>>
FELIETON - ZAPATRZENIA
Równi i równiejsi - Piotr Stanisław Król >>>
GALERIA
Obrazy Iwony Zielińskiej-Zamory >>>
Od Redakcji
I niech wiersz, co ze strun się toczy,
Będzie, przybrawszy rytm i dźwięki,
Tak jasny jak spojrzenie w oczy
I prosty, jak podanie ręki.
(L. Staff Ars poetica)
O poezji można dużo, można wszędzie, można bez przerwy. Tak, drogi Czytelniku. Ten numer jest przesycony głównie poezją. Nawet w prezentacjach prozatorskich. Jakoś tak się złożyło.
Po lekturze zbiorków Kazimiery Piekarczyk, Janka Polkowskiego i Andrzeja Żakowskiego pozostały opinie, recenzje, głosy. Przeczytać te wiersze to znaleźć się w innym świecie - marzeń, tęsknot, dążeń, natłoku myśli... Trzeba je przeczytać i zatrzymać się w pół kroku, w pędzie współczesności, w chaosie rzeczywistości. Bo poezja ta jest prosta i zrozumiała, czytelna i jasna jak spojrzenie w oczy (z motta).
Słowem o słowie pisze autorka eseju Słowa motyle". Słowa, które zdolne są wydrążyć nawet kamień, poruszyć najbardziej obojętnych, zaganianych; stłamszonych zaś podnieść na wyżyny - nasze wyżyny parnasowskie, pobudzić serca, wzruszyć. Czasami wszyscy stajemy się mimo woli poetami.
Zapraszamy również do GALERII - novum w naszym kwartalniku.
W kąciku Jana Zdzisława Brudnickiego Z ŻYCIA LITERACKIEGO przeczytamy o ambasadorach naszej literatury na emigracji - w różnych i skomplikowanych czasach. Tu także odnajdziemy w przytoczonych cytatach strofy poezji.
W cyklu PRZEMYŚLENIA zwróćmy uwagę na esej o zapomnianej Rodziewiczównie. Nostalgiczny i liryczny zarazem. Każda istota ludzka potrzebuje korzeni, wspólnoty z przeszłością, co chce nam udowodnić autorka owego eseju, nawiązującego do historii - tej pradawnej i tej nam bliższej.
A gdzieś między wierszami znajdą się notki o imprezach kulturalnych Twojego środowiska Czytelniku - imprezach na naszym terenie, ale propagujących słowo w ogóle (w tym śpiewane). Słowo piękne - w naszych czasach rzadkość.
I na koniec jakby zaprzeczający całej zawartości numeru felieton. Bardzo gorzki i prawdę powiedziawszy pesymistyczny w swej wymowie. Chociaż może jednak tak źle nie jest na tym naszym najpiękniejszym ze światów. Popatrzmy nań z przymrużeniem oka.
Życzę ciekawej lektury w imieniu redakcji i swoim.
Irena Pursa
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
CHODNIK
Iwona Zielińska-Zamora
Położono go na tej ulicy chyba jeszcze przed jej narodzinami. Teraz był już stary i zmęczony. Z drugiej zaś strony bardzo się przestraszył, kiedy doszły go słuchy, że wymieniają stare chodniki na ładną, nowoczesną kostkę. Przeraził się nie na żarty. Tak bardzo przyzwyczaił się do jej kroków, że nie mógł wyobrazić sobie tej ciszy, która mogłaby nastąpić, gdyby to rajcy miejscy przypomnieli sobie o tej uliczce. I kto by tę dziewczynę bezpiecznie prowadził do domu - jak robił to od lat - On - Chodnik! Tylko, że ciągle się zapominał - nie była to już dziewczyna. Należałoby raczej powiedzieć - kobietę! A był jej Aniołem Stróżem od bardzo dawna, chyba od tej chwili, gdy postawiła na nim pierwszy, chwiejny i dziecinny kroczek. Ale wszystko opowiemy od początku.
Krótko, tak jakoś zaraz po wojnie rozpoczęła się na wielką skalę akcja kanalizowania miasta Łodzi. Roboty nie ominęły i tej ulicy. Ogromne to przedsięwzięcie trwało prawie rok, potem ulicę uporządkowano i położono nowe chodniki, które są na niej do dziś. Bohater naszej opowieści był zdrowym i ładnym chodnikiem, a kiedy w sobotnie popołudnie dozorca dokładnie zmywał go wodą, która ochoczo tryskała z ogromnego gumowego węża, wierzcie mi - On naprawdę miał powody do dumy z samego siebie. A kiedy zaświeciło jeszcze słońce. Niech wam wyobraźnia dopisze resztę.
A teraz był stary i zmęczony... Wstydliwie ukrywał swe blizny i nie był w stanie leczyć wciąż od nowa zadawanych mu ran. Ileż ludzi przeszło tą ulicą? Nierzadko byli to przypadkowi przechodnie, ale zmieniali się również jej stali mieszkańcy. Tylko ta rodzina z pod 13 była tu od samego początku. Przecież doskonale pamiętał to młode małżeństwo. Ona - śliczna, czarnowłosa, jak wróżka z bajki. Była bardzo młoda, prawie dziecko. On przystojny blondyn, niczym złoty bożek". W jego zachowaniu i energicznych ruchach była pewność i odpowiedzialność. Właściwie to oni byli już tu wcześniej, na długo przed jego położeniem.
Hm... i chyba mieli dwie córeczki? Co stało się z tą starszą? - ach, przecież dobrze pamięta. Bardzo już dawno wyszła za mąż i coraz rzadziej ją widywał.
O rety! - ileż to lat minęło od chwili, kiedy zobaczył je po raz pierwszy. Była niedziela. Trzymając się za ręce biegły w podskokach pod 29 do babci. Tej starszej wiatr rozwiewał koński ogon", a małej zaś złotą grzywkę. Wyglądały na bardzo szczęśliwe dzieci. Zawsze interesowała go bardziej ta młodsza: o włosach jasnego złota i z wielkimi niebieskimi oczami. Ta starsza była znacznie ładniejsza, ale coś zmuszało go, by cierpliwie przyglądać się tej młodszej.
O! W rodzinie coś się dzieje! Idą takie uroczyste: babcia, starsza siostrzyczka i ta płowowłosa. Obie ubrane w szkolne mundurki. Głupiec ze mnie- pomyślał Chodnik - jakże mogłem zapomnieć, że to pierwszy września i że to w ogóle jej pierwszy dzień w szkole! Tylko dlaczego do domu wracała jakby trochę smutna? Chciał ją o to zapytać, chciał ją pocieszyć, ale czy betonowe chodniki mówią? Jeśli nawet tak, to nikt ich mowy nie rozumie, nikt ich nie słyszy. No może tylko ona - jedna, jedyna. Wydawała mu się tak inna...
I tak było przez całe lata. Czekał każdego ranka i nasłuchiwał jej drobnych kroczków, zawsze szybkich i niespokojnych.
Dobrze pamiętał ten dzień, kiedy omal nie przejechał jej tramwaj. Od samego rana był o nią niespokojny. Spieszyła się bardzo, umówiła się na popołudnie z koleżanką - miały iść do biblioteki. Nie spojrzała w prawo i nagle... gwałtowne hamowanie, rozpaczliwy krzyk nieznajomej kobiety - może była matką podobnej dziewczynki? I on to wszystko widział. Przecież tylko ta jezdnia dzieliła ją od niego. Tylko te parę kroków i byłaby już bezpieczna na swoim chodniku. Skulił się ze strachu o nią i do dziś, w miejscu, gdzie pękło mu kawałek kamiennego serca jest maleńka wyrwa. Oboje o niej wiedzieli. Potknęła się właśnie o nią, kiedy w szoku uciekała z miejsca wypadku. No, udało się. Żyła. Była bardzo przestraszona, ale wierzył w nią. Jego zdaniem była mądrą dziewczynką i z pewnością w przyszłości będzie uważniejsza. Codziennie tyle dzieci deptało jego betonowe płyty, ale tylko o nią się tak bardzo martwił. Sam już nie wiedział, kiedy i tak naprawdę, dlaczego się do niej przywiązał. Może dlatego, że i Ona bardzo, ale to bardzo go lubiła. Kochała powroty - do domu, do rodziców, babci i starszej siostry. Widywał ją z nimi często i z przyjemnością przyglądał się tej dziwnej rodzince. Emanował z niej spokój i wewnętrzne piękno.
Mała rosła. Jej kroki stawały się szybsze, energiczniejsze.
O! - Pierwsze szpilki!
Czy mnie oczy nie mylą - pomyślał chodnik w pewne majowe popołudnie. Chyba nie wraca sama. Czyżby pierwszy chłopak?
I tak dzień za dniem mijały im lata. On od rana niecierpliwie czekał, by usłyszeć jej kroki na swoich kamiennych płytach. Ona biegała po nim beztroska, jeszcze nieświadoma przemijania czasu.
Wraz z upływem lat nauczył się rozumieć mowę jej i tylko jej kroków. Gdy stawały lekkie i energiczne - była szczęśliwa. Pomyślnie skończyła szkołę średnią. Tego dnia, gdy ogłoszono wyniki egzaminów na studia, wiedział, że przebrnęła przez nie pomyślnie. Upewniły go w tym jej kroki. Tego dnia były wyjątkowo lekkie, a zatem radosne. Dzielił z nią jej maleńkie szczęście, ale nie pozostawiał jej samej, gdy miała problemy.
I znowu jej kroki są powolne i niepewne: pierwsza choroba, pierwsza śmierć w rodzinie. Zabrakło ukochanej babci. Komu teraz wyszepcze swoje największe i nie zawsze dziecinne dramaty!
Zdarzało się nieraz i tak, że nie słyszał jej stąpania kilka dni, tygodni a nawet miesięcy. Wtedy mówił do siebie - wakacje. Ale najgorsze było to, że już następnego dnia, po jej wyjeździe tęsknił za nią do szaleństwa. I wtedy bardzo go cieszyło, gdy ktoś na jego nierównościach stracił równowagę, a jeszcze lepiej jak wywinął koziołka. Ale to nie zawsze (jak się później dowiadywał) były wakacje. Zaczęły się choroby, a w ich konsekwencji pobyty w szpitalu. Zawsze jednak wracała do domu. Z początku trochę smutna, trochę przerażona i bogatsza o nie zawsze dobre doświadczenia. Z czasem młodość wygrywała i znów jej kroki były szybkie i zwiewne.
Trzeba też dodać, że w rodzinie, którą tak lubił Chodnik, były też psy, a dokładniej dwa pieski. Ten pierwszy - rozpuszczony do granic niemożliwości kundel, hałasował na całą ulicę. Chodnikowi wcale to nie przeszkadzało, bo to przecież Ona wychodziła z psem na spacery. Pies był coraz starszy i bardziej chory. Cierpiała, gdy przyszedł ten moment, kiedy nigdy więcej nie zaszczekał radośnie. Później był jeszcze jeden: taki maleńki i prześliczny...Doskonale pamiętał, kiedy wróciła z nim do miasta po wakacjach. Uratowała mu życie, wyrzucono go; krótko mówiąc był bezdomny. Bardzo przeżyła i tę drugą śmierć. I wtedy zrozumiała, że nigdy więcej nie może mieć psa! Rozstania z nimi były dla niej równie bolesne jak z ukochanymi ludźmi. Te psy, to byli jej czworonożni przyjaciele i niemi powiernicy, o ileż wierniejsi od niektórych człowieczych istot".
A czy pamiętał, jak bardzo cieszyli się razem, kiedy skończyła studia i zaczęła pracować? Jaki wtedy był z niej dumny. Nawet chyba troszeczkę wypiękniał. A jej kroki jakby odrobinę spoważniały. Ale nie na tyle, by zaczęły się kojarzyć z chodem poważnej matrony.
Jakoś tak w grudniu, gdzieś około Barbórki w domu zaczęło się coś złego dziać - chyba znowu jakaś choroba. Tuż przed Nowym Rokiem...- Nie! Jeszcze nigdy jej kroki nie były tak powolne. Wlokła się po chodniku ze spuszczoną głową, a kiedy uniosła ją na chwilę, by spojrzeć w granatowe niebo, jakby tam szukała ratunku, zobaczył w jej oczach, które były teraz też jak to niebo - bezgraniczną rozpacz. Tego wieczoru jeszcze dłużej niż zwykle w jej oknach paliło się światło. On też już wiedział - kolejna śmierć w rodzinie. Straciła ojca.
Bardzo długo Chodnik wpatrywał się w te okna; miał nadzieję, że może podejdzie bliżej i on jej wtedy wytłumaczy wszystko - to o czym ona wiedziała, a czego teraz nie chciała rozumieć. Chciał jej powiedzieć, że każda miłość boli, a cierpienie, rozstania i samotność zawsze są przy niej - to jej nieodłączni towarzysze. I że tak jest zawsze w życiu. Kochamy, cierpimy, ktoś od nas odchodzi, a i my też nieraz odchodzimy. Chciał jej jeszcze dodać, iż jedynym na to lekarstwem jest czas, który i tak nie do końca zabliźnia rany.
Jeszcze długo kroki Złotowłosej - bo tak ją od dawna nazywał w swoich kamiennych myślach - nie przypominały tamtych sprzed roku, ale miał jednak rację. Czas pomaleńku godził ją z nową dla niej rzeczywistością. Pustki, która wzięła w swoje ramiona jej rodzinny dom, nie można było wypełnić. I tylko czasem w nocy widziała jasne, dobre oczy - tych, których już z nią nie było.
Największy szok przeżył Chodnik, kiedy dowiedział się, że Złotowłosa wybiera się za mąż". Tak naprawdę był o nią zazdrosny i bał się, że jak kiedyś starsza siostra, i ta jego Złotowłosa też odejdzie na zawsze. A to byłby dla niego koniec świata. Ale nie odeszła. A jego ciekawość zmusiła, by dokładniej przyjrzał się rywalowi. Nawet usiłował być obiektywny i po wnikliwej obserwacji stwierdził, że jej wybór nie był najgorszy. Teraz często kroki były podwójne. Chociaż z czasem przyzwyczaił się i do tego, ale i tak myślał tylko o niej i to z jeszcze większą troską. Złotowłosa była tak delikatna, a on"- wiadomo - mężczyzna. Pewnego dnia, wydało mu się, że widzi straszną scenę. Ona idzie...? Nie - Ona prawie biegnie, potyka się i Chodnik wyraźnie dostrzegł - Ona płacze! Nieco dalej spokojny, opanowany prześladowca". Ależ oczywiście to - on - jej mąż! Jak mogłeś ją tak skrzywdzić - szeptał przez zaciśnięte płyty Chodnik. Chyba zaraz coś zrobię, byś wywinął koziołka. Po chwili niemłody już Chodnik pomyślał. Głupiec ze mnie. Przecież to ich pierwsza małżeńska sprzeczka. A ile jeszcze podobnych przed nimi! I dodał jeszcze po chwili - gdybym zawsze tak impulsywnie reagował, to ten młody żonkoś chodziłby permanentnie potłuczony. I nie zawiodło go wieloletnie doświadczenie. Następnego rana, jeszcze trochę oboje chmurni, ale znowu razem.
Mijały lata odmierzane spadającymi liśćmi z jesionowych drzew. Jej kroki raz szybkie, czasem wydawały się prawie taneczne. Niestety bywały i takie chwile, kiedy był pewien, że ona bardzo, ale to bardzo cierpi. Był obecny przy niej w te dobre i te złe dni. Cierpiał razem z nią i razem z nią też się radował. Chciał wierzyć, że jeszcze wiele lat będą ze sobą. Marzył o tym, żeby miała więcej pięknych chwil, a te złe pragnął wymazać z jej nie zawsze szarej egzystencji. Gdyby tylko mógł, to usunąłby jej wszystkie przeszkody spod nóg. Ale oboje doskonale wiedzieli, że jest to niemożliwe, bo takie jest właśnie życie - pełne niespodzianek i to nie zawsze przyjemnych. Czyż nie starał się jej tego wytłumaczyć od pierwszego dnia, gdy postawiła swoją maleńką stopkę na jego betonowej płycie.
Głowa do góry - szeptał miłośnie. Dopóki jesteśmy razem jeszcze wszystko przed nami. Nie poddawaj się. Walcz! - O swoje miejsce na ziemi.
A teraz przeżył tę chwilę grozy, gdy po ulicy rozeszła się plotka o wymianie chodników...! Nagle poczuł się zmęczony i stary...
Zapadła noc, a gdy ucichły już kroki ostatniego przechodnia, ułożył się stary Chodnik do snu. I śnił o tym, że znowu jest młody - on - Chodnik i młoda jest ona - jego Złotowłosa.
O świcie, gdy obudził go poranny chłód pomyślał - a jednak troszeczkę żal, że to był tylko sen.
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
KONESER
Piotr Stanisław Król
Wiosenny spacer po warszawskiej Starówce w niedzielny poranek ma dla mnie szczególny urok. Nie ma jeszcze tłumów przelewających się przez wąskie uliczki, malarze niespiesznie rozstawiają swoje obrazy na stelażach, słońce dopiero wprasza się w zacienione, chłodne zaułki, łaskocząc w ogony przeciągające się leniwie koty. Wszystko wokół tchnie świeżością, wiosenne zapachy odurzają i wprawiają w jakiś szczególny, trudny do opisania nastrój.
Pawlakowa, moja sąsiadka z parteru, mawiała w takie dni: wiosenka na całego, bo chłopy i ptaki głupawki dostają!". Była już mocno wiekową osóbką i swoją znakomitą wiedzę ornitologiczno-socjologiczną opierała na wieloletnich obserwacjach zza pelargonii, stokrotek i bratków buchających ze skrzynek na jej parapecie. Nic nie ukryło się przed jej bystrym wzrokiem - ani ptaszysko, ani tym bardziej otumaniony wiosną na amen - chłopina.
Tego dnia, wchodząc od strony Placu Zamkowego w ulicą Świętojańską, byłem w takim właśnie trochę głupawkowatym nastroju. Wiecie, jak to jest - nie wiadomo, czemu cieszysz się z byle czego, gęba rozanielona, za dziewczynami oczy latają, że mało zeza nie dostaniesz. Nawet drań gołąb, który radośnie nasrał na moją nowiutką koszulę, wdzięcząc się i popisując przed zgrabną gołębicą celnością strzału spod ogona, nie był w stanie wyprowadzić mnie z doskonałego nastroju. To na szczęście, ja też spotkam dzisiaj kogoś wyjątkowego - pomyślałem z nadzieją, że będzie to na przykład urocza i zgrabna blondynka, też na tyle wiosennie otumaniona, że zwróci na mnie uwagę. A w ostateczności jakiś stary, niewidziany od lat kumpel, z którym wypiję piwo i powspominamy czasy, kiedy blondynki zwracały na nas uwagę. Nawet te nie otumanione. Jeśli myślicie, że tego dnia trochę mi odbiło wiosennie, to macie całkowitą rację! Stara Pawlakowa wiedziała, co mówi.
Na Rynku przywitałem się grzecznie z zadziorną dziś Syrenką. Musiała to opatrznie zrozumieć, bo zamachnęła się na mnie swoim mieczem. Nie trafiła, bo schyliłem się, by zmoczyć w fontannie chusteczkę i zmyć ślad popisowego strzału rezolutnego gołębia.
Rozejrzałem się po rynku. Od strony Wąskiego Dunaju pojawił się kataryniarz. Wolnym krokiem poszedłem w jego kierunku. Pchał przed sobą oryginalny instrument na czterech kołach, wyposażony w liczne mosiężne okucia, wichajstry, tajemnicze pokrętła. Oczywiście była i bajecznie kolorowa papuga w ogromnej klatce, śmiesznie się kłaniająca i przekrzywiająca łepek, jakby zaglądała dziewczynom pod sukienki. Zapewne był więc to papug, jeden z tych ogłupiałych wiosną okazów ornitologicznych, o których wspominała Pawlakowa. Po bokach wehikułu zawieszone były liczne półeczki z najróżniejszymi bibelotami i pamiątkami. Artysta świetnie pojął nie tylko arkana muzyczne, ale i handlowo-menedżerskie. Wskazywała na to też tabliczka z napisem: Fotografujcie, filmujcie - dla mnie stawka 2 razy".
Kataryniarz powoli, jakby stopniując napięcie, jedną ręką ujął mosiężną korbę, a drugą ze znawstwem przestawił kilka wichajstrów na oryginalnym, muzycznym panelu sterowniczym". Po chwili popłynęła czysta i pięknie nagrana muzyka wiedeńskiego walca. Ustawiłem się twarzą do słońca, zamknąłem oczy i zasłuchałem, zapominając o bożym świecie.
- Artysta, mówię panu, prawdziwy artysta! - usłyszałem obok zachrypnięty głos. Otworzyłem powoli oczy. Obok mnie stało jakieś oryginalne indywiduum. Facet był, jakby to powiedzieć, lekko nieświeży. Na twarzy trzydniowy ciemny zarost, lekko wklęśnięty i zakrzywiony nos boksera po przejściach", usta asymetrycznie zakrzywione z sinoniebieską blizną nad górną wargą. Ubrany był w zielonkawe, sztruksowe spodnie i wypłowiały, szary sweter w niebieskawy rzucik, spod którego sterczał ku górze jeden róg kołnierzyka koszuli w kolorze wściekłego fioletu w żółte groszki. Na głowie miał naciągniętą wełnianą, czerwoną czapeczkę, spod której wystawały długie, szpakowate kosmyki dawno nie mytych włosów. Ten facet się nie poci na tym słońcu? - zdumiałem się, przyglądając się jego zimowemu nakryciu głowy. Instynkt samozachowawczy nakazał mi w tym momencie dyskretny odwrót. Zrobiłem dwa niewielkie kroki, odsuwając się na bok.
- Pięknie zasuwa te muzykie, zgadzasz się pan? - nieświeży kontynuował rozpoczętą rozmowę.
- Tak, urocza ta muzyka - przytaknąłem, jednocześnie cofając się jeszcze o pół kroku. Osobnik nie budził zaufania.
- To fachura - stwierdził pokasłując. - Nie fałszuje!
Zastanowiłem się, jaka jest możliwość zafałszowania na katarynce. Kręcąc korbą w drugą stronę? Ale moje rozmyślania nad tą kwestią przerwał dalszy wywód osobnika:
- Patrz pan i podziwiaj, jak to trzeba temi gałkami manipulacje uskuteczniać, by dźwięk odpowiedni z instrumenta wydobyć. Mówię panu, to artycha jest!
Kataryniarz rzeczywiście co i raz przestawiał mosiężne gałki, ale moim zdaniem, robił to dla podniesienia efektu wizualnego swojego występu.
- A wisz pan, że to Marsz Rakossiego"? - przysiągłbym, że nie był to Marsz Rakossiego", ale wolałem nie wdawać się w dyskusję. Przytaknąłem głową.
- A jesteś pan w grubem błędzie! Widać, żeś pan muzycznie nieobyty jesteś, czyli ucho masz pan na klasykie muzyczne wypaczone! A na oko powiedziałbyś nawet - inteligent! - pokiwał głową z politowaniem, lustrując mnie uważnie. Zakrzywiona usta wygięły mu się jeszcze bardziej tworząc zapewne coś na kształt i podobieństwo uśmiechu.
Cholera! Wyrolował mnie ten nieświeży - zakląłem w duchu i postanowiłem być ostrożniejszy. Dziwne, ale ten człowieczek w czerwonej czapeczce na swój sposób zaintrygował mnie i wzbudził ciekawość. Pochylony do przodu patrzył z nieskrywanym podziwem na kataryniarza i przez dłuższą chwilę kontemplował wiedeńskiego walca, który rozpłynął się po staromiejskim rynku i pofrunął w tanecznych pląsach dalej, w wąskie, zacienione uliczki.
- Marsz Rakossiego"... - powiedział niespodziewanie, jakby nagle coś sobie przypomniał. - Uwielbiał go rotmistrz Kizior-Kiziorowski... Znasz pan go zapewne?
Jezu! Nie znam! - pomyślałem z rozpaczą. Spojrzał na mnie z jeszcze większym politowaniem, widząc moją niepewną minę.
- Historycznie też pan mało oblatany jesteś. A na oko - inteligent, wydawałoby się!
- Kizio-Kiziowski? W jakiej wojnie walczył? - zapytałem niepewnie, podłamany wyraźnymi lukami w wykształceniu, starając się jednocześnie ratować swój nadwątlony prestiż inteligenta.
- Nie denerwuj mnie pan, z szaconkiem do bohatera. Eustachy Kizior-Kiziorowski, rotmistrz. Czerwonoarmyjca w dwudziestym w dupę tak walił, że dopiero pod Kijowem się zatrzymał. Stary rotmistrz na Hożej zamieszkiwał i słynne na całe Warszawe zakrapiane galopady ułańskie u niego się odbywały. Kiedyś na dębowych krzesłach w rytm Rakossiego taką szarżę ze swoimi starymi wojakami uskutecznił, że z pierwszego piętra po schodach na parter się wygruził. A na pogotowiu, jak go w gips wkładali, to nadal komenderował - Do mnie psubraty! Łeb Moskalowi trza rozpirdolić! A wisz pan, osiemdziesiątkę miał na karku. Z fantazją był gość!
- Niesamowite! I co dalej było, no... po tej szarży - zapytałem z ciekawością.
- Potem to go prosto z pogotowia na komendę zawieźli. Komuna była i Moskala nie wolno było już oficjalnie rozpirdalać. Razem z moim starym w areszcie wylądowali. On też w tej kampanii uczestniczył. Stąd wim detalicznie, jak było i edukację historyczną nabywszy, mogę panu ją niniejszym nawinąć.
Rozbawił mnie ten historyczny epizod w życiu rotmistrza. Przed oczami miałem, jak żywe, dramatyczno-komiczne sceny na pogotowiu i na komendzie. Kizior-Kiziorowski, czy jakby tam się nie nazywał ten gość, miał fantazję! Warszawa słynęła kiedyś z takich barwnych postaci. Sam znałem przed laty pewnego majora, który kazał sobie salutować milicjantom na ulicy i strzelał, na szczęście z korkowca, 11 listopada na wiwat. W czasach komuny było to poważnym, politycznym przestępstwem. Wiwatowanie tego dnia oczywiście, a nie strzelanie z korkowca. Za każdym razem major lądował w pace, co systematycznie zwiększało jego prestiż i pozwalało pić darmową wódkę stawianą przez patriotyczny naród.
Przez jakiś czas obaj milczeliśmy, przyglądając się kataryniarzowi, który w przerwie koncertu sprzedawał chętnym pamiątki, karteczki z wróżbami i najprzeróżniejsze bibeloty. Spojrzałem na mojego rozmówcę, który coraz bardziej mnie intrygował. W tej mało ciekawej, wręcz odpychającej posturze, krył się ktoś nietuzinkowy. Postać wręcz żywcem wyjęta z opowiadań nieodżałowanego Wiecha. To jeszcze tacy są w tym mieście? - zdumiony zapytałem sam siebie. Oto stoi przede mną żywy relikt starej Warszawy. Może to, co opowiadał było po części zmyślone, może Kizior-Kiziorowski nie był żadnym rotmistrzem i pod Kijowem nikt go nie widział? Ale jak on to barwnie przedstawiał! Przyglądałem się dyskretnie mojemu rozmówcy. Posmutniał, pochylił się jeszcze bardziej do przodu. Czoło pod czerwoną czapeczką pokryło się jeszcze większą liczbą zmarszczek. Najwyraźniej coś go trapiło.
- Błąd, jaki ja panie, popełniłem błąd! - przerwał nagle milczenie. Kataryniarz w tym czasie zakończył transakcje handlowe i zajął się muzyką, kręcąc korbą i efektownie manipulując wichajstrami.
- Przepraszam, jaki błąd pan popełnił? - zaniepokoiłem się.
Smętnie pokiwał głową i na jakiś czas znów zatopił się w rozmyślaniach. Najwyraźniej popełniony błąd wymagał głębszej refleksji. Gdy już myślałem, że postanowił zachować swą tajemnicę dla siebie, uraczył mnie taką oto dramatyczną historią swojego życia:
- Widzisz pan, ja ogólnie od pacholęctwa niezwykle uzdolniony muzycznie byłem. Jako małoletniego pętaka do szkoły gry na akordeonie mnie rodzice posłali. Na Ząbkowskiej się mieściła. Do profesora Alfreda Kasiuka. Znasz pan zapewne to słynne nazwisko?
Chryste Panie! Nie znam! - znów wpadłem w popłoch.
- No tak... a pozornie inteligent z facjaty pan jesteś. - Litość była temu człowiekowi obca. Przynajmniej dla mnie.
- Miałem taki talent, wisz pan, wrodzony - kontynuował po chwili, w której pojęcie o mojej inteligencji rozpadło się, jak domek z kart. - Na imieninach to mnie na stole stawiali i kazali grać. I jak posunęłem obertasa, to ciotka Hela, co kulawa na jedne noge była, fikała niczem jaka baletnica. A normalnem razem to na pierwsze piętro po schodach wdrapać się nie mogła. Wszyscy mówili, że daleko zajdę...
Przerwał i zatopił się w dłuższej zadumie nad swoim dzieciństwem.
- I co było dalej? - zapytałem z zaciekawieniem.
- Dalej? Wisz pan jak to jest - pokiwał głową ze smutkiem. - Kobitki, wódeczka, karcioszki! Ech, co tam mówić, zmarnowało się taki talent... A profesor Kasiuk... wisz pan o kim mówię? - przytaknąłem natychmiast z zadowoleniem, że wiem o kim mowa!
- No, szybko się pan uczysz - pochwalił mnie. Powoli zacząłem odbudowywać swój nadwątlony prestiż człowieka rozumnego. - A więc profesor Kasiuk mawiał tak - Maniuś (bo ja Maniuś jestem), tyś zabawowy chłopak, żebyś talenta w pokera i na kurwiszony nie przetracił!
Popatrzył na mnie przez te swoje wąziutkie, zapuchnięte szpareczki z takim smutkiem, że zrobiło mi się go autentycznie żal.
- Widzisz pan tego artystę - kiwnął głową w stronę kataryniarza. - On to wyszedł na ludzi. A ja, co? Zmarnowałem się i tyle! A tak, to bym panie, teraz artycha był. Grałbym sobie, o tam - pokazał palcem w okolice Krzywego Koła. - I szaconek w społeczeństwie by był i kapitał w kieszeni też. A teraz, o! Dziadyga miejski jestem, zmarnowany talent, mówię panu. Przez te kobitki, wódeczkę.i karcioszki, żeby je tak nagła i niespodziewana kurwa nędza pokręciła! - zaklął siarczyście i zakaszlał, aż mu coś zaczęło gwizdać w płucach.
Zadumałem się nad jego losem. Kolejny Janko Muzykant się nam, cholera, zmarnował. Wzruszył mnie ten mały, szary człowieczek w wełnianej czapeczce. Ujrzałem w nim człowieka wartościowego, a jeszcze piętnaście minut wcześniej odsuwałem się od niego z lekką odrazą.
- Mam osiemdziesiąt groszy - powiedział ściszonym głosem. - Nie poratowałby mnie Pan dwoma złotymi? Na śniadanie...
Wyjąłem portfel i po chwili wahania podałem mu banknot dziesięciozłotowy. Powoli i bez słowa wziął go w dwa palce i wsunął do kieszeni spodni. Muszę przyznać, że mi zaimponował. Miał swój honor i dumę. Nie zginał karku za parę groszy więcej. Nie ruszył też zaraz z miejsca po swoje śniadanie". Staliśmy nadal w milczeniu obok siebie, słuchając kolejnego walca. Czekałem, co zrobi, co powie.
- Talent może i zmarnowałem - powiedział zachrypniętym trochę bardziej niż wcześniej głosem. - Ale na muzyce się wyznaję. Konieser jestem... rozumisz pan?
Przez chwilę nie mogłem pojąć znaczenia tego słowa. Koneser! - olśniło mnie nagle. Chciałem go poprawić, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
- Oczywiście! Jest pan konieserem! - zaakcentowałem i zmiękczyłem to słowo po warszawsku, chyląc jednocześnie głowę z szacunkiem. - Jest pan prawdziwym konieserem!
Rozstaliśmy się jak starzy znajomi. Uścisnęliśmy sobie dłonie, a ja uznałem to wręcz za zaszczyt. W końcu to był ktoś wyjątkowy, z innej rzeczywistości. Przedstawiciel starej Warszawy, która odeszła już w przeszłość. On jeszcze trwa, choć w biedzie, pełen porażek i klęsk życiowych. Ale z honorem i godnością.
Maniuś, zmarnowany artysta, syn kawalerzysty spod komendy rotmistrza z Hożej, znawca muzyki klasycznej. Prawdziwy koneser. Przepraszam za przejęzyczenie! On jest przecież kimś o wiele bardziej znaczącym. Toż to prawdziwy warszawski - konieser!
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA
WIERSZE WYBRANE
Hanna Domańska
PRZEBUDZENIE
Pognieciona tęcza
na poduszce
Czarny motyl
w rzęsach zaplątany,
Jacyś ludzie
w fałdach kołdry skryci
Jeszcze szepczą
a...już dzienne
dopadły Cię sprawy.
Z krzykiem szarpią
za rękaw pidżamy
i pierwszeństwa
się każda domaga
Siadam z nimi
do porannej kawy
i cichutko
...ze sprawami gadam.
Krystyna Łagowska
ZAGUBIONY ANIOŁ
Otworzyłam oczy.
Obudziłam się z koszmarnego snu.
Byłam sama na pustyni zła.
Nie było przy mnie nawet mojego anioła.
Postanowiłam go odnaleźć.
Szłam po jego śladach,
po kamieniach piekła.
Anioł siedział w rozpadlinie górskiej.
Był skamieniały z rozpaczy.
- Odnalazłam Cię.
Nie odpowiedział.
Usiadłam obok niego.
Milczeliśmy dłuższy czas
Odezwał się
- Opuściłem cię w dniach grozy.
Przykrył głowę opadłymi skrzydłami,
Zapłakał.
Łzy plamiły biel szat cieniem grzechu.
- Piotr też opuścił Jezusa.
Zło potrafi powalić na ziemię
nawet anioła odpryskiem kryształu.
- Wstań.
Musisz się podnieś z upadku,
będziesz mnie nadal strzegł
i prowadził za rękę po chwiejnej kładce życia.
Irena Pursa
CZY CHCESZ TAK ISTNIEĆ
Namaluj swój portret jeśli umiesz
Idealny w wymiarze czasu i przestrzeni
Niech pozostanie po tobie radosny weselny
Napisz wiersz o miłości jeśli umiesz
Jako wspomnienie zdarzeń tych lotnych i górnolotnych
Zatrzymaj serce w biegu po niezrozumiałe
Bo przepadniesz i upadniesz
a może znikniesz
Uśmiechaj się tylko czasem gdy nikt nie patrzy
Bądź przezroczysta jako senna mara
Przejrzysta jak woda w jeziorze
Czysta jak łza i nikła jak urojenie
Wtedy może wytrwasz do końca
I cierpliwie zaczekasz na kolejną wiosnę
Czy chcesz tak istnieć?
Nikt by nie chciał...
Nie krzycz...
TAM nikt nie usłyszy
Jurata Bogna Serafińska
GBUR
Głupi gbur, zadufany
W swój wdzięk miałki, pozorny.
Przyniósł ci tulipany -
Dla ciebie czy dla formy?
Przysłał ci rymowania,
Grafomańskie, niestety,
W których już bez ubrania
Był i bez etykiety
Myślał, że to wystarczy,
Że już jesteś zdobyta.
Nie z tarczą - lecz na tarczy
Pozostał więc i kwita.
Irena Stopierzyńska-Siek
PRZECIEKANIE CZASU
Ze smutkiem
patrzę na kobiety
co na próżno
chcą czarować
zgasłą już urodą.
Zaskoczone nielitościwym
przeciekaniem czasu,
chwytają się sposobów,
zaklęć, przebierania
nie chcą z tym się pogodzić
- mistrzynie kamuflażu -
że młodość gości teraz
w całkiem innych twarzach.
NIECH ZOSTANĄ
niech zostaną po mnie
moje wiersze
lepsze są ode mnie
nie kurczą się w sobie
gdy na nie patrzy
oko nieżyczliwe
nie usiłują
wyrzucić z siebie
co im zostało wpisane
nie dbają o tożsamość
rozpoznawalną
na pierwszy rzut oka
są takie, jakie są
a ja wciąż zamierzam
zmienić się, doskonalić
i staję się coraz mniej
rozpoznawalna
dla samej siebie.
Iwona Zielińska-Zamora
MIŁOŚĆ
miłość porom roku podobna
zimowa bielą napomyka o niewinności
a ogień w kominie dziwy opowiada
o królewiczu, tym zaklętym w żabę
zielonym szałem wiosenna miłość
za krótkie noce, za pośpieszne
latem w t-shirt'cie chodzi
opalonym brzuszkiem wabi
szafirowy kolczyk w pępku nosi
łatwo zapomina i szybko się gubi
z dziurawym parasolem
jesienna miłość za ostatnim liściem goni
przystaje na stacji Zwątpienie
i starczą ręką zamyka parasol.
SZUFLADA
jak poeta co przed laty pisał
mam i ja swoją szufladę, dla obojętnych
to skansen rzeczy niepotrzebnych, zbędnych
a dla mnie ta szuflada to pamiętnik
w niej spinka do włosów, taka z kwiatkiem
którą zapinałam niepokorną grzywkę
kałamarz z wyschniętym na dnie atramentem
tuż obok pióro ze stalówką
różowa bibuła nosi jeszcze
ślady łez i kleksów
pomięty arkusik papieru
kiedyś był adresem
ze wzruszenia drżą mi ręce
gdy palcami pieszczę twoje imię
motyl, kwiatek zasuszony
wieczny ołówek, kawałek futerka
fotografii kolor sepii i stara koperta
moja przeszłość w przedmioty zaklęta
wsuwam dłoń głębiej, dna sięga
rozdrapuję zabliźnione rany
co robić, posprzątać?
zamykam szufladę, przekręcam klucz w zamku.
I Powrót na górę I
PRZEMYŚLENIA
ZAPOMNIANA RODZIEWICZÓWNA
Jurata Bogna Serafińska
Za kilka lat powinniśmy obchodzić sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin naszej wspaniałej powieściopisarki Marii Rodziewiczówny, piszącej też pod pseudonimem Zmogas. Powinniśmy - ale czy będziemy? Kto obecnie zna i podziwia jej powieści? Powieści już dzisiaj - historyczne, bardzo polskie, patriotyczne, wyrosłe z chrześcijańskich tradycji i oparte na chrześcijańskich wartościach, a jednocześnie zawierające wspaniale skonstruowane wątki, uwzględniające nawet najbardziej drobiazgowe obyczajowe realia epoki. Do tego - przepiękne opisy przyrody.
Wydawałoby się, że taka literatura powinna być szeroko dostępna, znana, reklamowana, zalecana jako lektura dla szkół. Tymczasem Maria Rodziewiczówna znana jest głównie - jako autorka Lata leśnych ludzi - powieści, klasyfikowanej obecnie jako świetny utwór dla młodzieży o wątku i przesłaniu ekologicznym. W czasie, kiedy powieść powstawała - termin ekologia nie był powszechnie znany i stosowany. Autorka ukazuje nie tylko piękno przyrody, ale i konieczność szacunku dla jej praw oraz niebezpieczeństwa związane z ingerencją w ekosystem. Opisuje puszczę jako swoisty bioregion z punktu widzenia, jakiego by się nie powstydził dzisiejszy wybitny pisarz i naukowiec zarazem. I jeszcze jeden ważny szczegół. Nawet w tej ekologicznej powieści przebijają się silne wątki patriotyczne. W Noc Kupały, w puszczy na wzgórzu płonie ogień, a bohaterowie słuchają opowieści z czasów Powstania Styczniowego i marzą o niepodległej Ojczyźnie.
Warto przypomnieć, że Powstanie Styczniowe zaciążyło na całym życiu pisarki, która urodziła się w roku 1863 w rodzinie ziemiańskiej na Grodzieńszczyźnie. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że miłość do Boga i miłość Ojczyzny wyssała z mlekiem matki. Mała Maria była wychowywana przez krewnych, ponieważ rodzice jej za udział w Powstaniu Styczniowym zostali przez władze carskie represjonowani i zesłani na Syberię. Motywy Powstania Styczniowego i represji, jakie spadły po jego klęsce na polskich patriotów - odnajdujemy w całym dorobku literackim wielkiej pisarki - między innymi w powieściach: Pożary i Zgliszcza", Dewajtis", Lato leśnych ludzi", Wrzos", Anima vilis", Klejnot". Te wielkie sprawy nie są nazywane wprost ponieważ w tamtych czasach książka, aby móc zaistnieć i ukazać się na rynku, musiała przejść przez carską cenzurę. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mają w domach stare książki (np. z początku XX wieku) z charakterystycznym wpisem na jednej z pierwszych kart - dazwoleno cenzuroju.
Będąc małą dziewczynką wiedziałam od matki, że istnieją przepiękne powieści, które muszę kiedyś koniecznie przeczytać - przede wszystkim Dewajtis Rodziewiczówny. Była to najbardziej ukochana powieść mojej matki. Zawsze podejrzewałam, że mój brat ma na imię Marek na cześć głównego bohatera Marka Czertwana. W domu mówiło się często cytatami z powieści, a mój wielorasowy pies - przyjaciel nosił miano Margasa.
Rodzice moi byli w czasie wojny dwukrotnie wysiedlani - po raz pierwszy z Płocka, po raz drugi z Warszawy po Powstaniu. Z ich przedwojennego majątku i olbrzymiego zbioru książek nic nie zostało. Matka opowiadała mi, kiedy byłam mała o Dewajcie, Czertwanach, Skomontach, Poświciu - o całym tym barwnym i wspaniałym świecie zaklętym na kartach powieści - ale przez wiele lat nie mogła dla mnie tej książki ani kupić ani wypożyczyć. Deklamowała mi więc z pamięci zapamiętane fragmenty z trzeciego rozdziału:
Dąbrowa w widłach Dubissy i Ejny od niepamiętnych czasów była własnością Czertwanów. Niegdyś, w szarej wieków oddali, świątynia tam stała, zamek jej strzegł. (
) Dziś z zamku zostały zaledwie ślady okopów i wałów, zmurszała baszta pod siecią chmielu, studnia bezdenna, wyschła, kurhan, pod który złożono obrońców i legendy. A po świątyni na polance zostały dwa głazy poryte jakimiś znakami z wyżłobieniami w środku - i Dewajtis.
Minęły wieki, (
) pogasły święte ognie, mijały rządy, ludzie, szły wojny po wojnach, ruiny po ruinach, zmieniały się prawa i obyczaje - Dewajtis stał. (
) i wyzywał, zda się, do walki żywioły, i mówił: - Nie wy ludzie, rzuciliście mnie tu i nie wy, wichry i burze, stąd weźmiecie. Osadził mnie tu Bóg i zostanę, zostanę, zostanę. (
)
Osłaniał sobą polanę, kamienie, ruiny zamczyska
(
) Co jesień (
) ludzie obcy mówili: dąb traci liście; Żmudzini szeptali: Dewajtis opłakuje stare czasy".
Po wojnie powieści Marii Rodziewiczówny najpierw w ogóle nie wydawano, potem w niewielkich nakładach. W bibliotekach szkolnych praktycznie nie istniały, nie wspominano o nich prawie nigdy na lekcjach języka polskiego. Moim koleżankom z dzieciństwa Dewajtis kojarzył się wyłącznie z nazwą ulicy na warszawskich Bielanach. Dlaczego? Może zapytać ktoś niezorientowany.
Sprawa jest dosyć delikatna i złożona. Akcja powieści Dewajtis toczy się na Żmudzi w czasie zaborów. Głównym przesłaniem powieści jest walka w obronie polskości Litwy i Żmudzi - walka o zachowanie polskiej ziemi w polskich rękach, walka o to, by nie emigrować, ale pozostać mimo wielu trudności (mnożonych przez zaborcę) na swojej ziemi, w swojej Ojczyźnie, aby walczyć o tę Ojczyznę gospodarczo (hasła pozytywizmu), skoro nie można militarnie. Główni bohaterowie powieści to średniozamożna szlachta i mieszkańcy zaścianka. Powieść napisana została w duchu wartości chrześcijańskich, w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jeśli ktoś przeczytał chociaż raz Dewajtis nie zapomni nigdy przejmującej sceny, w której umierający stary Paweł Czertwan (dawny Powstaniec) uzależnia przekazanie błogosławieństwa i działu majątku dla nieobecnego przy łożu śmierci syna od tego, czy wiary i mowy nie zapomniał".
Walce w obronie polskiej ziemi, której groziło przejście w ręce rosyjskie jest poświęcona powieść Klejnot", w której autorka opisała różne warstwy polskiego społeczeństwa zjednoczone wartościami nadrzędnymi, jakimi jest miłość do Boga i patriotyzm. Z kolei gniazdo Białozora ukazuje zmagania Polaków z nadciągającą od wschodu falą bolszewizmu.
Taki temat, takie realia - nie pasowały zupełnie do ideologii obowiązującej po 1945 roku. Nie mogąc dzieł literackich Rodziewiczówny zniszczyć - postanowiono je umniejszyć, ośmieszyć. Postarano się o odpowiednią etykietkę. Gdy mówiono, czy pisano o Marii Rodziewiczównie - wymieniano ją zawsze jednocześnie z Heleną Mniszkówną. Chodziło o to, aby u potencjalnych czytelników wyrobić przekonanie, że dzieła obu autorek są na tym samym poziomie, że są to mało wartościowe, płytkie powieścidła dla pensjonarek (nie wypadało wtedy powiedzieć kucharek) - takie romansowe gnioty, arcydzieła pretensjonalnej grafomanii, niegodne miana literatury, nadające się w najlepszym przypadku do przeróbki na scenariusz filmowy.
Do nakręcenia filmu wybrano przed laty powieść Rodziewiczówny Między ustami, a brzegiem pucharu". Treść jej uznano zapewne za ideologicznie bezpieczniejszą - ponieważ akcja rozgrywała się na terenach zaboru pruskiego (a nie rosyjskiego jak w przypadku powieści Dewajtis i wielu innych). Powieść ta wspaniale napisana, z wartką akcją, ciekawymi wątkami, i patriotycznym przesłaniem po przerobieniu na scenariusz zatraciła swoje walory - epickie, historyczne, patriotyczne, religijne, moralne. W filmie zobaczyliśmy właściwie tylko romans z wyższych sfer.
Za kilka lat powinniśmy obchodzić sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin naszej wspaniałej powieściopisarki Marii Rodziewiczówny. Powinniśmy - ale czy będziemy? Mamy jeszcze trochę czasu, aby się do tego przygotować.
I Powrót na górę I
OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
WYBACZ MI PANIE, ZROZUMIEC NIE MOGĘ...
Piotr Stanisław Król
refleksje po lekturze wierszy Kazimiery Piekarczyk
Poezja jest lustrem duszy, uchyleniem rąbka tajemnicy ludzkiego wnętrza, osobowości; często jakże skomplikowanego, zagmatwanego własnego ja". Zazdroszczę poetom, że mogą i mają to naturalne prawo i przywilej słowom dodawać skrzydeł i wznosić się wraz z nimi: i ponad..., i wyżej..., jeszcze wyżej.... Może dlatego właśnie widzą oni więcej, odczuwają głębiej od innych. A przez co może i rozumieją troszeczkę lepiej samych siebie i swoich bliźnich, którzy mieli ten przywilej, że z poetą szli jedną ścieżką życia, dłużej, czasem krócej, choćby i przez ulotną, utrwaloną w pamięci chwilę. A jeśli nawet nie dane im jest zrozumieć, to mogą z innej, duchowej perspektywy zadawać najtrudniejsze z trudnych pytań - choćby i samemu Bogu.
Zagłębiając się w poezję Kazimiery Piekarczyk odczuwamy niemal fizyczny, jak i psychiczny ból, którym przepełniona jest autorka. Odczuwamy, ale nie do końca rozumiemy. I tak niech pozostanie. To jest jej boleść, jej udręka, jej lęk. Czytelnicy mogą tylko starać się to pojąć, każdy na miarę własnych, osobistych przeżyć, doświadczeń, odebranych w życiu ciosów, ilości nie gojących się ran.
Gdybym miał w kilku słowach wyrazić poezję Kazimiery Piekarczyk, użyłbym trzech słów: cierpienie, pokora, modlitwa. Od dwóch tysięcy lat istnienia chrześcijaństwa te trzy pojęcia są nierozerwalne, stanowią jedną całość ukrytą w Boskim Planie, Tajemnicy Zbawienia. Poetka jest człowiekiem, jak każdy z nas, ułomnym. I zadaje pytania często niepokorne, trudne, bardzo trudne. Utrata osoby najbliższej, puste ściany, brak codziennych odgłosów, szmerów, a i także... kłótni, do której - o dziwo, też chciałoby się powrócić. Utrata zdrowia, wraz z upływem, dni, miesięcy, lat - szarzejące, zanikające kolory otaczającego poetkę świata, coraz liczniejsze upokorzenia i niezrozumienie, kolejny upadek, wywołujący drwinę i śmiech. To boli. Okrutnie boli. Pomocną dłoń wyciąga muza poezji. Ona rozumie płacz, pozwala wznieść się ponad ból, upokorzenie, słabość i okrutny, obezwładniający lęk. A i usłyszeć nawet Jego głos, gdy mówi: "Pozwól mi podejść do ciebie, / A miłością moją cię podniosę, tylko mi podejść pozwól. / Zastygam w bezruchu, nic nie odpowiadam / Szukam pomocnej dłoni człowieka / i wmawiam w siebie, że na tej pustej drodze / Spotkałam tylko wiatr". (wiersz pt.: Drugi upadek").
Odpowiedzią poetki jest poszukiwanie pomocnej dłoni drugiego człowieka i odnajdywanie w nim boskiego nachylenia się nad jej losem, zrozumienia, miłości. Ale ta droga jest jakże często pusta...
Autorka nie obawia się powiedzieć wprost Bogu: "Wybacz mi Panie, że pojąć nie mogę / Zagadki świętości biskupa Hippony / Bo jakaż to świętość / Wzniesiona krzywdą drugiego człowieka / Bez skrawka ludzkiego zadośćuczynienia? / Wybacz mi Panie tę słabość rozumu / Co wciąż nie dowierza świętości stygmatów / Szalonego Włocha / I to jeszcze mi wybacz, że zrozumieć nie umiem / Mistycznej histerii Katarzyny ze Sjeny" (wiersz pt. Świętość").
Obraza świętości? Czy może raczej głębsze próby zrozumienia i odnajdywanie jej w prostych "hinduskich sandałach" - czyli pokornym miłosierdziu św. Matki Teresy z Kalkuty, która jak wiadomo z zapisków opublikowanych już po jej śmierci, zadawała nieustannie pytania Bogu o sens pokornej posługi i ją... nieustannie z pokorą czyniła, pozostawiając odpowiedzi, często mylne, zasuszonym teologom. Wiara to miłosierdzie i pokora. Poetka wyraża to niejednokrotnie w swoich wierszach. Nie jest to odkrywcze, ale my musimy to odkrywać niemal na co dzień. Tak, jak to czyni autorka.
Poezja Kazimiery Piekarczyk jest na wskroś poezją osobistą, bardzo intymną, wejściem w najskrytsze zakamarki duszy i serca. To jest dobra, wartościowa poezja. Choć autorka czasem zbyt wielu używa słów na wyrażenie jednego pojęcia, czy to samotności, czy pokory, czy też tęsknoty. Czasami aż prosi się o zakończenie frazy, czasem w pół zdania, czy nawet słowa. Większa wymowa jest w milczeniu, niedomówieniu, pozostawieniu marginesu swobodnego dokończenia frazy samemu czytelnikowi. Natłok słów może zabić wiersz. Myślę, że u poetki przyjdzie to z czasem. Być może poezja jest dla niej na dzień dzisiejszy terapią duszy, swego rodzaju katharsis. Jeśli jednak chce, by jej twórczość stała się własnością wielu, a nie tylko jej samej, to powinna wziąć pod uwagę fakt, że pisanie wierszy jest swoistym dialogiem z czytelnikiem, opartym na wzajemnym przenikaniu myśli, znaczeń, gry słów. Czasem po prostu - niewypowiedzianych.
Najbliższy ideałowi takiej oszczędnej formy jest piękny wiersz pt.: Do Św. Franciszka". Krótka modlitwa, w której każde słowo jest na swoim miejscu:
"Święty Franciszku ze słonecznych Włoch
Święty Franciszku, który w każdym bożym stworzeniu
Brata umiałeś zobaczyć
Wyjrzyj na drogę...
Mój pies jest stary i chory
I tak ciężko mu iść
Weź go na ręce i przy ogniu posadź
Nie pozwól mu samotnie
Przez wieczność się błąkać
Święty Franciszku
ze słonecznych Włoch
Weź w opiekę ten skarb wierności
Co się na czterech łapach,
smutnie drogą wlecze
Święty Franciszku..."
Wiersze Kazimiery Piekarczyk są przepełnione doświadczeniem, mądrością, które trudno odnaleźć w uniwersyteckich księgach. Wypływają one ze źródła, jakim jest własne, proste, przyziemne życie. Przepełnione, może nad miarę, bólem i cierpieniem osobistym oraz bliźnich. Jej poezja to pochylenie się w pokorze nad innymi: zarówno człowiekiem, jak i - za przykładem św. Franciszka - mniejszym bratem, wiernym człowiekowi stworzeniem. To jest poezja przepełniona głęboką wrażliwością. Warto ją szlifować, pielęgnować, doskonalić.
TERAZ
Kazimiera Piekarczyk
Przynoszę ci moje teraz
Rozchybotane, między niebem, a ziemią,
Zachwytem, a niesmakiem
Mój czas radości z bólem wymieszany
I moją zgodę - zdolną wygładzić wszystkie zaprzeczenia
Przynoszę ci nadziei jasność, co niebem we mnie dojrzewa
Tęskne przeczuwanie czegoś, czego nie znam
I twardy nakaz ziemi - którego wyprzeć się nie sposób
Na wstążce dziesięciu przykazań
Zawieszone między wolnością, a niewolą - moje teraz
Ręką Boga ukształtowaną zagadkę człowieka
Co podarunkiem stać się może, albo udręczeniem...
Ofiarowuję ci moje dziś, które nic nie wie o jutrze
I Powrót na górę I
OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
DRUGI RAZ I MIEJSCE NA FESTIWALU
Irena Stopierzyńska-Siek
Raz w roku Dom Kultury Zacisze w Warszawie na Targówku organizuje przegląd amatorskich zespołów artystycznych dla seniorów. Odbywa się on w trzech kategoriach: chórów, zespołów i kabaretów. W tym roku miał miejsce w dniach 11 i 12 lutego. Prezentacje oceniało profesjonalne jury, a rezultaty owych zmagań ogłoszono uroczyście 22 lutego b.r. I któż był zwycięzcą w kategorii chórów? Chór Echo", którym kieruje, dyryguje i któremu akompaniuje Jan Czerwiński.
Członkowie chóru Echo stanowią najliczniejszą i najczęściej spotykającą się grupę w Klubie Twórczości ŻAR". Ćwiczą dwa razy w tygodniu po parę godzin. Nic więc dziwnego, że takie osiągają rezultaty. W zeszłym roku ich udział w tym samym festiwalu zakończył się również zdobyciem I miejsca.
Chór zapraszany jest chętnie na różne uroczystości Kół Okręgu Mazowieckiego, a także uświetnia swoimi występami obchody rocznic i świąt organizowane przez Klub Twórczości ŻAR".
Na zdjęciu dwanaście osób w jednakowych, eleganckich strojach ze swoim dyrygentem i kierownikiem - p. Janem, trzymającym swój akordeon. To zdjęcie wraz z dyplomem będzie wisiało na ścianie w sali, w której chór się spotyka na próbach. Duma z uznania jury dla poziomu artystycznego wykonywanych utworów zapewne wzmocni zapał do ćwiczeń i poszerzy repertuar chóru, który już od paru lat ma w swoim programie zestaw pieśni i piosenek na różne okazje patriotyczne, religijne i inne.
P.S. Chętni do śpiewania, szczególnie ci, którzy już są do tego przygotowani i dysponują odpowiednimi warunkami głosowymi, będą bardzo mile widziani w chórze Echo"; spotkają w nim zapaleńców i entuzjastów wspólnego muzykowania i śpiewania.
I Powrót na górę I
SŁOWEM O SŁOWIE
SŁOWA MOTYLE
Irena Stopierzyńska-Siek
Jakże różne bywają motyle, a wszystkie nas zachwycają. Nawet te pierwsze, wczesnowiosenne, o skrzydełkach malowanych jasną żółtą farbą. Ich domeną też są pierwsze skromne kwiatki. Ale są i inne, wielobarwne, okazałe, z przemyślanym doborem barw i wykwintnym, delikatnym żebrowaniem, rozdzielającym owe barwy. Nic dziwnego, że uwodzą swoją urodą malarzy, witrażystów, fotografów i kolekcjonerów.
A słowa też bywają jak motyle. Jak te pierwsze - niewyszukane ale oznajmiające nam wczesną wiosnę, jak i te, których poszukujemy dla ich niezwykłego piękna, rzadkości. Wszystkie jednak mają żywot krótki. Gdy zapominamy o ich wcześniejszych etapach życia, o żarłocznym i pracowitym żywocie gąsienicy, o spokojnym przepoczwarzaniu się w ukryciu, w zamknięciu, w samotności, dziwujemy się, że nie są trwalszą ozdobą łąk, ogrodów, mokradeł i lasów tropikalnych.
Słowo, którym chce się wypowiedzieć coś ważnego, coś istotnego także przechodzi różne etapy dojrzewania, wzrostu - od intuicyjnego zrozumienia do odkrywania możliwych głębi i wieloznaczności, do uchwycenia znaczenia różnych kontekstów. Bywa poddane świadomej nim manipulacji i wykorzystywane dla uzyskania wymiernych korzyści.
Podziwiajmy motyle, bo są darem natury i jej Twórcy. Uważajmy na słowa, które nie są tymi pierwszymi, radującymi umysł zrozumieniem dookolnej rzeczywistości - na te, które są świadomym tworem specjalistów od reklamy, propagandy i sztuki nakłaniania do określonych wyborów. Ich oczywistość jest pozorna i zwodnicza, ich lekkość udawana, a ich piękno skopiowane. Wykorzystuje się do tego celu uznane wartości, tnie się je na kawałki, skleja według projektowanego efektu. Materiałem może być wszystko: dzieło muzyczne, plastyczne, literackie, cenione przedmioty i relacje, a przede wszystkim ciało: młode, kuszące, pozbawione duszy; ciało - przedmiot, ciało - konkret.
O ciele używanym w reklamie nie można powiedzieć, że jest pojedynczym słowem, jest raczej dłuższą wypowiedzią", którą każdy sam wpisuje w poczet głodów, czy namiętności. Można więc stwierdzić, że handlowcy, sprzedawcy piszą uznanymi wartościami, opakowując nimi swój towar. Czyżby sami wątpili w pożytek swoich produktów dla nabywcy?
I Powrót na górę I
IMPREZY I SPOTKANIA
"ŻYĆ WŚRÓD WAS"
IMPREZA PLENEROWA OKRĘGU MAZOWIECKIEGO PZN
W dniu 11 czerwca w Parku im. Romana Kozłowskiego przy Kopie Cwila na warszawskim Ursynowie odbyła się impreza plenerowa - Żyć wśród Was", zorganizowana przez Okręg Mazowiecki Polskiego Związku Niewidomych.
Obok licznych prezentacji osiągnięć środowiska mazowieckich niewidomych i słabowidzących swoje stoisko miała również grupa literacka ŻAR działająca w ramach Klubu Twórczości o tej samej nazwie. Zaprezentowane zostały liczne publikacje książkowe oraz wszystkie dotychczas wydane numery naszego kwartalnika Sekrety ŻARu".
Prezentacja literacka kierowana była przez redaktora naczelnego kwartalnika Piotra Stanisława Króla. Odbyły się spotkania z autorami tomików poezji: Krystyną Łagowską, Elżbietą Dąbrówką-Madej, Ireną Stopierzyńską-Siek oraz Andrzejem Rochem Żakowskim.
Stoisko literackie cieszyło się sporym zainteresowaniem. Odwiedziła je m.in. i zakupiła tomiki od obecnych autorów Hanna Gronkiewicz-Waltz.
Rolę gospodarza całej imprezy pełnił Dyrektor Okręgu Mazowieckiego - Wojciech Malesa. Obecni byli członkowie Zarządu Okręgu, w tym Przewodniczący Stefan Zalewski.
Przedsięwzięcie zostało sfinansowane w ramach programu Żyć wśród Was - promowanie aktywności społecznej osób niepełnosprawnych, wspieranie działań integracyjnych", ogłoszonego przez Departament Zdrowia i Polityki Społecznej Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego.
I Powrót na górę I
NOWOŚCI WYDAWNICZE
ŻYCIE JEST PRAWDĄ
Andrzej Zaniewski o debiutanckim tomiku wierszy Jana Polkowskiego
Życie jest prawdą - brzmi to jak fragment autobiografii i wszyscy, którzy znają poetę od razu pojmują znaczenie tych słów. Przecież otarł się o kraniec swego losu. Śmierć przechodziła tuż obok. Lekarze podziwiając jego walkę, tą wewnętrzną potrzebę życia, pomogli mu pokonać straszliwą chorobę, dzięki nim żyje. Podziwiam Janka Polkowskiego za ów spokój, za siłę woli, za uśmiech nawet w najtrudniejszych chwilach, za wstrzemięźliwość w okazywaniu uczuć, którą sam sobie narzucił, za zdecydowanie, bo nadal konsekwentnie pracuje, tworzy, zdąża w tym samym kierunku poznania samego siebie. Sądzę, że choroba, z którą wygrał on, i medycyna, ból i niepewność pomogły poecie w rozumieniu własnych możliwości pisarskich, i w przewartościowaniu pojęć i słów, które wydają mu się dzisiaj niepełne, nie dorównujące cierpieniu, wręcz niestosowne i za małe wobec moralnego wymiaru opisywanych spraw.
Autor staje się filozofem, jego poetyka odtwarza pełną wiedzę o życiu i śmierci, opisuje mechanizm świata, w którym istnieje, mieszka, tworzy, zachwyca się i protestuje, cierpi i kocha... Bo wszystko ma swój początek / początek i koniec / umową jest życie / człowiek wspomnieniem / - wyznaje w dramatycznym wierszu Dokąd".
Bóg i potrzeba wiary, dogmaty i przykazania wypełniają znaczną część tej twórczości. Wiersze religijne, jakby nieskończone modlitwy, bardzo osobiste, autentyczne, własne - mówią o zaufaniu do Istoty Najwyższej i Najdoskonalszej, stanowiącej wzorzec moralny, boski i człowieczy.
A zwątpienie? A niepokój czy pewność nas nie zawiedzie? A próba zaufania? Czy "to tylko gra"? A może "szukasz przyjaźni tam gdzie jej nigdy nie było"? A więc "jeszcze jedna porażka"? Co robić "by nie uschło to, co już zbierasz"? Autor stara się odpowiedzieć wprost, jednoznacznie, a przecież w tej właśnie odpowiedzi odnajdujemy okruch wielkiej tajemnicy. "Szukam Ciebie w codziennej modlitwie /a Ty Jesteś tak blisko Panie".
Wiara pomaga żyć, wiara przynosi ukojenie i pozwala obiektywnie spojrzeć na splątane nitki losu, na minimalizm naszych poczynań, bo przecież "tak naprawdę to jesteś tylko niewolnikiem własnego ogródka". Gorycz, świadomość przemijania, poczucie bezsilności obecne są w naszych codziennych rozmyślaniach, męczą nas, niszczą, prześladują . "Zagubieni w niewoli mamony /Życie szare jak labirynt nocy..." czytam we wstrząsającym wierszu Cena sukcesu i przez moment wydaje mi się, że to moje własne myśli. I chyba wiele z tych wierszy tak właśnie zostanie przyjętych przez czytelników konfrontujących swe doświadczenia ze słowami poety. Porażka", Bezmyślność", W matni", Pozerstwo", Tylko ja i...", Rzeczywistość", Melancholia"... Wymieniam tytuły wierszy, które na długo pozostają w pamięci, a ich fragmenty powracają w przemyśleniach, już o naszych zwykłych, powszednich sprawach. Dowiadujemy się więcej o sobie, i boli nas własna bezradność, bezsilność, zmęczenie.
Egoizm", chyba najbardziej wstrząsający wiersz, przynosi porównanie losów psa i człowieka... "Taka psina biedne stworzenie / żywa zabawka.../ jak w obraz zapatrzona w swojego pana / nie wie że to szafarz istnienia i śmierci". I dalej: "pies czy człowiek w jednym koszu śmierci / tylko inna kolejność eutanazja uśpienie"... I bliska katastrofizmu, szydercza konkluzja: "Nie zawsze będziesz panem wszechświata / kiedyś znajdziesz się na peronie do nikąd / w gmachu obskurnej poczekalni zapomnienia / będziesz czekał na okruch przyjaźni długo..." Ten głęboki tragizm przywołuje skojarzenia z twórczością Georga Orwella, Hansa Fallady, a z polskiej poezj Rafała Wojaczka.
Pierwsza poetycka książka Janka Polkowskiego wzbudziła we mnie podziw i szacunek, za szczerość uczuć tych wartości etycznych, które coraz częściej traktuje się z lekceważeniem, ironią, i co najgorsze z obojętnością... I dlatego gratuluję Autorowi tej autentycznej wiedzy życia, która tworzy prawdziwego pisarza.
Jan Polkowski: Zycie jest prawdą", Wydanie I, Kobyłka 2005, ISBN 83- 916 430-3-4
I Powrót na górę I
NOWOŚCI WYDAWNICZE
POROZMAWIAJMY O POEZJI I NIEPOEZJI
Szkice o literaturze polskiej Jana Zdzisława Brudnickiego
Sponsorem publikacji jest grochowskie Centrum Promocji Kultury, które zamieściło autorowi następującą dedykację:
"W siedemdziesiątą rocznicę urodzin i na dziesięciolecie współpracy artystycznej i pedagogicznej z grochowskim Centrum Promocji Kultury Pragi Południe prawobrzeżnej Warszawy, w imieniu publiczności, twórców i animatorów kultury. /Dyrektor/ Barbara Gebler-Wasiak".
W książce można znaleźć pośród innych refleksji - komentarz do współredagowanego przez autora od wielu lat almanachu Praska Przyjaźń Słowa". Przedmiotem rozważań jest twórczość: Adama Mickiewicza, Cypriana Norwida, Stefana Żeromskiego, Bolesława Leśmiana, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Kazimierza Wierzyńskiego, Mirona Białoszewskiego, Konstantego I. Gałczyńskiego, Tadeusza Nowaka.
W szkicach syntetycznych autor podejmuje temat cywilizacyjny poezji międzywojennej, wojny w poezji emigracyjnej, metamorfozy poezji współczesnej. Szereg tekstów dotyczy zagadnień popularyzacji literatury współczesnej i jej funkcjonowania na poziomie klubowym.
Jan Zdzisław Brudnicki jest jednym z najwybitniejszych krytyków literackich w Polsce. Od kilku lat współpracuje z Grupą Literacką ŻAR oraz z naszym kwartalnikiem kulturalnym, gdzie ma swoją stałą rubrykę Z życia literackiego".
Jan Zdzisław Brudnicki Porozmawiajmy o poezji i niepoezji, Warszawa 2005, Wydawn. Heliodor, s. 173, indeks. ISBN 83-88746-77-4
I Powrót na górę I
NOWOŚCI WYDAWNICZE
PATRZCIE, JAKIE TO ŚWIEŻE
Stanisław Stanik o debiutanckim tomiku poezji Andrzeja Rocha Żakowskiego Spójrz w jego oczy"
Cyprian Kamil Norwid mówił, że dzisiejsze czasy to czasy panteizmu druku. Wiara w słowo pisane, staje się w XXI wieku coraz powszechniejsza. Przybywa ilości tytułów prasowych, pism urzędowych, książek - na dodatek powielanych komputerowo, na ksero, w odbitkach. Jakże więc zrozumieć dążenie współczesnego poety, żeby dołożyć do księgi świata jeszcze jedną linijkę wypowiedzi? A czymże, jeśli nie zawierzeniem słowu jest, można rzec, otwierający zbiór wierszy Andrzeja Rocha Żakowskiego Spójrz w jego oczy", wiersz zaczynający się od słów Czcionko chłodna"? Piękny to wiersz, wiersz - wyznanie, takie nowoczesne confiteor, a brzmi tak:
"Czcionko chłodna, \ pismo powiększone \ ponieś mnie do krainy marzeń \ pod kwitnącą wiśnią młodości \ pod dojrzałą radość miłości \ ponad wzroku stratą nieprzebolałą \ ponad białą laską \ ponad dojrzałością już posiwiałą \ nad aktywnego życia urodą - \ na głębiny wielkiej mądrości - \ ponieś mnie czcionko".
Autor tymi słowy zwraca się w sposób apostroficzny do najwyższej instancji upowszechnienia myśli przez poetę - czcionki. To ona może utrwalić na wieki doświadczenie dzieciństwa i młodości, uczuć rodzinnych i przyjacielskich, otworzyć krainę marzeń. Pokonać może ograniczenia biologii i trwania, ujętych w czasie i przestrzeni.
Można pomyśleć, że tym zwrotem debiutujący autor chce dać wyraz przede wszystkim swym tęsknotom do chwały i wiecznej pamięci. Tak nie jest. Jak mało kto nie stawia sobie celów wysokich, do których prze za wszelką cenę. Przeciwnie, ten zbiór to pamiętnik wzruszeń, zauroczeń, tęsknot, uczuć miłosnych. Czasami, gdy autor się otwiera, rzuca słowo banalne, jakby przeżyte już, ale cóż może wzbudzić większe wrażenie niż choćby prostota zwrotów: Bądź mi miłością samotny człowieku \, zauważ, że się do ciebie uśmiecham?
A jest jeszcze ważny rekwizyt przywołany w tekście pierwszego cytowanego wiersza - o czcionce, to biała laska. Wiadomo, kto nią postukuje idąc po chodniku, a nawet po - można rzec - manowcach przestrzeni, to niewidomi. Jest pewien dramat tej sytuacji, może największy dramat widoczny w tym tomiku. W wierszu Wzrok poeta pisze: "Wzrok wbija \ (...), \Nie dziewczę tuli \ lecz lasce oddaje całego siebie \ Do niej nie do piersi kobiety \ przywiera". Nie jest to sytuacja wyimaginowana, zna ją dobrze poeta Żakowski. Autor wstępu do tomu Andrzej Zaniewski powiada wprost: "A więc chory, niedowidzący, tracący wzrok i słuch, Andrzej nie ukrywa swej choroby"
Z kolei w słowie od autora poeta kieruje apel do takich jak on, chcąc im pomóc. Pisze "Dobrze rozumiem Twoją sytuację psychiczną i fizyczną, drogi Przyjacielu. Sam przeżywałem rozterki, gorycz, samotność i poniżenia. Głęboko odczuwam Twoją rozpacz i załamanie psychiczne. Piszę by Ci pomóc w przezwyciężaniu trudności, na jakie jesteś skazany."
A więc tak - pisarstwo jest terapią dla autora, radą dla doświadczonych tą samą chorobą, ale i utrwaleniem bardziej wnętrza człowieka, wrażliwego, głębokiego, niż świata zewnętrznego. A ten świat zewnętrzny nie tak całkiem ucieka. Notuje bowiem autor doznania z podróży, widok kamieni polnych, spotkanie z kobietą, rezurekcję wielkanocną, Klub Twórczości ŻAR", którym kieruje.
Tak - ani w słowie, ani w czasie (poeta jest aktywnym działaczem kultury w Polskim Związku Niewidomych) Andrzej R. Żakowski się nie poddaje.
Przedruk z miesięcznika AKANT
Nr 4(108)/2006, str. 47
Andrzej Roch Żakowski: Spójrz w jego oczy", Wydanie I, Warszawa 2005,
ISBN 83- 922 729-0-0
I Powrót na górę I
Z ŻYCIA LITERACKIEGO
AMBASADORZY NASZEJ LITERATURY
Jan Zdzisław Brudnicki
Dwie przesyłki, a ileż wspomnień! Z Kanady, z Toronto nadeszła wielka księga wspomnień o Wacławie Iwaniuku1. Bodaj w 1991 roku przyjechał poeta do kraju po epopei wojennej i emigracyjnej. Wojciech Siemion zaprosił mnie na spotkanie w swoim prywatnym domu, jeszcze na warszawskim Służewcu, a nie w Petrykozach. Cóż to była za atmosfera! W obszernej piwnicy artystycznej zebrało się grono młodzieży z Akademii Teatralnej i przyjaciele Wojtka. Pięknie czytali wiersze, w niesłychanie ciepłej atmosferze, bo gospodarz (obok wydawcy i filologa Janusza Kryszaka z Torunia) był bardzo zaprzyjaźniony z głodnym ojczyzny, ojcowizny, języka tej ziemi poetą.
Wszystko się zaczyna, ale nie ma końca
koniec jest zawsze nieznany tu czy tam
w naszym czy obcym języku
widziałem różne kraje
mówiłem wieloma językami
ale dziś pozostał mi własny
Rodzinny - od matki i ojca
Jakże długa była droga powrotu, jakże musiała być wielka, a równocześnie bolesna satysfakcja poety. Syn Ziemi Chełmińskiej, urodzony w roku 1915 (zmarł w Toronto w styczniu 2001 roku) debiutował jeszcze przed wojną, zaliczał się do kręgu lubelskiego Józefa Czechowicza, z wykształcenia ekonomista, znalazł się w roku 1939 w Argentynie, wrócił jednak do Europy, brał udział w bitwie pod Narvikiem, w kampanii francuskiej, dostał się do frankistowskiego obozu koncentracyjnego, ale po ucieczce brał udział w sławetnym pełnym zwycięstw i ofiar marszu 1 Brygady Pancernej gen. Maczka. Tułał się po wojnie, aż osiadł na pół wieku w Kanadzie, niestrudzenie pisząc, redagując, mobilizując nieskłonną do uczestnictwa polonię kanadyjską do organizowania środowiska kulturalnego, zakładania towarzystw, klubów, redagowania publikacji itp.
Należał do tak zwanej twardej emigracji patriotycznej, która nie pozwalała sobie na uczestnictwo w życiu kulturalnym kraju. Dlatego czuło się, że jego głody są stokroć większe niż Gombrowicza, czy Miłosza. Chłonął wiadomości, informacje, tulił się do ziemi rodzinnej. Ale przede wszystkim obcował z językiem. Znał wiele języków, pisał też po angielsku. Gromadził bibliotekę z wydawnictw emigracyjnych, z którymi współpracował, w językach obcych, i posiadał największą prywatną kolekcją Conradianów. Kochał piękne książki (sam rysował), grafikę, sztuki plastyczne. Posiadał umiejętności i pasję muzyczną. Toteż jego absolutny słuch gonił za żywym językiem, za poezją odkarmioną w rodzinnym środowisku mowy, jak to było u Mirona Białoszewskiego. Kochał Wojtka, za jego zbratanie ze słowem poetyckim, dotarł do gniazda cyganerii Mirona.
Ale był niezastąpionym ambasadorem literatury polskiej za granicą i pośrednikiem naszym z literaturami wielkich narodów, zwłaszcza z poezją amerykańską. Wspierał, jurorował, pomagał moralnie i materialnie w stanie wojennym, zarabiał jako tłumacz sądowy (po wielu fizycznych wyczerpujących zawodach), żeby łożyć na kulturę literacką emigracji i naszą pospólną. Jego najszerzej upowszechnione tomy w Bibliotece Kultury to Wybór wierszy (1965) i później - Ciemny czas i Moje strony świata". I to się wszystko tak ładnie i logicznie w całość zamyka. Ale z kart tych wspomnień, rozmów, wywiadów, szkiców, nekrologów - wyłania się wielka praca, pasja poznawcza, artystyczna, sportowa, krajoznawcza, zbieracka (w części zmarnowana) i często wielkie cierpienie płynące z wygnania, życia wśród obcych, z zawodów wobec historii, polityki, ludzi, środowisk. Ile poniżeń: w Kanadzie nie mógł dostać polskiej wizy, cierpiał z niedoceniania jego dorobku, np. przez Miłosza, przeżywał męki, gdy robiono uwagi o jego ciężkim akcencie w angielszczyźnie czy francuszczyźnie w czasie wykładów i prelekcji. Był nierzadko rozdarty, bo zawsze starał się iść za głosem obowiązku, zaś raz włączony w nasz tragizm, jakim była druga wojna światowa, przestałem właściwie dla siebie istnieć... Naturalnie, gromadzone odpryski słów - zwane wierszami - najbardziej na tym ucierpiały (z wywiadu). A więc odwieczny dylemat Polaków: prymat słowa czy czynu?
Wiele się ciśnie słów i wspomnień do ust, ale rzeczy wyczerpać się nie da, a z przegadania można temat spalić i trzeba będzie szarżować, jak Franciszek Fiszer, kiedy zwrócono mu uwagę, że w hallu teatru nie wolno palić, bo można spalić teatr. - Ja już nie jeden teatr spaliłem - odpowiedział. Ja tymczasem chciałbym jeszcze jeden supełek czasu zapętlić.
Drugą przesyłką był pakiet z Budapesztu od Konrada Sutarskieg2, dwuojczyźnianego, dwuobywatelskiego poety i inżyniera konstruktora i wynalazcy.
Jeszcze nie wiem czy zwyciężymy
chociaż już płoną portrety tyrana
choć gwiazdy znacząco mrugają
i nocą na naszą przechodzą stronę
Jeszcze nie wiem czy zwyciężymy
- wszak musimy pokonać też i siebie
brzezinom biel kory przywrócić
przyjaciół również wśród wrogów poszukać
Z Poznaniakiem, Wierzbakowcem zetknąłem się w dramatycznych latach w 1989 i następnym. Zrobiliśmy obszerny wywiad i został przygotowany gorący jak roztopiona stal blok poetów węgierskich żyjących na emigracji. Sutarski osiedlił się na Węgrzech wraz z żoną Węgierką, nauczycielką muzyki, od 1965 roku, jako trzydziestoletni niezwykle przystojny mężczyzna, żyjący legendą wydarzeń poznańskich 1956, swojej grupy, swojego pokolenia i oczywiście swoimi nowatorskimi maszynami rolniczymi. Dumny był z organizowania festiwali poetyckich. Wydał parę tomików poezji, poczynając od debiutu Wynikanie z roku 1959, potem Wyprawa na pole nieudeptane i Zgęstniałe powietrze". W 1991 r. wydał antologię poezji węgierskiej spoza granic Republiki Jak daleko, jak blisko". Dzięki opanowaniu języka, wtopieniu się w środowiska Budapesztu, systematycznej pracy tłumackiej, dalszemu rozwojowi talentu, współpracy z telewizją, funkcji dyplomatycznej i wysokim godnościom wśród Polonii - napisał o nim krytyk węgierski:
"Węgry do Polski zwozi, ale i własną ojczyznę na plecach tu do nas dźwiga. I jest to szczególny, wyjątkowo piękny los". O ile dawniej - mówił mi w wywiadzie o swoim nowym doświadczeniu - świat odczuwałem jako płaszczyznę, to odtąd wydał mi się trójwymiarowy. Subtelniej mogą być wycieniowane refleksje, kiedy analizuje się sprawy - powiedzmy nasze, polskie - z dwóch jednocześnie perspektyw: wewnętrznej - Polaka i zewnętrznej - kogoś drugiego, niby - cudzoziemca".
Ambasadorowie polskiej kultury, polskiej literatury za granicą. Tak się ich nazywa. Są nie do przecenienia. Bez nich bylibyśmy głusi i mieszkalibyśmy w Wieży Babel. Trzeba im podziękować, tym bardziej po naszym przekroczeniu progów Unii Europejskiej.
1 Podróż w głąb pamięci. O Wacławie Iwaniuku: Szkice, wspomnienia, wiersze, pod redakcją Jana Wolskiego, Henryka Wójcika, Edwarda Zymana. Toronto 2005, Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, s. 456, il., portr.
2 Konrad Sutarski, Zanim zmierzch zapadnie..., Artykuły, eseje, recenzje, wywiady...i wiersze... Wybór. Budapeszt 1995 r. Pol. Stow. Kult. im. Józefa Bema na Węgrzech, s. 188. Tenże - Podźwignęło się morze". Poezja węgierska". Wybór, oprac. Konrad Sutarski. Budapeszt 2000, Stołeczny Samorząd Mniejszości Polskiej s. 203. (Antologia 68 poetów węgierskich). Tenże - Na podwójnej ziemi". Wybór i wstęp Konrad Sutarski. Budapeszt 2005, Magyar Napló, s. 186-165. Dwujęzyczny zbiór poezji autora, opatrzony szkicami krytycznymi i wykazem jego publikacji książkowych.
I Powrót na górę I

FELIETON
RÓWNI I RÓWNIEJSI
Piotr Stanisław Król
Jest niezwykle inteligentna, drapieżna, denerwująca, czasami wręcz irytująca. Nowoczesna, wyzwolona w poglądach, bardzo wyczulona na wszelkie fobie społeczne, broniąca mniejszości seksualnych, narodowych, kulturowych. Jest taka europejska w każdym calu. Lubię słuchać, kiedy mówi o książkach, nowościach wydawniczych. Prowokująca, nietuzinkowa, ciekawa osobowość. Kazimiera Szczuka - symbol kobiety nowoczesnej, światowej, ulubienica mediów.
Madzia Buczek - cicha, skromna, niepełnosprawna dziewczyna. Nie znałem jej wcześniej. Nie jest gwiazdą medialną na topie. No bo czy na topie jest ciężkie kalectwo i różaniec? Madzia zakłada podwórkowe kółka różańcowe. Jakież to mało efektowne, ani to trendy ani cool. Co po takiej w mediach? A jednak stała się ich bohaterką. Madzia, a właściwie jej schorowany głos oraz modlitwa stały się tematem publicznych kpin i żartów Kazimiery Szczuki - kobiety wyzwolonej, nowoczesnej, w każdym calu europejskiej". Czyżby?
Mam na co dzień kontakt z pisarzami, poetami, zarówno niepełnosprawnymi, jak i sprawnymi. Będąc redaktorem pisma literackiego mającego za cel przełamywanie wszelkich barier w środowisku kultury, coraz bardziej przekonuję się, że jedyny podział, o jakim można tutaj mówić, to sama ich twórczość: mniej lub bardziej sprawna, słaba lub wybitna, interesująca lub nudna. To jedyny podział. Czyżby?
Niedawno usłyszałem wypowiedź, która wywołała u mnie prawdziwy szok. Podobno jakiś znawca literatury tak zrecenzował twórczość poetycką osoby z dysfunkcją wzroku: "jak na niewidomego pisze poezję całkiem nieźle...". Wzniosłem oczy ku niebiosom i pomyślałem w duchu: "drogi Homerze, jak na niewidomego, to całkiem nieźle prowadziłeś pod Troję po strofach swojego poematu tych swoich dzielnych Achajów". Podobnie mógłbym jeszcze zwrócić się do Beethovena: "wiesz co Ludwiku, jak na głuchego, to ta dziewiąta symfonia wyszła ci całkiem przyzwoicie", a naszemu Norwidowi szepnąć życzliwie": "jak na suchotnika i chorego psychicznie to całkiem nieźle radziłeś sobie z poezją, drogi Cyprianie...".
Tak sobie myślę czasami, jakie to piękne i szlachetne hasła wykuliśmy przez ostatnie wieki na frontonie gmachu naszej europejskiej cywilizacji: równość, wolność, braterstwo, tolerancja. Wykuliśmy je w spiżu, granitach, na marmurowych tablicach. Jednak jakże często zapominamy wpisać je w nasze serca i sumienia. Wielu bardziej interesują parady równości dla mniejszości seksualnych niż równość dla mniej sprawnych i słabszych. O tych ostatnich można czasem usłyszeć np., że jak na dotkniętych kalectwem to są nawet prawie równi". Prawie...
Madzia Buczek publicznie powiedziała, że nie ma żalu do Kazimiery Szczuki za jej zachowanie. Wybacza jej. Tylko tyle. I aż tyle... Specjalnie nikt się tym już nie zainteresował. Wybaczanie nie jest medialne, nie jest trendy i cool.
Kazimierę Szczukę ostatnio znów słyszałem mówiącą o współczesnej literaturze, najnowszych wydawnictwach. Mówiła bardzo ciekawie o nowoczesnych środkach wyrazu artystycznego, o wyzwolonych, walczących z nietolerancją i ciemnogrodem bohaterach książek. Przełączyłem odbiornik na inny program w połowie jej wypowiedzi. Może po prostu nie jestem tolerancyjny, europejski, nowoczesny? Czyżby?
Powyższy tekst ukazał się także w miesięczniku Pochodnia"
Nr 5(825) 2006 r., w cyklu Patrząc z ukosa".
I Powrót na górę I
IWONA ZIELIŃSKA-ZAMORA
Poetka, malarka. Uczestniczka wystaw zbiorowych. Laureatka konkursów, w tym I Nagrody w Ogólnopolskim Konkursie Literackim Stowarzyszenia Autorów Polskich Chłopska droga, polska droga". Wydała dwa tomiki poezji: Nie tak... (2002) oraz Zmęczona łza (2000).

Dziewczyna w czerwonym golfie |
|

Szarłaty |
PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY SEKRETY ŻARu
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora
Rada programowa: Jan Zdzisław Brudnicki, Małgorzata Drzewińska, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski, Andrzej Roch Żakowski
Korekta - Irena Pursa
Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Przygotowanie elektroniczne wydania Sekrety ŻARu
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl
Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król
Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf
Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach non-profit.
Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem Kwartalnik Sekrety ŻARu"
Powrót na górę