WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 4(15)/2006

W numerze:

Od Redakcji   >>>

POŻEGNANIA
Poetka - Irena Grzymała   >>>

PRZEMYŚLENIA
Słowa na skrzydłach niesione... - wywiad z Bogdanem Bartnikowskim  >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - D. Bagińska, L. Cierniak, H. Domańska, K. Łagowska, E. Madej, I. Pursa, J. Rutkowski, J. B. Serafińska, St. Stanik, I. Stopierzyńska-Siek, A. Wietecha, J. Wodzyńska Bujak, I. Zielińska-Zamora   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Matejek, Baniuś i inni - Piotr Stanisław Król   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Przez szczelinę w niebie - Andrzej Zaniewski o debiutanckim tomiku poezji Hanny Domańskiej   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
„Psalmy” na początek stulecia - Stanisława Grabska o najnowszym tomiku poetyckim Ireny Stopierzyńskiej „Doskonałość Twą odgaduję”   >>>

Z ŻYCIA LITERACKIEGO
Otwarte Podlasie - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Anna Jurek - debiut poetycki    >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Słowa pszczoły - Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

IMPREZY I SPOTKANIA
Optan 2006; Warsztaty w Nałęczowie   >>>

GALERIA
Rysunki Ireny Stopierzyńskiej-Siek   >>>


Od Redakcji

„Czy więc jedyna sprawa, na której człowiekowi zależy: poczucie prawdy, dobra, piękna, skazuje go na wieczną niezgodę z bliźnimi i samym sobą?”
Denis Diderot (1713-1784) „O poezji dramatycznej”

Foto - Iwona Zielińska-Zamora

        Wielki encyklopedysta miał trochę racji pisząc te słowa. Bardzo często nasze pragnienia i wyobrażenia są nieakceptowane przez innych i skazują nas niejako na wyobcowanie i niezgodę. Pytanie tylko, czy na wieczną? Mamy nadzieję, że nasze próby poszukiwania tychże wartości nie skażą nas na tę „wieczną niezgodę". Sądzę, że zdarzy się całkiem inaczej i w zimowym numerze Czytelnik znajdzie wiele interesujących tekstów.
        Tym razem więcej poezji, głównie autorów związanych z grupą literacką Poetica, działającą w Klubie Twórczości ŻAR. Miłośników prozy odsyłam do opowiadania Piotra Stanisława Króla „Matejek, Baniuś i inni". Co kryje się za tym tytułem? Przeczytajcie, a przekonacie się Państwo sami, że warto było zaspokoić ciekawość.
        Pozostając przy tym autorze, zwrócić należy Państwa uwagę na jego interesujący wywiad z niezwykle ciekawym pisarzem, poetą i dziennikarzem Bogdanem Bartnikowskim. Wywiad ten znajdziecie Państwo na s. 4 pod tytułem „Słowa na skrzydłach niesione..."
        Sygnalizujemy też nowości wydawnicze: są to książki naszych koleżanek z grupy literackiej Poetica: mowa tutaj o debiutanckim tomiku Hanny Domańskiej „Przez szczelinę w niebie” z pięknym wstępem znanego pisarza Andrzeja Zaniewskiego. Druga pozycja to tomik bynajmniej nie debiutancki (jest to trzecia książka) Ireny Stopierzyńskiej „Doskonałość Twą odgaduję", opatrzony wstępem Stanisławy Grabskiej. Zachęcam do przeczytania tych cennych pozycji literackich. Żałujemy, że szczupłe ramy naszego kwartalnika uniemożliwiły zaprezentowanie obszerniejszych fragmentów obu tomików, ale z pewnością będzie można je już wkrótce nabyć.
        W tym numerze niezwykle ciekawym okazał się felieton Ireny Stopierzyńskiej-Siek „Słowa pszczoły” i chociaż autorka nie wymienia szczegółów, to i tak każdy, kto uważnie śledzi życie literackie w naszym kraju, z pewnością domyśli się, o jakiej imprezie i o jakiej nagrodzie „za odwagę” pisze. Myślę, że poruszony przez nią problem jest bardzo poważny i czas już na głębsze refleksje o krytyce i krytykach literackich w ogóle. Zapoznajcie się Państwo również z felietonem Jana Zdzisława Brudnickiego „Otwarte Podlasie". To ważny i potrzebny felieton o dzisiejszej, wielonarodowej literaturze kresów.
        Zachęcam dotrwać w lekturze do końca, aby dowiedzieć się o osiągnięciach członków Klubu Twórczości „ŻAR” i przekonać się, że umieją oni zarówno wytrwale pracować jak i wspólnie odpoczywać. Tego typu informacje znajdziecie Państwo w dziale IMPREZY I SPOTKANIA. Zapraszamy do GALERII na ostatniej stronie kwartalnika. Zamieściliśmy tam rysunki Ireny Stopierzyńskiej-Siek, które przekonują, że jesienno-zimowy pejzaż wcale nie musi być smutny.
        Drodzy Państwo, zbliżają się święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok i właśnie z tej okazji redakcja kwartalnika „Sekrety ŻARu” pragnie złożyć wszystkim naszym Czytelnikom jak najlepsze życzenia.
Iwona Zielińska-Zamora

Podczas prac redakcyjnych nad wydaniem tego numeru kwartalnika dotarła do nas bardzo smutna wiadomość o śmierci naszej przyjaciółki, poetki Ireny Grzymały. Dział POŻEGNANIA poświęciliśmy Jej twórczości i wspomnieniu wspaniałego Człowieka.

I Powrót na górę I

POŻEGNANIA

IRENA GRZYMAŁA

Foto - poetka Irena Grzymała         W dniu 24 października 2006 r., po ciężkiej, długiej chorobie, odeszła od nas Irena Grzymała. Urodzona w Niepołomicach, zaprzyjaźniona była z poezją - jak mówiła - od dzieciństwa. Wydała cztery tomiki wierszy: „Nasza Rzeczy-wistość-pospolita” 1999, „Dla Ciebie Mamo i Tato” 2000, „Za co kochamy...” 2001, „Polowanie wilków” 2004 (wszystkie wydane przez krakowską drukarnię Leyko). Mieszkała i tworzyła w Sochaczewie, tak pięknie i z sentymentem opisywanym w jej wierszach.
        Grupa literacka działająca w Klubie Twórczości ŻAR straciła nie tylko przyjaciółkę, poetkę, ale też kogoś znacznie ważniejszego - Dobrego Człowieka. Jej dobroć miała cechy matczynej, troskliwej opieki, do której wracamy, za którą tęsknimy. Poezja Ireny Grzymały przepełniona była miłością do drugiego człowieka, do otaczającej nas przyrody. Kochała Ojczyznę i pielęgnowała jej piękną, ale jakże skomplikowaną historię. Nie pouczała, nie moralizowała, po prostu w słowach prostych, zrozumiałych dla najmłodszych i tych starszych, dla wszystkich - dzieliła się troską o jej los. Prosiła: "Weźmy się rodacy wreszcie do porządku, / dosyć kłótni, waśni, trzeba nam rozsądku" ("Nasza Rzeczy-wistość-pospolita"). Jakże aktualne są to wciąż słowa...
        "Co odeszło nie powróci, / co się stało, nie odstanie, / i dlatego tak nas smuci... / Przemijanie, przemijanie..." (z wiersza „Przemijanie").
        Tak trudno się pogodzić z tym, że Ireny Grzymały nie ma już wśród nas... Na naszych półkach z książkami stoją jej tomiki poezji. Sięgamy po nie i wczytujemy w mądre, ciepłe, przepełnione miłością słowa. I wtedy Irena jest z nami. Dziś, jutro, zawsze...

PRZEMIJANIE
Posmutniały jakoś pola,
i umilkły nawet ptaki.
Znikły zboża, pusta rola,
to jesieni już oznaki.

Ona barwi liście drzewa,
jarzębina ma korale,
i jagody są na krzewach,
dzięcioł stuka wciąż wytrwale.

Jakiś smutek się tu czuje,
chociaż jesień taka złota,
babie lato nić swą snuje,
ale w sercu jest tęsknota.

Co odeszło nie powróci,
co się stało, nie odstanie,
i dlatego tak nas smuci...
Przemijanie, przemijanie...

(Irena Grzymała „Polowanie wilków",
Kraków 2004)


NASZA RZECZY-WISTOŚĆ-POSPOLITA
Kłótnia i niezgoda tkwi w polskim narodzie,
Polak ponoć mądry - lecz zawsze po szkodzie.
Ze swojej historii wniosków nie wysnuje,
przecież zwada szkodzi, nigdy nie buduje.

Nie chcemy pamiętać polskiego horroru,
kiedy przez niezgodę doszło do rozbioru.
Umiemy rozrabiać w naszym drogim kraju,
błahe często sprawy są w naszym zwyczaju.

Zawsze inny ktoś z kłótni tej skorzysta,
zostanie rozdarta ta Ziemia Ojczysta.
Ta ziemia scalona z takim wielkim trudem,
upokarzana razem ze swym ludem.

Weźmy się rodacy wreszcie do porządku,
dosyć kłótni, waśni, trzeba nam rozsądku.

(Irena Grzymała „Nasza Rzeczy-wistość-pospolita",
Kraków 1999)

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

SŁOWA NA SKRZYDŁACH NIESIONE...
z dziennikarzem, prozaikiem i poetą Bogdanem Bartnikowskim
rozmawia Piotr Stanisław Król

Foto - Bogdan Bartnikowski

    Bogdan Bartnikowski ur. 1932 w Warszawie. Przed wrześniem 1939 i w okresie okupacji mieszkał na Ochocie. Łącznik-ochotnik w od- dziale por. „Gustawa” - dowódcy „Reduty Kaliska". Po upadku reduty wywieziony do obozu Auschwitz-Birkenau (nr obozowy 192731). Po wojnie wychowanek Państwowego Gimn. i Lic. im. Stefana Batorego. Absolwent Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie.
    Dziennikarz, prozaik i poeta. Debiut literacki w 1961 r. Debiut książkowy w 1966. Wydał 23 książki prozą: opowiadania, powieści, reportaże. M.in. „Nad chmurami", Wyd.MON 1966 - opowiadania lotnicze, „Dzieciństwo w pasiakach", Nasza Księgarnia1969 - opowiadania o polskich dzieciach w Auschwitz-Birkenau, „Spojrzenie w niebo", Wyd. MON 1972 - opowiadania lotnicze, „W misji specjalnej", KAW Warszawa 1978 - reportaże ze służby polskich żołnierzy w wojskach ONZ na Bliskim Wschodzie, „Dni długie jak lata", Inst. Wyd. Nasza Księgarnia 1989 - powieść o losach dzieci w latach wojny.
    Debiut poetycki w 1999. „Strofy jesienne” - wiersze, wyd. własne 1999, „Spotkanie z Nike” - wiersze, Wyd. Abrys Kraków 2000, „Ślady” wiersze, - Wyd. ZLP Poznań 2001, „Dotknięcie raju” - wiersze, Wyd. Ibis Warszawa 2003, „Reduta Kaliska” - wiersze, Wyd.ZLP Poznań 2004.
    Utwory Bogdana Bartnikowskiego były tłumaczone na: rosyjski, ukraiński, czeski, grecki, niemiecki i angielski.

        Piotr Stanisław Król: Pana debiut książkowy miał miejsce równo czterdzieści lat temu. Zbiór opowiadań „Nad chmurami” nawiązywał do własnych doświadczeń pilota wojskowego. Proszę powiedzieć, co Pana skłoniło do sięgnięcia po pióro, do aktywnego wejścia w świat literatury?

        Bogdan Bartnikowski: No cóż, aktywne wejście - jak Pan powiedział - do literatury musi poprzedzać zainteresowanie książką. I to od najmłodszych lat! Najpierw mama coś tam dziecku czyta... i to jest bardzo ważne wydarzenie w życiu dziecka. A potem samemu sięga się po książkę. I często zdarza się, że staje się ona codziennym przyjacielem. Tak było ze mną. A pierwsze literackie próby... pominę te młodzieńcze, w harcerskim periodyku mojej 23 WDH-u Batorego, choć chyba już wtedy kiełkowała we mnie chęć podzielenia się swoimi spostrzeżeniami z ewentualnymi czytelnikami. Oczywiście ani myślałem wtedy o pisaniu poważnie! Jako kilkunastolatek, który przeżył wojnę i wyniósł z niej wiele wspomnień, pasjonowałem się opowieściami o walkach naszych lotników w latach drugiej wojny światowej. Dla mnie, dla moich kolegów, byli to ludzie wspaniali, niedoścignieni! I ja miałbym równać do nich... Trochę przypadkowo znalazłem się w Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie - szkole o wspaniałych lotniczych tradycjach. Ukończyłem ją jako pilot szturmowy, zostałem pilotem-instruktorem. A jak się już kilka lat latało, szkoliło podchorążych, jak się już przeżyło wiele wspaniałych i czasem groźnych sytuacji, to czy można było milczeć? Przecież nagromadziło się w mojej świadomości wiele przeżyć. No i któregoś dnia zapragnąłem o tych moich spostrzeżeniach cos napisać. I tak się zaczęła moja przygoda z literaturą.

        Trzy lata później ukazała się książka „Dzieciństwo w pasiakach", zbiór opowiadań o dzieciach z KL Auschwitz-Birkenau, która wznawiana była czterokrotnie. Trafił Pan do tego obozu po upadku Powstania Warszawskiego, w którym uczestniczył mając zaledwie dwanaście lat jako łącznik, ochotnik w oddziale „Gustawa” na Ochocie...

        Walki na Ochocie trwały stosunkowo krótko. Zarówno Wola jak i Ochota były to dzielnice Warszawy, na które spadły pierwsze uderzenia Niemców dążących do stłumienia Powstania. Przez wiele lat historycy nie doceniali walk powstańczych na Ochocie. Dziś mówi się, i to jak najbardziej słusznie, że powstańcy Ochoty dali Śródmieściu dziesięć dni na okrzepnięcie, na przegrupowanie sił do dalszej walki. Po dziesięciu dniach walki, gdy powstańcy wycofali się, kilka tysięcy mieszkańców Ochoty zostało - przez obóz w Pruszkowie - wywiezionych do Auschwitz-Birkenau. Byłem jednym z bardzo młodych więźniów obozu. Ale takich jak ja, dziewcząt i chłopaków z Warszawy, było nas w niemieckim obozie koncentracyjnym około pięciuset. Obozowe przeżycia bardzo głęboko utkwiły w mojej pamięci. Chciałem je wyrzucić, pozbyć się ich. Na zawsze! Zacząłem więc spisywać wspomnienia moje, moich koleżanek i kolegów. Z nadzieją, że jak je napiszę, to one ode mnie odejdą. Niestety, tak się nie stało. To co przeżyłem ja, moje koleżanki, moi koledzy, pozostało w naszej świadomości i uciec się od tego nie da. Taki już los nas, dzieci naznaczonych obozowymi przeżyciami.

        Pana dorobek literacki jest imponujący - 23 książki, tłumaczone na wiele języków. Która z nich jest Panu najbliższa; wydanie której sprawiło Panu największą satysfakcję?

        Która książka... Właśnie to „Dzieciństwo w pasiakach". Cztery wydania. Teraz, po kilkunastu latach przerwy, będzie piąte! Rozszerzone nieco o przeżycia moich obozowych koleżanek i kolegów. Uważam, że to najbardziej potrzebna z moich książek. Bo prawie nikt nie pisał o obozowych losach polskich dzieci w latach wojny. Od wojennych lat minęło ponad pół wieku, ale teraz, w ostatnich latach, znów częściej wraca się do wspomnień z tamtych lat. Moim zdaniem, bardzo słusznie. Trzeba pielęgnować wiedzę o wydarzeniach, które stanowią ważny fragment historii naszego narodu. A z książek poetyckich - „Reduta Kaliska” - moje bardzo przecież młodzieńcze wspomnienie powstańczych walk na Ochocie.

        Jak to się stało, że prozaik, pisarz, dziennikarz, którego twórczość można by wręcz nazwać literaturą faktu, stał się poetą! Debiut poetycki - „Strofy jesienne” - nastąpił w roku 1999, a więc niemal 33 lata po prozatorskim. Czy poetą można tak po prostu „się stać"? A może był Pan nim zawsze, tylko - przepraszam za to stwierdzenie - żołnierska duma nie pozwalała na okazywanie wrażliwości poetyckiej?

        Jeden z moich nieżyjących już poetyckich przyjaciół zwykł mówić, że „poetą się nie jest, poetą się bywa!” Zgadzam się z tym twierdzeniem! Gdzieś tam, w podświadomości, było u mnie pragnienie wypowiadania się w poetyckiej formie. Dlaczego nie pisałem wierszy wcześniej... Trudno na to odpowiedzieć. Nie ma to nic wspólnego, jak Pan powiedział, z żołnierską dumą. Moja wojskowa profesja to było lotnictwo. I przecież to, że wznoszę się ponad ziemię, że mogę lecieć na spotkanie chmur lub ponad chmury... czy to nie czysta poezja? Mój znakomity kolega po piórze Andrzej Zaniewski na promocji mojego pierwszego tomiku wierszy powiedział, że przecież moje niektóre książki, pisane prozą, to też poezja, tylko inaczej zapisana. Nie zawsze tak było, ale czasem, jak się zastanawiam nad niektórymi opowiadaniami, to myślę, że Andrzej miał rację. Po prostu w pewnym momencie przekroczyłem próg jakiejś, powiedziałbym, nieśmiałości twórczej i postanowiłem wypowiedzieć się w innej formie literackiej.

        Przyznaję, że jestem pod wrażeniem Pana poezji. W tomiku „Dotknięcie raju” z ogromną wrażliwością opisuje Pan barwy i odcienie tajlandzkiego pejzażu, egzotyki i historii, w „Śladach” odnajdujemy refleksje nad przemijaniem czasu, „Jesienne strofy” to spojrzenie w przeszłość, do lat szkolnych w liceum Batorego, podniebnych lotów i dramatycznych wspomnień z okresu Powstania Warszawskiego. Czy poezja zagościła już na stałe w Pana twórczości literackiej?

        W tym roku wydałem opowieść lotniczą „Księżyc dla straceńców", jak najbardziej prozatorską, prawie dokumentalną o wydarzeniu sprzed pół wieku. Ale przecież co dnia patrzę na otaczający mnie świat, słucham co mówią ludzie żyjący wokół mnie i od czasu do czasu odzywa się we mnie jakiś taki, nazwałbym to „dzwonek alarmowy". I co ty na to? Napisz! Szybko! Niech ci to nie ucieknie w natłoku myśli, słów, wydarzeń. I z tego musi, tak, musi ułożyć się wiersz. Ot, choćby wizyta papieża Benedykta XVI w Auschwitz-Birkenau. Miejscu dla mnie szczególnym. Kiedy zobaczyłem, jak samotnie, zgodnie ze swoim życzeniem, przechodzi pod bramą z napisem ARBEIT MACHT FREI, gdy nadal straszliwie samotny idzie ku ŚCIANIE ŚMIERCI... dla mnie, chłopaka naznaczonego na całe życie obozowym numerem, był to wstrząs. To było ogromne przeżycie. I o tym musiałem napisać.

        Pierwszą książką, która trafiła w moje ręce (w dosyć ciekawych okolicznościach, jak Pan pamięta), była „Reduta Kaliska". Niezwykle dramatyczny epizod obrony Ochoty w dniach 2-9 sierpnia 1944 roku, opisany w formie poetyckiej... Dlaczego wybrał Pan taką, moim osobistym zadaniem - bardzo udaną, formę przedstawienia następnym pokoleniom tamtych dni?

        Opracowań historycznych, dokumentalnych, a także pamiętników i powieści o Powstaniu Warszawskim powstało wiele. Jest również dużo wierszy, pisanych w okresie walk jak i po zakończeniu Powstania. Dlaczego posłużyłem się wierszem... Leszek Żuliński, wybitny pisarz, a także krytyk literacki, prowadząc promocję „Reduty Kaliskiej” wyraził zdumienie, że pisząc ten, chyba poemat, sięgam do formy epickiej, dziś już właściwie bardzo rzadko spotykanej. Chyba miał rację, ale zastanawiając się nad jego wypowiedzią doszedłem do wniosku, że pisząc „Redutę Kaliską” nie myślałem o tym, czy to będzie epos. Ja, chłopak z walczącej Ochoty, po prostu bardzo chciałem oddać nastrój, oddać klimat tamtych dni. I doszedłem do wniosku, że nie proza, ale właśnie wiersz pozwoli mi najpełniej przekazać atmosferę, radość i dramat krótkiej bardzo wolności powstańczej Ochoty. Oczywiście, jak każdy pisarz, czekałem na ocenę ludzi pióra. Ale nie mniej ważne były dla mnie słowa uznania powstańców Ochoty, którzy bardzo przychylnie przyjęli moją powstańczą poetycką opowieść.

        Był Pan w tym roku jednym z członków jury VI Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej, miał Pan okazję kilkakrotnie spotykać się z grupą literacką „ŻAR". Żartobliwie powiem - nie ma w niej lotników, choć wielu z jej członków szybuje wysoko... Z muzą poezji chociażby. Czym dla Pana jest osobiste spotkanie, kontakt z twórczością osób niepełnosprawnych?

        Ja bardzo przepraszam, ale uważam, że określenie „twórczość osób niepełnosprawnych", jest bardzo nietrafne. Co za niepełnosprawni twórcy?! Oni są jak najbardziej pełnosprawnymi twórcami! Oni piszą bardzo dobrą poezję i prozę! Czym ona się różni od twórczości ludzi z innych środowisk... Może jest w niej trochę więcej wrażliwości... i na pewno mniej brutalności, która często występuje w utworach twórców no, niech już będzie, „pełnosprawnych". Spotkania z członkami grupy literackiej „ŻAR", w których mam okazje uczestniczyć, są dla mnie bardzo interesujące i... bez przesady, także inspirujące, podsuwające niespodziewane pomysły twórcze. I nie ma w tym nic dziwnego. Poeta może wiele nauczyć się przebywając w środowisku poetów.

        Na koniec zapytam Pana o dalsze plany literackie, kiedy możemy spodziewać się następnej książki? Czy będzie to poezja czy proza?

        Na początku nadchodzącego roku, będzie proza, właśnie bardzo dla mnie ważna książka o polskich dzieciach w Auschwitz-Birkenau. A potem, może za wcześnie jeszcze teraz o tym mówić, ale pewnie znów będą wiersze...

        Bardzo dziękuję w imieniu Czytelników za ciekawy wywiad i mam nadzieję, że będzie Pan dalej współpracował z grupą literacką działającą w Klubie Twórczości ŻAR oraz z naszym kwartalnikiem.

Wiersze wybrane Bogdana Bartnikowskiego

WIECZOREM W BIRKENAU
Wszystkie nasze dzienne sprawy
pieśń snuje się pod stropem bloku
w werblu październikowej ulewy.
Mdłe światło blok wypełnia
i matowo polśniewają nasze głowy
gdy śpiewamy stłoczeni na pryczach.

Jakież sprawy przyjmiesz, Boże prawy
z obozowego dnia w Birkenau.
Czy nasz śpiewoszept dojdzie do Ciebie
stąd z trzynastego bloku
sektoru kwarantanny
gdzie niedołężność dzieciaków
Twojego ratunku czeka...

Unurzani w trudzie i błocie
drżący z chłodu i głodu
mamy w tej wieczornej godzinie
gdy odpoczywają nasi oprawcy
umęczeni całodziennym mordem...
mamy w tej wieczornej godzinie
w morzu katorgi
kilka chwil Panie
by Cię chwalić, by ufać w to
że jednak nas słyszysz.

NOKTURN KRAKOWSKI
Tu wiersze z dachów spływają
i wolniutko, bezszelestnie
obok Sukiennic przemykają
ku śpiącej już Grodzkiej
gdzie niespodziewanie
późny przechodzień
mrok tupotem rozrywa.

A wiersze
jak to wiersze
na blachę księżyca zerkają
i nocy opowiadają
cudowności
sprośności
straszności.
I tak gadają, gadają
a tu już noc gaśnie
i księżyc z nieba się zsuwa
więc płyną dalej
aż pod Wawel.
Tam kłaniają się kornie dawności
i potem w bok umykają
na Planty
gdzie już świt budzi ptaki
na które kocur przyczajony czyha.

Wiatr przynosi strzępy hejnału
noc odchodzi pomału, pomału.

W ŚRODKU NOCY
Skulone ptaki jeszcze śpią
śniąc o świcie i słońcu
obiecującym ciepły dzień
gdy rzadkie krople rosy kapią
i mgła do drzew się tuli
tak jak my do siebie
ale nam nie tęskno do świtu
bo wreszcie mamy czas
tylko nam dany
po długim dniu w którym
o sobie mogliśmy tylko marzyć.

MARIA I INNE
Co Marii udało się zabrać Helenie
Tej od Parysowego jabłka...
Urodę? Bez wątpienia.
Ale też grecką dumę, pewność spojrzenia...
Czy coś jeszcze?
Nie wiem. Ale czy to nie dziwne,
Że tysiące lat minęło od trojańskiej wojny
A Greczynki wciąż takie same
Jak wtedy, gdy Zeus ciskał pioruny.

Wieki w proch obróciły świątynie,
Wyschły szemrzące strumienie,
Odlecieli w kosmos bogowie.
Ale jednak na ziemi zostało to,
Co było najpiękniejsze
I jest niepowtarzalne, najważniejsze.
One
Matki, siostry, kochanki i żony.
Która z nich najpiękniejsza...
Zdecyduj! Tu, teraz!

Jak to jednak dobrze
Że nie mam tego jabłka jak Parys
I nikt nie czeka na mój wyrok.

I Powrót na górę I

Grafika - laur


PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA
WIERSZE WYBRANE



Dorota Bagińska
EROTYK SREBRZYSTY
Lustro jest kryształowo zimne
Przywykłe patrzeć obojętnie
Na mroczny zarys tęsknoty
Po rzeczywistej stronie ram;
A ja staram się ją ugasić
Całując na dobranoc
Wspomnienie twojego odbicia

Lechosław Cierniak
CZAS KOBIET
Wydarzenia splamionych cnót
są brzemienne w skutki
kiedy grzechu warte córki
zabiera wyjątkowy czas kobiet
do trwania świata w nowych kalendarzach
gdzie wschodzą i zachodzą
a niekiedy upadają spalone przez miłość
która zaświeciła nie w tym gwiazdozbiorze
Rodzą nowe ciała do nowo odkrytych konstelacji
a potem ich małe kometki też gubią warkocze
i spadają
wabione przyciąganiem męskim
Rodzą nowe matki

Hanna Domańska
ZIMOWY PEJZAŻ
...a śnieg sypał całą noc
puszystą kołdrą otulił ziemię
rankiem słońce płaciło złotem
za niepokalaną biel.

I zaraz drzwi trzasnęły głucho,
zbudził się ze snu stary dom,
w zaspanych oknach
błysnął promień
i czyjaś twarz.

W krzewach gromada młodych wróbli
nad bielą wiodła ostry spór.
Bolesne piękno sławiło z topól
dostojne grono wron.

ZMROK
Noc nie zapada nagle,
nadciąga powoli,
śląc przodem posłańców
byś światło sposobił
i ciemnych jej służek
nie stał się ofiarą.
Spójrz, już niebo zakwita czerwienią,
czarny ptak strąca płatki
we wrzący ocean,
idzie noc
w procesji długich
coraz chudszych cieni,
idzie noc
spiesz się
nie bądź panną głupią
...czas lampę zapalić.

MIŁOŚĆ
Dedykowany mojej córce Karolci
W poszukiwaniu swej drogi
do gwiazd,
... arytmii serca,
... tego szaleństwa co ciała rozpala
mówisz mi, że nie wiem
co oznacza miłość.

Też jej szukałam
i znam ból tego płomienia
co ogarnia umysł i duszę i ciała
Siłę pożaru, który trawi wnętrze
serce kamienne w lawę wrzącą zmienia
potem przygasa...
ból cichnie...
zostaje po nim popiół
... albo diament.
Mały cichy płomień
niczym wieczna lampka przy tabernakulum,
będzie Ci siłą, co oczy otwiera
szarym, chłodnym rankiem
by biec do sklepu...po świeży chleb
siłą zamkniętą w małych, ludzkich dłoniach
choć zda się pustych
a wciąż przepełnionych
- cichej modlitwy cichym parasolem,
poranną szklanką gorącej herbaty
czułym dotykiem głowy rozpalonej;
Ta moc tkwić będzie w spojrzeniach troskliwyh,
cichych rozmowach
w szczęściu i chorobie
i opromieni każdy siwy włos
każdą nową zmarszczkę,
plecy przygarbione.
...i będzie nawet w ostatnim oddechu
...w nagrobnej lampce
...w bukieciku kwiatów
...to będzie Miłość

Krystyna Łagowska
OBRAZ W LUSTRZE
Zobaczyłam ją
W gasnącym blasku wieczora
Kukiełka w teatrzyku starości.
Szła opierając się na białej lasce.
Powoli, jak zmęczone fale
Morze po sztormie.
Była zewnętrznie krucha, jak życie
Jak życie twarda.
Zbliżała się.
Odgarnęła kosmyk opadających włosów
I wtedy ją poznałam,
To byłam ja.

Elżbieta Madej
PAMIĘCI BOGNY SOKORSKIEJ
Dawno widziałam jak szła
Obok parku
Piękna Pani,
Stosownie ubrana,
Pełna godności
Nazwana „Słowikiem Warszawy".

Drzewa ucichły,
Zdawało się,
Że w ciszy
Śpiew słowika
Będzie można
Słyszeć.

Ten park znał
Jej głos
Co jak kryształ czysty,
Silny, głęboki,
Słodki
Płynął pod obłoki.

Minęło dni
Bardzo wiele,
Umilkły cudowne dźwięki,
W nieznane odleciał strony
Słowik,
Co śpiewał piosenki.

I nie zaśpiewa
Już słowik,
Nie będzie mógł
Park go słyszeć,
Słowika co zamieszkał
Z nami,
Na naszej piastowskiej ulicy...

MIKOŁAJ PRAWDZIWY
Gdzie jesteś Mikołaju
Z tamtych lat minionych?
Jeden na świat cały
Skądś z drogi dalekiej
Przybyłeś w te strony.
Ja znów na Ciebie czekam

Bo jesteś prawdziwy
Pukałeś cichutko
Do mieszkań gdzie dziwy
W sercach nam się działy
I pachniał świerk słodko
A świat zanikł cały.

Bo dziś są przebierańce
I jest ich bez liku
Co łażą ulicami i tańczą
W czerwonych ubraniach
Dla parady, śmiechu -
W telewizyjnych programach.

Mikołaju miły,
Nie ten z ulic miasta
Znów mi się śniłeś
Gdy zabrakło słońca
I gdy lampa zgasła...
A miałeś głos Ojca.

Gdzie jesteś Przyjacielu
Ty z prawdy - miłości
Przed Tobą pościelę
Dywanik ze śniegu
I drogą najprostszą
Sankami zjedź z Nieba...

Irena Pursa
MARTWA NATURA 1
Zeschnięte kwiaty
Są jak zmurszałe
bibeloty
- wyrzuć je
to nie zbrodnia -

Martwy człowiek
Jest tylko truchłem
- lecz trzeba wierzyć
jego istnieniu
wśród myśli

Na mogiłach kładzie się teraz
sztuczne kwiaty...

Dlatego żywi bywają smutni.

***
...Ktoś wyrzucił
zegarek przez okno
Ten rozprysnął się
z głośnym brzękiem
- czas nie stanął -
Miażdżony butem wściekłości
konał inny zegar
Drgała- lekko - jedna - sprężynka
- czas wciąż płynie -

Klepsydry kosmosu
wydają się nieruchome
- a czas jednak gna -
Nie oglądaj się za siebie
(radził Platon)
Idź tylko na przód...
Umierające komórki
krzyczą rozpaczliwie
wzywają pomocy
Po co?
- czas się nie zatrzyma -
Jutro jest niezmienne
My -
biegniemy
biegniemy
czołgamy się
wijemy...
Do samego końca
naszego czasu?
- On jest poza nami

***
Twoje myśli na powieki mi spadły
wyrwały z oczodołów senne rozmarzenie
Zburzyły spokój
Zamęt posiały
Kulistym piorunem ściągnęły na ziemię
Myśli ciężkie jak kamienie
Ostre jak kolce ciernistego krzewu
Przebiły powłokę tkanki poraniły
Wydarły serce po kawałku ze środka na zewnątrz
Jakie ono ciepłe
Jakie ono obłe
Jeszcze żywe - na krótko.

Jan Rutkowski
FOTOGRAFIA
Oto czarno-biała rodzinna fotografia.
Od pięćdziesięciu lat uśmiechają się na niej
moi samodziałowi dziadkowie,
żorżetowe ciotki nieboszczki,
wujowie nieboszczykowie.
Zbiór odświętnych twarzy pożółkłych jak liście,
z których nie zrobisz już lata.
I nawet jeśli wracają,
to wciąż tą samą drogą,
z tymi samymi słowami na ustach,
starannie upozowani w złotych ramach,
...z cieniem kurzu na twarzach.

Jurata Bogna Serafińska
DLA KOGO?
Prawda nas kusi i mami
Pragniemy wiedzy bez granic,
Przecież to dla nas! - wołamy!

A potem, choć wiemy więcej,
To podpowiada nam serce,
Że nie wejdziemy w te bramy.

Nie dla nas, a więc dla kogo?
Kto pójdzie tą naszą drogą
I cel zdobędzie, największy?

Dla kogo będzie to wszystko,
To, co się zdało tak blisko,
Co lśniło jak oko tęczy?

Stanisław Stanik
OBCOWANIE DUSZ
spójrz na obłoki sino-białe
wędrują po niebie
patrz na nie uważnie
od środka w ich obwisłe pierze
ku brzegom przezroczystym
na krańce w strzępach rozrzucone

ta tonowana uparta energia
daje kontury ludzkich twarzy
jeszcze odcienie rysów an face
ulotność ich powabu
kto tak utrwalił świat w locie
pomiędzy ziemią a bezkresem

oto obserwując istoty ułudne
wydaje się że to dusze
zmarłych- w obłoki obleczone
do żywych podobne

dopiero gdy je wiatr rozpędzi
polecą gdzieś nad wymierzalność

Irena Stopierzyńska
***
duchowe
spotyka się z duchowym
bez przymusu
bez wysilania
choć domaga się pracy
usilnej, ogromnej
duchowe
nie jest na pokaz
umyka
jak chwytane w garść
powietrze
samo, jeśli zechce,
pokaże
co jest wielkie
a jednocześnie
małe, najprostsze.

TAKI PTAK
Chorej Ewie
popatrz
życie, to taki ptak
co przylatuje
z nieznanej krainy
przysiada na gałęzi
buduje gniazdo
karmi swe pisklęta
i odlatuje
nie wiadomo dokąd...

spróbuj go oswoić
uważnie mu się przypatrz
podziwiaj jego piórka
i donośny śpiew
dopóki nie odleci...
nie powróci więcej.

NIEWINNOŚĆ NIECO POSZARGANA
Wierzę w niewinność
nieco poszarganą
i przyzwoitość
lekko przetrąconą
co z wielkim trudem
idąc ku trzeźwości
włoży w końcu suknię -
łądną chociaż skromną
- jeszcze niepewna
wielkiej swej przemiany.

Anna Wietecha
ILLA VERBA
Na białym papierze czarne słowa
Skrzą się wewnętrznym blaskiem.

Na białym papierze czarne słowa
Tchną jesienną tajemnicą mroku

Ich materialne istnienie
To tęczobarwna muszla
O cierpkich brzegach
Wyrzucona przez fale
Na skraj zwierciadlanej płaszczyzny.

Na niej miliony stóp odegrały
Swą wściekłą jak szkwał sonatę.

Jadwiga Wodzyńska-Bujak
SZUKAM
Zagubione po drodze płatki miłości -
tęsknię - gonię - kryję się
w muślinie wspomnień.
A mgła szczęścia
otula moją twarz
i szukam i czekam
- z nadzieją!

ŻYCIE
to promień zatrzymany
w oceanie wszechświata,
Wśród słońca i Krzyży
które starasz się omijać!

GIEWONT
Tam gdzie niebo gór szczyty zasłania,
Tam gdzie Giewont króluje Krzyż,
Tam myśl zabłąkana i oczy zapłakane
Kierują swój wzrok i patrzą wzwyż.

Gdzie chmura biała dymi radością,
Gdzie obłok czarny daje deszcz,
Tam myśli moje biegną wysoko
Wznosząc dziękczynne „AVE” że żyję,
Że mogę patrzeć na Twój Krzyż.

Iwona Zielińska-Zamora
***
i już po wiośnie w naszym sadzie
jabłonie zrzuciły swe suknie blade
one teraz w szmaragdowych krynolinach stoją
ja - w fotelu bujanym siedzę
moja sukienka też w nadziei kolorze
ty - dłoń po mnie wyciągasz
poczekaj aż dojrzeję, przecież...
nigdy nie lubiłeś kwaśnych jabłek
z uśmiechem mówię do ciebie.

***
nagle i niespodziewanie
mimo tego, że oczy twoje
jeszcze latem się śmieją
a w moich włosach tańczą
jego ostatnie promienie

przyjdzie zaklęta
w złotą brzozę przy drodze
i w borowika co w mchu
wstydliwie skrywa swą młodość
w poranną mgłę i wieczorną zadumę

choć niechciana
przyjdzie do nas
jesień
kochanie.

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

MATEJEK, BANIUŚ I INNI
Piotr Stanisław Król

        Malował lewą ręką. Prawą miał sztuczną, chyba zabraną jakiemuś manekinowi. I to zapewne płci żeńskiej. Taka mała, różowa, z odchylonym ku górze z arystokratyczną gracją małym palcem. Czasami ją zdejmował i drapał się nią po głowie, lub wystającym małym palcem rozrabiał farbę na palecie. Dlatego był on zawsze w kolorze tęczy. Te manipulacje „arystokratyczną rączką” powodowały od czasu do czasu omdlenia przypadkowych, nieco nadwrażliwych turystek. Ale też i wzbudzały ciekawość oraz większy ruch w interesie.
        Było zresztą w nim coś z arystokraty, który „zszedł na artystę". Kształtna, szlachetna twarz z mocno wystającym orlim nosem, długie ciemne włosy opadające na kołnierz sztruksowej, ciemnoniebieskiej marynarki, bordowa chusta, zawiązana na gruby węzeł pod szyją. Zawsze z fajką w zębach, bez względu na to, czy palącą się czy też nie. Zdystansowany, bardzo grzeczny i szarmancki. Mówił niewiele. Wolał malować. Warszawska Starówka była mu ukochaną, wierną modelką. Pozowała od świtu do nocy, okazując mu swoje wdzięki: szczuplutka i wdzięczna Świętojańska. Freta z grubaśnym Barbakanem u wezgłowia, trochę zakompleksiona, bo na uboczu Brzozowa, wdzięczące się w blasku słońca kamieniczki Rynku Starego Miasta, zawsze zacienione Kamienne Schodki, Nowomiejski Rynek lekko pochylony w ukłonie przed kopulastym kościołem oraz sąsiadującym z nim klasztorem zamkniętych na cztery spusty sióstr Sakramentek. Malował swoją ukochaną z wielką czułością, powoli i delikatnie pociągając pędzlem po płótnie ustawionym na starych, mocno już zniszczonych sztalugach. Czasem zastygał w bezruchu, wpatrzony w jakiś odległy szczegół staromiejskiego pejzażu. Miał czas, nie śpieszył się nigdy. Modelka była cierpliwa i wyrozumiała.

        Lata siedemdziesiąte XX wieku, czasy PRL-u, nie były zbyt przychylne arystokratom i wolnym artystom. Było to po nim widać. Schludne, ale połatane ubranie i puste kieszenie. Na śniadanie jadł na ogół bułkę i popijał kefirem z butelki. Chyba, że udało mu się sprzedać obraz. Wtedy potrafił zaszaleć! Szedł do delikatesów, kupował portugalskie sardynki, węgierskie salami, ruskiego szampana i armeński koniak. Jeśli gaża była w walutach obcych, pędził do PEWEX-u i kupował szkocką whisky i włoskie Martini. Nie zapominał dokupić w garmażu czarny salceson - przysmak Baniusia. Zapraszał miejscową ferajnę na jedną z nadwiślańskich ławek. To było bratanie się klasy wyższej z klasą niższą, ale bardzo wpływową. Baniuś trząsł tym rejonem. I ochraniał Matejka. Tak go nazwał jeden z nich - Świrus, taki półgłupek, który kiedyś obserwując go, jak malował wykrzyknął na cały głos - Matejek, kurwa, mówię wam to je Matejek! To był komplement. Przyjął go z ukłonem i uśmiechem na twarzy, nie poprawiając Świrusa. I tak go już odtąd wszyscy w okolicy nazywali.
        Baniuś lubił obserwować Matejka podczas malowania. Popijał leniwie piwo z beczułkowatej butelki ze sfinksem na naklejce i mrużąc małe, głęboko osadzone oczy pomrukiwał coś pod nosem. Inni siedzieli wówczas cicho. Wiedzieli, że Baniuś właśnie „kontempluje sztukę". Kiedyś uświadomił to boleśnie Mańkutowi, waląc go na odlew w łeb, gdy ten wyskoczył z jakąś głupawą odzywką o Matejku. Od tego czasu kontemplował w spokoju, którego nikt nie śmiał zakłócić.
        Pewnego dnia zastał Matejka bardzo wcześnie rano w okolicach Starej Prochowni. Malował kaskadowo wznoszące się na nadwiślańskiej skarpie kolorowe kamieniczki. Ponad nimi, na szafirowym niebie, kłębiły się waciki śnieżnobiałych chmurek. Przez dłuższy czas stał za Matejkiem przyglądając się kolejnym, nieśpiesznym pociągnięciom pędzla. W pewnym momencie odchrząknął i cicho powiedział - Mistrzu, te chmury...
        - Tak...? - Matejek odwrócił się i uśmiechnął życzliwie. Trzymał w górze pędzel i czekał.
        - One są... no, one są w takim lekkim odcieniu różu. Przepraszam, Mistrzu... ale poranne słońce tak je maluje... Powiedział - „maluje". Sam się zdziwił, że tak jakoś mu wyszło. Matejek pokiwał głową i nic nie mówiąc odwrócił się w kierunku obrazu. Powoli zaczął mieszać farby na palecie, po czym kilkunastoma pociągnięciami nadał im bardzo delikatne, różowe podświetlenie. Odłożył pędzel i paletę, wziął wielką chustę i zaczął wycierać ubrudzoną rękę, pomagając sobie tą sztuczną. Ubrudzony, uniesiony do góry mały palec z tworzywa pozostawił tradycyjnie umorusany. Stali obok siebie i wpatrywali w skupieniu w ukończony obraz.
        - I jak teraz to oceniasz Baniuś? - zapytał. Chłopak zmieszał się. Masywny bysior, z ogoloną na zapałkę głową, postrach okolicy, czuł się zawstydzony i onieśmielony! Rozejrzał się dyskretnie dookoła, jakby obawiając się, że ktoś zauważy ten jego „wstydliwy” stan. Byli sami. Nikt nie zakłócał im spokoju. Świrus, Łysy, Mańkut i pozostali spali zapewne jak zabici po wczorajszej balandze. On wstawał wcześnie. Lubił rankiem przechadzać się po uliczkach Starego Miasta. Określał to „sprawdzaniem rewiru". Mijali się czasami z dzielnicowym. Od czasu do czasu zamieniali ze sobą kilka słów. Każdy z nich pilnował tej okolicy na swój sposób.
        Matejek spojrzał w jego stronę i ponownie zapytał - Baniuś, jak to oceniasz?
        - Mistrzu, teraz jest kurde bez pudła, jak mamuśkę kocham, bez pudła!
        Baniuś zawsze przy malarzu temperował swój język i unikał siarczystych przekleństw.
        Matejek podszedł do sztalugi i zdjął obraz, po czym podał go Baniusiowi. Ten stał osłupiały z wrażenia. W końcu zaczął protestować - Mistrzu, kurde, ja nie mogę... - To nie dla ciebie, to dla twojej mamuśki. Ma wrażliwego syna, zakapiora i moczymordę, ale z duszą artysty, co to chmurki na różowo zabarwia! Obydwaj roześmieli się głośno i jakoś tak beztrosko. Jak dzieciaki.
        - Chodź, czas na śniadanie. Na kefir i kajzerki starczy - Matejek wyjął z kieszeni nędzne drobniaki. Spakowali rzeczy i po chwili zaczęli wspinaczkę Mostową w kierunku Freta, do baru „Pod Barbakanem".

        Mijały lata. Matejek coraz rzadziej przychodził na Stare Miasto. Narzekał na bóle w nogach. Nie mógł dłużej stać w miejscu. Chłopaki przynosili mu rozkładany fotelik, ale on twierdził, że na siedząco nie może malować. Pewnego dnia zniknął. I wtedy Baniuś i inni zorientowali się, że właściwie nie wiedzą, gdzie Matejek mieszka. Chodzili, pytali. Nawet dzielnicowego. Ten wzruszył ramionami - Nie notowany był, czysta kartoteka, to niby skąd mam znać jego adres?
        Grupa Baniusia z czasem wykruszyła się. Świrus dostał dziesięć lat za rozbój. Łysego odkrył jakiś łowca talentów. Kopał piłkę w różnych podwarszawskich klubach piłkarskich II i III ligi. W jednym sezonie został nawet królem strzelców. Mańkut po zasadniczej służbie wojskowej poszedł na zawodowego. Wyjeżdżał z misjami ONZ w różne zakątki świata. Czasem przysyłał kolorowe kartki z różnych egzotycznych miejsc.
        Na początku lat osiemdziesiątych Baniuś wyjechał do Niemiec. Pracował na czarno w brygadzie remontowej pod Bremą. Zastało go tam ogłoszenie stanu wojennego w Polsce. Granice zostały zamknięte. Po roku wyjechał do Austrii i zamieszkał pod Wiedniem. Miał łeb na karku, był sprytny i obrotny. Po dwóch latach prowadził na spółkę z pewnym Serbem jedną z większych firm przewozowych w okolicy. Ożenił się z Austriaczką i miał z nią trójkę dzieci. Niby miał wszystko: piękny dom, pieniądze, atrakcyjną żonę, wspaniałych synów. Czegoś mu jednak brakowało... Coraz bardziej doskwierała mu tęsknota za starymi śmieciami.

        To było w maju 2002 roku. Ten dzień zapamięta na całe życie. Dzień, w którym znów go spotkał. Załatwił interesy w jednej ze swoich hurtowni w Łodzi i nie miał już tu nic do roboty. Za dwie godziny miał być w domu. Dzisiaj szesnaste urodziny Markusa - uśmiechnął się na myśl o jednym z trójki budrysów, z których był tak dumny. Heidi upiecze sernik wiedeński... jasna cholera...! - zaklął wciskając gwałtownie hamulec. Stary, zgarbiony człowiek z workiem na plecach wszedł na ulicę nie zważając na ruch samochodów. Wyskoczył z auta i już chciał mu nawrzucać od baranów, gdy nagle go poznał. Ten sam czarny, przekrzywiony na bok beret, wystający orli nos, długie włosy, całkiem już siwe. I... pusty jeden rękaw. Brak ręki. Ta sztuczna, z umorusanym farbą palcem gdzieś się pewnie zawieruszyła.
        - Matejek? Na litość Boską! Matejek... - nie mógł uwierzyć własnym oczom. Stary człowiek zatrzymał się i na dłuższą chwilę zastygł nieruchomo. Powoli odwrócił głowę. Przyglądał się z zaciekawieniem masywnemu, eleganckiemu facetowi obok czarnego BMW. Kogoś mu przypominał, tylko kogo...?
        - Baniuś?! Co tu robisz? Jak ty wyglądasz chłopaku...?! Worek zsunął się staremu z ramienia na jezdnię. Z szelestem wysypały się zgniecione, aluminiowe puszki.
        - To wiesz... no hmm... uprawiam teraz sztukę użytkową, rozumiesz Baniuś?
        Ten przez dłuższy czas patrzył z niedowierzaniem, to na starego, to na ten nieszczęsny worek i rozrzucone puszki. Po chwili wziął go pod rękę i otworzył drzwi samochodu.
        - Czas wracać Mistrzu, czas wracać...

        Willa na Saskiej Kępie była duża i przestronna. Jeden z pokoi przerobiono na pracownię malarską dla Matejka. Miał też swoją sypialnię i oddzielne wejście do domu. Bardzo szybko wszyscy zaakceptowali go i szczerze polubili. Baniuś, obecnie właściciel i prezes kilku firm, często wyjeżdżał w interesach. Jeden z ochroniarzy miał za zadanie czuwać nad starym i wozić samochodem, gdzie tylko zechce. Ten nie miał dużych wymagań. Na ogół jeździli nad praski brzeg Wisły, gdzie spędzał całe godziny przy sztalugach malując na ogół panoramę Starego Miasta. Przyzwyczaił się nawet do pracy w pozycji siedzącej. Chore nogi często mu puchły i okrutnie dokuczały. Na Starówkę jeździł już bardzo rzadko. Nie lubił tłumu. Męczył go. Wystarczało, że miał ją niemal na wyciągnięcie ręki, w nadwiślańskim, urokliwym pejzażu. Był szczęśliwym człowiekiem.
        A propos ręki... Tę sztuczną miał teraz niemal jak prawdziwą. Specjalnie pojechali po nią do Wiednia, do jednego z najlepszych protetyków. Mały palec miała lekko uniesiony ku górze. Tak zażyczył sobie Matejek. Lepiej można było nim rozrabiać farbę na palecie...

        Baniuś wrócił tego dnia wcześniej do domu. Przekąsił coś na szybko i pojechał nad brzeg Wisły. Wysiadł z samochodu, minął ochroniarza, który kiwnął szefowi głową i wskazał ręką miejsce, gdzie siedział stary. Zapadał już zmierzch. Podszedł cicho i stanął za jego plecami obserwując w milczeniu powolne, delikatne pociągnięcia pędzla po płótnie. Obraz był prawie skończony. Katedra św. Jana odcinała się mocno od ciemniejącego już nieba. Otaczały ją kłębiaste, puchate waciki chmur. Słońce kryło się już za horyzontem. Cicho odchrząknął. Matejek odwrócił się i uśmiechnął na widok przyjaciela.
        - Witaj Baniuś, no i co o tym sądzisz?
        - Mistrzu, te chmury...

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

PRZEZ SZCZELINĘ W NIEBIE
Andrzej Zaniewski o debiutanckim tomiku poezji Hanny Domańskiej

Foto - Hanna Domańska

    Hanna Domańska - ur. w 1961 r. na Podlasiu we wsi Jamiołki. Stąd też wywodzi się jej rodowe nazwisko Jamiołkowska. Z wykształcenia - projektant galanterii. Od dziecka interesuje się literaturą, zwłaszcza poezją. Uprawia malarstwo, grafikę użytkową. Działa w grupie literackiej Poetica w Klubie „ŻAR” przy Okręgu Mazowieckim PZN w Warszawie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich. Laureatka konkursów poetyckich, w tym Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Jej wiersze publikowane były dotąd w pracach zbiorowych, almanachach, pismach literackich, a także w kwartalniku literackim „Sekrety ŻARu". Obecnie mieszka w Sochaczewie.
   Są tacy poeci, na których debiut czeka się z prawdziwym utęsknieniem. Wiersze Hanny Domańskiej, dotąd rozrzucone na luźnych kartkach, wciśnięte „w zatłoczone” almanachy, zostały w końcu zebrane i utrwalone w tomiku pt. „Przez szczelinę w niebie". Warto było czekać.
   [...] Autorka słowami prostymi, skromnymi, z pokorą, a czasem i... z przekorą, potrafi sięgać bardzo daleko - do głębi naszych serc i dusz, a także i... zaglądać przez „szczelinę do samego nieba". [...]
   Są poeci, na których debiut czeka się z prawdziwym utęsknieniem... Teraz z utęsknieniem przyjdzie nam czekać na kolejne książki Hanny Domańskiej. (fragment noty redakcyjnej)
Piotr Stanisław Król
(redaktor wydania)

        Przez uchylone leciutko drzwi wpada światło. Za chwilę otworzą się szerzej i wejdzie autorka. Nieśmiała, skromna, małomówna, usiądzie na drewnianej ławce z boku - jakby chciała pozostać niezauważona. Tak zapamiętałem poetkę Hannę Domańską z naszych pierwszych spotkań w Warszawie, Krakowie, Zakopanem i Owińskach pod Poznaniem.
        Czytała swoje wiersze z pewnym wahaniem, z niepewnością i obawą, że odnajdziemy w nich miejsca niedopracowane. I chociaż takich miejsc nie było, chociaż ocena uczestniczących w spotkaniu zawsze była pozytywna, a często entuzjastyczna, to Hanka pozostawała sobą - zagubioną, młodą kobietą, niepewną swojego królestwa, zamkniętego na wiotkich, białych kartkach.
        Pytania o debiut zbywała uśmiechem lub wzruszeniem ramion, niekiedy odpowiadała pytaniem, czy uważamy, że już powinna, że już czas... I oczekiwaliśmy niecierpliwie, uważając Hankę za dojrzałą osobowość poetycką, już dawno zasługującą na własną książkę.
        I... jest! „Przez szczelinę w niebie". Tytuł tomiku jest cytatem z wiersza pt. „Traktat o szczęściu” - nawiązującego do znakomitych tradycji nie tylko literackich. Był „Traktat o dobrej robocie", „Traktat Rzymski", i Hanka Domańska postanowiła wpisać się w ten ciąg intelektualnych rozważań, usiłujących opisać i wyjaśnić, chociaż cząstkowo, sens istnienia nie tylko globalnej rzeczywistości, lecz również losów indywidualnych - wszystkich żyjących istot na Ziemi. Jest to opowieść o świecie znanym nam z codzienności, lecz codzienność owa nie jest mierzona przez narratorkę wydarzeniami - chociaż pojawiają się np.: śmierć Ojca Świętego Jana Pawła II, a raczej przemyśleniami, rozbłyskami myśli, impresjami, pracą wewnętrzną, pracą uczuć i marzeń.
Grafika - Okładka tomiku Hanny Domańskiej         Głęboko wzruszył mnie właśnie ten wiersz, który na tle ogromnej ilości utworów poświęconych Papieżowi, wyróżnia się niezwykłą siłą przekazu poetyckiego. Niewiele czytałem utworów pełniej dopracowanych artystycznie, w którym głęboka wiara współbrzmi z mistrzowskim opanowaniem języka. Pozornie jest to krótka notatka, de facto świadomy program na życie:

"Żeby móc stanąć przed Tobą
I prosić o pokój na Ziemi
Muszę się sama rozbroić.
Muszę...
Wargi oczyścić z kamieni
I rozminować swe serce
I wtedy wyciągnąć do Ciebie
niezapięścione ręce."


        A wokół świat skomplikowany, wielowarstwowy, pełen gorzkich słów i rozczarowań, w którym usiłujemy odnaleźć własne ścieżki, gdzie „róża kona, porażona dotykiem anioła". Hanka Domańską stworzyła dzieło wybitne, a w polskiej poezji religijnej unikalne, wyjątkowe.
        Są to bowiem najcichsze, a jakże przenikliwe słowa o świętości, o Bogu i boskości, o cudzie istnienia i tworzenia. Momentami bliskie metafizyki, momentami bardzo osobiste - niektóre dedykowane konkretnym osobom: bratu Albinowi, córkom: Karolci i Natalce, ks. Andrzejowi - kapelanowi szpitala, Violetcie Pawliczak.
        Dedykacje te - co uważam za szczególne osiągnięcia autorki - nie pozbawiają tych utworów ponadczasowego, uniwersalnego charakteru. A przeciwnie - poprzez szczegółowy, osobowy adres - stają się nam bliższe, jakby poetka nam właśnie je poświęcała.
        Piękne w kompozycji, szlachetne w intencji, często dotykające jednego motywu, odkrywają przed czytelnikami nowe możliwości wykorzystywania - czy raczej wykreowania symbolu-motywu, zdawałoby się podjętego już w literaturze wielokrotnie, jak w znakomitym wierszu „Chorzy":

"Uwięzione między światłem
a cieniem,
w wąskiej ścieżce bólu,
już niepewne
czy z nami pozostać
ślą nam jeszcze
przedostatni lśniący promień.
Drżące płomyki świec."


        Pointy bywają w wierszach zaskakujące, chociaż niekiedy zaskakuje również brak tradycyjnego zakończenia, co sprawia wrażenie, że autorka proponuje czytelnikowi, aby sam sobie dopowiedział ostatnią kluczową strofę.
        Hanka Domańska mieszka i pracuje w Sochaczewie, w niewielkim mieście na zachód od Warszawy, znanym głównie ze stacji kolejowej, przez którą szybko przemykają pociągi pośpieszne. I tu właśnie tworzy własny, oryginalny model poezji - bardzo trudny do nazwania, określenia, zaszufladkowania. Prywatnie nazwałem go postrealistycznym, ponieważ zasięg tego określenia wydal mi się najszerszy. Są tu elegie, glossy, wiersze-pytania, drobne liryki - przeważnie połączone motywami religijnymi, mszalnymi, modlitewnymi:

"Zbyt ciasno Ci Jezu
i smutno w Monstrancji,
przychodzisz więc do nas..."


        Nie jest to typowa adoracja, a raczej nowe spojrzenie na odwieczne problemy, świadomość stałej obecności Boga prowadzi ku zwątpieniu, przynosi ciężar wątpliwości.
        Relacja przyroda-poezja-wiara sprzyja medytacji i ma dla poetki szczególne znaczenie. Z niej bowiem wynika sama przyczyna poezji, potrzeba pisania-opisania-zapisania. Autorka nawiązuje do poetyki ks. Jana Twardowskiego, Kazimiery Iłłakowiczówny, Małgorzaty Hillar i Haliny Poświatowskiej. Wypracowała jednak własną wizję tworzenia i poetyckiego doświadczenia, w której fakt zaistnienia jest dla niej zawsze tak samo fascynujący i tajemniczy:

"Nie wiem kim jestem,
moje ja ucieka..."


        i prawdopodobnie nigdy nie zostanie schwytane i ostatecznie zamknięte w poezji. Na tej niemożliwości polega przecież jej magnetyczna siła. Odkrywanie świata, o którym wiadomo, że i tak nie ujawni nam wszystkich swych tajemnic, pułapek, labiryntów, przejść sekretnych. Wrażliwość na kolory i światłocienie, opisy ekspresyjne i sugestywne zawarte w tej poezji urzekają czytelników.
        Po krótkiej lekturze pozostaje nam w oczach na długo malarskie, wyobrażone powidoki:

"w brudnej szybie nieba
jarzębiny krwawią..."


A w szarych uliczkach dnia:

"pod płaszczami kryjąc
skrzydła postrzępione
w deszczu mokną
Aniołowie-Stróże bezrobotni"


        Tomik poezji „Przez szczelinę w niebie” ukazuje nam autorkę uspokojoną wewnętrznie, znającą cel, do którego dąży i wybierającą najbardziej bliskie i fascynująca ją tematy. Zna już swoje możliwości twórcze i wie na co ją stać oraz czego oczekuje od siebie. I może to właśnie są źródła szczęścia, o których pisze, szczęścia, którego szuka i które czasami znajduje, szczęścia pojmowanego jako wiedza życia.
        Przez szczelinę, przez uchylone drzwi sączy się światło..., czy młoda autorka, Hanka Domańska otworzy je szerzej? I dokąd pójdzie, gdzie spojrzy „w poszukiwaniu swej drogi do gwiazd..."?

Wiersze Hanny Domańskiej

TRAKTAT O SZCZĘŚCIU
Szczęście... niczym motyl
czasami przysiada
w kielichu twych dłoni,
lecz gdy w zachwyceniu
przyglądasz się barwom
odleci... nie da się oswoić.
Szczęście... jest bezdomne,
żyje na walizkach
ciągle za kimś goni,
trudno jest je spotkać.
Czasem... jak podróżny
rozmową cię bawi
kilka stacji jadąc
we wspólnym wagonie,
jak niesforny promyk
do ciebie przybiega
w dni szare, ponure
...przez szczelinę w niebie.

TĘSKNOTA
Jest takie miejsce na ziemi
po którym tęsknię
i na mnie też tam czekają
...wierzby garbate
i... dzikie grusze.
Czekajcie!
Ja do Was wrócę!
...Ptakiem.

GDYBY
Gdyby na świecie
nie było rozpaczy,
nędzy
i łez.

...Gdybyśmy wszyscy
byli szczęśliwi,
zdrowi
i mądrzy.

...Gdybyśmy wszyscy
mieli po tyle samo,

Nie bylibyśmy
sobie potrzebni nawzajem,
nie byłby nam potrzebny
...Bóg.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

„PSALMY” NA POCZĄTEK STULECIA
Stanisława Grabska o najnowszym tomiku poetyckim Ireny Stopierzyńskiej „Doskonałość Twą odgaduję”

Foto - Irena Stopierzyńska

    „Doskonałość Twą odgaduję” jest drugim tomikiem poetyckim Ireny Stopierzyńskiej. Wiele z zamieszczonych w nim utworów długo czekało w nieznanej teczce. Pierwszy tomik wierszy zatytułowany „Z koszyka słów wybranych” ukazał się w 2004 roku.
   Irena Stopierzyńska ukończyła studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Po studiach pracowała kilka lat w warszawskim KIK-u. Gdy otrzymała stypendium Uniwersytetu Katolickiego w Louvain, wyjechała do Belgii na kolejne studia, tym razem z zakresu mass mediów. Studia te ukończyła w 1971 r. Po powrocie do kraju pracowała w instytucjach związanych z kulturą, m.in. w Instytucie Kultury oraz Redakcji miesięcznika „Więź”. Publikowała artykuły, recenzje i eseje w kilku tygodnikach i miesięcznikach. W 2000 r. ukazała się w Wydawnictwie „Więź” jej książka - rozmowa z dr Stanisławą Grabską pt.: „Ciekawość nieba, ciekawość ziemi”.
   Obecnie działa w Sekcji Literackiej Klubu Twórczości „ŻAR” przy Okręgu Mazowieckim PZN, jest z-cą redaktora naczelnego wydawanego tam kwartalnika literackiego „Sekrety ŻARu”.
   Jest laureatką konkursów literackich w dziedzinie poezji. Należy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie oraz Klubu Twórczości „ŻAR”.

        Zbiór utworów poetyckich Ireny Stopierzyńskiej zatytułowany: „Doskonałość Twą odgaduję” - to zapis szczególnej wrażliwości. Jest to poezja o charakterze religijnym. Niektóre ze swoich wierszy autorka nazwała „psalmami”. Przywołując nazwę strof biblijnych ze Starego Testamentu na określenie własnych wypowiedzi poetyckich, próbuje wskazać na wielorakość religijnych odniesień do Boga: w prośbach i błaganiach, w oddaniu chwały i uwielbieniu, w pokornej skrusze, w dziękczynieniu. Jej wiersze – modlitwy są na ogół krótkie, sięgają po współczesną metaforykę i obrazowanie, bliższą dzisiejszemu czytelnikowi. Jeśli jest on człowiekiem wierzącym, łatwo zapewne znajdzie w tych utworach podobieństwo doświadczeń i przeżyć religijnych.
        Zebrane w tomie wiersze są „przepojone” pejzażem. W pięknie i harmonii krajobrazów autorka rozpoznaje wyraźne „ślady” Stwórcy. Jest na nie szczególnie wyczulona. Dostrzeżone „stadko obłoków”, czy „złoty sygnet słońca” stają się pretekstem do wyrażenia wdzięczności i uwielbienia Pana. Ale stają się też symbolami i znakami innej, ukrytej rzeczywistości:

nie bielsi my, nie trwalsi / niż stadko chmur skłębionych / nieznany wiatr nas goni / i wznosi ku zbawieniu / więc teraz, zaraz, dzisiaj / bądź pochwalony / każdy dzień jest pierwszy / w swoim dziękczynieniu.

Grafika - Okładka tomiku Ireny Stopierzyńskiej         Szereg utworów nawiązuje wyraźnie do przekazów ewangelicznych, przypomina je w poetyckiej formie. Do nich zaliczyć należy m. in.: „Wyjmij z mego oka belkę...”, „Skarbiec Twój otwarty”. Są też strofy, i jest ich niemało, mówiące o trudnościach duchowej natury: „Przyziemne myśli moje”, czy też „Bladość modlitw porannych”. Z pokorą i żarliwością prosi autorka:

wypełń sobą, Panie / me puste mieszkanie / wyniosę popioły
Ty rozjaśnij biele.


        Nie brakuje w zbiorze utworów dotykających relacji z bliźnimi. „Psalm smutny”, „Pieczęć Twojej dłoni”, „Uparcie się modlę”, „Chroń w nas delikatność” i wiele innych próbują wskazać na to, co dla autorski jest najistotniejsze w tych relacjach.
        Należy wspomnieć, że za kilka swoich „psalmów”, wysłanych na ogólnopolski Konkurs Literacki do Krakowa w 2000 r. Irena Stopierzyńska otrzymała pierwszą nagrodę.

Irena Stopierzyńska: „Doskonałość Twą odgaduję”,
Warszawa 2006, ISBN 83-923885-0-X.

Wiersze Ireny Stopierzyńskiej

TWE CÓRY, BALETNICE
To nic - jedna utyka
druga ledwo człapie
trzecia ma zadyszkę
i laską się podpiera...
Taką masz rodzinę
spieszącą do Ciebie
Ty ją błogosławiąc
wokół siebie zbierasz.

Twe córy, baletnice
dzielne, lecz bez wdzięku,
kiedyś młode, wiotkie
i zajęte sobą,
teraz już odgadły
co jest najważniejsze...
Czekałeś cierpliwie
aż zadziwią się Tobą

Pozwól, w kręgu świętych
i pobożnych kobiet
uczyć się prostoty
rezygnacji z dumy.
Ty Jeden jesteś Wielki
o łagodny Boże!
Wiedzą o tym wybranki
przeczuwają tłumy.

SKARBIEC TWÓJ OTWARTY
Skarbiec Twój otwarty
więc wchodzę i widzę
co zebrali święci
na cześć i chwałę Twoją:
- czynów heroicznych
sznury pereł wiszą
krwi męczeńskiej kielichy
niezliczone stoją
dalej wysokie hałdy
złotego milczenia
srebro mów kaznodziejskich
pięknie ułożonych
i modłów pokornych
zdobne kadzielnice
a dni ciężkiej pracy
w diamenty zamienione.

Każdy, kto chce, ze skarbca
czerpie i wynosi
Wolę, Panie, coś przynieść
niż skarbiec pustoszyć.
- Talerz fajansowy
widelec i kubek.
Przyjmij datki skromne!
Będę o to prosić.

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

Z ŻYCIA LITERACKIEGO

OTWARTE PODLASIE
Jan Zdzisław Brudnicki

        „W Semigalii Miasta znaczniejsze Nitawa... Bauski, albo Bowsk", jak rozumiem - Białystok dzisiejszy tak został zapisany w starodruku.. Ja zobaczyłem miasto dzisiejsze nie od razu. Najpierw Pani Małgorzata Rokicka-Szymańska, kierownik Biblioteki Powiatu Białostockiego zabrała mnie na naradę bibliotekarzy do Gminnej Biblioteki w Poświętnem. Na malowniczym wzgórzu podlaskim, pośród wielkiej połaci pól, otoczonych na horyzoncie lasami, coś jak z „Pana Tadeusza” lub Teofila Lenartowicza: „Różowe wzgórza płyną, / Zapadając w świat łagodnie / Na dalekie strony wschodnie."
        W półtysięcznym zespole szkolnym gimnazjalno-licealnym władza ufundowała okazałą, skomputeryzowaną bibliotekę. Młodzież przygotowała odpowiednią inscenizację ku chwale książki i przyjaźni z książką. A ja dowiedziałem się o sprawach braci bibliotekarskiej, zresztą znakomicie wykształconej, zorientowanej. „Globalizacja ułatwia dostęp do kultury, chodzi o umieszczanie bibliotek publicznych w dużych centrach". A mottem do dalszych rozważań jest inny cytat: „Czy jesteśmy skazani na niszowość pewnych zachowań i preferencji?” ("Bibliotekarz Podlaski” 2005-6 Nr 11/12). Bo dowiedziałem się o sprawach informacji, zakupów. Otóż są dwa systemy dystrybucji: hurtownicy, księgarnie - to pierwszy oraz podaż internetowa i obwoźni sprzedawcy tysięcy małych wydawnictw i wydawców indywidualnych ("wykonał mi znajomy drukarz", „założyłem wydawnictwo, wydałem książkę swoją i zlikwidowałem oficynę").
        O czytelnika trzeba zabiegać: od dziecka, przez ucznia, studenta, pracownika, po emeryta. Biblioteka posiada informacje również o wszystkich sprawach gospodarczych i społecznych: wyborach, dopłatach rolniczych, podatkach itp. Szkoły, uczelnie też napędzają potrzeby kształcenia się i zaopatrzenia w materiały biblioteczne.
Foto - Książnica Podlaska         Kiedy po południu przybyłem do Książnicy Podlaskiej w szczere objęcia dyrektora, świetnego poety, wykładowcy i samorządowca, a mówię tak, bo przyjaźnimy się od lat - miałem zobaczyć jeszcze jedno oblicze współczesnej biblioteki. Mianowicie w obszernej, świetnie i zacisznie urządzonej Czytelni promowaliśmy miejscowych poetów. Wydawcą ich była też Książnica! Zredagował je dyrektor Jan Leończuk i Daniel Znamierowski. Forma zewnętrzna udana, żeby nie powiedzieć, wytworna, tomy zaopatrzone we wstępy, noty biograficzne. Wszystkie z roku 2006. A oto plon moich dwutygodniowych lektur. Wiktor Szwed w zbiorze „Przemijanie” prezentuje styl nestorów. Swoje cegiełki dokładał do środowisk mniejszości białoruskiej. Autor dwujęzyczny, sam wydał wiele zbiorów poezji, podręczników, przekładów, antologii. Nazwałem go „Staffem pogranicza", świadkiem przemian, przemijania pokoleń, obyczajów, mitów. Nic dziwnego, że czuje się zmęczony: „O gorzkiej zamyślił się doli / Stary spróchniały wiatrak".
        Nestorką jest również Joanna Kozak-Pajkert, a jej tom „Słowem w oczy” jest od 1992 roku siódmym już zbiorem wierszy i prozy poetyckiej. Przesłaniem tej twórczości jest wiara, że warto iść nawet trudną drogą ku pięknu i ojczyźnie: „Słowa dla ciebie to obietnica, nadzieja na pół zakryta". Owa tajemnica to poletko poety.
        Ze średniego pokolenia poetów otrzymałem Małgorzaty Dobkowskiej „Azymut", a w nim słowa: „Przygotowuję siebie na jutro, jaką twarz pokażę". Tadeusza Korabowicza - „Długa rozłąka", poety dwujęzycznego polsko-ukraińskiego, który widzi: „Wieś w łozinowych kożuchach Polesia” oraz poetki (i biologa) Agnieszki Krote - „Jonasz", „Jonasz durnowaty / Jest od dawna sam / ... Łzy drążą mu policzki". We wszystkich tomach jest swoistość, utracone odłamki dawnego czasu i obyczaju, są przemieszane z nadzieją na tolerancję, na „radosną anarchię".
        Młodsze pokolenie w osobach Beaty Nowakowskiej „W twoim ogrodzie", Macieja Szanciło „Margines gwiazdy", Eligiusza Buczyńskiego „Oddechy” - proponuje dużo obrazów zmysłowej miłości, emocji wobec niszczonej przyrody, przykładów ludzkiej biedy i bezradności. Młodzi próbują używać różnych języków potocznych: mówienia wprost, refleksji, groteski, aforyzmu poetyckiego. „W Twoim ogrodzie... / owiani wiatrem / rośniemy w siebie". To z B. Nowakowskiej.
Foto - Pałac Branickich         Ponieważ w felietonie powinien być luz stylistyczny, chcę poinformować, że nasz kierowca okropnie się denerwował, że prowadzimy fałszywą politykę szkalowania wobec Białorusi.
        Słyszałem gdzieś, jakim problemem są zabezpieczenia zbiorów. A starożytni wykorzystywali w tym celu błogosławieństwa dla akuratnych i przekleństwa dla dewastatorów bibliotecznych. Dyrektor zaś zachęcał mnie w liście, żeby „wnikliwiej spojrzeć w trzewia poetyckie” twórców. Zaś poeta Eligiusz Buczyński tak zapisał swój życiorys: „Urodziłem się i wyrosłem; nie pamiętam pierwszych słów, ani widoków, ani pierwszych powiewów wiatru. Niemniej jednak, tomik ten dedykuję wszystkim Jankom".
        Kresy, dzisiejsze Kresy, niezbyt dalekie, ale jednak bardzo ciekawe, siejące światłem wschodu, z echami Dawnego i Współczesnego Wilna, wielkich romantyków. Spotkania kultur, religii, stylów budownictwa, krajobrazów, starożytnych siedzib i świątyń. Poeci to pragną ocalić od zapomnienia. W dyskusji poetów o prowincji i „prowincjonalizmie” znalazłem myśl, że sukcesem w życiu i twórczości jest nie przerzucać winy z siebie na miejsce, w jakim się żyje. Bo siła życia i twórczości tkwi w nas. Wykorzystać ją można wszędzie. Albo też nigdzie.

I Powrót na górę I

GOŚCINNE ŁAMY

ANNA JUREK - DEBIUT
Anna Jurek jest młodą debiutantką, proponuje naszym Czytelnikom swój pierwszy wiersz.

* * *
dramat milczących ust
rozgrywal się
w cieniu nerwu liścia

drżący powiew
morskiego powietrza
przetoczył się od ucha po ucho

na każdym palcu
odznaczył się dotyk
niezapomniany przez lata

kiedy płatki jaśminu
wrzynały się
w ich splecione ciała

a oczy
żegnały się jak
latawce frunące we dwie
inne strony świata

wtedy wtargnął między
ich złączone dłonie
mroźny poranek

dlaczego nie wybrali
rzeki prostej toczącej się
przez świat

tego nikt nie wie

dwie dusze
wolały cierpieć
niespełnione

maj 2006

I Powrót na górę I

Foto - Irena Stopierzyńska

SŁOWEM O SŁOWIE

SŁOWA PSZCZOŁY

        Od wieków człowiek podglądał pszczoły i podziwiał ich życie zbiorowe - podział prawny, porządek wewnątrz ula, gromadzenie zapasów i waleczność wobec zewnętrznych zagrożeń. Pszczoły nie wiedzą, że są aż tak użyteczne. Od tysiącleci mają wciąż ten sam „ustrój społeczny” i te same skutecznie realizowane zadania. Mogłyby być wzorem bezkonfliktowego życia społecznego, przekazywania następnym pokoleniom umiejętności współżycia i współdziałania. Pracując dla wspólnego dobra, stały się cenne także dla innych istot, które nie potrafią wytwarzać ani miodu, ani wosku, a korzystają chętnie z zasobów uli.
        Człowiekowi zaś pozostawiono zbyt wiele swobody. Nie jest zdeterminowany do współpracy dla dobra ogółu. Może nie podejmować obowiązków, wynikających z miejsca jakie zajmuje w społeczności. Może powiedzieć „nie” wszelkim normom, naprowadzającym go na wartości wyższe, niż on sam. Człowiek bowiem nie posiada „instynktu” moralnego, natomiast sumienie, stawiając go przed wyborami, nie wymusza najlepszego wyboru.
        Dlatego też pewien zasób słów, słów - pszczół jest niezbędny, wręcz konieczny, by ludzie dla własnego dobra mogli się porozumiewać, wspólnie budować, wychowywać potomstwo, gromadzić dobra materialne i duchowe. Księgi Święte i Mądrościowe wszystkich religii zawierają słowa - prawdy, słowa - rady, a nawet słowa - groźby. Ich celem jest pouczenie, jak radzić sobie z chaosem wewnętrznym, jak zmagać się z wadami, wzmacniać zalety. Rozległe były obszary kultury, której podstawowymi wartościami była prawda, dobro i piękno.
        Obecnie jednak ten typ kultury został zanegowany. Dzisiejszy człowiek najczęściej nie uznaje istnienia stałych, niepodważalnych wartości i prawd.
        A dawniej każde pokolenie wnosiło coś nowego, więc zasoby jej się pomnażały, nie była nigdy odrzucana i negowana w całości.
        A dziś słowa - pszczoły mają licznych przeciwników, często utytułowanych, posiadających za sobą autorytet szkoły, czy uczelni. Co chwalą? Co nagradzają? Oto wiodący krytycy literatury współczesnej wysunęli na pierwszy plan tekst „niski", którego motorem dziania się jest „życie jako użycie", a język utworu bardziej niż prostacki, chciałoby się powiedzieć - plugawy. Utwór nagrodzono „za odwagę” wypowiadania się w imieniu tych, co pewnie czytać i pisać nie potrafią. Jury zdecydowało o tym, że wiele z mass mediów nagłośni pisarstwo tworzące „antykulturę". Tak więc anty - pszczoły atakują kulturę „wysoką", posługując się w tym celu słowami prześmiewczymi, wyszydzającymi, przekręcającymi sens i znaczenie tego, co chce być szlachetne, zdrowe.
        Pszczoły nie latają byle gdzie, i po byle co. One jakoś wiedzą, po co warto się trudzić. Czyż jest coś wspanialszego od miodu akacjowego, lipowego, gryczanego lub wielokwiatowego? Pachnący, słodki, zdrowy. Jednak pszczołom zawdzięczamy wiele więcej. Kiedy kwitną sady owocowe ich brzęczenie i krzątanie się wokół kwiatów śliw, wiśni, jabłoni, grusz zapowiada obfite owocowania. Ich nieobecność zapowiada klęskę nieurodzaju. Zbierając owoce, kupując je, czy spożywając, rzadko myślimy o tym, że tak wiele zawdzięczamy pszczołom. Długość życia pszczół - robotnic, jak się niedawno dowiedziałam, oblicza się nie miarą czasu, lecz przestrzeni, nie w godzinach, czy dniach, lecz w kilometrach, które pokonują. Im dalej musi pszczoła - robotnica lecieć po nektar i pyłek, tym krócej trwa jej żywot. Dlatego wielu pszczelarzy w trosce o swoją pasiekę przewozi ule kolejno w różne miododajne rejony.

        Niedawno opisano w prasie eksperyment, oczywiście naukowy, dotyczący drapieżnych roślin owadożernych. Obserwowano jak łowią swe ofiary i które z owadów stają się ich pokarmem. Ofiarami były muchy, pająki, żuki i inne owady. Wystarczyło, że przypadkiem potrąciły liść żarłocznej rosiczki, a ten natychmiast zamykał się wokół ofiary. Jedynie pszczoła, mimo że próbowano ją naprowadzić, a nawet strącić na zabójczą roślinę, nigdy jednak na niej nie przysiadła. Nie straciła życia, odleciała do swych jasno określonych zadań.
        Jeśli staniemy się społeczeństwem raczej much, niż pszczół, będziemy ginąć jak owe owady - bezwiednie, bezwolnie, za to z wiarą w nieskrępowaną wolność człowieka.

I Powrót na górę I

IMPREZY I SPOTKANIA

"OPTAN 2006” - SUKCES ANDRZEJA CHUTKOWSKIEGO

        Miło nam poinformować o sukcesach naszego redakcyjnego kolegi, aktora i reżysera teatru SeKreT na IX Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Artystów Niepełnosprawnych, który odbył się we wrześniu br. w Grudziądzu. W konkursie recytatorskim pt. „Widzimy ten sam świat” uzyskał I miejsce, natomiast w konkursie teatralnym pt. „Teatr Życia” - II miejsce.
        Andrzej Chutkowski działa od lat w Klubie Twórczości „ŻAR", jest założycielem teatru SeKreT, członkiem grupy literackiej Poetica oraz redakcji naszego kwartalnika. Gratulujemy!


WARSZTATY W NAŁĘCZOWIE
13-21 września 2006

        Maleńkie, liczące zaledwie pięć tysięcy mieszkańców miasteczko, jakim jest przeuroczy Nałęczów, w którym tworzyli tacy pisarze: jak Prus, Żeromski, Sienkiewicz - było miejscem kolejnych warsztatów Klubu Twórczości ŻAR, który funkcjonuje na co dzień przy Mazowieckim Okręgu PZN.
        Wszystkie grupy wchodzące w skład Klubu miały możliwość doskonalenia swoich umiejętności artystycznych pod czujnym okiem instruktorów. Były to: sekcja wokalna „Echo", instrumentalna „Akord", sekcja teatralna „Sekret” oraz sekcja literacka.
        Przed południem chór ćwiczył nowy repertuar, sekcja teatralna opracowywała nowy spektakl, a literaci pisali wiersze, a potem analizowali twórczość własną oraz znanych i uznanych poetów. Wieczorami wszystkie grupy spotykały się razem i kolejno prezentowały swoje osiągnięcia. Na czas trwania warsztatów członkowie klubu zatrzymali się w Zespole Szkół Ekonomicznych. Wieczorami zapraszana była młodzież oraz jej wychowawcy. Pobyt członków Klubu został odnotowany w kronice i gazetce szkolnej.
        Poza zajęciami artystycznymi były spacery z przewodnikiem po urokliwym Nałęczowie, koncert muzyki klasycznej w pałacu Małachowskich, wycieczka do Kazimierza nad Wisłą, w tym rejs statkiem spacerowym po Wiśle.
        W trakcie całego pobytu była piękna, letnia pogoda. Może to ona, a także pobliski Park Zdrojowy z piękną, różnorodną i zadbaną zielenią wprawiały wszystkich w dobry nastrój i zachęcały do wysiłku, aby stawiać sobie coraz większe wymagania w dziedzinach uprawianej sztuki. Będzie o czym wspominać w długie zimowe wieczory, no i może trochę żałować, że warsztaty trwały tak krótko.

I Powrót na górę I

Grafika - Galeria, rysunki Ireny Stopierzyńskiej

IRENA STOPIERZYŃSKA-SIEK

        Zanim pojawiła się w jej życiu tkanina artystyczna, malarstwo i rysunek, pierwszą dziedziną wychodzenia z cienia niepełnosprawności wzrokowej było dla Ireny Stopierzyńskiej-Siek pisarstwo - najpierw publicystyka, potem także poezja.
        Czas wolny, jaki zyskała z chwilą przejścia na rentę, został szczęśliwie skojarzony z plastyką. Udział w plenerach i wystawach dla „sprawnych inaczej” zaowocował kilkoma pierwszymi nagrodami z tkaniny i malarstwa oraz wyróżnieniem za rysunek.

            

            



PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora

Rada programowa: Jan Zdzisław Brudnicki, Małgorzata Drzewińska, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski, Andrzej Roch Żakowski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę