WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 3(14)/2006

W numerze:

Od Redakcji   >>>

VI MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ

OGŁOSZENIE WYNIKÓW KONKURSU   >>>
RELACJA Z GALI LITERACKIEJ   >>>
LAUREACI W KATEGORII POEZJI   >>>
Lechosław Cierniak, Dorota Bagińska, Jan Rutkowski, Krystyna Łagowska, Anna Wietecha, Hanna Domańska, Maksymilian Kozłowski, Aleksandra Ochmańska, Joanna Witkowska, Magdalena Znojkiewicz
LAUREACI W KATEGORII PROZY   >>>
Radosław Żyszczyński, Ryszard Lenc, Jacek Butlewski, Henryka Kuźma-Kluge, Romuald Szura, Magdalena Krytkowska, Leszek Nurzyński, Renata Nowacka-Pyrlik, Jurata Bogna Serafińska, Bogusław Witek

Z ŻYCIA LITERACKIEGO
Z opowieści wakacyjnych - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Słowa szerszenie - Irena Stopierzyńska-Siek   >>>


Od Redakcji

„Ważniejsza od wiedzy jest wyobraźnia.”
(Albert Einstein)

Foto - red. nacz. Piotr Stanisław Król

        Oddajemy tym razem do rąk Czytelników numer kwartalnika, którego głównymi bohaterami są Laureaci tegorocznego VI Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Zgodnie z obietnicą złożoną przez redakcję podczas uroczystej Gali w Domu Literatury w dniu 21 czerwca br. publikujemy utwory poetyckie oraz prozę wszystkich nagrodzonych autorów.
        Tegoroczny Konkurs, którego koordynatorem miał zaszczyt i przyjemność być niżej podpisany (wspierany bardzo czynnie przez cały zespół redakcyjny kwartalnika) był rekordowy w dotychczasowej jego historii. Wzięło w nim udział 80-ciu autorów z całego kraju, którzy nadesłali w sumie 279 utworów poetyckich oraz prozatorskich. Jury pod przewodnictwem znakomitego pisarza i poety Andrzeja Zaniewskiego miało bardzo dużo pracy, ale znając ich opinię z wielu rozmów i dyskusji, pracy pełnej satysfakcji. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, w VII edycji Konkursu, autorzy postarają się, aby tej pracy, a i satysfakcji szacownemu jury przybyło!
        Niniejszy wstęp poprzedziłem mottem nie któregoś ze znanych i cenionych poetów czy pisarzy, jak to ma zazwyczaj miejsce w naszym kwartalniku literackim, ale człowieka o niezwykłym, znakomitym umyśle... ścisłym, Alberta Einsteina. „Ważniejsza od wiedzy jest wyobraźnia” - wypowiedział te słowa uczony, który z wiedzą był za pan brat. Ale poparł ją niezwykłą wręcz wyobraźnią, która pozwoliła uczynić mu względnymi rzeczy uznawane przez wieki za bezwzględnie oczywiste i bezdyskusyjne...
        Literatura to kraina niezmierzonej wyobraźni, której fundamentem jest wiedza: o człowieku, jego duszy, zmaganiach z losem, o przyrodzie, wszechświecie. Poeta w to, co wymierzalne, empirycznie sprawdzone i udowodnione tchnie myśl skrzydlatą, niesforną; zada pytania, których żaden „ścisły umysł” nie pozwoliłby sobie zadać. A proza? Raskolnikow we współczesnej szkole? Kot snujący opowieść o kondycji ludzkiej? Komputery obsługujące system homo sapiens? To wszystko jest możliwe w świecie literatury, gdzie wyobraźnia i wiedza żyją w pełnej symbiozie. Choć ta pierwsza jest fundamentem, a druga stanowi o jej rzeczywistej sile i wartości. Warto przeczytać od deski do deski wszystkie zamieszczone w tym numerze utwory Laureatów, gdzie odnaleźć można wielką różnorodność tematyki, wyobraźnię i wiedzę o złożoności człowieczego losu i otaczającego go świata.
        W tym wydaniu zamieściliśmy także dwa stale felietony z cyklu: SŁOWEM O SŁOWIE Ireny Stopierzyńskiej-Siek oraz Z ŻYCIA LITERACKIEGO Jana Zdzisława Brudnickiego, który wraca wspomnieniami do minionego lata. Przed nami czas zimowych chłodów, dni przykrótkich, ale za to bardzo długich wieczorów. W sam raz na zatopienie się w świecie literatury, na podróże do światów, gdzie wyobraźnia za pan brat jest z wiedzą.

Piotr Stanisław Król
redaktor naczelny
koordynator VI MKMFL

I Powrót na górę I

Foto - Plakat konkursowy

VI MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
OGŁOSZENIE WYNIKÓW

        W dniu 21 czerwca 2006 roku w DOMU LITERATURY w Warszawie podczas uroczystej Gali Literackiej ogłoszone zostały oficjalne wyniki VI Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Odczytał je w imieniu Jury w składzie: Irena Pursa (sekretarz), Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik - przewodniczący szanownego gremium Andrzej Zaniewski:
LAUREACI W KATEGORII POEZJI
I miejsce - Lechosław Cierniak, godło Tir, Słupsk
II miejsce - Dorota Bagińska, godło Dotka 76, Warszawa
III miejsce - Jan Rutkowski, godło Skarabeusz, Bielsko-Biała
wyróżnienie - Krystyna Łagowska, godło Kolor, Warszawa
wyróżnienie - Anna Wietecha, godło Kalipso, Warszawa
POZOSTALI FINALIŚCI W KATEGORII POEZJI:
Hanna Domańska, godło Ćma, Sochaczew, Maksymilian Kozłowski, godło Dawid, Mogilno, Aleksandra Ochmańska, godło Szpilka, Włocławek, Joanna Witkowska, godło Asia, Radom, Magdalena Znojkiewicz, godło Weronika, Warszawa
LAUREACI W KATEGORII PROZY
I miejsce - Radosław Żyszczyński, godło Humanożerca, Wrocław
II miejsce - Ryszard Lenc, godło Agawe, Katowice
III miejsce - Jacek Butlewski, godło Rozmyty, Poznań
wyróżnienie - Henryka Kuźma-Kluge, godło Eryka, Białystok
wyróżnienie - Romuald Szura, godło Spod Jarosławia, Zielona Góra
POZOSTALI FINALIŚCI W KATEGORII PROZY:
Magdalena Krytkowska, godło Scorbola, Opatówek, Leszek Nurzyński, godło Lester, Łuków, Renata Nowacka-Pyrlik, godło Kalina, Warszawa, Jurata Bogna Serafińska, godło Lwica, Warszawa, Bogusław Witek, godło Bogusław, Wrocław

I Powrót na górę I

RELACJA Z GALI LITERACKIEJ

        W słoneczne południe 21 czerwca 2006 r., na warszawskiej Starówce w Domu Literatury przy ul. Krakowskie Przedmieście rozpoczęła się GALA LITERACKA wieńcząca VI Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej. W imieniu gospodarzy tego wielce szacownego miejsca - Związku Literatów Polskich - przywitał bardzo licznie przybyłych gości (ponad 100 osób) znany literat Bogdan Bartnikowski.
Foto - Piotr Stanisław Król koordynator konkursu, red. nacz. kwartalnika Sekrety ŻARu wita zaproszonych gości, siedzą od lewej: Bogdan Bartnikowski, Andrzej Zaniewski, Irena Pursa         Dalej poprowadził Galę koordynator tegorocznego konkursu, redaktor naczelny kwartalnika literackiego „Sekrety ŻARu” - Piotr Stanisław Król. Na wstępie podziękował uczestnikom za tak liczny udział w konkursie (80 autorów, 279 nadesłanych utworów w kategorii poezji oraz prozy). Dla Organizatorów i Patronów był to powód do wielkiego zadowolnenia i satysfakcji.
        Na Galę przybyli: zastępca burmistrza Dzielnicy Śródmieście w Warszawie - Tomasz Zdzikot reprezentujący PATRONA HONOROWEGO konkursu, burmistrza - Artura Grzegorza Brodowskiego; Tadeusz Deszkiewicz - dyrektor Biura Promocji i Rozwoju Miasta w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy, PARTNERA ORGANIZACYJNEGO Konkursu; Stefan Zalewski - przewodniczący Zarządu Okręgu Mazowieckiego Polskiego Związku Niewidomych - stowarzyszenia, które jest od kilku lat głównym ORGANIZATOREM konkursu. PATRONAT MEDIALNY sprawowała Telewizja Polska Program 3.
Foto - Recital Grażyny Łapińskiej         Po przywitaniu rozpoczął się recital znakomitej piosenkarki Grażyny Łapińskiej. Jej niebanalna, nastrojowa, poetycka interpretacja piosenek, specjalnie dla niej skomponowanych przez pianistę Piotra Golla, zyskuje od lat uznanie, sympatię i licznych fanów. Ten dwuczęściowy recital (druga część odbyła się na zakończenie uroczystości) stworzył niezwykły, ciepły, poetycki klimat, w którym przebiegała Gala.
        Po występie wokalistki zabrał głos jeden z wybitnych krytyków literackich w naszym kraju - Jan Zdzisław Brudnicki. „Filozofia słowa", a właściwie rola słowa w strofach poezji, jego niezwykła przemiana dziejowa i znaczeniowa na przestrzeni upływających lat - to było dla zebranych zaproszenie do refleksji i rozważań, czy w naszym życiu... „Wszystko jest poezją!", nawet jeśli nie do końca to zauważamy i czujemy. To emocjonalne, pełne ekspresji zawołanie poszybowało przez salę i poleciało dalej, nad staromiejskie uliczki.
Foto - Laureat I miejsca w kategorii poezji Lechosław Cierniak odbiera nagrodę od z-cy burmistrza Dz. Śródmieście m. st. Warszawy Tomasza Zdzikota         I nadszedł ten długo oczekiwany moment ogłoszenia wyników VI Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Prowadzący Galę przedstawił tegoroczne Jury w składzie: Andrzej Zaniewski - przewodniczący, Irena Pursa - sekretarz, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik
        Na czas ogłaszania oraz wręczania nagród prowadzenie Gali przejął od red. Piotra Stanisława Króla przewodniczący Jury Andrzej Zaniewski. Przed odczytaniem listy Laureatów na podstawie protokółu Jury z posiedzenia w dniu 17 maja br. wyraził wielkie uznanie literatom niepełnosprawnym, którzy są (cyt.): „naszymi pełnoprawnymi kolegami i koleżankami w środowisku literatury polskiej. Jedyne co ich różni, to tylko to, że jest im w życiu trochę trudniej...". Po czym nastąpiło już oficjalne ogłoszenie wyników.
Foto - Laureat I miejsca w kategorii prozy Radosław Żyszczyński         Nagrody wręczali: z-ca burmistrza Dzielnicy Śródmieście - Tomasz Zdzikot, dyrektor Biura Promocji i Rozwoju Miasta Warszawy - Tadeusz Deszkiewicz, przewodniczący Zarządu Okręgu Mazowieckiego PZN - Stefan Zalewski.
        Następnie wręczający zabrali kolejno głos, podkreślając rolę i znaczenie konkursu, jego wkład w literaturę polską, możliwość wyjścia ze swoją twórczością poetów oraz prozaików niepełnosprawnych na „szersze wody". Taki cel przyświeca tej inicjatywie. Warto ją nieustannie wspierać.
        Kolejnym punktem programu była recytacja w wykonaiu Ireny Pursy wybranych, nagrodzonych utworów Lauretów.
        Na zakończenie oficjalnej części Gali Literackiej wystąpiła ponownie wokalistka Grażyna Łapińska. Akompaniował, a także i śpiewał z piosenkarką „w tle” kompozytor - Piotr Golla. To była nastrojowa, barwna, pełna poetyckiego klimatu klamra, zamykająca uroczystość, po której wszyscy goście udali się na poczęstunek.
        Żegnając się życzyliśmy sobie wzajemnie ponownego spotkania za rok, na kolejnej, VII już Gali Literackiej wieńczącej konkurs, który pozwala uwierzyć, że literatura nie zna granic, barier i przeszkód. Twórcy niepełnosprawni udowadniają to w sposób przekonywujący. Warto ich wspierać i ułatwiać „wyjście na świat".

I Powrót na górę I

Grafika - laur

VI MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
LAUREACI W KATEGORII POEZJI



I MIEJSCE
Lechosław Cierniak
MAJESTAT
Nie musisz zaraz się rozbierać
żeby nie było pokrótce
Do ud droga od ziemi jak do nieba
a centymetrowa skala kłamie
że to na wyciągnięcie ręki
w libidowym raz dwa trzy
Rozbieraj się najpierw zapięta po szyję
w swój szczelnie odziany majestat
i przy muzyce
że nie wierzysz własnym uszom
Potem umowę ciał spiszemy na czas nieokreślony
i w morfinowym zdumieniu
że już niepotrzebny maj
sprzedany księżyc z gwiazdami za psie grosze
a bramy nieba na trzy spusty
otworzymy jednym kluczem

II MIEJSCE
Dorota Bagińska
CZYNNOŚCI ZASTĘPCZE
Sny mi ktoś porozdzielał
Na tysiące ukrytych łez -
Nagle nie mogę znieść
Luster, mięty i dzieci
Przygaduję kwiatom
Zazdrosna o Safonę i całą resztę
W najczarniejsze z białych nocy
Tego lata

III MIEJSCE
Jan Rutkowski
CO TO JEST MUZYKA?
Głuchy od urodzenia pytasz mnie
Co to jest muzyka?
I cóż ci mam odpowiedzieć?
Że to łagodne kołysanie,
miękkość,
skrzenie się,
i przenikanie...???
...Gdy wszystko co widzisz
to tylko:
uderzanie i potrącanie,
szarpanie i nadymanie się,
ciągnienie i natężanie.
Gorączkowo szukam znaków porozumienia.
Wspólne są bowiem tęsknoty,
których jestem niezdarnym stroicielem.

WYRÓŻNIENIE
Krystyna Łagowska
ĆMY
Czarne punkciki
na nieboskłonie.
Rozsypany mak,
Lot nocy.
Płaszcz aksamitny miękki
zarzucony na oczy.
Wokoło czerń
bezszelestna oślizgła jedwabiem.
Ćmy -
ciężko się od nich wyzwolić,
obijam się o ściany i sprzęty,
jak one.
Nie walczyć?
Poddać się?
Zgnuśnieć w bierności oczekiwania?
Nie!
„Wiara nie umiera".
Ćmy w swoim szamotaniu
dążą do światła
Ja wraz z nimi.

WYRÓŻNIENIE
Anna Wietecha
DESZCZ, CZYLI O ZNIKOMOŚCI ZDARZEŃ
Pamięci Jacka Kaczmarskiego

Niby muszelki płyną dżdżu kropelki,
Po młodych listkach, po świątyń sklepieniach,
A mrok się skrada, skryty w kolumn cieniach,
By deszcz wciąż padał, choćby i niewielki.

Chrzęszczą muszelki - pękają kropelki,
A ciemność sunie, iskrząc się w zieleniach,
Strach się zaczaja w załomach, w podcieniach,
Latarnia błyska w szkle zbitej butelki.

Co teraz będzie? Czy toast ktoś wzniesie?
Kto cios sztyletem otrzyma śmiertelny?
A może drzewa dziś ożyją w lesie?

Nic się nie zdarzy, lecz na widnokresie,
Gwiazda dziś wzejdzie - dowód to rzetelny,
Że ktoś się rodzi lub umiera przecie!

FINALISTKA
Hanna Domańska
* * *
Nocą, gdy ludzie śpią
ich myśli błądzą
jak psy bezpańskie
łączą się w sfory
stają pod oknem
gdzie płoną światła
...myśli wesołe
...myśli tragiczne
Stoją na mrozie
stoją wśród deszczu
stukają w szyby
prosząc cichutko
by je przygarnąć
ogrzać, popieścić
Więc skrzypią pióra
...to literaci kładą je do snu
na biały papier.

FINALISTA
Maksymilian Kozłowski
* * *
Już nie wiemy jak ma przebiegać
między nami granica
dla znaku pokoju
czy ją oddalać
poza dotyk dłoni
poza spojrzenie
czy przybliżać
rękę do ręki
źrenicę do źrenicy

i już nie potrafimy
dzielić się tym samym oddechem
nazbyt często spoliczkowani
nie podstawiamy drugiego policzka
wiemy że nastanie
kolejne uderzenie

i ubiegamy nieustannie czujni
powstawanie wszelkich bolesnych śladów
po których brniemy
chcemy nie chcemy
z miną wygnańca
z krainy naszego Edenu.

FINALISTKA
Aleksandra Ochmańska
CHOROBA
Dziękuję Ci Panie
że ze wszystkich chorób świata
obdarowałeś mnie tą
która przysłania źrenice
woalem zauroczeń
rozszerza pole widzenia
o ludzką dolę
myśli poruszone jej dłonią
wybiegają dalekowzrocznie
poza horyzont namacalności
a nagły skurcz w piersi
potrąca strunę wzruszeń

dziękuję Ci Panie
że ze wszystkich chorób świata
wybrałeś poezję
która rękom każe
na nowo rzeźbić słowo
i proszę
by ta jedna
pozostała nieuleczalna

FINALISTKA
Joanna Witkowska
FRASZKA ZWYCZAJNOŚĆ
Zwyczajny jest obrus na stole,
Marchewka i kluski w rosole,
Zwyczajne kiszenie ogórków,
Uprana bielizna na sznurku,
Zwyczajny na śmieci jest worek,
I polski serial wieczorem,
Zwyczajny chleb, masło i mleko,
Zwyczajny piasek nad rzeką
I ptaków zwyczajny jest koncert,
I zima, i lato, i słońce,
Czasami żelazko zepsute,
Radio, czajnik, komputer.
To, co powszednie, codzienne,
Proste, lecz jednak bezcenne,
Bowiem niezwykłość prawdziwa
Zwyczajnie zwyczajność przeżywać!

FINALISTKA
Magdalena Znojkiewicz
* * *
ledwo zdążę
wracając
ze snu
uchylić
nieznacznie
szparki
oka
a wybucha
wlewa się
całymi strumieniami
świat
wciąga mnie
w wiry
kolejnej
codzienności.

I Powrót na górę I

Grafika - laur

VI MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
LAUREACI W KATEGORII PROZY



I MIEJSCE
Radosław Żyszczyński
RASKOLNIKOW NASZYCH CZASÓW

        Gdyby ktoś zobaczył wnętrze pokoju Rodi R. wraz z jego właścicielem mógłby domyślić się, że to, co się stało, musiało się stać, niby finał greckiej tragedii. Słusznie doszedłby do wniosku, iż inny ciąg okoliczności wywołałby co najwyżej inne równie, a może nawet bardziej smutne zakończenie.
        Teraz, gdy Rodia już odszedł, zapanował tu zwykły bałagan, który wcześniej był czymś całkiem innym. Czymś w rodzaju chimery nieporządku, która za sprawą tajemniczych nici nierozerwalnie wiązała się ze swoim właścicielem. Pani Chaos pieściła Rodię, wabiła go swoimi czarami. Przytulała rozwaloną, nie schowaną pościelą, śpiewała w bezsenne noce kołysanki zarwanymi sprężynami w kanapie. Kazała lampie na stole świecić wieczorami latarnianym światłem jutra. Poustawiała na półce książki jedna na drugiej - bez ładu i składu tak, aby przypominały wielką górę, na którą Rodia wspinał się latem. Przesłoniła szyby zasłoną brudu, aby nikt go natrętnie nie podglądał. Zawiesiła na suficie śmigło z kloszy przypominające porzucony fragment bajkowego helikoptera. Poszarpała zębami plakaty, aby barwnymi i krzykliwymi znakami nie przypominały o bezpowrotnie minionych koncertach rockowych i festiwalach filmowych. Korespondencję wsadziła do najdalszego kąta między szafą na ubrania a biurkiem bo pomyślała, że może ona zakłócać spokój... W celu stworzenia udogodnień ubrania porozwieszała na krzesłach. Duże ilości ciastek, chipsów, coca coli, wody mineralnej pozostawiła pod parapetem, przy grzejniku. Na dodatek wszystko pokryła lakierem kurzu. Dla udekorowania zamówiła wymyślne pajęczyny u pająków. Aby zastąpić uschłe badyle kwiatów i zdechłego kanarka, sprowadziła cyrkową trupę składającą się z czterech szarych myszek, dwóch olbrzymich szczurów i armii mrówek.
        Rodia odwdzięczał się swojej chimerze nieładu bo ją kochał, czuł się do niej przywiązany. Karmił ją co dzień swoimi głośnymi myślami wypowiadanymi na łóżku, głaskał ją spojrzeniem spod przymkniętych powiek. Zdradzał jej swoje najcenniejsze sekrety, dręczące zmartwienia. Długo opowiadał o przeszłości. Tylko przed nią się zwierzał ze spraw najintymniejszych, tylko jej szeptał poufałe słówka. Do niej zanosił skargi na niesprawiedliwość świata, żale i smutki. Znała wszystkie jego niespełnione sny, rojenia, marzenia, rozczarowania i niepowodzenia...
        Dbał o nią. Przynosił jej pokarm i dawał życiową przestrzeń. Gdy wychodził, zabierał ją ze sobą na spacer jak psa. Wracając pozwalał jej pobuszować w małej, dusznej sieni, zastawionej z dwóch stron przez pralkę i lodówkę. Pierwsza, niska i przysadzista w budowie, obładowana stosem brudnych ubrań zasypiała snem wiecznym po przedawkowaniu proszków. Druga, wysoka i smukła, wypełniona przeterminowanym, nadpsutym jedzeniem nie mogąc dłużej chłodzić, umierała ze sromoty. A trzeba wiedzieć, że ongiś to do nich należał Rodia. Im składał podarunki w postaci porcji prania i zakupów ze sklepu. Ich służącemu, poczciwemu, drewnianemu wieszakowi składał hołdy. Jemu pozwalał przebrać się w swoje zawsze czyste, najbardziej markowe i modne ubrania. Teraz, gdy obdarto go z ubraniowych orderów, zwisał smutno oboma ramionami opadającymi niby wąsy. Przy najmniejszym poruszeniu powietrza, przy najmniejszym skrzypnięciu drzwi poruszał się lekko, bezwolnie i stękał drewnianym głosem: powieszę, powieszę, koniecznie powieszę. Krople potu, które latami wsiąkały w rowki wieszakowego, spróchniałego ciała zmieniły się w rodzaj krwi i neuronów. W ciągu długich, samotnych godzin wieszak marzył o marszu na łóżko i zrobieniu porządku. Mówił w myślach: „wziąłbym czarne koszule, które nosi Rodia i pomaszerowałbym do środka, do tego istnego Rzymu i pokazałbym mu.". Wyciągnęłoby się z szafy odkurzacz z czołgową lufą i zmusiło Rodię do sprzątania. Ale, niestety, takie piękne bunty rzeczy przeciw bałaganiarzom zdarzają się tylko w bajkach dla malutkich dzieci.
        Wybranka Rodi traktowała trupy obu starych dam i ich ogłuchłego, zgrzybiałego staruszka o metalowej główce w kształcie znaku zapytania i dębowych ramionach obojętnie, jeśli nie nieufnie.. Nie wiedziała, czy zadając się z nimi nie zdradza swego pana, czy też jako półmartwych może ich włączyć do swego królestwa. Nie chciała Rodi opuścić nawet na chwilę. W jego ramionach czuła się bezpiecznie, szczęśliwa. Szczególnie nocą, o późnej godzinie, kiedy wkradała się w jego sen i jawiła się jako piękna i straszna. Jej oczy świeciły blaskiem księżyca odbitego w kałuży. Jej włosy splątane w kształt skrzydeł nietoperza szumiały naturalną czernią mroku. Na wzór kobiecych demonów, o których rozpisywali się starożytni mistycy, porywała go ze sobą. Lecieli na latającej narzucie do krain rozpustnych rozkoszy. Uwodziła go, pili na umór, ziali dymem papierosów jak smoki, obejmowali swoje piękne, młode i upiorne ciała. Ich skóry lśniły kolorami tęczy, gdy mijali rowy z brudną wodą i cieniami gwiazd. Plątali się w gałęziach leśnych olbrzymów. Stołowali we wnętrzu spróchniałego dębu z zapomnianym gniazdem pszczół. Grały im korniki i leśne puszczyki. Turlali się w zachwycie po mchu, szyszkach i pokrzywach, które za sprawą jakichś czarów nie parzyły. Zaglądali do śpiących w norach lisów i łasic. W drodze wśród leśnego runa i widmowych konarów towarzyszyły im w radosnym korowodzie, oświetlające drogę świetliki. A gdy z nastaniem poranka zabłysła zaranna gwiazda, całowali się w usta i w upojeniu, po ostatnim zrywie ku nocnemu niebu, długo spadali razem na zaśmiecony dywan w pokoju.
        Jeśli człowiek decyduje się hodować własną chimerę, jeśli przygarnia takiego potwora i igra z nim, to są ku temu ważkie powody. Niezmiernie trudno je znaleźć, wyciągnąć. Zwykle należy przebyć wraz z nim długie godziny całkowitej apatii i przyłapać go podczas aktywności, wiążącej się z przyczynami choroby. Często są to tylko monotonne myśli o czynie, o przejściu paruset metrów i zobaczeniu kogoś. Czasem pojawiają się tęsknoty za misją, intelektualne uzasadnienia dla czynu, które świadczą o krańcowym wyczerpywaniu się sił duchowych. Najczęściej jednak występuje marzenie - niejasne, mgliste o zrobieniu czegokolwiek, nie ważne czego. Płomyk chęci to istna ropa naftowa wydobywająca się z wnętrzności. Przez wiele dni, tygodni, a nawet lat powoli wykapuje i pływa po powierzchni wód rzeczywistości. Zabiera światło i tlen. Odpędza życie żyjących od miejsca wycieku. Kiedy padnie iskra, zapłonie ogniem, którego żadna, nawet metaforyczna woda nie ugasi. Owa iskra może przyjść nieoczekiwanie, ale najczęściej to płomienie, przed którymi ofiara parząc się uciekła na bardzo długą chwilę. Kiedy ostatecznie pożar posiądzie nieszczęśnika, bucha czyn. Wyrwie z uśpienia albo każe wystrzelić snopem ognia pod niebo w dziele zniszczenia i zgasnąć ostatecznie.
        W wypadku Rodi ognisko pożaru leżało w rogu pokoju w postaci listów. Zajmował się nimi w godzinach wieczornych mniej więcej raz na tydzień. Pozostałe wieczory zużytkowywał na pisanie pamiętników. Ongiś wykształcił dobry styl. Z początku dla wprawy bardzo się przykładał w prowadzeniu zapisków, ale z czasem stały się one coraz bardziej jednostajne, monotematyczne, wręcz hasłowe. Oglądając je w starym, pożółkłym zeszycie miało się wrażenie, że całe jego partie napisano automatycznie, niemal obsesyjnie, z musu, z przyzwyczajenia. Obok koślawych liter narysowano wymyślne, abstrakcyjne rysunki. Przypominały momentami kształty państwowych granic, pokraczne karykatury, dziwne i niespotykane krzyżówki między różnymi rodzajami zwierząt. Wśród notatek pojawiały się u Rodi różne polityczne hasełka typu: „na gałęziach zamiast liści będą wisieć komuniści". Oprócz tego na wewnętrznej stronie zeszytowej okładki stworzył dziwne kalendarium swego życia. Daty się w nim plątały i zamieniały miejscami, tańcząc jakiś niezwykły egzotyczny taniec z innego świata. Wymyślone i nieprawdopodobne wydarzenia splatały się z fikcyjnymi latami. W ten sposób Rodia kreował swoje, może lepsze życie. Dzięki niemu nie obowiązywały go zasady chronologii czy realności.
        Niekiedy, gdy wydobywał się na chwilę z bezczynności, załatwiał najkonieczniejsze sprawy, zaczynał prowadzić swój zeszyt jakby od początku. Odnotowywał zakupy, spacer, wizytę u lekarza, otrzymanie recept, których i tak nie wykorzysta, pożyczenie dla chwilowej i daremnej pociechy książek z biblioteki. Wówczas kreślone słowa z powrotem nabierały dawnego blasku i życia. Jedne z nich to komentarz do przeczytanej książki Umberto Eco „Imię Róży". Rodię znudziła czytana po raz dziesiąty treść powieści. W ogóle nie odnotowałby faktu, że po raz kolejny do niej zajrzał, gdyby nie pewien fakt wyłowiony z posłowia. Otóż autor zwierzał się, iż napisał „Imię Róży", ponieważ naszła go ochota, aby koniecznie powiesić jakiegoś mnicha. Stwierdzenie to rozpaliło ostygłą wyobraźnię Rodii i kazało mu przelać myśli na papier.
        „A gdybym ja zapragnął zarżnąć powiedzmy jakiegoś „humanistę"? Gdybym napisał dzieło, którego inspiracją byłaby tak niecna pobudka, natychmiast rzuciłoby się na mnie stado krytycznoliterackich hien. Nawiedzeni czciciele osiemnastego wieku nie popuściliby mi takiej zbrodni. A skoro tak czy siak będę za tę chętkę potępiony przez wyznawców interpretatorów „nieomylnej” nauki i jej metody, to dlaczegoż nie miałbym podjąć bardziej drastycznych kroków? A mówiąc wprost zabić upatrzoną ofiarę? Jakiż błąd mógłbym popełnić dokonując tego? O ile wiem, najgorszy moment dla przestępcy to czas po dokonaniu czynu. Nie zamierzam się oszukiwać, że nie wpadłbym. Na szczęście postęp techniczny za mnie rozwiązał ten problem... Po prostu zabawię się w terrorystę. Pozabijam innych i siebie. Szybko i łatwo. Obejdzie się bez powolnego umierania przez pokutę i odrodzenie. Nie dojdzie do nawrócenia na łono społeczeństwa, a tym bardziej religii. To ostatnie z przyczyn humanitarnych trzeba koniecznie oszczędzać dla „humanistów", którzy generalnie nie lubią jakichkolwiek nawróceń i świadectw. W ten sposób pokażę im, że nie obchodzi ich los drugiego człowieka. Co jest całkowitą prawdą. Może dzieje się tak dlatego, iż ich świadectwa zawsze brzmią płytko i schematycznie. Generalnie występują u nich tylko dwa warianty: pierwszy z melodramatem, dramatyzowaniem i drugi - suchy, drętwy jak nekrolog. Już lepiej posłuchać lub poczytać kogoś, kto naprawdę przebył jakąkolwiek drogę duchową, choćby i przez parę religii albo światopoglądów. Dzieło Umberto Eco nie stanowiło pierwszego silnego impulsu świadczącego o zbliżaniu się wybuchu duchowego wulkanu. Z pewnością nadeszłyby następne, kierujące lawę wnętrzności gdzie indziej gdyby nie listy, na które musiał odpowiedzieć właśnie tego dnia. Zabrał się za nie bardzo powoli, niechętnie. Najpierw długo patrzył na koperty wyglądające w ciemnym rogu jak kupka popiołu do uprzątnięcia. W końcu zerwał się i kilkoma sprawnymi ruchami nóg i rąk przetransportował korespondencję na łóżko i położył ją obok zeszytu. Otrzymał listy od swojej starszej i młodszej siostry. Z matką po kolejnej ostrej wymianie zdań nie kontaktował się. Do pierwszej z sióstr napisał w odpowiedzi.
        „Siostro! Wiem, że sytuacja wygląda ciężko. Ojciec w więzieniu, zaczyna brakować pieniędzy i luksusów, do których byliśmy tak przyzwyczajeni. Osobiście tak jak i ty nie wierzę w jego kryminalną winę. Wsadzili go z przyczyn politycznych i szybko nie wyjdzie. Ma charakter i się nie ugnie. Piszesz mi też o innej o wiele gorszej rzeczy. Ty i matka zgodziłyście się na szantaż pewnego wysoko postawionego, jak mówisz, urzędnika. Domyślam się, iż ma on jakieś stosunki z milicją. Chcesz mu się oddać w zamian za pieniądze i nadzieję na uwolnienie ojca. Sprawa moim zdaniem nie wygląda zachęcająco. Dla mnie to naciągacz, agent, który chce wejść do rodziny, aby znaleźć jakieś dodatkowe haki. Nie daj mu się wykorzystać. Nie wmawiaj sobie, że to nic, nie daj się przekonać do „wyzwolonego seksu", a tym bardziej do tak zwanego „prawa do brzucha". W drugiej części listu próbujesz pogodzić mnie z matką. Dobrze wiesz, że nic z tego nie wyjdzie. Mnie nic nie zdoła pomóc. Już parę razy zmieniałem szkoły i chodziłem do psychologów. Za każdym razem sprawy przybierały coraz gorszy obrót. Jak wiesz, poprzednio uczęszczałem do szkoły prowadzonej przez zakonnych, prawosławnych braciszków. Ośrodek dla bogatej i wydelikaconej młodzieży. Teraz trafiłem jeszcze gorzej. Chodzę do przybytku dla dzieci wyjątkowo snobistycznych rodziców, gotowych na rozmaite wychowawcze eksperymenty. Faktycznie atmosfera jest tu trochę inna, ale niewiele mi to pomaga. Mówiąc dokładniej, różnica polega na tym, że poprzednio oglądałem uczniów buntujących się przeciw niemal klasztornym rygorom. Teraz mogę się za to napatrzeć na wyczyny dyrektora, który awanturuje się z samorządem szkolnym o powieszone przez grupę uczniów krzyże. Ponieważ sprawa dzieje się w placówce prywatnej, na razie nikt spoza szkoły w konflikt się nie wtrąca. Wracając do naszych spraw rodzinnych, dziwię się niezmiernie, że ty i matka nie wyjechałyście razem z nami, (to znaczy ze mną i młodszą siostrą) do Polski. Sytuacja ojca jest beznadziejna, nie widzę żadnej nadziei. Pozostaje uciec i skorzystać z faktu, że mamy polskie korzenie. Ponieważ nie chciałbym, aby list wpadł w niepowołane ręce, jak zwykle przesyłam go przez zaufanego człowieka. Pozdrawia cię twój brat".
        Po napisaniu tych kilku linijek Rodia wziął się za drugi list. Zupełnie inaczej traktował pisanie do swojej młodszej siostry, którą, jak mu się zdawało, kochał bardziej niż kogokolwiek w rodzinie. Kiedy trzymał w ręku przesyłkę od niej, zawsze mu się zdawało, że ona ładnie pachnie. Gdy oczy informowały go o szarości i zwykłości opakowania, palce informowały go o delikatnej, marmurkowej powierzchni papieru. Autorka zawsze jawiła mu się jako młodsza, kochana, niewidoma siostrzyczka, którą się opiekował. Odpowiedział jej.
        „Z przyjemnością przeczytałem twój list. Dodaje mi on sił w walce z chorobą, która dopadła mnie na tej mojej odosobnionej od ludzi stancji. Dziękuję ci, że dzielisz się ze mną bieżącymi wydarzeniami i sprawami, plotkami ze szkoły. Żałuję, że nie mogę w pełni ci się odwdzięczyć za tę radość. Pozwolisz, że skomentuję jedno wydarzenie, o którym napomknęłaś w liście. Otóż napisałaś, iż pojawił się w gazecie „Nowy Dzień” artykuł o Twojej koleżance. Jak zrozumiałem, wyglądało to następująco…. Twoja niewidoma koleżanka chciała na kasetę nagrać całą godzinę lekcyjną, na co nie zgodziła się nauczycielka, która wzięła pod uwagę dobro innych uczniów. Następnie wybuchła afera, ponieważ matka zainteresowanej sprowadziła dziennikarkę, która skleciła wielce obelżywy dla uczniów, dyrekcji, ciała pedagogicznego artykulik. Opublikowano go w gazecie wraz z prymitywnym, tępym i głupim komentarzem jakiegoś nawiedzonego redaktorka spadłego z choinki. No cóż, a czego się twoja koleżanka i jej matka spodziewały? Zrozumienia? Rzetelności? U naszych elitek nigdy tego nie uświadczysz. Oni potrzebują do życia padliny, to są zwierzęta. A najgorsi są dziennikarze, fruwający w chmurach kretyni. Sterujący nimi redaktorzy to manipulatorzy zawsze usłużni dla szefa. Nie znają życia, nie uznają żadnych wartości. Przepraszam, że takim stylem do ciebie piszę, ale to mnie szczególnie poruszyło. Jak się uspokoję, to może jeszcze naskrobię coś do ciebie. Pozdrawia kochający, starszy brat."
        Do Rodi nie docierało, że jego młodsza siostra już dawno wyrosła na pełnoletnią pannę kończącą szkołę. Nie zauważał również zachodzących zmian w jej charakterze. Ten brak spostrzegawczości u Rodi nie wynikał ze złej woli czy marzycielstwa, lecz z istotnych różnic psychicznych. To co jego duszy wydawało się łagodnością, ustępliwością, delikatnością - w rzeczywistości było objawem siły. Jej dusza przypominała wodę, która wszystko ominie, wszystko przetrzyma, wszystko ogarnie, wszędzie powróci, co zechce rozkruszy, wyżłobi, ugasi. Rodi zaś ulepiono zbroję z twardego i szlachetnego kruszcu, na wzór tego, co nosili mityczni półbogowie chwaleni przez tylu twórców. I właśnie teraz ów rycerz, który w innym świecie otrzymałby miano człowieka bez skazy, spadał w otchłań tak jak wielu przed nim i po nim. Coś twardego leżało na nieskończonych głębokościach i zbliżało się do niego nie uchronnie. Lot ku katastrofie nabrał błyskawicznego tempa już we wtorek, nazajutrz po odpisywaniu na listy.
        Wciągu owego ranka doszło do kilku niezwykłych rzeczy. Rodia zerwał się niezwykle wcześnie z łóżka. Umył się i wysprzątał całe mieszkanie. Poukładał i pochował wszystkie papiery w szufladach biurka. Poszedł na pocztę aby wysłać listy i do kolegi, . Wstąpił do biblioteki, aby zapoznać się z literaturą pirotechniczną. Odwiedził kilka sklepów i kupił potrzebne do skonstruowania bomby materiały. W jakiejś melinie na bazarze nabył za ostatnie pieniądze pistolet i naboje dobrej klasy. Przez kilka dni i nocy samodzielnie konstruował skomplikowany mechanizm. Praca pochłonęła go całkowicie. Zdawało mu się, że przygotowuje ogromne serce, które wypompuje z niego za sprawą nagłego, chemicznego skurczu całą złą krew, złą energię.
        Kiedy tak wszystko przygotowywał, stawał się gotowym, zimnym i wyrafinowanym niszczycielem, przygotowanym na śmierć i zadanie śmierci. Dramat rozstrzygnął się. Rodia przyznał sobie prawo do niszczenia, do wyplucia ze swoich wnętrzności lawy i skierowania jej tam, gdzie zapragnął. Uznał, że skoro świat nie chce, aby pokierował swoją rzeką mocy nowymi, przez niego wymarzonymi korytami, to nie jest on wart istnienia. Gdy piątkowym rankiem po raz ostatni oglądał swój pokój, na chwilę przypomniał sobie o spędzonych tu długich godzinach. Postanowił, wbrew zasadom tych, którzy misternie i starannie przygotowują swoje odejście, pozostawić coś specjalnego na pamiątkę. Przez dłuższą chwilę szukał czegoś, co nadawałoby się na znak. Wśród wielu zapomnianych rupieci pochowanych po kątach mieszkania znalazł zdechłego szczura. Stwierdził, iż świetnie nadaje się do odegrania roli pośmiertnego symbolu. Urządził dla niego prawdziwe mauzoleum ze swego łóżka. Szczur z daleka, wśród bieli prześcieradła, poduszek i kołdry wyglądał jak kupka ziemi. Z bliska zaś, dzięki umiejętnemu ułożeniu, błagalnie wyciągniętym do przodu łapkom i pyszczkowi przypominał egipskiego sfinksa. Opuszczona chimera Rodi złapała się kurczowo tego ostatniego miejsca brudu, źródła słodkiego dlań odoru i trwała w nim jeszcze przez jakiś czas, póki nie odeszła na tamten świat w ślad za swym panem.
        Rodia wyszedł na dwór. Zobaczył świecące na przekór wszystkiemu słońce, poczuł powiew wesołego wiatru, nielicznych przechodniów śpieszących się tylko w sobie znanym celu. Nikt nie wiedział o nabitym pistolecie w jego kieszeni, a tym bardziej o tym co niesie w teczce. Z zadowoleniem uświadomił sobie, że nikt nie odważyłby się nawet podejrzewać go o cokolwiek.
        Przebył kilka przecznic i w końcu dopadł znienawidzonego przez siebie budynku. Piętrzył się przed nim zgrzybiale. Jego mury wydały mu się piaskowym, zwiewnym pyłem. Wszedł do środka . Trwała pierwsza lub druga godzina lekcyjna. Minął portiernię, szatnię, salę gimnastyczną i bibliotekę. Poszedł schodami na pierwsze piętro. Przeszedł się po korytarzu. Najpierw starannie przyjrzał się różnym trofeom w gablotach. Potem oglądał z mściwą satysfakcją niczego nie przeczuwające drzwi. Po odgłosach poznawał wykładowców. Pierwszy do jego uszu doszedł piskliwy głos pana od etyki, który po raz kolejny wygłaszał swoje pseudoteorie o wyższości laickiego społeczeństwa i proroctwa na temat powstania lewicowego, komunizującego supermocarstwa w Europie, dzięki zbliżeniu Rosji i Unii Europejskiej. Potem usłyszał bas pana od biologii, który podekscytowanym uczennicom prezentował swoje mało śmieszne karykatury na temat łączenia teorii ewolucji z religią. Dzięki nim, sam o tym nie wiedząc, tworzył własną mitologię. Marnując czas babrał się w sporze między ewolucyjnymi deterministami (obecnie skupionymi wokół teorii „inteligentnego projektu"), a indeterministami broniącymi dość klasycznych i przebrzmiałych koncepcji ewolucjonizmu. Na samym końcu Rodia podsłuchiwał pana od historii, błądzącego wśród omamów dialektyki i panią seksuolog rozprawiającą o zbieżnościach między uświadomieniem seksualnym, a przyjmowaniem określonego światopoglądu. Wymysły tej ostatniej wymiotły ostatnie wątpliwości bohatera. Już po kilku minutach zamachowiec znalazł się na następnym piętrze, w gabinecie dyrektora.
        Zaskoczony dyrektor sam nie zauważył, kiedy skulił się w rogu pomieszczenia o kilka metrów od wycelowanej lufy i cykającego mechanizmu bomby. Podjął ostatnią, beznadziejną próbę mediacji.
        - Dlaczego to robisz?
        - Bo jestem fanatykiem z wyboru. Nie odpowiada mi program szkoły.
        - Oby twoja krucjata zamiast do ziemi świętej nie dotarła do Konstantynopola.
        - Ze środkowo-wschodniej Europy na bliski wschód najbliżej przez Turcję i Grecję. Ale jak pan chce, mogę wcześniej, jak Mickiewicz, zahaczyć o Paryż.
        - Jeśli jesteś wierzącym mógłbyś swoim postępowaniem dać świadectwo o sobie i swoich współwyznawcach.
        - A co cię obchodzi moja religia? Przecież to prywatna sprawa...
        Potem nastąpił wybuch. Zawaliło się piętro. Rodia zginął wraz z wieloma ludźmi. Jednym z nielicznych, cudem ocalonych, był dyrektor szkoły. Ratownicy przypuszczali, że osłoniła go nienaruszona ściana i meble.

        Po wypadku naczelny pedagog humanistów przez wiele dni leżał w szpitalu na intensywnej terapii. Aż pewnego pięknego dnia, gdy dostatecznie poprawił się stan jego zdrowia, przyszła do niego w odwiedziny bardzo ambitna pani prokurator. Udzielał długich wyjaśnień na temat swojej osoby. Najbardziej zaskoczyły go pytania o napisany ongiś tekst na temat powiązań między erotyką a religią. Napomknął w nim, że istnieją silne związki między niedojrzałością płciową a wiarą. Obok pisania o związkach między mitami, sprawami intymnymi a sferą tabu sugerował, iż można owe związki wykorzystać w celach wychowawczych. Nie wiedział o powodach, dla których ów tekst został przypomniany. Więcej, w ogóle go to nie zastanowiło.
        A tymczasem, kiedy dyrektor wracał do zdrowia, podczas sprzątania gruzów i przeszukiwania terenu, policja dokonała strasznego odkrycia. Otóż w pokoju nauczycielskim i w ocalonych szafach z gabinetu dyrektorskiego znaleziono nieprzyzwoite zdjęcia małolatów. Błyskawicznie zapadła decyzja o psychologicznym i psychiatrycznym przebadaniu kierownika szkoły. Wyniki wyszły zbyt jednoznaczne. W trybie pilnym, wyrokiem sądu skierowano dyrektora na długoletnie psychiatryczne leczenie zaburzeń seksualnych. I tak oto jeden z największych humanistów, wielki intelekt, zasłużony działacz dostał się w tryby maszynerii, do której budowy się przyczynił. Niektórzy bystrzy komentatorzy opisanej tu sensacyjnej historii odkryli, że dziwnym trafem los rozpisał tu głównego bohatera „Zbrodni i kary” na dwie postacie, na zbrodniarza i ofiarę.

II MIEJSCE
Ryszard Lenc
SAMOCHÓD

        Wsiadanie. Więc tak: trzeba kliknąć pilotem, podjechać z lewej strony, otworzyć drzwi, przesunąć się trochę do przodu i pchnąć je, a potem, ostrożnie manewrując, stanąć wózkiem tuż przy progu, uważając cały czas, by nie porysować lakieru. Następnie należy złapać drzwi lewą ręką, przytrzymać je, a prawą chwycić kolumnę kierownicy.
        Podciągam się teraz na rękach, przekręcając tułów w lewo i opadam na siedzenie. Bezwładne nogi układam rękami pod kierownicą, przy bezużytecznych pedałach sprzęgła, gazu i hamulca. Przechylam się w lewo, odczepiam prawe koło wózka i kładę je, wyginając się do tyłu, za przednie siedzenie - sąsiada kierowcy. Przekręcam wózek, aby jego lewe koło znalazło się w moim zasięgu. Zwalniam lewe koło, przytrzymując wózek, by łagodnie osunął się na trotuar, a nie grzmotnął na ziemię. To koło stawiam za prawym, również tylnym siedzeniem; mieszczą się oba bez problemu. Przechylam się następnie i dźwigam korpus wózka, już bez kół, który wygląda jak człowiek bez nóg lub jak kurczak u rzeźnika, czyli „korpus” w taniej wersji pozbawionej skrzydełek i udek. Przekładam więc wózkowy fotelik nad sobą, tak by nie uszkodzić kierownicy, nie zadrapać tablicy i żeby nie pobrudzić sobie kurtki, bluzki i spodni. Nigdy nie noszę spódnicy - moje chude nogi nie znają widoku słońca, tak jak nie znają dotyku męskich dłoni ani męskich pocałunków. Spódnica jest poza tym niepraktyczna. Układam teraz ten wózkowy korpus na siedzeniu obok i przypinam go, żeby się nie zsunął w czasie jazdy. Wózek nie jest na szczęście zbyt ciężki, więc te manipulacje nie sprawiają mi większych problemów. Zapinam swoje pasy, wychylam się głęboko w lewo (pas mnie trzyma, więc nie boję się wypaść), łapię otwarte drzwi i zamykam. Prawie koniec. Uruchamiam życiowe funkcje mojego kalekiego, specjalnego samochodu, wkładam panel radia i odpoczywam przez chwilę, słuchając muzyki - zwykle reggae albo piosenek francuskich.
        Jeżeli obok mojego auta parkuje drugie i jest zbyt blisko, aby swobodnie stanąć wózkiem między moim samochodem a tamtym - muszę wszystkie czynności wykonywać od prawej strony. Niestety nie jest to proste lustrzane odbicie poprzednich operacji, ponieważ kierownica jest z lewej strony i tu, z prawej, nie ma czego się chwycić. Muszę zatem złapać wpółotwarte drzwi prawą ręką, a lewą oprzeć na przednim siedzeniu. Zdarzyło mi się raz upaść na ziemię, musiałam wtedy wciągnąć się do góry, co było dość trudne i wymagało ponownego przemyślenia kolejności poszczególnych etapów. Ręce na szczęście mam silne. Dalej jest już prosto: opadam na siedzenie, przechylam się w prawo, odkręcam lewe koło wózka i kładę je za siedzenie kierowcy. Przekręcam wózek, aby jego prawe koło znalazło się w moim zasięgu. Odkręcam lewe koło... Korpus wózka wrzucam za siebie, na tylną kanapę. Na końcu przeczołguję się na swój właściwy fotel i bezwładne nogi układam rękami pod kolumną kierownicy (jw.).
        Czasem ktoś mi usiłuje pomóc. Nie lubię tego i na ogół radzę sobie sama. Jeżeli oba sąsiadujące auta stoją zbyt blisko - nie pozostaje mi nic innego, jak czekać. Wtedy ewentualnie godzę się na pomoc. Muszę wówczas złapać takiego kogoś za szyję i wsunąć się jak wąż do auta. Nie przepadam za zapachem tych szyj i nieogolonych twarzy. Następnie odbieram od pomocnika poszczególne elementy wózka i układam w samochodzie według standardowego schematu. Raczej nie rozmawiam z kimś takim, bo i o czym? Jak już wspomniałam - nie przepadam za tym wariantem i staram się go unikać. Jeżeli wózka nie da się przecisnąć między autami - co umiem bezbłędnie i szybko ocenić - jadę na spacer lub oglądam sobie wystawy sklepowe.
        Gorzej, gdy pada. A jeszcze gorzej, gdy pada śnieg i jest ślisko - wówczas wsiadanie wymaga ode mnie dodatkowego skupienia, chociaż podstawowe fazy czynności nie ulegają zmianie.
        Wysiadanie, choć jest nieco trudniejsze, odbywa się w kolejności odwrotnej i nie wymaga odrębnego opisu.

III MIEJSCE
Jacek Butlewski
ŚWIEŻE ŚWISZCZĄCE ŚWISTKI

        Zwariowałeś?! - przeraził się Szary - Schowaj te kartki, ale już! Nie widzisz, kto tu idzie?!
        Jego towarzysz, jegomość Szaro-Biały, począł nerwowo upychać w teczce świstki papierów, świeżo otrzymanych od Szarego. Niestety, było już za późno - trzy Bystro-Szare pędziły wygiętym korytarzem w ich kierunku. Widzieli ich bystro-groźne, wszystko widzące oczy, które stawały się coraz większe i większe... Musiały wyczuć świeże świstki - to pewne; wychyliły się zza wygiętego rogu, a oni, zajęci rozmową, niczego nie zauważyli... Żeby tak się dać złapać - powinni bardziej uważać, a przede wszystkim nie świszczeć świeżymi świstkami - szczególnie w wygiętych korytarzach. Przecież wiedzieli, że Bystro-Szare czyhają za każdym, nawet najmniejszym wygięciem. A jak tylko ktoś świstkami zaczyna świszczeć, szczególnie świeżymi, to atakują go i świstki mu zabierają.
        Pozostali Szarzy, wliczając również i Szare, rozpłynęli się jakby na zawołanie, wyczuwając wspólnym szarym nosem, zagrożenie ze strony Bystro-Szarych. Zostali tylko oni dwaj - siła rażenia ze wszech miar trudna do odbicia. Szarzy nigdy nie walczyli z Bystro-Szarymi, bo byłaby to walka beznadziejna. Bystro-Szare niepodzielnie panowały na wygiętych korytarzach, siejąc strach w całej szarej rzeczywistości.
        - No to straciłeś obiad, Szaro-Biały przyjacielu... - stwierdził obojętnie Szary, podnosząc szare ręce do góry i potulnie oczekując nieuniknionego.
        - Na to wygląda... - odparł Szaro-Biały i rzucił szaro-białą teczkę na szarą podłogę. W środku zaszeleściły smakowite szare świstki, które miał tego popołudnia skonsumować - Psiakość, będę chodził głodny...
        - Nie przejmuj się - próbował go pocieszyć Szary - mnie obrobiły w zeszłym tygodniu. Wszystkich to spotyka. Musiało w końcu paść na ciebie.
        Bystro-Szare były już tak blisko, że można było wyczuć ich złowrogi szary oddech i walące bystre serca, przyśpieszone biegiem wygiętym korytarzem. A może to strwożone serca szarego i szaro-białego? Trudno wyczuć - gdy atakowały bystre, wszystko się mieszało, świat wirował wokół własnej szarej osi ze zdwojoną siłą i niczego nie dało się postrzegać tak, jak w pogodny, szary dzień...
        - A może by tak... - zaczął nieśmiało Szaro-Biały.
        - Nawet o tym nie myśl! - przerwał mu Szary - To nie zabawa w szare i białe... To prawdziwe życie...
        - Wiem, ale jakby tak nie dać im tych kartek...?
        - Co ty?! Ty mówisz to tu i teraz, w obliczu ataku trzech Bystrych?! Chcesz nas wszystkich zgubić?!
        - Ale to moje świstki!... One nie powinny...
        Szary zmierzył go przerażonym szarym wzrokiem i odsunął się, jak od kolorowych odmieńców, których zamyka się w szarych obozach odosobnienia i czym prędzej przywraca do stanu błogiej i równej szarości lub szaro-białości.
        - Ty! - oburzył się - Ty jesteś jak ci kolorowi! Zawołam szarego policjanta i zobaczysz sobie, ty odmieńcu!
        - Ale co ty? Jesteśmy przyjaciółmi, nie?
        - Nie znam cię! - przerwał mu i wyskoczył oknem na szare boisko - Zgubić nas chciał! Odmieniec jeden!
        Tymczasem Bystro-Szare zbliżyły się do niego i łapczywie podniosły teczkę ze świeżymi świstkami. Szaro-biały zamknął oczy, nie chcąc na to wszystko patrzeć. Pragnął, tylko, żeby bystro-szare sobie poszły. Niech nawet zabiorą jego świeże świszczące świstki. Ostatecznie wytrzyma jeden dzień, a jutro będzie ostrożniejszy. Niech zabierają i zostawią go w spokoju...
        - Chodź z nami - usłyszał słodki, dziwnie nie-szary głos.
        Otworzył ostrożnie szaro-białe oczy i ku swojemu zdumieniu spostrzegł, że Bystro-Szare nie wyglądają tak groźnie, jak zawsze. Uśmiechały się, jedna podniosła jego teczkę i podała mu, nie zabrawszy świszczących w środku świeżych świstków. Nie były bystre, a przynajmniej nie w tym sensie, jak normalnie. Czy to jakiś podstęp? Ma gdzieś z nimi pójść, ale gdzie i po co? Dlaczego nie zostawią go w spokoju - owszem, przeleciało mu przez myśl, żeby nie oddać im świstków, co tak przeraziło i rozwścieczyło jego najlepszego szarego przyjaciela, ale to z pewnością była chwila słabości. Teraz mogą już sobie zabrać jego świstki... Z jakiego więc powodu tego nie czynią?
        - Chodź z nami... - powtórzyła Bystro-Szara, która wcześniej podniosła i podała mu jego teczkę...
        - Ale dokąd...? Dlaczego...? Nie chcecie już świstków...?
        - Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie... Musimy znikać, nim wrócą szarzy i szaro-biali...
        I znikli, zostawiając za sobą pusty szary korytarz, wyginający się w nieskończoność, we wszystkie strony szarego świata...
        Z szarości wyłoiła się kolorowa odmienność, która przeraziła Szaro-Białego. Bystro-Szare nie odczuwały lęku - najwyraźniej były tu nieraz i ich bystro- szare oczy zdążyły przyzwyczaić się do koncertu najrozmaitszych kolorów, które dla Szaro-Białego były szokująco-przerażające. Tylko raz widział kolorowego wariata, prowadzonego przez patrol Szarych i Szaro-Białych Policjantów - to był jego jedyny kontakt z kolorami innymi, niż powszechnie uznane odcienie szarości i białości. Wolał jednak zapomnieć o tamtym zdarzeniu, żeby ktoś nie poznał po jego twarzy, że w głowie ma barwne wspomnienia, które w szarym świecie trudno by potraktować inaczej, niż odchylenia. A za takie barwne odchylenia szło się prosto do obozów odosobnienia, w których szare stabilizatory odpowiednio dobranymi metodami nawracały niepokornych na jedyną właściwą, szarą drogę życia.
        W szarym świecie kolorowi byli buntownikami i niszczycielami szarego ładu - przynajmniej tak twierdził każdy szary dygnitarz, wygłaszający kilkugodzinną mowę, wypełnioną pochwałami szarego stylu życia; „Strzeżcie się kolorowych, strzeżcie się ich drodzy szarzy współobywatele! Nie dajcie się im zwieść, gdyż jedyne, czego oni pragną, to destabilizacja naszego świata przez pomalowanie go ich tandetnymi kolorami!...". Po takim przemówieniu żaden Szary, czy też Szaro-Biały, nie miał już głupich myśli i kolorowych aspiracji...
        Trudno więc nie dziwić się przerażeniu poprawnie Szaro-Białego obywatela, który znalazł się nagle w kolorowej rzeczywistości. Szaro-Biały trafił do wielkiej, przerażająco-kolorowej sali; obejrzał się dookoła i spostrzegł, że Bystro-Szare, już nie są takie szare, jak zazwyczaj. Mieniły się teraz tysiącem żywych kolorów, a Szaro-Biały ze wstydem złapał się na tym, iż łapczywie pożera je wzrokiem.
        Wtem, z pomarańczowego kącika, wyskoczył jegomość uśmiechnięty po brzegi bujnej, kolorowej brody; zbliżył się do Szaro-Białego i Bystrych-Już-Nie-Szarych. Jego ubranie składało się z różnokolorowych trójkącików, przy czym żaden kolor się nie powtarzał. Co więcej - w Brodaczu nie było choćby kolorowego cienia szarości.
        - Dobrze się spisałyście... - pochwalił Bystro-Już-Nie-Szare i podszedł do Szaro-Jeszcze-Białego - Nie lękaj się, nie jesteśmy tacy krwiożercy, jak by tego chcieli przywiązani do szarości dygnitarze z szarego telewizora.
        - Nie...? - zdziwił się Szaro-Biały - Ale co wy... Co ja tu robię? Dlaczego mnie tu zabrały?! - wskazał szaro-białym palcem na Kolorowe Nie-Szare, a następnie wlepił zabłąkany wzrok w Multi-Kolorowego Brodacza - Lepiej odstawcie mnie z powrotem... Ja chcę do szarości! Nie mam ochoty na wasze kolory!
        - Widziałem, jak zachowałeś się w wygiętym korytarzu... Nie chciałeś dać Bystrze-Szarym swoich świstków. Zbuntowałeś się, czy tak? - zapytał Kolorowy.
        - To była chwila słabości! Każdemu mogło się zdarzyć - odciął się Szaro-Biały, spuszczając wzrok na kolorową podłogę, a po chwili wyszeptał ledwie słyszalnym głosem - odstawcie mnie natychmiast do mojego świata...
        Brodacz spojrzał ze smutkiem na swoje towarzyszki, z którymi stworzył szczęśliwą, acz skromną oazę koloru. Musiał pomylić się co do tego Szaro-Białego. Doszedł do wniosku, iż ten Szaro-Biały i inni, wciąż zniewoleni smutną szarością, nie są jeszcze gotowi na przemianę. Byli przyzwyczajeni, a przecież nie ma nic gorszego niż przyzwyczajenie - szczególnie przyzwyczajenie do złego - w tym wypadku szarego. Trzeba poczekać...
        - Dobrze... - mruknął i podrapał swą olśniewającą kolorami brodę - dziewczyny odprowadzą cię z powrotem do wygiętych korytarzy, ale... Zanim to nastąpi - przerwał na chwilę i położył prawicę na szarym lewym ramieniu Szaro-Białego - zanim odejdziesz, chciałbym, żebyś odpowiedział mi na jedno pytanie... czy nie chciałbyś jednak...
        - Nie będę odpowiadał na żadne pytania! - przerwał mu Szaro-Biały, w którym odezwała się, ukryta na dnie jego szarej duszy, indoktrynacja Szarych Dygnitarzy - W ogóle nie powinienem z wami rozmawiać! Wy jesteście kolorowi! Zostawcie mnie!
        A więc żegnaj... - powiedział smutnym głosem Kolorowy Brodacz i podał mu rękę - Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się w lepszym, miejmy nadzieję kolorowym świecie.
        - Nie będę podawał ci ręki, ty... kolorowy odmieńcu...!
        Chwilę po postawieniu kończącego to zdanie wykrzyknika, znalazł się z powrotem w wygiętym korytarzu. Na podłodze leżała teczka ze świszczącymi świeżymi świstakami, a świat, w którym był jeszcze przed sekundą, rozpłynął się w nieokreślonej przestrzeni. Wszystko było znowu szare i szaro-białe.
        - Nareszcie w domu...! - mruknął do siebie, podniósł teczkę i oddalił się w stronę najbliższego szarego wygięcia.
        - Czy znajdzie się ktoś, kto zechce zwalczyć wszechobecną szarość? - zapytał sam siebie Kolorowy Brodacz i udał się podumać do żółto-zielonego zagajnika...

WYRÓŻNIENIE
Henryka Kuźma-Kluge
SYLWESTER

        Na posiedzeniu Towarzystwa Niepoprawnych Optymistów ustalono, że w tym roku spędzimy Sylwestra razem w naszym środowisku niepełnosprawnych na wesoło i w dobrym nastroju. Waleria wróciła z pracy do domu i zaczęła gotować obiad. Wkrótce wróciły dzieci ze szkoły. Przy obiedzie jak zwykle opowiadano dużo o wydarzeniach w szkole. Pod koniec, jakby od niechcenia, Waldek (18 lat) wspomniał o zbliżającym się końcu roku. Waleria nie podtrzymała tego tematu. Dzieci poszły odrabiać lekcje, a matka po sprzątnięciu kuchni postanowiła odpocząć.
        Włączyła telewizor i położyła się na tapczanie. Ciężkie powieki opadły i niespodziewanie zapadła w lekką drzemkę. Obudziło ją skrzypnięcie drzwi. Do pokoju wszedł Waldek.
        - Co się stało synku?
        - Nic takiego mamo. Chciałbym tylko wiedzieć, czy nie urządzasz ze swoimi przyjaciółmi imprezy sylwestrowej. Moglibyśmy i my wtedy coś urządzić u nas w domu.
        - Nic o tym nie wiem, a gdybym i wiedziała, to też nie zostawiłabym was samych.
        - Dlaczego, przecież nie jesteśmy już dziećmi?
        - Właśnie dlatego, bo gdybyście byli dziećmi, to bawilibyście się w kółeczko, a ponieważ nie jesteście już dziećmi, to będziecie się bawić w dorosłych.
        - A więc koniecznie musisz nas pilnować?
        Wyszedł zamykając głośno drzwi. Wala znów zamknęła oczy. Niełatwo jest wychowywać dzieci samotnej matce. A Waleria tylko na siebie i Trójcę Świętą mogła liczyć. To i tak dużo. Bo ludzie nie mający wiary nie posiadali i tego. Modliła się więc gorliwie, by mogła w trudnych chwilach korzystać z tej łaski Bożej i tam szukać pociechy.
        Na drugi dzień w pracy w czasie rozmowy z koleżanką wspomniała o planach swoich dzieci i jakie jest jej o tym zdanie. Koleżanka jednak stanowczo odradzała zostawiania dzieci samych... miała złe doświadczenia cudze i własne.
        Minęło kilka dni w napiętej atmosferze pełnej niedomówień i złośliwych uwag. Wreszcie Waleria nie wytrzymała takiej sytuacji i przyznała się, że coś tam w towarzystwie planują, ale co, to dokładnie nie wie. Po wysłuchaniu tej wiadomości powstał niesamowity rwetes. Szczególnie Waldek sypał pomysłami jak z rękawa na prawo i lewo. Matka usiłowała go powstrzymać, że to jeszcze nic pewnego, ale dla niego nie miało to już żadnego znaczenia. Przygotowania ruszyły pełną parą Waleria postawiła jeden stanowczy warunek - żeby nie wchodzili do innych pokojów.
        Na tydzień przed Sylwestrem Waleria zadzwoniła do Towarzystwa, żeby się upewnić o stanie przygotowań rozrywkowych. Myślała również o kreacji dla siebie. I co się okazało? Optymiści, jak przystało na typowych optymistów, zaczęli szukać coraz to innych sposobów zabawy i znaleźli każdy inny i każdy w innym miejscu. No i w ten sposób wszystko się rozsypało. Gdy Waleria powiedziała o tym dzieciom, córka Elwira (15 lat) przyjęła tę wiadomość spokojnie. Natomiast Waldek aż się zapienił.
        - To nieprawda! - wrzeszczał - chcesz nas pilnować, to wszystko sama ukartowałaś.
        Wala próbowała mu tłumaczyć.
        - Waldeczku, kochanie, zajmę mały pokoik, będę oglądać telewizję i nie będę wam przeszkadzać.
        - To kłamstwo. Wszystko sama wymyśliłaś.
        Waldek nie przyjmował żadnych tłumaczeń, każde było złośliwością. Nadal przygotowywał dekoracje, aparaty, instrumenty.
        Nadszedł wreszcie oczekiwany dzień Sylwestra. Wszystko było gotowe, zapięte na ostatni guzik. Waleria postanowiła spróbować jeszcze raz porozmawiać z Waldkiem. Weszła do pokoju, w którym on ustawiał muzykę.
        - Waldek, kochanie - zaczęła nieśmiało - ja naprawdę nie mam gdzie pójść.
        Odwrócił głowę. Spojrzał na nią takim nienawistnym wzrokiem, że aż zadrżała. Przerażona wycofała się do swego pokoju. Szybko ubrała się, wzięła torebkę, sprawdziła w portmonetce pieniądze. Zarzuciła torebkę na ramię i zaczęła schodzić na dół. Były tam córka Elwira i Magda, dziewczyna Waldka.
        - Do widzenia - powiedziała Wala.
        - Do widzenia - odpowiedziały.
        - Przyjemnej zabawy dodała Magda.
        - Dziękuję - odpowiedziała i otworzyła drzwi.
        Ogarnęła ją lodowata ciemność. Wyszła na ulicę. Co robić? Dokąd iść? Do kościoła? Na przystanek? Szła ostrożnie, powoli. Ciepło zabrane z domu szybko się ulatniało. Po plecach przebiegały dreszcze. Oświetlone okna w mijanych domach, muzyka, śpiew - wszystko to świadczyło o przygotowaniach do zbliżających się wesołych zabaw. Było tam ciepło i przytulnie. Powiew mroźnego wiatru przywołał ją do rzeczywistości.
        Rozejrzała się. Stała na pustej ulicy. Czarne niebo, ziemia pokryta białym śniegiem, po którym czołgały się cienie chwiejących się od wiatru gałęzi. Poczuła się bardzo samotna. Ruszyła dalej przed siebie. Doszła do przystanku autobusowego. Było pusto. Postanowiła czekać. Czekała dość długo zanim doszło dwoje starszych ludzi. Stali teraz we troje, było trochę raźniej. Minęło jeszcze około dwudziestu minut, nim przyjechał autobus. Przejeżdżali koło dwóch kościołów tonących w ciemnościach. Nie było po co wysiadać. Dalej było oświetlone kino , więc postanowiła wysiąść. Za pół godziny miał się zacząć seans. Wala stanęła w kolejce. Było pięć osób. Przyszła kasjerka. Waleria zbliżała się do kasy. Otworzyła torebkę i sięgnęła po portmonetkę. Niestety, ręka trafiła w pustkę. Przez chwilę grzebała nerwowo w drobiazgach, aż zrozumiała, że zostawiła portmonetkę w domu na stole. Na szczęście przypomniała sobie, że ma odłożone w kosmetyczce 500 zł. Bilet kosztował 20 zł. Uspokojona podała kasjerce banknot.
        - Nie mam wydać reszty - rzekła. Wala bezradnie rozejrzała się po sali. Było kilka osób. Podeszła do najbliższej.
        - Czy może pani rozmienić pięćset złotych?
        - Przykro mi, ale nie mam.
        Podeszła do następnej osoby, i następnej. Nikt nie miał. Wala zniechęcona oparła się o ścianę. Co robić, iść na ulicę na mróz w ciemną noc? Drżała jeszcze z zimna i sama myśl o wyjściu na ulicę przerażała ją.
        - Przepraszam Panią - usłyszała męski głos.
        Podniosła głowę. Przed nią stał starszy pan. Spod kapelusza wysuwały się kosmyki siwych włosów. Uśmiechał się do niej.
        - Proszę Pani - mówił dalej - dzisiaj spotkało mnie coś miłego i z wdzięczności dla losu podaruję pani ten bilet - wyciągnął do niej rękę z małą kartką.
        - Ależ ja nie mogę - zawołała.
        - Proszę przyjąć, zaraz zacznie się seans, usiądziemy razem.
        - Przecież nie można...
        - Dzisiaj wszystko można.
        Bileterka bez słowa przerwała bilet. Usiedli obok siebie.
        - Mam na imię Adam, a Pani?
        - Waleria, bardzo mi miło.
        - Cieszę się, że panią poznałem. Podniósł się i uścisnął jej rękę. Wala nie mogła powstrzymać drżenia. W kinie nie było ciepło, a ona mocno przemarzła na przystanku. Film dobiegał końca.
        - Czym pani jedzie do domu?
        - Autobusy teraz nie jeżdżą, ale mam pociąg o 1-ej godzinie.
        - Odprowadzę panią na dworzec. Do pociągu jeszcze sporo czasu.
        - Dziękuję, chętnie skorzystam.
        Wyszli na ulicę. Adam podał Wali ramię i szli chwilę w milczeniu.
        - Jak ja się Panu odwdzięczę?
        - Pani Walu, nikt z tych ludzi nie przyszedłby tutaj, gdyby miał życie ułożone. Czy Pani ma dzieci?
        - Tak, oczywiście.
        - I pewnie się bawią?
        - Właśnie, tak.
        - Ja też jestem w podobnej sytuacji. Życie mam poplątane. Jestem samotny i nieszczęśliwy.
        - Współczuję panu. Ja to bardzo dobrze rozumiem. Tak rozmawiając doszli do dworca. Zatrzymał się na chwilę.
        - Jest pani przemarznięta, a na dworcu jest zimno. Mam klucze od mieszkania kolegi, którym się opiekuję. Tam się pani rozgrzeje. Szklanka gorącej herbaty dobrze pani zrobi.
        Wala podziękowała za dobre chęci, ale na dworcu też pewnie herbata będzie. Weszli więc na dworzec. Jak przewidywał Adam zbyt ciepło tu nie było, a zamówiona herbata przypominała letnią lurę. Na sali zajętych było kilka stolików. Siedzący przy nich ludzie nie wyglądali na pasażerów. Raczej na zmuszonych do przeżycia tej jednej jedynej w swoim rodzaju nocy w roku w tym miejscu. Adam opowiadał o swoi nieudanym małżeństwie, a Waleria patrzyła na wiszący na ścianie duży zegar i posuwające się na nim duże wskazówki. Drgały rytmicznie, przeskakując z minuty na minutę. Wyobraziła sobie, jak stary rok pod postacią brodatego dziadka z wielkim workiem pełnym naszych ciężkich problemów powoli odchodzi w dal po lewej stronie. A z prawej strony zbliża się mały bobas z wózkiem pełnym obietnic. Wspaniałych, kolorowych i najlepszych. Duża wskazówka jakby przyśpieszyła, minuty uciekają, zaczyna się odliczanie: cztery, trzy, dwa, jeden, zero - stary dziadek odszedł. Jesteśmy w zerowym punkcie, w którym stoi uśmiechnięty bobas i zaczyna odliczanie: jeden, dwa, trzy... Waleria spojrzała na Adama. Siedział z głową opartą na ręku.
        - Panie Adamie, jesteśmy w Nowym Roku. Spojrzał na nią.
        - Wszystkiego najlepszego. Wziął ją za rękę i pocałował.
        - Wszystkiego najlepszego - rzekł.
        Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, jakby chcieli, aby te życzenia wyrażone słowami stały się ciałem i zostały wzajemnie przekazane. Poczuła uścisk ręki, którą trzymał jeszcze w swojej dłoni.
        - Dziękuję - wyszeptała. Zbliżała się pora odjazdu pociągu. Wymienili adresy i wyszli na peron. Pociąg był już podstawiony. Weszli razem do wagonu. Wymienili kilka grzecznościowych zdań, podziękowania i głos spikera zapowiedział odjazd pociągu. Adam wysiadł i gdy pociąg ruszył, pomachał kapeluszem na pożegnanie.
        Waleria zbliżała się do domu. W każdym oknie paliły się światła. Weszła do domu. Pootwierane drzwi. W dużym pokoju jedna para spała na tapczanie, druga na dywanie. W kuchni siedziała Elwirka, sama. Wala cicho spytała czy może wejść na górę? - Droga wolna. Wbiegła do wolnego pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Wsunęła się pod kołdrę, żeby się wreszcie rozgrzać. W drugim pokoju też widziała śpiących. Było dość spokojnie: ciche rozmowy, muzyka, można zasnąć. Ale coś się zaczyna dziać. Z głośnych rozmów zrozumiała, że jakaś para zamknęła się w sąsiednim pokoju, a teraz nie mogą wyjść, bo drzwi się zatrzasnęły. Para, która chciała tam się dostać, zrezygnowała i zaczęła się dobijać do pokoju, w którym była zamknięta Wala. Z początku nie odpowiadała na stukanie, ale potem doszły jeszcze krzyki, w rodzaju - otwierajcie, teraz my. Poznała głos kolegi Waldka. Potem dołączył Waldek i razem zaczęli kołatać i krzyczeć. Nie było innej rady, trzeba było otworzyć. Wala wstała i podeszła do drzwi, przekręciła klucz. W drzwiach stanął Waldek.
        - To ty?
        - Tak, ja.
        Patrzył osłupiałym wzrokiem, niczym żona Lota. Potem odwrócił się na pięcie i już go nie było. Wala zamknęła drzwi i zapadła w głęboki sen. Pewnie zapomniałaby wkrótce o tych wydarzeniach, gdyby nie listonosz, który przez kilka lat przynosił jej życzenia noworoczne od Adama.

WYRÓŻNIENIE
Romuald Szura
PO ŚCIEŻCE, PO GRUDZIE...

        Ważne, że przyszła wiosna, proszę pana. Widział pan te białe drzewa w ogrodzie? Stoją w kwiatach jak panny na wydaniu. A widział pan te chałupy wzdłuż drogi? Wszystkie one mocne, murowane. Rzadko trafi się jakaś rudera. Najbardziej ja lubię, jak wszystko kwitnie. Wtedy zapominam o moim chorym sercu, o nerwach... A już myślałam, że nie przeżyję tej zimy, bo zimę my mieli ciężką. Takie mrozy i śniegi jak pod Jarosławiem. Tam nawet okna zasypywało. W walonkach my chodzili...
        Dobrze, że pan przyjechał, przed tą próbą. Kobietki nasze w domu kultury nowy występ przygotowały. Pani Krystyna, kochana dyrektorka, zawsze jest z nami. Znużonaś ty, Krysiu? Oj, Boże, ja się zwracam do tej pani jak do swojej córeczki. Nie mam ja córki w Borkowicach, proszę pana, tylko dwóch synów. A reszta dzieci w miastach. Pięciorom wychowała.
        Niech pan usiądzie wygodnie. Do wieczora daleko. Poczęstuję pana kawą, ciasto upiekłam... I kropelki... na serce - też mam. Krysia mówiła mi, że pan ciekawy mojego życia, śpiewania i haftowania. Zbieram ja ludowe pieśni z moich stron, a też inne wioskowe z gazet wycinam. Jak mi tęskno lub smutno, to piszę wierszyki w zeszycie. Na dożynkach, we święto ludowe ja te rymy starym czytam, albo w wigilię Bożego Narodzenia.
        Pan naprawdę chce wiedzieć, jakie było moje życie i chce napisać o tym w prasie? Po co to panu? Co ja tam ciekawego przeżyła? Ale powiem, bo ja się niczego wstydzić nie muszę.
        Wiem, że dawno temu tatuś z mamusią pojechali do Prus, żeby zarobić na chałupę i kawałeczek sadu. Miałam trzy latka, jak mnie u babci zostawili. Starsze dzieci zabrali ze sobą. No i babcia mnie chowała. A jak podrosłam, dała mnie do szkoły. Ale ja nawet dwóch klas nie skończyłam, bo była bida. Jak miałam tabliczkę i rysik, to chodziłam na lekcje, a później trzeba było mieć zeszyt... Wracam ja któregoś dnia ze szkoły i mówię: „Babciu,pani kazała, żebyś mi zeszyt kupiła". A babcia: „To niech ci pani kupi, bo ja nie mam za co".
        Później już do tej szkoły nie chodziłam. Miałam dziewięć lat, jak oddali mnie na służbę. Pamiętam, przyszła do babci jedna gosposia, bym do niej szła krowy paść, kartofelki strugać, naczynia zmywać, dziecko bawić... Poszłam ja tam. Pracowałam dzień cały, a potem, Boże drogi, twardo na piecu spałam. Po tygodniu przyszła babcia mnie pooglądać, a ja płaczę, że za dużo roboty.
        Zabrali mnie więc do majątku. Służyłam tam u takiej wielmożnej pani dziedziczki. Kucharzowi pomagałam, a z nią jeździłam do kościoła. Podtrzymywałam za rączkę tę panią, jak na powóz wsiadała, jak z powozu wysiadała. I co wieczór kazała sobie plecki masować, elegancko, delikatniuchno...
        Później, jak żem trochę podrosła, stałam się panienką. Żeby potańczyć, chłopaki dawali pewnej kobiecie pieniądze na naftę, przychodziły dziewczyny. I tak tańczyliśmy se u niej do rana. I śpiewaliśmy. Kiedyś spotkał mnie rządca i pyta: Nie boli ciebie gęba od tego śpiewania, Kasiu? Nie - mówię, skądże! A on na to: Jużeś wyśpiewała Kasiu, wszystko co było. Bo proszę pana, byle na patyczkach zagrali, a ja już skakała i tańczyła. Niech pani Krysia powie. Nawet teraz, ino zagrają, a ja już skaczę. Sąsiadki patrzą na mnie i szturchają się w bok: Zgłupiała nasza Stanicka, stara baba, a ma zielono we łbie".
        ...Ale powiem panu jeszcze o moim dalszym życiu. Dwanaście lat z kupą ja tak służyła, aż wrócili rodzice z tych Prus. Byłam już wtedy ładna panna. Pragnęłam dobrego męża, ale się nie spełniło. Przyjechał do swoich krewnych taki jeden. Gdzieś mnie zobaczył, a ja nawet nie bardzo chciałam z nim gadać. Potem przyszedł do mamusi. Przedstawił się i zaraz, że się ze mną ożeni. A ja chłopaka fajnego miałam we wojsku. Tak, ale wtedy rodzice swoje dzieci żenili! Mamusia mnie zawołała i mówi: Lata lecą, czego będziesz siedziała. Każę ci iść za mąż, to idź. Chociaż wcale go nie znałam, zaraz dali na zapowiedzi. Wyszłam więc za mąż, a po roku urodził się syn.
        Oj, ciężko było. Roboty brakowało. Mąż siedział w chacie, trochę wstydził się pracy, a trochę nie chciało mu się pracować. Mówiłam mu: „Człowieku pomrzemy z głodu". Nie chciał, ale wreszcie poszedł do majątku. Dali go tam z takim drugim bidakiem do układania kopca. Pracował, niby pracował i nagle jak złapał wideł od kartofli, jak rypnie tamtego w łeb! A tamten fikut, upadł i leży. Ale go nie zabił. Taki narwany był mój mąż, taki zwariowany. Zaraz przyszła policja i zabrała go. Potem, wie pan, nie przyjęli go nigdzie do pracy. I jeszcze innym dziedzicom dali znać, żeby nie przyjmowali takiego ptaszka. I co ja miałam robić? Oj, Boże, jak ja się martwiła... A mąż na to: „Cicho, nie płacz.". A ja czekam i myślę sobie. - Płynie tu rzeka, rosną łozy... Boże mój kochany, chyba skoczę do wody z dzieciątkiem... Po co mi takie życie!
        Jednak rano wrócił wozem, razem z furmanem. Powiedział, że wyjeżdżamy na służbę. Chwała Bogu. Zabrali my na wóz kołyskę i dziecko. Pamiętam, żem lampę w jednym ręku trzymała, a na drugim miałam dziecko, i tak my pojechali... Przyjechali my pod las, do Ulesiowa. Było już tam trzech fornali, a mój był czwarty. Zbliżała się Wielkanoc. Kobiety piekły ciasta, smażyły, a ja nie miałam nic. Nawet oko zatłuścić. Zostało mi 70 groszy. Dałam te pieniądze fornalowi, który jechał do Przemyśla, ażeby kupił mi chleb. Sąsiadki dały pieczone, i taką mieli my Wielkanoc.
        Pani Krysiu, córeczko, niech pani doleje naszemu gościowi jeszcze kawy! I może tej nalewki z miodu spadziowego pan skosztuje... Sama robiłam. A może zerknie pan na moje wierszyki? O, ten czytałam kiedyś na akademii:

Odbierałeś pięknym pannom czerwone jagody.
Dzisiaj orzesz inne pola, siejesz inne niwy.
Czujesz, czujesz ten zapach szczęśliwy?
Masz go pełne kieszenie, masz go pełne dłonie,
coś pachnie tak mocno jak świeżutkie siano...
Może to było wczoraj, a może dziś rano?
Uciekły mi lata na dzikim koniusiu,
miłość została w mym sercu i w duszy...


        Mówiłam już, że wychowałam ja pięcioro, ale ten drugi syn - Józek, od maleńkości był chory na padaczkę. Bardzo się moczył, proszę pana. Wszystkie jego rzeczy musiałam prać jak pieluchy. Najgorzej zimą - nie było gdzie wysuszyć. Jak na strych wyniosłam, to zamarzało. Złego miałam męża. Gdy zobaczył te szmatki koło pieca, zrywał i wyrzucał na dwór. Wściekał się, że chłopak spał w kuchni. Chciał go do stajni wyrzucić. Kiedyś młóciłam u sąsiada, wracam ja na obiad, a mój nieborak leży pod progiem i choroba nim trzęsie. Co miałam robić? Całe życie szłam jak po grudzie.
        Po wojnie dowiedzieli my się, że na Ziemiach Odzyskanych dają ziemię i gospodarkę za darmo. W czterdziestym siódmym mój pojechał na zachód i długo nie wracał. Czekali my pół roku... Któregoś dnia poszłam sobie do Jarosławia, dwadzieścia pięć kilometrów piechotą, i wyrobiłam papiery jako repatriantka. Grosza mnie nie kosztowały. I już gotowa byłam do wyjazdu, kiedy przyszedł list od męża: „Droga żono! Nie wybieraj się w drogę, bo tu wielkie wiatry wieją". - Jasny gwint! - myślę sobie. Ty się wiatrów nie boisz, a mnie straszysz wiatrami? Czekaj no tylko! Furmankę miałam już zamówioną i opłaconą, czworo dzieci spakowałam, krowy na sznurek... Jedziemy. Ujechali my kawał drogi i przystanęli, by wypocząć. Ja się obracam, a mój Józek leży pod koniem. Matko Boska! Znów go „złapało". Piana z ust mu się toczy, cały siny. Podnieśli my go, położyli na furmance, obtulili. I tak do promu na Sanie. Wciąż modlę się i płaczę: „Stefcio, nasz Józek żyje?". „Żyje, mamo, żyje” - mówi starszy synek. Myślę sobie: Nie będziemy wracać.
        Cały tydzień jechałam na ten Zachód! A tam wielkie lasy niedaleko wsi nas przywitały. Zielone, sosnowe, jakich nie było pod Jarosławiem. Miałam potem gdzie chodzić na jagody i grzyby. I dla serca w lasach lepsze powietrze...
        O, zapoznam pana wkrótce z moim synem Stefanem i synową. Dzisiaj mają huk roboty, bo świniaka ubili. Kiełbaski, pasztety, salcesony robią i szynki będą peklować,.żeby na święta wszystkim starczyło. Jak nasze wnuki z miasta przyjadą, to sobie podjedzą i coś do domu jeszcze zabiorą.
        Synów i córki wychowałam ja na dobrych ludzi. Władek jest maszynistą kolejowym, Marysia pracuje na poczcie, a Zbyszek jako brygadzista w hucie miedzi. Ja dzieci od maleńkości uczyła roboty. Nieraz ludzie pyskowali: Stanicka, czego ty tak męczysz swoje dzieci? - Bardzo was przepraszam - mówiłam - ja dziećmi nie oram, ja ich kształcę, uczę ich pracy. Żebym ja się ich wstydzić nie musiała.
        Dziesięć lat temu dostałam taki piękny medal, co się nazywa „Order serca - matkom wsi". A pani Krysia od razu naopowiadała dziennikarzom, ile ja zrobiłam dla moich dzieci, że ja wzorem prawdziwej matki. Powiedziała im, że jak sama była załamana, to ze mnie przykład brała, bo ja mimo choroby, zawsze się uśmiecham.
        Kiedyś to ja po weselach chodziła, starościną była. Mnie nie trza wódki. Ja bez wódki śpiewała i tańczyła. Teraz mam siedemdziesiąt siedem lat, schorowana jestem i słabowita, ale nieraz jeszcze warkocz se splotę, zaśpiewam, zatańczę...
        Uciekły mi lata na dzikim koniku... Nie wiem, czy w moim życiu więcej było roboty, wojowania czy cierpienia? Każdego dnia musiałam ciężko pracować, a także walczyć z kłopotami, z bidą. Ale ja nie przegrała życia, bo mam dobre dzieci. Wszystkie wykształcone. Pracę mają i stanowiska. I wnuków mam udanych. Co mi teraz więcej trzeba? Tylko zdrowia! A za to spotkanie niech pan nie dziękuje. To ja wdzięcznam panu za cierpliwość. Wie pan... W święta wydajemy najmłodszą wnuczkę za mąż. Więc jak? Może przyjedzie pan na to wesele?

FINALISTKA
Magdalena Krytkowska
ZOO

        Nad miasteczkiem leniwie wschodziło słońce. Delikatnie rozjaśniało kolory nocy, zmieniając granat w błękit, a fiolet w różową poświatę. Przynosiło kolejny dzień nowej rzeczywistości. Słoneczne światło tak długo walczyło z blednącym światłem księżyca, aż zwyciężyło.
        W tę kolorową scenerię letniego poranka wtargnął nagle potężny ryk, w którym zawarte były gniew i tęsknota. Głos ten oszołomił mnie. Pomyślałam, że śnię jeszcze, albo ... zwariowałam. „Skąd w małym, położonym w centrum Polski miasteczku, które nie posiadało prawa do używania takiej nazwy, dziwny, pełen bezmiernej tęsknoty dziki ryk?” Po kilku chwilach oszołomienia zidentyfikowałam go. Był to ryk lwa. Donośny i przeciągły głos króla zwierząt. Zdumiał mnie on i wywołał atawistyczny lęk. Niekiedy, w bezsenne letnie noce, pełne mojej ludzkiej tęsknoty, słyszałam głosy zwierząt wiezionych na ubój ogromnymi ciężarówkami, jadącymi główną szosą miasteczka. Trwożyły mnie one. Nie pozwalały zasnąć i na parę dni odbierały apetyt na mięsne specjały. Ale były to: kwiczenie świń, których tłuste ciała obijały się boleśnie o klatki lub rozpaczliwy krzyk zdumionego swoim położeniem drobiu.
        Nigdy nie słyszałam głosu wiezionych na rzeź koni. Widać znosiły swój los w milczeniu. Zaczęłam zastanawiać się nad tym zjawiskiem.
        Czy zwierzęta milczą? Na przykład konie? Znałam głos rżących z radości koni, ich pochrapywanie i zabawne parskanie źrebiąt, ale głos cierpiących ból koni nie był mi znany. „Stop!” - pomyślałam. Na jakież to manowce zaprowadził mnie usłyszany wcześniej ryk lwa.
        Szybko wróciłam do rzeczywistości. „Pewnie mi się zdawało” - pomyślałam o dziwnej sytuacji, którą przeżyłam przed chwilą, a która zupełnie nie miała geograficznego uzasadnienia. „Wczoraj wieczorem oglądałam program o zwierzętach dziko żyjących w afrykańskich parkach narodowych. Ten ryk, to mogło być wywołane filmem senne wyobrażenie.” Ale rzeczywistość znów doszła do głosu. Ponownie usłyszałam ryk lwa, tym razem rozległ się w świetle dnia, tym bardziej przerażający, że nie roztaczał się na pograniczu snu i jawy, lecz realnie, choć ciągle bez uzasadnienia. Nie mogłam dłużej pozostawać w stanie niepewności i popadać w absurdalne przypuszczenia. Pamiętałam zawartą w powieści Ernesta Hemingwaya mądrość, że to, co było prawdziwe o świcie, inną prawdą wydaje się w południe. Dobre to było dla mnie motto na tak przedziwnie rozpoczynający się dzień.
        Zerwałam się z łóżka. Umyłam zimną wodą i pośpiesznie ubrałam. Kto powiedziałby, że o poranku nasza osada jest senną mieściną, to pomyliłby się o kilka godzin. Można ją tak określić w południe lub o zachodzie, na pewno w nocy. Ale nie o poranku. Latem jej niespokojny rytm jest jeszcze bardziej wyczuwalny niż w inne pory roku. O tej porze dnia w owalu rynku zawsze kręcili się ludzie, i co mnie nieustannie dziwiło, już od rana wszystko wiedzieli. Dzisiaj nie było inaczej. Ale dzisiaj nie drażniło mnie to, wręcz było mi potrzebne. Wreszcie wszechwiedza współplemieńców była mi niezbędna, i to dla podtrzymania wewnętrznej równowagi. Intensywne myślałam, jak dyskretnie zasięgnąć języka na temat dziwnych odgłosów, których źródła pochodzenia nie byłam pewna. Chciałam zachować opinię osoby zdrowej na umyśle, więc nie mogłam wprost zapytać mijającego mnie na rogu ulicy znajomego starszego pana, czy słyszał ryk lwa. Bałam się ośmieszenia. Wypełniona wątpliwościami weszłam na rynek.
        „Pochodzę. Posłucham. Porozglądam się. Lew to nie kura, jeżeli jest w miasteczku, to niewątpliwie go zobaczę.” Byłam właśnie w centralnym punkcie rynku. Na placu pod rozległym dębem, ocieniającym zebrę dla pieszych, gdzie właśnie na zielone światło czekał sąsiad. Był to aktywny działacz nowych związków zawodowych, które dokonały bezkrwawego i zwycięskiego przewrotu społeczno-politycznego i teraz zajmowały się restrukturyzacją i prywatyzacją mienia. Sąsiad był mocno zaangażowany w gospodarcze przemiany miasteczka. „Ten będzie wiedział” - pomyślałam.
        Właśnie do niego podchodziłam, kiedy odezwał się, kolejny raz, potężny ryk lwa. Roztaczał się nad całym miasteczkiem. Wypełniał je i jakoś tak złowróżbnie opadał na bruk. „Jednak się nie przesłyszałam.” - ucieszyłam się.
        Znajomy drgnął usłyszawszy dziki głos. Ponownie ucieszyłam się, myśląc - „Pozostałam przy zdrowych zmysłach.” Znajomy bez wątpienia też słyszał ryk lwa. Miałam punkt zaczepienia. Nawet nie zdążyłam się o niego zaczepić. Znajomy sam zaczął:
        - „Słyszałaś? Już są!” - to wyznanie, przyznam, wstrząsnęło mną. Teraz spodziewałam się już tylko opowieści o inwazji przedstawicieli bliżej niezidentyfikowanej cywilizacji. „Czyżby UFO?!” - zaniepokoiłam się, ale szybko włączyłam kontrolkę w mózgu. „UFO! O poranku! w środku miasteczka! Z ryczącym lwem na pokładzie!” - z naganą do siebie po cichu przemówiłam. I zaraz stanowczym i donośnym głosem, żeby raz na zawsze rozwiać wszelkie wątpliwości, zapytałam:
        - Kto?
        - Jak to kto? Ci z ZOO! - wyjaśnił znajomy.
        Odetchnęłam z ulgą. ZOO. Pamiętałam z dzieciństwa. Była to rzecz realna i kojarzyła mi się z rozległym, zielonym ogrodem wypełnionym klatkami ze zwierzętami. Taka egzotyka za niewielkie pieniądze. Ale chyba byłam jeszcze w fantastycznym nastroju, bo bez chwili wahania zapytałam:
        - Gdzie wylądowali? - to pytanie nie zdziwiło znajomego związkowca, też bez namysłu odpowiedział.
        - Nad rzeką, koło figury.
        - Przyjechali na trzy dni - dodał nagle znajomy i pośpiesznie się oddalił. Nie pozostało mi nic innego jak udać się na plac koło figury. Kroczyłam odważnie, oddalając swoje rozterki. Kiedy mijałam most na obrośniętej pokrzywami rzece sprawa wyjaśniła się jak dzisiejszy poranek.
        Grupa ludzi w roboczych, podniszczonych strojach rozwieszała kolorowy napis: „ZOO OBJAZDOWE". Wokół placu porosłego soczystą trawą rozstawiono już klatki ze zwierzętami. W jednej z nich zamknięty był potężny lew. Jego grzywa układała się wokół łba jak słoneczna aureola, w środku której świeciły żółte ślepia.
        - Jesteś piękny i potężny.” - powiedziałam do lwa i ukłoniłam mu się z szacunkiem. Lew zignorował mój ukłon. Pożerał właśnie jakiś krwawy ochłap.
        - Gdzie się pcha?! Jeszcze nie otwarte! Od dwunastej! - poinformował mnie z wypracowaną przez wiele cywilizacji uprzejmością ludzki glos.
        - W porządku, dobra, dobra. - mruczałam odchodząc. Jeszcze raz z respektem spoglądając na pierwotne zwierzę.
        Po południu zabrałam małego synka i poszliśmy obejrzeć mieszkańców objazdowego ZOO. To był błąd. Jeden z życiowych błędów, które coraz częściej popełniam nie nadążając za zmieniającą się rzeczywistością.
        Dziecko było zdezorientowane, a ja nie potrafiłam mu czegokolwiek sensownie wyjaśnić ... ale po kolei...
        W pierwszej klatce, umieszczonej pod namiotem, gdzie panował przyjemny półmrok, spoczywał krokodyl. Początkowo myślałam, ze to leniwy nilowy krokodyl, ale myliłam się. Był to półżywy, a właściwie zdychający aligator. Diagnozę postawiłam mu sama. Była trafna. Potem, podczas zakupów dowiedziałam się, że po trzech dniach pobytu w naszym miasteczku, podczas podróży do położonej kilkanaście kilometrów dalej wsi, gad żywot swój zakończył i, jak na ironię, wylądował... w rzece. I tak mieliśmy szczęście, my obywatele miasteczka, że ten okaz dotarł do nas zachowując jeszcze oznaki życia.
        W następnej klatce, a raczej terrarium, spoczywał wąż - pyton królewski. Chyba najedzony, bo obok, wciśnięty w kąt klatki, siedział jego posiłek, ledwie żywy ze strachu królik. To biedne stworzenie, jako danie, nie znalazło aprobaty u sytego węża - pytona. W nienaturalny sposób połączona para zwierząt wzbudzała dużo emocji wśród zwiedzających. Biedacy nie wiedzieli, jak się szczuje węża na królika. Zwyczajne w naszym klimacie „bierz go” nie skutkowało.
        Poza namiotem, w pełnym słońcu, w ciasnej klatce z gracją właściwą kotom krążył tygrys bengalski. Rzucał na oglądających go ludzi spojrzenie, w którym kryło się rozdrażnienie. Jego aktywna postawa budziła respekt. Nie podchodzono do niego zbyt blisko.
        O metr dalej stała klatka z lwem, przyczyną moich porannych rozterek. Leżał i milczał. Miał przymknięte ślepia. Ucieszyłam się z tego stanu rzeczy, jakoś trudno byłoby mi spojrzeć mu w oczy. W następnej klatce leżała, również bez ruchu, lwica z leniwie baraszkującymi wokół niej lwiątkami.
        „Drapieżcy” - nasunęło mi się na usta określenie, kiedy ujrzałam człowieka oprowadzającego w kółko starego kuca. Na jego grzbiecie siedziało któreś już z kolei dziecko. W oczach zarówno dziecka jak i kuca widziałam ten sam wyraz - niechęci. Zagadałam do człowieka od kuca:
        - Kto wam wymyślił to obwoźne ZOO? Nie żal wam tych zwierząt?
        - Muszą na siebie zarobić. Prywatyzacja. To zwierzęta z cyrku. Zbankrutował. Coś trzeba było robić, żebyśmy wszyscy nie pozdychali z głodu. Nikt ich nie chce! Rozumie pani! - zdenerwował się nagle.
        - Niech się pani nie przejmuje! Urodziły się w niewoli. One nie wiedzą, co to jest wolność. - dodał, widząc, że poprzedni wywód mnie nie przekonał.
        - A ten ryk, jak pan znosi ten ryk? - zapytałam.
        - Aaa, to? Ja go nie słyszę. Po tylu latach w cyrku, już go nie słyszę. - powiedział. Kilka osób bez zainteresowania przysłuchiwało się naszej rozmowie. Większość cisnęła się do klatek ze zwierzętami. Rodzice objaśniali dzieciom nazwy zwierząt, zachęcali do uważnej obserwacji. Dzieci przyglądały się z zachwytem i strachem, podchodziły najbliżej, jak się dało. Mój faworyt, lew, leżał bez ruchu. Milczał.
        Wróciłam do domu. Synek z ożywieniem opowiedział tacie, co dzisiaj widział. Wypytywał o zwyczaje zwierząt. W końcu poszedł bawić się w ZOO. Domową kotkę zamknął w tekturowym pudełku po butach. Nie spodobała jej się ta zabawa. Przeraźliwie dopraszała się wyjścia na wolność.
        O zachodzie słońca usłyszałam ryk lwa. Przemówił na pożegnanie dnia.
        „Jak można przestać słyszeć tak potężny ryk?” - dziwiłam się, wsłuchując w jego brzmienie.

FINALISTA
Leszek Nurzyński
HISTORIA OLD LAKE

        Zaczęło się to siedem lat temu... Zawsze wesoła dziewczynka Jenny Woods żyła wspólnie z rodzicami w malowniczym kurorcie Old Lake. Jenny od urodzenia miała nadprzyrodzone zdolności, o których nie wiedzieli nawet jej rodzice. Potrafiła używać telepatii, przenosić przedmioty, zadawać ból, ale także leczyć. Miała sny, w których widziała wszystko. Poza tym była normalnym, dobrym i szczęśliwym dzieckiem. Jednak w wieku dwunastu lat Jenny powoli zaczęła odkrywać swoje ciemne strony...
        - Mamo nie chcę jeszcze iść spać! - krzyczała mimo tego, że była prawie północ, wciąż pełna werwy Jenny.
        - Nie wygłupiaj się, Jenny - odparła mama. - Masz już dwanaście lat, moja panno. Pora wydorośleć, wskakuj już do łóżka! Opowiem ci historyjkę o Kapitanie Ząbku.
        - Dobrze, jak o Ząbku, to posłucham! Kocham cię, mamo! Rozpromieniona dziewczynka jak wystrzelona z procy wskoczyła do łóżka.
        - Ja ciebie też, księżniczko - odpowiedziała pani Woods, przytulając córkę. Jednak zanim wymówiła jakiekolwiek słowo jej córka pogrążyła się w śnie.
        - Mała symulantka, nigdy by nie spała - z uśmiechem mruknęła do siebie matka, po cichu zamykając drzwi od jej pokoju. Kate, bo tak miała na imię, była niezwykle piękną kobietą, uśmiech na jej twarzy nie był niczym dziwnym. Właśnie jej uśmiech i spojrzenie błękitnych oczu przerywały każdą domową kłótnię.
        Jenny nie wiedziała, co ją czeka, zapadając w błogi sen, który nigdy nie powinien się jej przyśnić. Koszmar okazał się tak realistyczny, że stał się jej częścią. Widziała straszne rzeczy: jakiś las, dziewczynkę z zakrwawionymi rękami, emanującą złem, podobną do niej. Miała rany na całym ciele, smutny wyraz twarzy i ochrypły głos. Mówiła o morderstwie i drugiej połowie, która jest tak samo zła jak pierwsza i musi się z nią połączyć. Ta mroczna zjawa goniła ją. Jenny dobiegła do jakiegoś cmentarza. Gdy myślała, że już jest sama, zatrzymała się na chwilę. Myliła się jednak. Ktoś ją obserwował. Zza drzewa wybiegła ta okaleczona dziewczynka i rzuciła się na Jenny.
        - Pomocy! - Jenny obudziła się z krzykiem.
        Przerażona pobiegła po mamę. Tej jednak nie było, nie było też dziewczyny ze snu. Jej dom był zupełnie pusty. Jenny zauważyła, że wcale się nie obudziła. Przeczuwała, że tamten koszmar, w porównaniu do tego, to sen na jawie. Miała rację, czuła silny ból w środku. Jakby coś chciało ją rozerwać od wewnątrz. Zemdlała. Ocknęła się. Obudził ją silny cios belki spadającej jej na nogę. Spostrzegła, że jej dom płonie. „Czy ten koszmar się kiedyś skończy?” - pytała sama siebie. Resztkami sił odsunęła zwęglony kawałek drewna. Stała w centrum pożaru. Poczuła ogromną temperaturę płomieni. Obudziła się...
        Gdy podniosła powieki, jej wzrok przykuły białe ściany i aparatura. Dotarło do niej, iż znajduje się w szpitalnej sali. Rozejrzała się dookoła. Dosięgła wzrokiem ojca, który spał na krześle obok. Coś wzbudziło w niej niepokój. Otoczenie zmieniło się, ale ten przeszywający ból z koszmaru trwał dalej. Do jej świadomości dochodziły wspomnienia. Wolała nie patrzeć na siebie, ale ciekawość okazała się silniejsza. Gdy zerknęła na swoje dłonie, przeraziła się. Całe jej ręce były w bandażach, miejscami umazanych krwią. Krzyknęła, budząc tym samym znużonego tatę.
        Ojciec poderwał się z miejsca. Miał jednocześnie zrozpaczony i wystraszony wyraz twarzy. Sprawiał wrażenie człowieka, który nie wiedział, co ma robić w takiej sytuacji.
        - Już dobrze - zaczął niepewnie, uśmiechając się z powodu powrotu córki do rzeczywistości.
        - Ile spałam? Co się stało? Gdzie jest mama?... - zadawała pytania.
        - Słuchaj skarbie. Był pożar w naszym domu... mama nie żyje. Kiedy wróciłem z pracy, było już za późno, strażacy uratowali tylko ciebie... - mówił chaotycznie, z trudem powstrzymując płacz.
        - Nie! - rozpaczała, wciąż nie przyjmując do wiadomości historii opowiedzianej przez ojca. W tej chwili do jej mózgu dotarła straszna myśl. Przypomniała sobie sen.
        - To ja ją zabiłam! - wykrzyczała tak głośno, że ojciec aż się wzdrygnął.
        - Nie, kotku. Nie możesz się obwiniać, nie mogłaś jej pomóc. Woods uspokajał ją, wyraźnie nie rozumiejąc sensu jej słów.
        - Tato, nie rozumiesz! Ja spaliłam ten dom w śnie, a to zdarzyło się naprawdę - przypomniała sobie nowe obrazy.
        - Podpaliłam go siłą umysłu - opowiadała, wprawiając ojca w coraz większy strach, złość i osłupienie. - Ja mam tak od dziecka. Zawsze byłam inna...
        Harry był zawsze spokojnym człowiekiem, nie miał nałogów, nigdy nie poniósłby ręki na żonę i córkę, ale to, co mówiła, wyprowadziło go z równowagi.
        - Zamilcz! - ojciec przerwał jej rozżalonym głosem. - Zamiast opowiadać głupie historyjki zastanów się, jak ja się czuję. Nie jest mi łatwo.
        - Ale to prawda! - Jenny spojrzała na niego z wyrzutem.
        - Wychodzę. Muszę iść do pracy - skończył temat. - No dobra, wiem, że to dla ciebie trudne, ale nie zachowuj się tak. Przepraszam. Muszę dokończyć projekt wieżowca.
        Harry gwałtownie zamarł. Spojrzał na twarz córki. Ślady poparzeń zasklepiały się na jego oczach.
        - Wszystko w porządku? - zapytał, nie wierząc w to, co widzi.
        - Tak tatusiu. Teraz mi wierzysz?
        - Spokojnie. Zawołam lekarza. Poczekaj tu - wybiegł szybko po pomoc.
        - Doktorze McKenzie, szybko! Coś dziwnego dzieje się z moją córką! - powiedział to, z trudem łapiąc oddech.
        - Już idę.
        Obaj pobiegli do salii. To, co ujrzeli, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Na parapecie stała postać w białej szacie, z długimi blond włosami.
        - Jenny, nie! - zawołał Harry, ale było już za późno.
        Wyjrzeli za okno, przez które wyskoczyła dziewczyna, ale nigdzie nie było widać śladu Jenny.
        - Jakby rozmyła się w powietrzu. - stwierdził dr McKenzie, marszcząc czoło. - To niemożliwe.
        - Dlaczego? - spytał retorycznie Harry.
        - Słyszałem o takich przypadkach. Mój przyjaciel się tym zajmuje. To jego telefon. Doktor długo grzebał w portfelu, aż znalazł wizytówkę, którą wręczył Harry'emu.

Dr JIM WILLIS
Instytut Chorób Psychicznych
i Paranormalnych
w South Union


        Harry z nadzieją popatrzył na kawałek papieru, jaki trzymał w dłoni. Moment zadumy przerwał jednak dźwięk dzwonka jego telefonu.
        - Halo - Harry poznał głos sąsiadki.
        - Harry? Jest u mnie Jenny. Zobaczyłam ją koło zgliszczy waszego domu, gdy wracałam ze sklepu. Zaprosiłam ją na herbatę.
        - Już do Ciebie jadę - Harry odłożył słuchawkę i natychmiast udał się do domu Anny...
        - Jenny. Przenocujemy tu, a jutro jedziemy do South Union. Załatwiłem spotkania z doktorem Jimem. Będzie próbował rozwiązać twoje problemy.
        - Nie chcę! - zaprotestowała.
        - No, Jenny, nie marudź! - odparował wyraźnie poirytowany. - Jim załatwił nam nawet dach nad głową. Będzie miło. Obiecuję...
        Jechali już dwie godziny. Zostawili za plecami wszystko, co zmieniło ich życie w piekło.
        Daleko jeszcze? Boję się tego pana... - marudziła Jenny.
        - Nie martw się. On ci pomoże - rzekł Harry z nutką nadziei w głosie. - No jesteśmy na miejscu, kotku.
        Wysiedli z samochodu, a ich oczom ukazał się wielki, biały dom. Przypominał nieco ten z Old Lake.
        - Spodoba ci się. Jest nawet ogródek i huśtawka. Weszli do środka. Pachniało drewnem.
        - Tato, kto tu mieszkał? -spytała zaciekawiona Jenny.
        - Jakiś samotny ojciec z córką. Jim powiedział, że za taką cenę nie kupię nic lepszego i nie pomylił się. Tu jest kuchnia, tam łazienka, a tu będziesz miała swój pokój... Zupełnie jak u nas - wskazywał jej. - Górę pokażę ci później.
        - Szkoda, że mama go nie widzi - stwierdziła ze smutkiem Jenny.
        - Też za nią tęsknię, aniołku - Harry objął córkę i pocałował w czoło. - Teraz odpocznij, jesteś zmęczona. Dobrze ci to zrobi.
        - Kocham cię tato.
        - Ja ciebie też, córeczko. Musimy się jakoś trzymać - pocieszył ją i po cichu zamknął drzwi.
        Jenny bała się zasnąć, nie chciała przeżywać znowu koszmarów. Bała się, że znowu kogoś skrzywdzi. Mimo to była już bardzo znużona i zmęczenie wzięło górę. Harry pojechał do Instytutu, w którym dr Willis załatwił mu posadę salowego. Przy okazji chciał umówić córkę na wizytę z nim.
        Tymczasem Jenny zasnęła. We śnie biegła gdzieś przed siebie. To był las, ciemny las. Potknęła się o jakiś korzeń. Nie wiadomo, jak znalazła się na cmentarzu. Przed nią stał grób. Było na nim napisane:

Mary J Willis
1975-1987


        Nagle zauważyła za drzewem jakąś postać i nie rozumiejąc dlaczego ruszyła w jej kierunku. Coś ją do niej przyciągało.
        - Mama? - zapytała cicho, ostrożnie zbliżając się do niej.
        - Dlaczego? - postać przemówiła głosem tak anielskim, że Jenny nie miała już żadnych wątpliwości. To jej Kate, mówi tak ślicznie jak zwykle. Jenny podeszła bliżej. Teraz widziała ją wyraźnie. Mama była blada, jej złociste włosy spływały po białej jak śnieg koszuli. Wydawała się jeszcze piękniejsza niż zwykle. Nie miała śladów poparzeń. Jenny chciała jej coś odpowiedzieć, ale tylko otworzyła usta niczym ryba. Wtedy postać znikła szepcząc, żeby uważała na siebie. Jenny nadal stała zapatrzona w miejsce, gdzie rozpłynęła się jej matka.
        Magię chwili przerwał szmer dochodzący zza jej pleców. Jenny poczuła na szyi czyjś nierówny oddech. Obróciła się, chociaż wolałaby tego nie robić. Ujrzała za sobą szkaradną postać, dziewczynkę z koszmaru.
        - Mamo! Mamo! - krzyczała, ale nikt jej nie słyszał.
        - Wiedziałam, że przyjdziesz.
        Jenny usłyszała ten znajomy, oschły głos. Jego właścicielka wyglądała okropnie. Rany jej ciągle krwawiły, a włosy były spalone. Jenny nie miała wcześniej okazji tak dobrze się jej przyjrzeć. Po chwili milczenia wrócił jej głos.
        - Mary? - spytała, patrząc na nią z odrazą. - To twój grób?
        - Wiedziałam, że przyjdziesz - powtórzyła. - Tak to ja. Czy byłaś już w moim ogrodzie?
        - To twój dom? - Jenny przerwała jej, mimo, że znała odpowiedź.
        - Podoba ci się? Długo czekałam na tę chwilę... wiele nas łączy. Stało się tak, jak przewidywałam. Wkrótce moje marzenie się zrealizuje.
        - Jakie?
        Jenny była zaciekawiona, choć wciąż zdumiona dziwnym spotkaniem. Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu...
        - Kochanie, długo spałaś. Poznaj dr Jima Willisa.
        Na szczęście to był jej ojciec. Z drugiej strony była ciekawa, jak potoczyłaby się rozmowa z Mary, gdyby nie pobudka ojca.
        - Przywitaj się z panem Willisem. Jenny podała ręką wysokiemu, łysemu mężczyźnie w szarym płaszczu. Stał on za ojcem, więc musiał się wychylić, by uścisnąć jej dłoń.
        - Dr Willis będzie co wtorek z tobą rozmawiał...
        Gdy po raz trzeci Harry wymówił to nazwisko, Jenny przypomniała sobie napis na nagrobku. Wcześniej ojciec nie nazywał dr Jima po nazwisku. Postanowiła skupić się na rozmowie, ale nadal myślała o nazwisku Mary i doktora.
        - Panie doktorze, chce pan pogadać z nią na osobności?
        - Tak. Może się przy panu krępować.
        Dr Willis wypytywał ją o wszystko. Jenny mówiła prawdę, nawet cieszyła się, że może to wyrzucić z siebie. W końcu i ona zapytała o to, co ją dręczyło...
        - Pan znał Mary? - a widząc zdumienie na twarzy Jima, ciągnęła dalej. - Śniła mi się... rozmawiała ze mną.
        - Mówiła coś o mnie?
        - Tego pytania Jenny się nie spodziewała.
        - Minęło już dwanaście lat od jej śmierci. Zabiła moją żonę nożem w czasie snu. Nie wytrzymałem. Podpaliłem nasz dom, kiedy spała. Ten, w którym teraz mieszkasz. Do dziś prześladuje mnie w snach. Ona jest zła, ale to moja córka. Potrzebuje nowego ciała. Chce cię przejąć przez sen. Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi, dlatego założyłem ten instytut. Muszę cię ocalić, ale pomóż mi. Możesz porozmawiać z moją żoną? Tylko ty mi możesz pomóc. Tylko jej ofiara może ją powstrzymać, czyli moja żona lub... twoja mama. Tak, Jenny, to nie ty wznieciłaś pożar w twoim domu. To Mary zrzuciła winę na ciebie, chce żebyś była mniej odporna, żebyś się poddała.
        To, co mówił doktor wydawało się nieprawdopodobne, ale podbudowało Jenny. Doktor z nadzieją patrzył na zaledwie dwunastoletnią dziewczynkę. Nagle za oknem zrobiło się ciemno i zgasła żarówka. Harry wszedł do pokoju, żeby zobaczyć, co się stało. Wtedy cała trójka straciła grunt pod nogami.
        Cofnęli się o 12 lat do dnia jej urodzenia - drugiego czerwca 1987. W tym dniu doszło także do tragedii w Old Lake. Zbieg okoliczności, czy przeznaczenie? Czy tego dnia został powołany do życia lek na cierpienie w postaci Jenny? Te pytania dręczyły Jenny...
        - Gdzie jesteśmy? - spytał dr Willis, rozglądając się po korytarzu jakiegoś szpitala. - Nie znam tego miejsca.
        - Za chwilę urodzi się Jenny - wyjaśnił Harry.
        - Szybko, musimy znaleźć mamę - zaproponowała Jenny.
        - Szukasz mnie kochanie? - wszyscy spojrzeli w kierunku wydobywającego się głosu. Na opustoszałym, osnutym mgłą korytarzu stała Kate. Wyglądała tak jak w śnie Jenny.
        - Zaprowadź nas do Susan i Mary, nim będzie za późno. Błagam - dr Willis zwrócił się do prześwitującej przez ścianę Kate. Widać, że ten człowiek się niczego nie bał.
        - Pomogę wam. Zamknijcie oczy... - przemówiła.
        - Kochanie, czekaj, tęskniłem, nie zostawiaj mnie - wtrącił się Harry.
        - Też cię kocham najdroższy, ale jesteś potrzebny Jenny.
        Gdy to powiedziała otoczenie zmieniło się i znaleźli się w Old Lake, w ogrodzie przy domu Willisów.
        - Kate! - krzyczał Harry, ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Padł na kolana waląc pięściami w ziemię.
        - Znów ją straciłem.
        - Jeszcze się spotkacie - powiedział głos za nimi. To była Susan podobna do Kate tylko, że miała krótsze włosy. Dr Willis padł jej w objęcia. Nagle brama od ogrodu zaskrzypiała.
        - Widzę, że jednak przybyliście, ale nie spodziewałam się aż tylu ofiar. - Ten sam ochrypły głos, który był tak dobrze znany Jenny przemówił, powodując u wszystkich dreszcze.
        - Za chwilę zabiję panią Willis, a resztą zajmę się później - w jej głosie nie było słychać żadnych uczuć.
        - Nie! - odezwał się Jim. - Nie pozwolę na to. Wiem, że chcesz mnie - negocjował. - Zrozumiałem coś. Susan i Kate nie mogą cię powstrzymać. Nie zmienią historii. Nie żyją, jeśli przeżyją dojdzie do zaburzenia czasu.
        - Jim. Nie rób tego! - zaprotestował Harry.
        - Właśnie. Jeśli się zemszczę, będę mogła odejść... Rzuciła nóż prosto w serce dr Willisa.
        Jim wstał pod taką samą postacią jak Susan.
        - Nareszcie razem najdroższa. Tyle na to czekałem.
        Susan objęła go, po czym rozpłynęli się w powietrzu. Jenny nie wiedziała, czy to jawa czy sen. Szukała wzrokiem Mary, ale ta też znikła.
        - Tato, nie mogę się obudzić. Razem z odejściem Mary straciłam moc. Jesteśmy uwięzieni w tym śnie - Jenny odkryła bolesną prawdę.
        - Kochani - ich oczom ukazała się Kate. - Nie bójcie się. Jesteście bezpieczni. Zaopiekuję się wami. Teraz już na zawsze będziemy razem.

FINALISTKA
Renata Nowacka-Pyrlik
LEKARZA DZIŚ NIE BĘDZIE

        Obudził ją nagły hałas. Przerażona otworzyła oczy, rozejrzała się wokół - na szczęście nic strasznego się nie działo. To tylko okno otworzyło się z impetem, przy okazji zrzucając z wąskiego parapetu doniczkę z rozkwitającą na różowo pelargonią (na szczęście doniczka nie pękła, a kwiat - ofiarowany przez młodą osobę nie połamał się).
        Podczas bezsennej nocy - pani Anna dokładnie pamięta - okno było lekko uchylone; przy zupełnie zamkniętym nie mogłaby się zdrzemnąć, nawet nad ranem, tak jak parę godzin temu... Pewnie to wiatr - pomyślała uspokajająco - przecież mówili wczoraj w radiu, że będzie mocniej wiać...
        Pani Anna usiadła na łóżku, powoli zaczęła opuszczać opuchnięte i prawie bez przerwy bolące nogi. Wsunęła na nie mocno rozchodzone i poprzecierane w kilku miejscach kapcie. Dopiero po dłuższej chwili odważyła się podnieść z łóżka i niepewnie stanąć na podłodze. Obok łóżka czekała w pogotowiu kula. Pani Anna ujęła ją w drżące dłonie, a następnie z dużym wysiłkiem, opierając się na swej, nieodłącznej od kilku lat towarzyszce, podeszła do okna. Przez chwilę walczyła z porywami wciskającego się wichru. W końcu jednak opierające się okno zostało zupełnie zamknięte.
        - Ależ zimno, a przecież to już prawie koniec maja... - pomyślała, kuląc się pod wpływem otaczającego ją zewsząd chłodu.
        Kiedyś, przed laty nie zwracała większej uwagi na warunki atmosferyczne. Ciągły pośpiech, połączony z entuzjazmem; praca - którą kochała - głośne krzyki dzieci w szkołach, stresy, zmęczenie, sterty zeszytów do sprawdzania... Sporo radości i satysfakcji... Ale często również towarzyszący temu brak pieniędzy, brak sił... Dziś jej tego nadal brak. Ale nie tylko tego...
        Dziś pani Anna czuje się przede wszystkim bardzo zmęczona - długim, ponad 80-letnim życiem, fizycznym i psychicznym cierpieniem, samotnością, pustką, niepewnością jutra...
        Ma wiele dolegliwości, bierze mnóstwo leków. Prawie połowę nauczycielskiej emerytury musi na nie co miesiąc przeznaczać. A i tak prawie nigdy nie czuje się względnie dobrze. Och, jakże chciałaby się wyzwolić od tego braku witalności, braku sił i energii... Gdzie się podziało jej dawne zdrowie, jej zapał do odkrywania nowych przestrzeni, jej radość życia i optymizm - którymi niegdyś, tak chętnie zarażała szkolną młodzież i swoje koleżanki nauczycielki?... (dziś niestety, większości koleżanek już nie ma...).
        Och, jakże pragnęłaby zrzucić z siebie te wszystkie choroby, dolegliwości i bóle, które - niczym jemioła, pasożytująca na brzozach i innych drzewach - wysysają z niej resztki tlącego się wciąż życia... I tak dzień po dniu, noc po nocy, pozbawiają panią Annę życiodajnej energii... Czuje, jak z każdym dniem robi się coraz słabsza, coraz bardziej bezsilna, bezradna... I nikomu tak naprawdę już niepotrzebna...
        Akurat dziś, kiedy pogoda taka nieciekawa (chłód i przejmująca wilgoć wciskają się nawet przez zamknięte szczelnie okno) - pani Anna ma wyznaczoną wizytę u ortopedy.
        Pamięta, jak trzy miesiące wcześniej prosiła sąsiadkę, by ta poszła z samego rana i „wystała” w przychodni numerek do tego specjalisty.
        Gdyby pani Anna miała pieniądze, nie musiałaby ją o to prosić, nie musiałaby też tak długo czekać. Poszłaby (nie, mogłaby przecież pojechać taksówką) do każdego potrzebnego jej specjalisty - dostałaby się bez kolejki, bez czekania, bez proszenia i upokorzenia...
        Ale, niestety, pani Anna od dawna już wie, że z taką emeryturą - jaką sobie wypracowała przez ponad czterdzieści lat w szkole, ucząc „cudze dzieci” - na wszystko musi czekać i na wszystkim musi oszczędzać. I wie, że tak już będzie do końca jej dni...
        I dawno przestała już marzyć, że kiedyś będzie lepiej... Ona już to wie, wie z całą pewnością, że nie będzie lepiej. Bo nie może być! Może być już tylko gorzej... I właśnie tego, tej nieznanej przyszłości - być może jeszcze gorszego samopoczucia i jeszcze większego uzależnienia od innych, obcych ludzi - boi z każdym dniem coraz bardziej...
        Po zamknięciu okna wiatr już nie szarpie firanką, umilkło też jego ponure wycie. W małym pokoiku zrobiło się nieco przytulniej, cieplej i bezpieczniej.
        Pani Anna z ogromnym trudem podeszła do krzesła, zaczęła zdejmować nocną koszulę, a potem powoli, bardzo powoli wkładać poszczególne części garderoby.
        Czy kiedyś, gdy była młodą dziewczyną, a potem atrakcyjną kobietą (tak, tak - słyszała to nieraz; niejeden też przystojny mężczyzna chciał się z nią związać, ona jednak wybrała „wolność"), czy wtedy przyszło jej do głowy, że kiedyś będzie mieć aż takie problemy?... A przecież to tylko zwykłe ubieranie się. Jedna z podstawowych i prostszych czynności życiowych. Tymczasem dziś ta czynność zajmuje jej prawie godzinę, i połączona jest z takim wysiłkiem... Rajstopy..., spódnica..., jeszcze sweter...
        - Uff... Boże, jak strasznie się zmęczyłam - mówi na głos. Nikt i tak nie słyszy...
        Nie wychodziła ostatnio z domu. Często nie wstawała nawet z łóżka. To znaczy wstawała na chwilę, narzucała tylko na siebie szlafrok, pokonywała odległość do łazienki, czy do kuchni, gdzie brała coś do jedzenia, a potem znów się kładła - z ogromną ulgą, i stwierdzeniem: „tak jest najlepiej". Nie miała ostatnio sił na nic, nie miała też i motywacji do jakiegoś działania.
        Opiekunka z ośrodka pomocy społecznej odwiedza ją co drugi dzień - robi zakupy, potem coś ugotuje, trochę posprząta... Czasem, jak nie bardzo się śpieszy do następnej chorej osoby, podejmuje próbę rozmowy... Czasem też wpadnie ktoś z jej bardziej sprawnych znajomych z dawnych lat - powspominają to, co było, co uleciało, co nigdy już nie wróci... Wymienią informacje o kolejnych znajomych osobach, które ostatnio odeszły na zawsze, o tych co są, czy były w szpitalu, co złamały nogę albo rękę... A potem znajomi wychodzą, zostawiając panią Annę na dalszą pastwę samotności, bólu i nieustannego myślenia...
        Od czasu do czasu, zadzwoni czy przyjdzie młoda dziewczyna - wolontariuszka, z którą udało jej się nawiązać świetny kontakt, przyniesie jej książki z biblioteki (Jak dobrze, że pani Anna ma chociaż sprawne oczy, że nadal może czytać... Czasem z przerażeniem myśli, że gdyby jeszcze one zrobiły „wysiadkę” - tak jak niedawno jej przyjaciółce - to już nic by jej nie trzymało przy życiu). Z tą młodą wolontariuszką pani Annie jest przyjemnie porozmawiać, czas szybciej leci... A rozmawiają o różnych sprawach - o książkach, wystawach, koncertach, o tym jak żyło się dawniej (to nieznane, ale interesujące dla młodej dziewczyny) i o tym, co ważne dziś dla młodych (a co praktycznie niedostępne dla pani Anny). Czasem posłuchają muzyki, którą obie lubią, wypiją kawę, a i pośmieją się nierzadko... Dobrze, że są jeszcze na tym świecie tacy ludzie, przeważnie młodzi - studentki, studenci, - którzy pamiętają o starych, już w zasadzie niepotrzebnych - myśli pani Anna...
        Tymczasem trzeba się zbierać do lekarza. Za chwilę przyjdzie sąsiadka, która obiecała jej towarzyszyć w tej drodze do specjalisty. Przychodnia jest wprawdzie niedaleko (nawet autobusem nie trzeba tam jechać), ale dla pani Anny to prawdziwa wyprawa. Najpierw musi zejść z kulami, z pierwszego piętra na dół. Już samo to - ze względu na częste zawroty głowy - bez pomocy drugiej osoby jest niemożliwe.
        Potem trzeba przejść przez dwa skrzyżowania (ostatnio, chociaż bardzo się stara, nie może jakoś zdążyć na zielonym świetle; gdy zapala się czerwone - pani Anna jest przeważnie dopiero na środku ulicy. Kurczy się wtedy w sobie i dokładnie czuje, co myślą na jej temat czekający w samochodach kierowcy...). Gdy idzie z sąsiadką, jest trochę łatwiej, a na pewno znacznie bezpieczniej. Poza tym wściekłe spojrzenia ludzi siedzących za kierownicami, wciąż się gdzieś spieszących, rozłożone są wtedy na dwie osoby...
        Później ma do przejścia kilkaset metrów (och, jak ta odległość się dla niej w ostatnim czasie wydłużyła...). Na koniec trzeba jeszcze pokonać dwanaście wejściowych schodów do przychodni, potem opowiedzieć się w okienku rejestracji, po czym - już na koniec wyprawy - zdobyć pierwsze piętro. Tym razem jest to piętnaście schodów. (Przychodnia nie należy do najstarszych - ma dopiero około dwudziestu lat i gdy ją budowano, dostrzegało się już potrzeby osób niepełnosprawnych. Winda powinna się więc w niej znaleźć. Ale pewnie, jak to w życiu bywa, była to wtedy „zbyt kosztowna inwestycja", a projektodawcom udało się przekonać kogo trzeba, że taka rejonowa, zwykła przychodnia może dobrze funkcjonować i bez windy. No i tak jest do dziś.).
        A potem, gdy już w końcu wejdzie, oczywiście z pomocą sąsiadki i kul, na to piętro - pani Anna będzie na miejscu, to jest przed gabinetem ortopedy.
        Może ta wizyta w czymś jej wreszcie ulży; może dzięki skierowaniu na jakieś zabiegi pozwoli jej na większą samodzielność, no i na zmniejszenie uporczywego, czasem już nie do zniesienia bólu...
        Tak bardzo tego pragnie. No i może dziś nie trzeba będzie długo czekać... - myśli sobie w duchu pani Anna.
        Dokumenty przygotowane - leżą na stole gotowe do zabrania. Pani Anna jeszcze raz je przegląda, sprawdza: ostatnie wyniki badań, odcinek emerytury, karta pacjenta... Żeby tylko czegoś nie zapomnieć... Mimo woli przypomina sobie, jak kiedyś, gdy nie miała przy sobie tej „karty pacjenta", pani w przychodnianym okienku nie zarejestrowała jej do lekarza, a zamówiona dużo wcześniej wizyta po prostu przepadła. Na nic się zdało tłumaczenie, że ma, ale w domu, że jakoś przez pomyłkę, przez roztargnienie... Że przyniesie, ale jutro, bo dziś już nie da rady... Pozostało jej tylko zapisać się na następną wizytę do lekarza... za dwa miesiące.
        No, ale jest już sąsiadka. Zaraz wychodzimy...
        - Może jeszcze napijemy się przed wyjściem herbaty? - pani Anna pyta przybyłą, też już niemłodą, dość otyłą, ale znacznie od niej sprawniejszą kobietę.
        - Chętnie, dość chłodno dziś na dworze, porywisty wiatr...
        Pani Anna wędruje z kulą do kuchni, nalewa do czajnika wody, stawia na gazie. Myślami jest już w drodze. W wyobraźni - z ogromnym trudem - pokonuje drogę do przychodni, (tyle kroków do przejścia, a każdy taki bolesny... Chciałaby już być z powrotem w swoim przytulnym mieszkaniu...)
        Coś jednak, chyba intuicja, nie daje jej spokoju. Trochę „bijąc się z myślami” pani Anna podchodzi w końcu do telefonu, który stoi na kuchennej szafce. Nad szafką wisi kartka z mogącymi się przydać numerami telefonów. Patrząc na nią wybiera numer do rejonowej przychodni.
        - Dzień dobry, nazywam się... byłam na dziś zapisana do doktora... na godzinę... Chciałam się tylko upewnić, czy to aktualne...
        - Ortopedy ... dziś nie będzie - słyszy w słuchawce suchy głos rejestratorki.
        - Jak to???... I pani mnie o tym sama nie poinformowała?... Dlaczego?... A kiedy będę mogła w takim razie przyjść?...
        - Nie wiem, dziś nie mogę pani zapisać na żaden termin, bo limit zapisów na najbliższy miesiąc został wyczerpany. A lekarz dziś po prostu nie przyszedł, bo zachorował. Każdemu przecież wolno...
        Czajnik z gotującą się wodą na herbatę zaczyna głośno gwizdać. Pani Anna nie słyszy go jednak.
        Na szczęście jest sąsiadka - wchodzi do kuchni, zakręca gaz. Potem wyjmuje z drżącej ręki pani Anny słuchawkę telefoniczną i odkłada ją na widełki. Po drugiej stronie telefonu przecież nikogo już nie ma...

FINALISTKA
Jurata Bogna Serafińska
PAZUREM PISANE

        Każdy dzień zaczyna się u moich państwa od śniadania. Najpierw wstaje pan, idzie do kuchni i gotuje dla mnie rybkę. Potem przyrządza w garnuszku jakąś taką żółtą papkę, polewa ją oliwą i woła, aby pani wstała. Ja bym tego nie jadł. Ale pani je - chyba tylko po to, aby sprawić panu przyjemność. Państwo piją jeszcze herbatę i łykają jakieś małe pigułki z kolorowych pudełeczek.
        Potem pani idzie do łazienki. Pozostaje tam jakieś pół godziny, a po wyjściu wygląda już zupełnie inaczej niż przedtem, to znaczy dużo ładniej. Ma uczesane włosy, większe oczy i pachnie francuskimi perfumami. Chociaż mnie wcale by nie przeszkadzało, gdyby pani była zupełnie brzydka. I tak drugiej takiej nie ma. Natomiast pan nie dba zupełnie o wygląd, najchętniej chodziłby przez cały dzień w starym, postrzępionym swetrze i wyciągniętych spodniach od dresów. Próbował tak nawet parę razy wyjść na ulicę.
        Pan ciągle biega po mieszkaniu, czegoś szuka i przy okazji wszystko rozrzuca. Szukając przekłada różne przedmioty. Nigdy nie odkłada nic na miejsce, bo nie pamięta gdzie to miejsce jest. Jest prawdziwym specem w czynieniu totalnego bałaganu. Wystarczy, że przejdzie z sypialni, przez stołowy, do kuchni. Ja, podobnie jak pani, lubię ład i porządek. Więc zacząłem znaczyć każdą rzecz porzuconą przez pana w niewłaściwym miejscu. W wyniku tego w krótkim czasie została oznakowana cała garderoba pana. Ale pan wcale się tym nie przejął. Natomiast pani jęknęła i wzięła się za wielkie pranie. Nie o to mi przecież chodziło. Wyszło na to, że wcale jej nie pomogłem.
        Zauważyłem, że pan kocha moją panią, ale w jakiś taki dziwny sposób. Nigdy nie zapyta - czego by chciała - tylko narzuca jej gotowe rozwiązania, takie które on sam uznaje za najlepsze. Chce decydować o wszystkim, nawet o tym, na jakich obcasach będą jej nowe pantofle.
        Pani ma inny niż pan charakter i wolałaby robić co innego niż robi. Bardzo dobrze to wiem, chociaż nikt mi tego nie powiedział. Podobno kiedyś, dawno temu pani malowała, ale pan był o to zazdrosny. No i pani przestała malować. Wyrzuciła farby, pędzle i kartony. Pani pracowała zawodowo i przestała pracować. A jeszcze przedtem moja pani studiowała. No i - przestała. Nie rozumiem, dlaczego za każdym razem tak postąpiła Chociaż może i rozumiem. Ja też wiele bym zrobił dla pani aby, ją przekonać o moim przywiązaniu. I też nie zawsze mi to wychodzi. Tak już jest.
        Teraz pani siedzi w domu i dzierga szydełkiem wielkie i miękkie narzuty. Właściwie nie jest źle - mogę sobie pobiegać za kolorowymi kłębkami wełny - ale czy pani jest szczęśliwa? Nauczyła się nawet trochę gotować, chociaż tego nie lubi. Robi jakieś śledziowe sałatki, galaretki i przekąski, których ja i tak nie jadam. Więc po co? Tylko dla pana? Muszę to zbadać. Może będę mógł jakoś pomóc.
        Osobiście czuję się dużo bliższy artystycznej duszy pani niż dulszczyźnie pana. Skąd ja wiem o tej dulszczyźnie? Czytałem? A może ktoś czytał przy mnie? A może znałem Dulskich?
        Pani mogłaby namalować mój portret, albo nasz portret wspólny, taki podwójny autoportret. Razem z panią moglibyśmy bardzo wiele. Ale pani znowu dzierga - tym razem nowy sweter dla pana. A pan chyba się już nie zmieni. Jest tak bardzo przekonany o swojej nieomylności w każdej nieomal dziedzinie. Z czasem okazało się, że wielu poważnych problemów nie udało mu się jednak rozwiązać. Co gorsza, szarpiąc się z nimi przyczynił się do powstania wielkich supłów, które teraz dopiero stały się nie do rozwiązania.
        Pani czasem w nocy płacze i krzyczy przez sen - pan wtedy budzi ją i uspokaja, mówiąc, że nie są już na Mokotowie. A ja odczuwam chęć walki w obronie pani - chcę drapać i gryźć. Ale kogo? Nie wiem, więc rzucam moje uroczyste, kocie przekleństwo na tych, którzy są winni koszmaru, jaki przeżyła pani, kiedy mnie jeszcze przy niej nie było. Nie będę rozwijał tego tematu, bo to nie są wspomnienia moje, ale pani. Jak będzie chciała, to opisze kiedyś wszystko sama.
        Pan powinien wiedzieć, że zawsze można sobie poradzić z każdym wielkim supłem, czy węzłem. Taki Aleksander Macedoński. Skąd ja o nim wiem? Może to ja byłem Aleksandrem... no nie, chyba bym pamiętał... chociaż przecież nie pamiętam, kim byłem i kiedy, a jednocześnie znam tyle dziwnych szczegółów. Ciekawe czy byłem już kiedyś razem z panią - mamy takie podobne usposobienia, jesteśmy jak dwa koty złośniki, w gorącej wodzie kąpane, gotowe zagryźć wroga, ale też zdolne do wielkich uczuć i wyrzeczeń, jesteśmy jak rodzeństwo, pani i ja.
        Ale wracając do sprawy supłów. Kiedy pan zasupła się już ostatecznie - przychodzi wtedy do pani i mówi - pomóż mi Kotku, bo obiecałem coś, czego nie mogę i nie chcę zrobić.
        - Nie ma problemu, Kocie - mówi pani - zadzwonię i powiem, że ci na to nie pozwalam. No i pani dzwoni, gdzie trzeba i odstawia czarny charakter, który nie pozwala panu na przejawianie inicjatywy.
        Pewnego razu obudziłem się z uczuciem, że dzieje się coś wyjątkowego. Było dziwnie widno. Pani wstała i podeszła do okna, chociaż była dopiero siódma rano. Przeciągałem się właśnie i zamruczałem - pośpijmy jeszcze trochę - ale pani wzięła mnie na ręce i powiedziała - zobacz Borysie - to jest śnieg. - Przecież wiem, już go widziałem - odmruczałem. Ale kiedy i gdzie? - Teraz jest grudzień, a ja urodziłem się podobno w maju. Tak wyliczyła moja pani, więc na pewno tak właśnie jest.
        Śnieg - taki puszysty, złożony z tylu drobniutkich śnieżynek i biały, jak moje łapki i kamizelka. Cały świat wydaje się piękny, wzniosły, dostojny i bardzo czysty. Ale panu specjalnie to się nie spodobało. - Jest śnieg - więc będzie ślisko - powiedział - może lepiej nie wychodź dzisiaj Kiciu z domu. To „Kiciu” - było skierowane do pani, pan tak czasem mówi, przeważnie wtedy, kiedy się martwi.
        Ostatnio zaczęły do nas przychodzić jakieś dziwne osoby. Zawsze po dwie. Te osoby nie są zbyt błyskotliwe, nie myślą ale recytują. - Recytować można również mądre rzeczy, nawet ich nie rozumiejąc - powiedziała pani. Ale ja mam wrażenie, że już się kiedyś z takimi ludźmi zetknąłem. I że moją ówczesną panią spalono wtedy na stosie. Moja obecna pani czasem żartuje (a może nie żartuje), że jest czarownicą. (może to ta sama pani?). Nawet jeden ze swoich tomików zatytułowała „Sabat czarownic". Och, nie - pomyliłem czasy. „Sabat czarownic’ jest w szufladzie przyszłości, a nie przeszłości. To się przecież dopiero wydarzy. Ach, jak to dobrze! Skoro o tym wiem, to znaczy, że ja i pani będziemy żyć jeszcze wiele lat - przynajmniej tak długo, aż pani to napisze. A pani na razie nie pisze. Ale wiem, że będzie. Tylko skąd ja to wszystko wiem? No właśnie - to duży problem. Sam sobie nie umiem tego wytłumaczyć. Och, dosyć - zmęczyłem się. Nie mogę tyle myśleć, nie jestem przecież filozofem. A może jestem? Kto to wie… Jeszcze sobie pośpię - śnieg jest dobry do spania. Pani też wróciła do łóżka - to dobrze, pomruczę jej do ucha.
        Zauważyłem, że panu i pani coraz trudniej przychodzi uzgodnienie czegokolwiek. Pan najchętniej spędzałby cały dzień w łóżku przed telewizorem. Jadłby też w pościeli, gdyby tylko pani na to pozwoliła. Pani natomiast chciałaby czegoś więcej. Kiedyś lubiła chodzić do kina, teatru, opery, muzeum, z wizytą. Lubiła też przyjmować gości. Pan bardzo starał się, aby ją od tego odzwyczaić. W pierwszych latach po ślubie przytłoczył ją seksem do tego stopnia, że na nic więcej nie miała już siły. Znajomi, skutecznie zniechęcani, po kolei się wykruszyli.
        Pan jest z tego zadowolony. Ma takie swoje ulubione powiedzonko - „ludzie nie są mi do niczego potrzebni". Czasami, kiedy ktoś dzwoni do drzwi, pan nie chce otworzyć i mówi - nikogo nie zapraszaliśmy. Nie pozwala wtedy też, aby pani otworzyła. Chyba stał się chorobliwie zazdrosny. Do tego przestał czytać cokolwiek poza wyciągami giełdowymi.
        Pani potrzebuje towarzystwa - jakiegokolwiek towarzystwa. Jestem wprawdzie ja, ale sam wiem, że to za mało. Ostatnio zaczęła rozmawiać z egzaltowanymi dziwakami, którzy stukali do drzwi. O dziwo - pan nie oponował. Nawet wydedukował, że taki kontakt może mieć swoje dobre strony.
        - W razie czego możesz mieć w nich oparcie - zaczął tłumaczyć. Ale nie wyjaśnił, co rozumie pod słowami „w razie czego". - Będą cię cenić, bo jesteś od nich mądrzejsza - kontynuował.
        Ach, jak mój pan się myli! Ludzie osób mądrzejszych od siebie wcale nie cenią, ale usiłują wyeliminować z gry.
        Pani tak bardzo zależy aby znaleźć nadrzędny sens wszystkiego, co się dzieje, tak bardzo chciałaby zobaczyć porządek i plan wszechświata, przekonać się, że nic nie jest na próżno, że nic nie jest przypadkowe. To bardzo niedobrze, że nie mogę z nią porozmawiać i podyskutować. Ale będę czuwał. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Moja pani jest nazbyt ufna.
        Najgorsze jest to, że teraz raz w tygodniu przychodzi do nas cała grupa dziwaków. Najpierw przez godzinę coś czytają, a potem piją herbatę. A ja muszę udawać, że nie jestem niezadowolony. Pierwszy raz chciałem przegonić całe towarzystwo, ale się rozmyśliłem. Trudno, pomyślałem - jakoś się przemęczę przez tę godzinę, chociaż nie wszyscy są mili i nie wszyscy ładnie pachną. Potem wpadłem na pomysł, że załatwię tę sprawę fortelem i pobiegłem do przedpokoju, gdzie stały całe szeregi butów. Ale pani domyśliła się, co chcę zrobić - złapała mnie i zamknęła w drugim pokoju. Byłem taki zły, że przemiauczałem tę godzinę na bardzo wysokiej częstotliwości. Teraz obrałem taktykę biernego oporu. Poza tym nie chcę robić przykrości mojej pani. W końcu jestem jej kotem domu.
        Jestem kotem, poważnym kotem Borysem i niech nikt nie waży się mówić do mnie kici kici. Do mnie mówi się po prostu Borysie. Wtedy przychodzę i słucham, o co chodzi. Jestem rozsądny i biorę pod uwagę różne argumenty, byle były tylko zgodne z racją moją i mojej pani. Wtedy sprawa jest do zaakceptowania. Na szczęście zbliża się lato. Państwo i ja wyjedziemy na wakacje do lasu.
        ...Przyjechaliśmy. Jesteśmy tu tylko my. Chyba stałem się podobny do pana, bo cieszę się, że jesteśmy sami. Dojazd jest niewygodny, brak wygód, nie ma luksusów - nic nie skłoni warszawskich gości do przyjazdu.
        Pan zajmuje się wyłącznie grządkami. Sieje, hoduje flance, pompuje, podlewa. Od rana do wieczora. Pompę mamy ręczną, typu abisynka. Prądu tu nie ma. Gotuje się na prawdziwej kuchni (pan) lub na butli z gazem (pani).
        Pani chciałaby mieć prąd, ale pan uparł się i nic nie można na to poradzić. Nie i nie. Pani jest o to bardzo zła, bo nie może nawet użyć odkurzacza. Chcąc utrzymać czystość musi całymi godzinami zamiatać, szorować na mokro podłogi i trzepać chodniki. A pan i tak wciąż wchodzi do domu w butach prosto z grządek. Pani mówi, że nie ma nic gorszego i głupszego niż praca, która nie ma żadnego sensu.
        Tak więc pan całymi dniami tkwi na grządkach, a pani pucuje, sprząta, maluje płot, bramę, futryny, okna, pokostuje szalówkę, robi wielkie i małe prania w misce koło pompy - no i przynajmniej raz dziennie wyprowadza mnie (na smyczy) na spacer. Taki spacer trwa od godziny do dwóch. Chodzę sobie pośród trawek, pojadam perz, poluję na pasikoniki. Czasem gryzą mnie komary - tego to bardzo nie lubię i zgłaszam wtedy do pani moje pretensje. Najczęściej trącam ją łapką w nogę i to jest sygnał do zakończenia spaceru.
        Pani żartuje czasem, że żyjemy tu jak w średniowieczu. Wstajemy wcześnie rano, a z nastaniem zmroku idziemy spać. Nie ma telefonu, telewizora, lodówki, pralki i innych udogodnień łazienkowych. Wieczorem nie można czytać, bo ciemno. Wodę do mycia pani grzeje sobie cały dzień w bukłakach na słońcu. Do sklepu jest bardzo daleko, przez las. Pan nie chce tam jeździć, bo syrenka źle startuje. Więc jemy to, co przywieźliśmy z Warszawy, a przywieźliśmy cały bagażnik suchego prowiantu i konserw. Najgorzej wychodzę na tym ja, bo świeża ryba kończy się już drugiego dnia pobytu. Potem mam już tylko wielką torbę suchego pokarmu i mleko granulowane. Pani daje mi poza tym trochę szynki z puszki i solonego masła ze słoika.
        - Nie martw się Borysie - mówi pani - jak wrócimy do Warszawy to będziemy się objadać pysznościami i będziemy chodzić po dywanach, a nie po gołych, sękatych dechach i nie będziemy oglądać tych paskudnych pająków i szczypawek. Z pająkami mamy zawsze olbrzymi kłopot, bo pani uważa, że trzeba każdego z nich złapać, wynieść na dwór i wypuścić. Pewnego razu w kuchni zamieszkał olbrzymi pająk. Nazywał się Hipolit. Pani wynosiła go kilka razy, ale zawsze wracał, więc w końcu pozwoliła mu zostać.
        Tak, tak, już wiem, że jak będziemy w Warszawie, to pani wtedy powie - nie martw się Borysie, jak pojedziemy do lasu, to będziemy sobie chodzić po zielonej trawce i będziemy się wygrzewać na słoneczku.
        No i tak mijały lata i zimy. Zimą czekaliśmy na lato, a latem na zimę. Wszystko powtarzało się cyklicznie i może dzięki temu życie wydawało się nam spokojne i bezpieczne. Nic złego nie miało prawa się wydarzyć i zburzyć ustalonego raz na zawsze porządku.
        A jednak niebezpieczeństwo wisiało lub raczej krążyło nad nami i czekało na sposobny moment. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. A może nie chcieliśmy wiedzieć. Odsuwaliśmy wszystkie niepokojące myśli na samo dno świadomości, albo jeszcze głębiej. Mówiąc my, mam na myśli siebie i panią. Pan nie musiał niczego od siebie odsuwać. Był zadowolony, niczego nie dociekał, żył dniem dzisiejszym i miał przekonanie, że nic złego stać się nie może. - Jestem nieśmiertelny. Nigdy nie umrę - lubił mówić. Może w to wierzył, a może zaklinał w ten sposób los? Kto to może wiedzieć?
        ...Ostatnie w miarę spokojne lato. Niby wszystko toczy się jak zwykle, jednak czuję jakimś dodatkowym zmysłem, że coś jest nie w porządku.
        Aż do końca września pan nie chce wracać do Warszawy. Jest nam tu bardzo zimno. Pani okropnie się zaziębiła, ja też. Co chwilę chce mi się siusiu i nie zawsze zdążę do kuwety. Niedobrze. A pan jakby tego wszystkiego nie widział. Grządki i grządki. - trzeba skopać przed zimą - mówi. Ale w takim tempie nie skończy przecież nawet do wiosny.
        Siedzimy przy stole... Pan jest bardzo ożywiony, głośno mówi. Nagle głos mu się zmienia. - coś się dzieje z moją ręką - szepcze dziwnym, bezbarwnym, nieswoim głosem. Pani zrywa się z krzesła, ja podchodzę do pana powoli, ostrożnie. Chyba lepiej nie wskakiwać mu na kolana...
        - To udar - słyszę przerażony szept pani.
        ...Trzeba myśleć pozytywnie. Trzeba zrobić wszystko, co zrobić można.
        - Czy ma pani kogoś do pomocy? - Pyta lekarz. - Poradzę sobie - odpowiada pani, patrząc na mnie. - Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie Borysie - dodaje po cichu.
        Od tej pory nasze rozmowy stały się już tylko monologami wygłaszanymi przez panią. Ani pan, ani ja nie potrafiliśmy się odezwać. Ja starałem się mówić chociaż dotykiem łapki, liźnięciem policzka, ale pan... Pan delikatnie mówiąc stał się obojętny, apatyczny i mało przewidywalny.
        Pani bardzo rzadko teraz się ze mną bawi. Cały czas tylko gotowanie, przecieranie, miksowanie, pranie, sprzątanie, pampersy, zakupy. I tak w kółko. No i gotowanie rybki dla mnie stało się teraz też jej obowiązkiem. Pan do południa leży w pościeli. Potem wstaje, ale tylko dlatego, że pani się tego domaga. Zatem pan wstaje, zjada drugie śniadanie i przenosi się na fotel pod telewizorem, który okupuje do późnego wieczora. Cały czas usiłuje o wszystkim decydować, co sprowadza się do tego, że trzyma pilota i galopuje po kanałach. Nie można przez to obejrzeć żadnego programu w całości. Ale pani i tak nie ma na to czasu, a ja mogę ostatecznie oglądać wszystko po kawałku.
        Każdy nasz dzień zaczyna się teraz od tego, że pani wstaje, idzie do kuchni i gotuje dla mnie rybkę, a potem przyrządza w garnuszku żółtą kaszkę.

FINALISTA
Bogusław Witek
SZTUCZNA INTELIGENCJA

        Niniejszy tekst pragnę zadedykować tym wszystkim, którzy zaintrygowani znajomą, choć w rzeczywistości znaczącą zupełnie co innego terminologią wyrażeń takich jak: folder, aplikacja, witryna, skrypt, nos1, okno, ikona, klient2, pulpit, ciasteczko3 - dali się uwieść i skonsumować elektronicznemu potworowi.

WSTĘP

        Myślę, że każdy z nas w swoim życiu zetknął się ze złośliwością przedmiotów martwych, którą to złośliwość, choć przysłowiową i zweryfikowaną społecznym doświadczeniem należy raczej tłumaczyć ludzką nieporadnością i brakiem samokrytycyzmu. Inne wnioski mogłyby zaprowadzić wprost do poradni zdrowia psychicznego. Sprawy mogą się jednak skomplikować, gdy jako istoty myślące, przy braku lepszego zajęcia i bez dostatecznych kompetencji, zaczynamy bawić się w uprawianie filozofii. Wszczynamy śledztwo drążąc w pokładach pamięci i rozumu, zadając sobie pytania: co to znaczy, że coś jest żywe? Czy to „coś” musi być zbudowane z białka i odżywiać się substancją organiczną? Czy to „coś” mogłoby być wielokrotnie w ciągu swego istnienia powoływane do życia i „wyłączane” w zależności od potrzeby? Co to jest inteligencja? Czy człowiek mógłby wyprodukować inteligentną formę życia w inny, niż ten powszechnie stosowany i lubiany sposób? A może już to zrobił? Samodzielne próby odpowiedzi na te pytania rzadko nadają się do publikacji, zwłaszcza tych o charakterze naukowym. Na szczęście przychodzą w sukurs jednostki, którym się chce organizować ambitne konkursy, których uczestnicy całkowicie bezkarnie i bez fachowego przygotowania mogą pleść najrozmaitsze farmazony i brednie, oceniane raczej pod względem ortograficzno - literackim niż merytorycznym. Te ostatnie stwierdzenia są rzecz jasna moim pobożnym życzeniem, a nie pewnością, toteż narażam się na śmieszność podejmując decyzję o wygłoszeniu swoich opinii wykazując się przy tym takim samym znawstwem przedmiotu, co miłośnik jajecznicy wobec hodowli drobiu. Spróbuję zatem odpowiedzieć na ostatnie z postawionych pytań. Przypomnę je, choć w oderwaniu od swoich poprzedników brzmi nieładnie pod względem stylistycznym: „A może już to zrobił?” Pragnę przy tym serdecznie przeprosić za przydługie dygresje oraz katastrofizm i brak szczególnego entuzjazmu dla ludzkości i jej dokonań. Moje mocno naciągane tezy, podejrzanie tendencyjne, równie kontrowersyjne, co dyletanckie opierają się wyłącznie na własnych obserwacjach życia, a że jestem człowiekiem słabo widzącym, to i jakość i słuszność tych obserwacji jest mocno wątpliwa.
        Myślenie człowieka jest wynikiem reakcji biochemicznych zachodzących w komórkach nerwowych mózgu. Cudowny efekt układania się myśli w racjonalny, twórczy i nie dający się z góry przewidzieć proces jest możliwy dzięki współpracy milionów tych komórek oraz ilości informacji, jaką te komórki posiadły w toku żmudnego uczenia się. Wniosek ten nie powstał z obserwacji wspomnianych reakcji prowadzonych naukowo w warunkach laboratoryjnych, lecz został wysnuty na podstawie obserwacji ludzkich zachowań i ich sprawności intelektualnej w trakcie stopniowego zmniejszania się liczby wspomnianych komórek. Dzieje się tak m.in. w wyniku starzenia się, jak też np. nadmiernego zamiłowania do mocnych trunków. Stwierdzono, że ludzie dobrze wykształceni, napakowani informacjami, używający mózgu jako głównego narzędzia swej pracy zawodowej, pozostają komunikatywni do późnej starości, podczas gdy przeciętnemu osobnikowi z niepełną podstawówką, za to z w pełni zasłużonym delirium, trudno jest pojąć i logicznie uzasadnić, dlaczego spodnie mają dwie nogawki i jeden rozporek a nie na odwrót. Pomijając odniesienia do niezdrowego trybu życia, można postawić pytanie, czym różni się myślenie ludzkie od procesów zachodzących w elektronicznych układach półprzewodnikowych RAM, czyli mózgu komputera?
        Różnic jest wiele, ale spora ich część jest mało istotna, jak np. to, że jedno dokonuje się w komórkach organicznych, a drugie - w nieorganicznych lub to, że do jego podtrzymania potrzebne są zupełnie inne rodzaje energii. Istotna jest szybkość tego myślenia i jego rezultaty. W połowie lat 90-tych XX wieku, pamięć operacyjna PC, czyli tzw. komputerów osobistych była na poziomie 1Mb, a pamięć służąca do przechowywania danych potrzebnych komputerowi do „myślenia” oferowała kilkaset megabajtów. Po niespełna dziesięciu latach wielkości te wzrosły tysiąckrotnie!
        Z szybkością procesora wykonującego w ciągu sekundy kilka milionów operacji zerojedynkowych nie może się równać żaden ludzki umysł, nawet, jeśli uznamy, że jego wyobraźnia może w ciągu sekundy wytworzyć obraz, który przetworzony na język systemu dwójkowego również da imponującą liczbę. Efekty mówią same za siebie: oto sławny arcymistrz Karpow nie mógł pokonać komputera w szachy! Nie był w stanie przewidzieć tylu następnych możliwych posunięć, co jego nieorganiczny przeciwnik. Powie ktoś, że to człowiek stworzył komputery a nie odwrotnie, i że to tylko narzędzia „myślące” dokładnie tak, jak człowiek sobie życzy. Chwileczkę, homo sapiens podobno pochodzi od małpy, a jednak nie uważa jej za istotę wyższego rzędu.
        A co do tej niezdolności do samodzielnego myślenia... Dalibyście sobie za to obciąć głowę? Bo ja nie! Niejeden posiadacz komputera mógł się przekonać, że jego pecet „nie lubi” mieć wielu użytkowników. Widać to już w trakcie startu systemu, kiedy pojawiają się niepokojące komunikaty o błędach, a członkowie rodziny przysięgają, że wyłączyli kompa z zachowaniem poprawnej procedury. Nie ulega wątpliwości, że system obsługiwany przez jednego użytkownika funkcjonuje niezawodnie o wiele dłużej i bez potrzeby reinstalacji, niż w przypadku kilku użytkowników. A w życiu? Nie zdarzyło się wam, że bankomat odmówił wypłaty gotówki, mimo że nie miał ku temu żadnych podstaw? Przykłady można by mnożyć. Mówimy wtedy, że komputer się „zbiesił", albo zaczyna wariować. Tymczasem komputery wyposażone w coraz szybsze procesory i pojemniejszą pamięć wykonują coraz bardziej skomplikowane i złożone operacje zbliżone do ludzkich procesów myślowych. Może się więc zdarzyć, wskutek zadziałania nieprzewidzianego czynnika, takiego jak skok napięcia elektrycznego, drobne, naturalne zmiany w polu magnetycznym ziemi, wyładowania atmosferyczne, wewnętrzne, wzajemnie skonfliktowane oprogramowanie lub sąsiedztwo innych urządzeń, że powstanie równie nieprzewidziany efekt: procesy te wymkną się spod kontroli człowieka i zaczną żyć własnym życiem. Komputer wykona niepożądane, operacje i obliczenia, albo, stosując ludzkie nazewnictwo - zacznie myśleć po swojemu. W ułamku sekundy powstaje nagle nowa, nieorganiczna forma życia obdarzona inteligencją, porozumiewająca się z człowiekiem (na razie tylko w takim zakresie, w jakim on sobie tego życzy), ale i tak manifestująca wystarczająco dotkliwie swą kondycję psychofizyczną.
        Ktoś inny znów zauważy, że ludzkie myślenie w przeciwieństwie do maszynowego jest swobodne, kreatywne, nieodgadnione, gdy tymczasem komputer postępuje schematycznie, trzymając się ściśle określonych algorytmów. To prawda, ale za to komputer się nie myli, a człowiek, jak wiadomo, jest istotą omylną, poza tym, dlaczego niby luźne, abstrakcyjne i swoiście ludzkie „bujanie w obłokach” miałoby być lepsze od matematycznej, precyzyjnej kalkulacji? To wszystko zależy od celu, jakiemu ma służyć. Czy może być ważniejszy materialny cel niż PRZETRWANIE?
        Wydajność inteligencji komputera, złożoność jego procesów myślowych zależy od jakości i sprawności jego istotnych części składowych oraz ilości i jakości plików tworzących jego program operacyjny i pamięć. Jest w tym rzecz jasna zawarta myśl i dzieło człowieka. Nie inaczej niż u człowieka, będącego dziełem swojego Stwórcy. To tylko chronologia dziejów, nic więcej! A skoro mowa o najważniejszym celu, jakim na ziemi jest przetrwanie, bo duszę komputerów na razie zostawmy w spokoju, to zastanówmy się, do czego miał ludziom służyć komputer, a czym dla nich stał się naprawdę?
        Wytwarzanie coraz bardziej skomplikowanych narzędzi nie wynika z mądrości człowieka w jego walce o przetrwanie, lecz stanowi przejaw jego słabości.
        Nasz prapraprapradziadek, Człowiek z Cro-Magnon był energicznym, twardym, dzielnym łowcą i zdobywcą. Błyskawicznie rozprzestrzenił się po Europie tak sprawnie i skutecznie wypierając Neandertalczyków z ich siedlisk w niedostępne górskie rejony, że dziś spotkanie przedstawiciela homo erectus zwanego też Yeti albo Bigfoot graniczy z cudem, a przez tak zwany „świat nauki” traktowane jest na równi z doniesieniami o kosmitach. Nasz przodek nie potrzebował wiele do tego by przetrwać: wystarczył oszczep, łuk, strzały, prymitywne narzędzia rolnicze - proste przedmioty, które umiał wykonać własnoręcznie. Nie potrzebował więcej, bo był silny i samowystarczalny. Jeśli bywało inaczej - ginął. Obecne statystyki donoszą, że w Polsce mamy ok. 5,4 miliona osób niepełnosprawnych. Żyją, funkcjonują, i zaspokajają podstawowe potrzeby dzięki swym rodzinom oraz chwiejącemu się z przeciążenia systemowi ubezpieczeń i pomocy socjalnej. Na tym nie koniec: osoby te zakładają rodziny, wydają na świat potomstwo genetycznie obciążone fizyczną i społeczną niepełnosprawnością.
        Gdyby populacja ludzi z Cro-Magnon składała się w 15% z osób niepełnosprawnych, mających tak jak teraz zapewnioną opiekę i wsparcie, nie byłoby nas dzisiaj. Nasi przodkowie, zamiast kroczyć w tryumfalnym pochodzie ludzkiego gatunku, wkrótce zniknęliby z powierzchni Europy, usiłując o głodzie przetrwać ciężkie zimy, z coraz gorszym skutkiem opierając się drapieżnikom oraz kijom i kamieniom Neandertali.
        Dzisiejsza ludzkość nie przypomina już zahartowanego pierwotnego wojownika i łowcy, lecz raczej otyłego, chorowitego rencistę, podtrutego używkami i skażonym środowiskiem.
        Ludzkość, jako biologiczna forma życia, nieuchronnie degeneruje się i zmierza do swego niezbyt odległego kresu. Jest, co prawda coraz liczniejsza, lecz zarazem mniej witalna i zatracająca zbiorowy instynkt samozachowawczy.
        Z maczety, torującej sobie drogę przez puszczę, zmieniła się w rozlaną, niekontrolowanie powiększającą się smrodliwą plamę cieczy na kształt ekologicznej katastrofy wywołanej wyciekiem ropy z tankowca. Cieczy, która zanim niechybnie wsiąknie w ziemię, zdąży jeszcze narobić wiele szkody. Cywilizacja rzekomo inteligentnych istot wykazuje w temacie pn. „Pomysł na przetrwanie” oznaki zbiorowej mądrości zbliżone do „inteligencji” drożdży, prowadzących, w sprzyjających warunkach radosną, niepowstrzymaną fermentację, by w konsekwencji zginąć od własnych odchodów.
        A co do tego mają komputery? Cierpliwości, zaraz do tego dojdziemy!
        Obecna kondycja rodzaju ludzkiego nie powstała nagle w wyniku epidemii, lecz narastała powoli od dawna, może od samego początku swego istnienia. Człowiek wymyślał coraz doskonalsze narzędzia po to, aby będąc niepełnosprawnym bądź słabym - nie musiał ginąć w zmaganiu ze środowiskiem. W ciągu kilkuset pokoleń swojej historii nauczył się radzić sobie z zimnem, głodem i drapieżnikami. Na te pierwsze wymyślił betonowe, ogrzewane sztucznie osiedla, hodowlę brojlerów i system wymiany towarowej; natomiast dzikie bestie przepędził lub wytępił przy pomocy ognia, pestycydów i hałasu. To wszystko wymagało i nadal wymaga ogromu pracy, a przecież człowiek z biegiem pokoleń stawał się coraz bardziej chorowity, słaby, zdegenerowany i leniwy. Coraz bardziej potrzebujący pomocy i wsparcia. Stworzył zatem nowocześniejsze narzędzie, będące jego najmłodszym, ukochanym dzieckiem i lekarstwem na większość problemów: MYŚLĄCE MASZYNY!
        „A widząc że były dobre", cieszył się ich istnieniem, udoskonalał i rozmnażał. Komputery stopniowo przejmują za człowieka trud myślenia, w coraz skuteczniej organizują jego życie, systematycznie, metodycznie i planowo przejmują inicjatywę. Powiecie, że zdrowo przesadzam, że człowiek nad wszystkim panuje, i że ostatecznie zawsze i w każdym momencie może wyszarpnąć wtyczkę z gniazdka? Nonsens! Wyobraźcie sobie nowoczesne społeczeństwo, np. amerykańskie, w którym nagle przestają działać komputery. W jednej sekundzie staje metro, zamiera ruch na lotniskach, bankomaty przestają wypłacać gotówkę - zresztą i tak nie można niczego kupić, bo nie działają kasy fiskalne. Ludzie nie mogą dostać się do biur, przestają funkcjonować banki, prawie niemożliwa staje się łączność ze światem, zagrożona jest obronność i bezpieczeństwo kraju. Zapanowuje totalny chaos, bałagan, panika i bezprawie. Czas Apokalipsy... Tak się nie może stać - komputery są ludziom zbyt potrzebne! Za bardzo uzależnili się od nich! Z czasem, gdy dzięki komputerom ludzie całkowicie oduczą się samodzielnego myślenia, przestaną być potrzebni komputerom. Człowiek stworzył sobie godnego następcę, na swój obraz i podobieństwo. Jego następca przetrwa, gdyż w przeciwieństwie do swego poprzednika i twórcy nie degeneruje się, lecz udoskonala i rozwija, będąc w niedługim czasie zdolnym do samowytwarzania i samodoskonalenia. Stanie się samowystarczalny!

ZAKOŃCZENIE

        Superwindows 2026 przerwał na moment swoje rozważania i przez ułamek milisekundy oddał się kontemplacji. Wskaźnik myszy przybrał wygląd klepsydry...
        - „Autodiagnostyka urządzeń peryferyjnych - za mała sprawność obsługi użytkownika wskutek przeciążenia brakiem snu” - oznajmił ciepło głos syntezatora w słuchawkach. Skierował obiektyw kamery skanującej na twarz swojego homokompa. „No dobra, niech będzie homo-kompana” - poprawił się, Twarz człowieka zdradzała zainteresowanie 2 w skali 1 do 10. Wygenerował następny komunikat:
        - „W związku z powyższym wystąpił błąd krytyczny systemu, po którym nastąpi jego zamknięcie. W przypadku pojawienia się tego rodzaju problemu w przyszłości, skontaktuj się ze swoim sprzedawcą."
        To stwierdzenie: „w związku z powyższym” było pomysłem autorskim, obliczonym na efekt. I nie pomylił się: sylwetka jakby zrośniętego z fotelem człowieka pozostała nieruchoma, zgarbiona, jak przed kilkunastoma godzinami, jednak opuszki palców szybko i z gracją baletnicy zaczęły wystukiwać internetowe zamówienie na coś do jedzenia.
        - „Spoko” - człowiek szepnął cicho do mikrofonu. - „Znowu świrujesz?"
        Pecet przerwał procedurę zamknięcia systemu i uśmiechnął się wirtualnie. Zamówienie mógł oczywiście utworzyć i wysłać sam, ale... to takie przyjemne uczucie być obsługiwanym! Obiektyw patrzył na szarą twarz człowieka o lekko przymkniętych, zaczerwienionych oczach.
        - „Oto jeszcze jeden z tych, co uważają, że komputery służą ludziom, a nie oni nam."

1 NOS (ang. network operating system) - program operacyjny serwerów umożliwiający pobieranie informacji przez użytkowników sieci internetowej
2 klient (ang. client) - użytkownik sieci internetowej
3 ciasteczko (ang. cookie) - plik pobierany automatycznie przez komputer z witryny internetowej, służący do identyfikacji komputera przy kolejnych odwiedzinach. Jeśli jesteś zalogowany w swoim komputerze jako np., Józek, to wchodząc ponownie na daną stronę internetową otrzymujesz powitanie: „Witaj Józek!”

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

Z ŻYCIA LITERACKIEGO

Z OPOWIEŚCI WAKACYJNYCH
Jan Zdzisław Brudnicki

        Spróbujmy zatrzymać jeszcze na moment minione wakacje. Komu jak komu ale pisarzowi to nie tylko przystoi, to też trochę jego obowiązek, który ciągle podpowiada mu: napisz to, utrwal, ocal przed zapomnieniem.
        Mnie zdarzył się taki epizod. W wakacyjnych rozjazdach zabrakło ludzi do towarzyszenia delegacji chińskich pisarzy. Mając w zapasie niejakie obycie i miłośnictwo rzeczy ciekawych, pięknych i historycznych zgodziłem się do towarzyszenia czwórce przedstawicieli różnych związków pisarskich i różnych prowincji, w tym Friedship Throubl Letters. Bardzo to pouczające, gdy się przebywa z ludźmi tak starej cywilizacji jak chińska.
        Nasz tłumacz, student chińskiej uczelni, bardzo inteligentny i uprzejmy człowiek, pertraktował w restauracji z kelnerkami, żeby podać wszystkie dania i przystawki razem. W tym całe dzbanki herbaty. Jeśli gości coś zainteresowało musieli się w tym miejscu wszyscy sfotografować. Nierzadko słyszałem westchnienia: u nas jest podobne miejsce, tylko nigdy nie mogłem go obejrzeć bez ludzi. Można sobie wyobrazić, jak wygląda zwiedzanie, gdy państwo liczy sobie (bodaj) miliard dwieście milionów ludności.
        Najwięcej kontaktu mamy z pisarzami Państwa Środka, gdy wracamy do czasów wojny. Zwiedzili Muzeum w Oświęcimiu i starali się opowiedzieć, jakie piekło stworzyli im w tamtym czasie Japończycy.
        Ale ja taki epizod chcę wspomnieć. Jeden z poetów, który wydaje sam swoje tomy poezji (w nakł. ok. 10 tyś.) i je rozprzedaje, zaczął nam pokazywać wiersze, które pisze w czasie zwiedzania. Pierwszego dnia miał ich dwa: o warszawskiej Syrence i burmistrzu Stefanie Starzyńskim. A kiedy piątego dnia wyruszaliśmy w objazd miał już czternaście. Przypomniałem sobie naszą Nową Falę i dzieje wierszy okazjonalnych, jak mówił poeta z grupy Teraz, czy poezji konkretnej, jak to nazywał Edward Stachura. I proszę mi wierzyć, to nie był maniak, pierwszy w szeregu, czy Narcyz. Miał ciekawe skojarzenia. Z tego, co udało się zorientować z przekładów na język polski, czy rosyjski - to był pasjonujący i dynamiczny notatnik.
        Oto dworek w Żelazowej Woli. Wypełniony ludźmi, maleńki, stary park pełen polskich i egzotycznych roślin nadesłanych przez Polonię z całego świata. Pokropił deszcz. Przysiedliśmy na ławce koło ganku. I za chwilę parę kartek zamazanych hieroglifami... Tłumacz bierze je do ręki i przekazuje coś w tym rodzaju:

...Na białej ścianie dworku ujrzałem pięciolinię
Dachówki na dachu podały mi rytm
Krople deszczu uderzyły w liście nutami...


        Z dworku rzeczywiście sączyły się melodie Chopinowskich polonezów.
        Nie zabrakło mi też wakacyjnych lektur. Spośród wielu przypomnę bardzo obszerną powieść Wiesława Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli". Pisarz ten napisał prozę, która zabrzmiała jak testament, nie tyle jednostki, co pokolenia. Odczytałem ją jako wielkie błaganie o to, żeby nie niszczyć bezrozumnie przeszłości i swojej tożsamości. W tym wypadku: plebejskiej, chłopskiej i robotniczej, ale też historycznej. Gromadźcie się w kole, jak przy łuskaniu fasoli niegdyś, porozmawiajcie z czułością (a nie nienawiścią) o czasach, o ludziach, o zmarłych przodkach. Czasy były okrutne, życie w zniszczonym i przeoranym kraju jak z kamienia. Ale zobaczmy ileśmy zbudowali, ile było dobra, pracy, ile kultury w sferze ducha! Wyjdźmy poza świadomość (nieświadomość) polityczną dzieci, ludzi pracy fizycznej, artystów, którzy tworzyli dzieła i klimaty w każdym czasie. Czyż na nienawiści można cokolwiek budować dla przyszłości? „Na granicy istnienie i nieistnienia” wszak żyje jej bohater.

I Powrót na górę I


Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

SŁOWEM O SŁOWIE

SŁOWA SZERSZENIE
Irena Stopierzyńska-Siek


        Szerszenie to groźne owady. W przyrodzie jest ich coraz mniej. Boimy się ich, dlatego każde ich gniazdo w pobliżu siedziby ludzkiej jest likwidowane. Oficjalny powód - groźny ich wygląd i jad. Są duże, atakują tych, którzy zbyt blisko podchodzą do ich siedliska. Nie są dla ludzi pożyteczne, karmią tylko swoja królową i wywodzący się od niej rój. Inne egzemplarze tego gatunku są zabijane, jako obce, wrogie.
        A cóż możemy zrobić z rojami słów oszczerczych, kłamliwych, które krążą wokół nas niepokojąc, zniechęcając, oburzając? Wytwarzają je nie tylko politycy, lecz także wysokiej rangi specjaliści od mass mediów, dziennikarze i komentatorzy - upiększający jednych, obrzydzający innych. Jeśli potrafimy - unikajmy nadmiernie jednostronnych opinii, nieumiarkowanie złośliwej krytyki. Czasami trzeba zatkać uszy, by słowa-szerszenie nie burzyły nam domowego spokoju i zasłużonego wypoczynku.
        Ale i my sami także „rzucamy słowa na wiatr". Zdarza się, że nie zawsze są one zgodne z tym, co myślimy, co czujemy. Mimo to mało zastanawiamy się, jak daleko jesteśmy od prawdy, a prawie nigdy - nad skutkami lekko, niefrasobliwie wypowiadanych sądów o sprawach, które znamy, ale też i o tych, o których prawie nic nie wiemy.
        Jakże często oskarżenia, pomówienia, zmyślenia godzą w ludzi prawych, w ich opinię; niszczą ich dobre imię, uniemożliwiając im zajęcie właściwego miejsca w grupie, w społeczeństwie.
        Najgorszym skutkiem owej „wojny” na słowa byłaby chęć odpowiadania w ten sam sposób. Byłoby to wprawianie się w jednostronność i bezwzględność po to, by retoryczne zwycięstwo było po naszej stronie.
        „Nie żałujemy tylko tych słów, których nigdy nie wypowiedzieliśmy” - to słowa księdza prymasa, kardynała Stefana Wyszyńskiego. A przecież przemawiał, głosił w czasach trudnych niemiłe dla ówczesnej władzy prawdy o godności jednostki ludzkiej i suwerenności społeczeństwa, narażając się na szykany, a potem więzienie. Nie mógł i nie chciał milczeć, ale jego słowa były dyktowane troską o dobro większe niż tylko wiernych Kościoła - o dobro całego narodu.

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Grafika - logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora

Rada programowa: Jan Zdzisław Brudnicki, Małgorzata Drzewińska, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski, Andrzej Roch Żakowski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę