WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 1(16)/2007

W numerze:

Od Redakcji   >>>

PRZEMYŚLENIA
Głos z „Miasta Literatów” - wywiad z Danutą Błaszak  >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Tanecznica wśród sosen - Romuald Szura   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - H. Domańska, K. Łagowska, E. Madej, I. Pursa, I. Stopierzyńska-Siek, M. Wojtyłko, I. Zielińska-Zamora   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Góry - jądro jasności - Jan Zdzisław Brudnicki o najnowszym tomiku poezji Stanisława Leona Machowiaka „Góry jak ołtarze”   >>>

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
List Ireny Stopierzyńskiej do Stanisława Stanika, autora tomiku poezji „Cofnięcie czasu”   >>>

FELIETON „ZAPATRZENIA”
Dwa żebra Pana Władysława - Piotr Stanisław Król   >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Słowa dawniej święte - Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

Z ŻYCIA LITERACKIEGO
Wypad do Pruszkowa - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Romana Milik - wiersze ze słonecznej Italii   >>>

IMPREZY I SPOTKANIA   >>>

GALERIA
Hanna Domańska   >>>


Od Redakcji

„Ponad wszystkie nasze uroki,
Ty! Poezjo, i ty, Wymowo,
Jeden - wiecznie będzie wysoki: [...]
Odpowiednie dać rzeczy - słowo!”

(„Ogólniki” C. K. Norwid)

Foto - Irena Pursa

        Nie po raz pierwszy drogi Czytelniku, oddajemy Ci do rąk nasze pismo na wskroś przesycone poezją. To są właśnie te nasze sekrety. Nie dla wszystkich do pojęcia, nie przez wszystkich zrozumiane. Piszemy z potrzeby serca i duszy. Kto ceni słowo, będzie wiedział, o co nam chodzi.
        SŁOWEM O SŁOWIE pisze Irena Stopierzyńska-Siek - o „wymazywaniu” z kultury współczesnej sensów niektórych słów, takich jak „ikona” czy „Madonna", pozbawieniu ich pierwotnego znaczenia. Autorka tegoż eseju rozwodzi się również na temat poezji Stanisława Stanika, twórcy m.in. tomiku wierszy „Cofnięcie czasu". Robi to z pietyzmem, zwracając szczególną uwagę na właściwe relacje między sferą duchową, a słowem poetyckim, podkreślając szczerość i wiarygodność w „rysowaniu” krajobrazów wewnętrznych artysty.
        Liryczne i nostalgiczne jest opowiadanie Romualda Szury, przedstawione w PREZENTACJACH LITERACKICH.
        Między WIERSZAMI WYBRANYMI zwróćcie Państwo uwagę na autorkę Marię Wojtyłko, debiutantkę na naszych łamach. A już na pewno powinieneś wgłębić się drogi Czytelniku w treść recenzji tomiku poezji Stanisława Leona Machowiaka „Góry jak ołtarze” napisanej przez znanego krytyka literackiego Jana Zdzisława Brudnickiego. Jakże bliskie nam Polakom są strofy opisujące Tatry, co robili od wieków klasycy literatury. U Stanisława Leona Machowiaka strona górskich fascynacji łączy się z wiarą w Najwyższego. W górach autor szukał siebie samego i... odnalazł „jądro jasności".
        W GOŚCINNYCH ŁAMACH zamieściliśmy wiersze Romany Milik, przekazujące specyficzne klimaty słonecznej Italii.
        Nie przypadkiem na końcu polecam również wywiad z Danutą Błaszak (Głos z „Miasta Literatów"), stały felieton z cyklu ZAPATRZENIA redaktora naczelnego Piotra Stanisława Króla oraz notatki Z ŻYCIA LITERACKIEGO Jana Zdzisława Brudnickiego. Owe pozycje są równie interesujące, jak pozostałe treści w numerze, choć trochę od nich odbiegają nastrojem. Jest w nich trochę humoru (niezwykła historia z życia jednego z naszych laureatów Nobla), wnikliwej obserwacji interesujących zdarzeń kulturalnych na prowincji oraz ciekawego spojrzenia na nasze polskie sprawy aż z dalekiej Florydy.
        W GALERII gościmy tym razem Hannę Domańską, znaną dotychczas naszym Czytelnikom przede wszystkim jako poetkę. Tym razem prezentujemy jej bardzo interesujące prace malarskie.
        W imieniu redakcji życzę ciekawej lektury, a mniemam, iż refleksyjność w wypowiedziach autorów poruszy Państwa wyobraźnię i skłoni do głębszej zadumy.
Irena Pursa

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

GŁOS z „MIASTA LITERATÓW"
z Danutą Błaszak - publicystką, poetką, redaktorem naczelnym i właścicielką portalu „Miasto Literatów” rozmawia Jurata Bogna Serafińska

Foto - Danuta Błaszak    Danuta Błaszak - pisarka, poetka, tłumacz, dziennikarka, urodziła się w Warszawie. Obecnie studiuje na Florydzie literaturę anglojęzyczną. Z wykształcenia jest matematykiem (specjalność topologia geometryczna) i dziennikarzem. Należy do Związku Literatów Polskich. Ma wszechstronne zainteresowania: literackie, społeczne, ekologiczne, sportowe. Pracowała w PWN, współpracowała z „Magazynem Literackim", współzałożycielka Grupy Poetyckiej „Konfederacja Poetów Niezdecydowanych". Zajmuje się ratownictwem wodnym i sportami lotniczymi, tłumaczeniami literackim; pisze wiersze i utwory prozą - opowiadania, artykuły, sprawozdania, przeprowadza wywiady z ciekawymi ludźmi; promuje literaturę polską za granicą. Jej dziełem jest Antologia „Contemporary Writes of Poland". Wydała szereg książek - ostatnia „Wiersze i kwiaty” (2007, wydawnictwo DSP). Aktualnie przygotowuje książkę na temat problemów związanych z autyzmem. W drugiej połowie 2006 roku brała czynny udział w przygotowaniach 50 rocznicy „Współczesności". Jest właścicielką i Redaktorem Naczelnym Portalu „Miasto Literatów".

        Jurata Bogna Serafińska: Pani Danuto, cieszę się, że mogłam poznać Panią osobiście. Chciałabym zapytać w imieniu czytelników Kwartalnika Kulturalnego „Sekrety ŻARu” o kilka spraw, które interesują stałych bywalców Pani portalu „Miasto Literatów". Czy na długo przyjechała Pani do Polski?

        Danuta Błaszak: Przyleciałam pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia, odlatuję 11 stycznia 2006 r. Tak więc to niecałe trzy tygodnie.

        Czy spotkała się Pani po przyjeździe do Polski z jakimiś ciekawymi osobami?

        Tak, spróbuję wyliczyć te osoby. Mam tu na myśli Panią, Andrzeja Zaniewskiego ze swoją wspaniałą rodziną - żoną Amandą i małym juniorem, Jana Zdzisława Brudnickiego, Stanisława Stanika i Piotra Stanisława Króla. Ważne były dla mnie spotkania z ludźmi, z którymi miałam zaszczyt współpracować przy przygotowywaniu 50 rocznicy „Współczesności". Wymienię tu Redaktora Naczelnego miesięcznika „Poezja dzisiaj” Aleksandra Nawrockiego i poetę, publicystę, jednego z założycieli Grupy „Współczesność” Jerzego Czajkowskiego. Było mi miło odwiedzić Agnieszkę Herman w Milanówku, a potem spotkać się z Marysią - wdową po dziennikarzu Marku Kaszu.

        Zauważyłam, że interesuje się Pani bardzo wieloma sprawami i problemami. W aktualnym numerze „Gazety DSP” można przeczytać Pani reportaż z Amerykańskiego Ośrodka Pomocy dla ludzi z autyzmem. Reportaż ten napisała Pani po pewnym okresie pracy w „group-house". Opisuje Pani konkretnych, żywych ludzi, ich reakcje, zachowanie, problemy. Zapamiętałam Pani zdanie „oni są jak wyspa, do której można dopłynąć". Czy widzi Pani różnice w traktowaniu osób „zdrowych inaczej” w Polsce i w USA?

        Nie ma chyba człowieka, który nie miałby ze sobą jakichś problemów. W pewnych sytuacjach możemy sobie poradzić sami, czasem wystarczy dobra wola rodziny, jednak zdarzają się przypadki konieczności udzielenia pomocy specjalistycznej. Ludzie z autyzmem mają często bardzo ciekawą osobowość. Zdarzają się ludzie sukcesu, u których autyzm towarzyszy rozpoznanemu geniuszowi. W Polsce chyba zbyt mało mówi się o problemach ludzi dorosłych, u których stwierdzono autyzm. To nie jest tylko problem dzieci.

W czasie obecnego pobytu w Polsce spotkała się Pani z osobami z dysfunkcją wzroku, należącymi do grupy literackiej „Poetica". W klubie panuje integracja. Przychodzą tu zarówno pisarze z dysfunkcją wzroku jak i widzący w granicach przyjętych norm, chociaż trzeba przyznać, że do rzadkości należą osoby nie używające okularów. Zebrani czytają głośno swoje utwory. Odbywają się debaty i dyskusje z udziałem krytyków literackich. Czy uważa Pani, na podstawie doświadczeń z innych krajów, że taka integracja jest dobrym rozwiązaniem?

        Bardzo przyjemnie było mi spotkać się ze środowiskiem tak zintegrowanym. Uważam, że oprócz specjalistycznej pomocy medycznej - traktowanie osób z daną niepełnosprawnością (w tym przypadku z dysfunkcją wzroku) jako odrębnej grupy ludzi - byłoby nieporozumieniem. Pragnę wspomnieć tu o mojej koleżance Susan Rippe. Wiem, że Susan jest mi wdzięczna za to, że nigdy nie traktuję jej jako osoby niepełnosprawnej. Jest ona doskonałą poetką i współpracuje z tymi samymi pismami w Ameryce, co i ja. Jeden z moich pierwszych kontaktów ze środowiskiem osób niepełnosprawnych miał miejsce podczas praktyk studenckich w Spółdzielni Inwalidów produkującej przezrocza dla dzieci. Załogę stanowili nie tylko niepełnosprawni. Utkwiła mi w pamięci wypowiedź pracownicy „ja tych wczasów nie dostanę, bo niestety nie jestem inwalidką.". Zdziwiło mnie wtedy takie postawienie sprawy. Pracownica ta czuła się gorsza - nie miała bowiem uprawnień przysługujących jej niedowidzącym kolegom i koleżankom.

        Widziałam, że przeglądała Pani kilka ostatnich numerów Kwartalnika „Sekrety ŻARu". Czy jako redaktor naczelny znanego, dużego Portalu Internetowego, ma Pani może jakieś uwagi na temat tego czasopisma?

        Tak, zwróciłam od razu uwagę na wysoką jakość papieru i dobrą szatę graficzną. Z przyjemnością przejrzałam kilka ostatnich numerów. Zainteresował mnie wywiad przeprowadzony z dziennikarzem, prozaikiem i poetą Bogdanem Bartnikowskim przez Redaktora Naczelnego „Sekretów ŻARu” Piotra Stanisława Króla oraz Pani esej „Zapomniana Rodziewiczówna". Wiele książek Marii Rodziewiczówny jest bliskich również mojemu sercu.

        Na zakończenie chciałabym zapytać, jakie są obecnie Pani plany literackie. Słyszałam, że niedługo ma się ukazać Pani nowa książka. Czy mogłaby Pani odkryć tajemnicę i zdradzić temat książki?

        Po opublikowaniu kilku artykułów na temat autyzmu przyszedł czas na zrobienie z tego książki. Ukaże się też wkrótce tomik moich wybranych wierszy z lat ubiegłych. Zmagania z różnymi problemami, paradoksami życia ma odbicie w tym, co teraz piszę. Mam wrażenie, że przeszłam jakiś etap w tych zmaganiach. To jakby przejście do następnej klasy.

Dziękuję bardzo za rozmowę w imieniu czytelników kwartalnika kulturalnego „Sekrety ŻARu".

Adres internetowy portalu „Miasto Literatów": http://miasto2000.w.interia.pl/

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

TANECZNICA WŚRÓD SOSEN
Romuald Szura

Romuald Szura - urodził się w Stanisławowie, na Kresach Wschodnich. Pierwsze powojenne lata spędził w Barlinku. Ukończył filologię germańską na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1960 r. mieszka w Zielonej Górze. Wieloletni dziennikarz radiowy i publicysta. Debiutował wierszami w „Żołnierzu Polskim” (1954 r.). Jest autorem tomików wierszy „Kołysanie czasu", „Popołudnie", „Sosnowe klawisze". Ma autorski udział w kilkunastu antologiach poezji i almanachach prozy, wydanych głównie w Wydawnictwie Poznańskim. Jest autorem słuchowisk radiowych. Zdobył wiele nagród i wyróżnień w konkursach literackich (w tym II miejsce w Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej w 2006 r.), ogólnopolskich konkursach PR na reportaż radiowy. Jest laureatem Lubuskiej Nagrody Kulturalnej (1970 r.). Zajmuje się przekładem literatury niemieckiej i serbołużyckiej, głównie autorów opowiadań i wierszy z Brandenburgii. Opowiadanie „Tanecznica wśród sosen” pochodzi ze zbioru opowiadań pt.: „Zielony zapach lasu” (Zielona Góra, 2004).

        Szedł znajomym traktem. Nasiąknięta wilgocią ziemia parowała. Po obu stronach drogi chłodne o zmierzchu łąki, poprzecinane kanałami, zryte kołami wozów, w błotnistych miejscach zdeptane kopytami zwierząt, sprawiały wrażenie porzuconego skrawka ziemi między stacją kolejową, a pobliską wsią. Jakby ludzi wymiotło z zagród, gdzieś hen za horyzont.
        Opanowały go nagle smutne myśli, dziwnie przykre, jak gdyby to wszystko, co przeżył w tej okolicy, było nie przewidziane, wydumane. Wracał do swoich wspomnień niemal bez szmeru. Dopiero na skraju wsi zaszczekał pies, i zaraz zawtórował mu drugi. Przed kościołem skręcił w boczną uliczkę, wszedł w podwórze i zastukał do znajomych drzwi.
        W kuchni gospodarz odcedzał ziemniaki. Parująca chmura przesłaniała mu plecy. Prostując się spojrzał na zabłocone buty gościa.
        - Pan od podatków?
        - Jestem Filip. Nie poznaje mnie pan? Byłem tu kiedyś na wakacjach. Razem z pana Bolkiem - dorzucił szybko. - Jutro muszę załatwić pewną sprawę. Myślałem, że dobrze będzie jeżeli odwiedzę pana...
        Na pomarszczonej twarzy gospodarza pojawił się uśmiech zakłopotania.
        - Aa, to pan. Tak, tak, pamiętam. Niech pan poczeka, nakarmię tylko prosiaki, bo się drą.
        Gdy usiadł na tapczanie, nogi jego ostrożnie dotknęły dywanu. Pachniało tu jesiennymi jabłkami i leczniczymi ziołami. Spojrzał na żołnierskie zdjęcie gospodarza za szkłem na ścianie, stare i pożółkłe, potem na zabłocone czubki swoich butów. I pomyślał, nie wiadomo czemu, że na pewno w takich umazanych butach przechodzili tędy polscy żołnierze. Szli przez glinę i piach ku brzegom Odry. Wszędzie czekały na nich chałupy ciepłe jak pierzyny, a Niemki chowały się na strychach, zamykały w stodołach, pakowały w słomę. Bo spece od niemieckiego blitzkriegu nagadali im różności. Bydło ryczało w oborach, a one się chowały lub uciekały na zachód, drogą między łąkami.
        Lampka na ołtarzyku rzuca mdły blask. Czerwieni się korona Matki Boskiej, tej z Częstochowy. Chroni od zła, urodzaj zsyła. Kto tam zresztą odgadnie, o co ją proszą starzy ludzie, którzy niegdyś tę ziemię piaszczystą wzięli w posiadanie i na drzwiach wycinali swoje nazwiska, by nikt im domu nie zabrał, bo nie mieli siły iść dalej za wojskiem. Przylgnęli do tego krajobrazu chudego, z sosnowym lasem na horyzoncie, drutem ogrodzili swoje łąki, potem wpuścili tam krowy zdobyczne, by się dobrze pasły, bo trzeba było odkarmić niejedną zabiedzoną dziecinę, a potem wysłać do szkoły. Smutno tu, myśli Filip, smutno i jesiennie... Mogłem nie przychodzić.
        Ale wraca już gospodarz. Niezgrabnie porusza się w pokoju, jakby chodził po jakimś muzeum. Otwiera komodę, wyjmuje album, ściera zgrubiałymi palcami kurz i kładzie na stole.
Ilustracja - Tańcząca wśród sosen         - Żona niedomaga, nogi ją bolą, ledwie chodzi, panie. A synkowie het wyjechali. Dawno już mają swoje rodziny. To nie żarty, panie. Siedemdziesiąty piąty krzyżyk dźwigam, trudno na gospodarce samemu.
        A Filip wciąż jeszcze rozgląda się dookoła. W pokoju tym tańczył z Różą. Podobna do Cyganki, szeleściła kwiecistą sukienką. Orkiestra grała same polki i fokstroty, a on pragnął z nią zatańczyć tango. Potem jednak zmienił zamiar, bo chciał uwolnić się od widoku mizernych krzeseł, nie malowanych stołów.
        - Słuchaj, cyganko, może wyjdziemy?
        - Teraz, w czasie wesela? Dokąd?
        - Na spacer, do lasu!
        Ale pamiętał też pannę młodą, siostrę Bolka, małą, przysadzistą, pamiętał jak któregoś wieczoru leżała obok niego w sianie na strychu, jak chciała się zbliżyć do niego, a potem, kiedy ją przyciągnął do siebie, rozpłakała się, że każą jej iść za starego, a ona, choć brzydka, chciałaby młodego. Pamiętał ją w welonie smutną i jeszcze brzydszą niż naprawdę była.
        Spojrzał odruchowo na zdjęcia, które podsuwał mu stary.
        - Widzi pan... to Bolek mój syn najlepszy. Jest kierownikiem w kamieniołomach. Wydobywają tam granity i marmury, wie pan, pałace się z tego buduje, sejmy...
        Gospodarz wygładza brzegi zdjęć, chwilę medytuje, potem wychodzi, by wrócić z półlitrówką i mięsiwem. Pijemy, jemy świeżą wieprzowinę, maczamy kromki chleba w tłuszczu.
        - A czy nie ciągnie pana czasem w tarnopolskie strony? - pyta Filip, bo pomarszczona twarz gospodarza, jego siwe, pokręcone wąsy wydają się dziwnie znajome. I chociaż stary nie ma na sobie lnianej koszuli, przez chwilę wydaje się Filipowi, że czerwona lampka za plecami przed obrazem Matki Boskiej, to naftowa lampa w niskiej izbie.
        Gospodarz napełnia kieliszki.
        - Co ja tam miałem? Dwie morgi i glinianą chałupę. To nie to co tutaj - murowane domy, obory z cegły. Ale pan nie wie, pan był całkiem mały, jakżeśmy się tu wprowadzili. Napiszę do Bolka, że pan się odnalazł. Może byście zjechali do nas? Wtedy można by pogadać, bo teraz robota, nic tylko robota.
        Następnego dnia Filip obudził się późno. Był pogodny dzień. Nad zaoranym ścierniskiem szybowały ostatnie jaskółki. Od razu przypomniał sobie, jak kiedyś na tym polu ustawiali snopy, przypomniał sobie brązowego jamnika z nadszarpniętym uchem, który rozgrzebywał gniazda polnych myszy, a potem różowe, piszczące układał na ściernisku.
        Ale najprzyjemniejsze były wieczory, bo wtedy chodził z Różą na spacery. Las pachniał nagrzanymi paprociami. Sosny pękały od nadmiaru wezbranego słońca. Radosne było powietrze i wszystko, co ich otaczało. Szli zazwyczaj wzdłuż kolejowego toru. W zachodzącym słońcu połyskiwały szyny, śpiewały druty telefoniczne. Obejmował ją delikatnie, a Róża mówiła mu, że jest taki inny, taki dziwny. Wczoraj napisałeś w moim pamiętniku, że czas będzie się mijał z nową miłością i nowym deszczem. W jaki sposób czas może się mijać z deszczem? A wierszyk o tym, że chciałbyś mnie malować w zielonym zmierzchu, znam już na pamięć. Dziwny jesteś. Skąd bierzesz słowa?
        Pojmowała wszystko dosłownie - pocałunki i obietnice, że kiedy skończy studia, zabierze ją do miasta, bo była lekka, zwinna, chciała tańczyć, biegać wielkimi ulicami, poznawać smak strojnego życia. Wszystko wydawało się jej proste i dosłowne, jak tor, wzdłuż którego szli przytuleni, bo pozbyła się nieśmiałości i nawet lubiła, gdy ją prosił: „powróż wiejska cyganko, ile będziemy mieli dzieci?".
        Teraz pole było puste. Zamknął okno. W kuchni zjadł śniadanie, które podała mu gospodyni, schorowana kobieta, utykająca na nogę, i poszedł na wizytację do szkoły. Gdy wrócił w południe, stary zaprzągł do wozu.
        - Jeden koń panu został? - zagadnął.
        - Ano, jeden - rzekł gospodarz i dodał - Jadł pan śniadanie?
        - Tak.
        Chwilę milczeli.
        - A Róża... Co z Różą? - spytał Filip, niby od niechcenia. - Musi pan ją pamiętać. Mieszkała stąd parę domów dalej. Tańczyłem z nią na weselu.
        - Już dawno jej tu nie ma. Wyszła za doktora. Byli tu kiedyś swoim zagranicznym wozem. Piękny samochód. Pojedzie pan ze mną do GS-u?
        - Mogę. Czemu nie. Kiedyś jeździłem z panem tyle razy...
- Róża miała kłopoty. Pamięta pan, matka jej taka religijna, ino cięgiem do kościoła latała. Nie miała czasu na wychowywanie córki. A Róża jak tylko wyjechała do szkół, to też zaczęła latać, ale nie do kościoła, tylko za chłopakami. A teraz jest wielka pani.
        Obok podmokłej łąki, koła wozu podskakują na kocich łbach. Przypomina to Filipowi koc na łące i bicz zakończony kolorowym frędzlem. Czasem któraś z łaciatych wchodziła w koniczynę. Nie mógł upilnować krów. Przeszkadzali mu Diderot na przemian z Meissnerem, których czytał zachłannie, siedząc na kocu. Chciał imponować Róży, ciekawej niecodziennych zdarzeń, nowych określeń, wybranych słów...

        * * *

        Gdy wrócił do miasta zaczął myśleć o Róży, niespokojnie, na nowo. Zapragnął nagle zobaczyć tamten błysk w jej oczach, cygańskie chochliki, lato, szyny w słońcu... Czemu nie! Może się z nią spotkać. Zdobędzie jej adres. Może pojechać tam niby służbowo, a na miejscu zgłosi się do jej męża lekarza z jakąś zmyśloną chorobą. Albo wybierze dzień, w którym nie zastanie go w domu.
        Róża ucieszy się tą nagłą wizytą. Usiądą w zacisznym pokoju, urządzonym na wysoki połysk, wśród drogich mebli i kryształów. Popatrzy w jej śniadą twarz, w te znane mu oczy. Ale czy odczyta w nich obraz sosen gorących od lipcowego słońca i nieba, do którego nagle zatęsknił? A jeżeli to będzie inna Róża, obca, dostojna i bardzo zdziwiona tą nagłą wizytą? Jeżeli będzie przyglądać mu się lekceważąco, a potem wypomni mu szczeniackie obietnice? Będą siedzieli w głębokich fotelach obcy sobie i rozmowa nie będzie się kleić. Będzie patrzył w jej twarz chłodną, umalowaną i nie znajdzie już niczego - ani zielonych łąk, ani słonecznego wiatru. Może w takiej chwili zapragnie nawet, by zjawił się jej mąż, bo wtedy uwolni się od wspomnień i będzie mógł mówić o rzeczach obojętnych.
        I nagle poczuł jak wzbiera w nim złość, zwyczajna złość, a może tylko żal. Jakże jest śmieszny, przywołując wspomnienia tamtej wiejskiej dziewczyny, tanecznicy wśród sosen. I właściwie po co?

I Powrót na górę I

Grafika - laur


PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA
WIERSZE WYBRANE



Hanna Domańska
STARUSZKI
To były kiedyś małe dziewczynki,
grały w klasy
na zbyt cienkich nogach.
Niesforne kosmyki
zaglądały w ufne oczy
aż cichutko przerosły skakankę.
I... wbiegły w życie
z ogromną wiarą
piękne dziewczęta,
i szły... uparte
nie wiedząc nawet
że góry przenoszą.

A czas po cichu
pisał pamiętnik wokół ich oczu
cieniutkim rylcem zaznaczał daty
szyfrem tajemnym,
...daty porażek,
...daty zwycięstwa.

Dziś tylko one,
czesząc przed lustrem siwe włosy,
mogą odczytać to dziwne pismo
wokół swych oczu.

Krystyna Łagowska
ZMAGANIE
Noc skryta płachtą połatanych snów
uchodziła ociężale i niemrawo
potykając się o rozsypane
błyskające koraliki
przedświtu.
Ranek jeszcze nieotrząśnięty
z chłodu mgieł
przyciskał do szyby twarz
martwoty i rezygnacji.

Leżę obudzona przykryta kołdrą
beznadziejności
bezsensu,
jeżeli się nie podniosę
to niemoc spęta mnie podstępnie
pajęczyną apatii
silniejszą niż stal.
Zmaganie jest buntem
jest twórcze
nie jest przegraną.

Wstaję!
Ubieram wytrwanie
uśmiechem zrozumienia
- Daj łapę na dzień dobry
mówię do mojego psa
kudłatej suki Funi
mam tyle pomysłów na wiersze.
Pies macha radośnie ogonem
Rozpraszając mroczny nastrój poranka.
Dobrze mieć przyjaciela
Nawet czterołapnego.

Elżbieta Madej
MAKI
W wazoniku, w pokoju
Stoją maki czerwone
Wczoraj zerwane w ogródku.
Oglądam je z bliska
Zdziwiona ogromnie -
Są smutne.

Spadają im płatki,
Sterczą gołe główki
Łodyżek stojących w wazonie.
Straszne jest życie
Więdnących makówek,
Ostrożnie biorę je w dłonie.

Lecz płatki maków
Zwisają nieżywe
I smutnie, tęsknie spadają.
Zaglądam w wazon,
A te nieszczęśliwe
Ni kropli wody nie mają!

Irena Pursa
MARZENIE
Dom rodzinny nosi się w sobie
Pod powiekami ukryte werandy
We snach zwiewnych
Gdzieś na pograniczach światów
Pełen jest wspomnień
już niepotrzebnych
Ludzi którzy tam brylowali
Bliskich twarzy z portretów
Kurzem pokrytych bibelotów
I choć tego wszystkiego już nie ma
I zostałam sama z powidokiem zdarzeń
Ciągle buduję jak ślimak
muszlę wokół siebie
To mój dom z marzeń
moja przystań
To miejsce gdzie teraz JESTEM

* * *
Rozprysły się krople zdarzeń
na szybie okularów
Starte białą chusteczką
zostawiły wilgotną smugę
która szybko wyschła...
Rozbłysły feerią świateł
jako raca wypuszczona w niebo
I zgasły nie dolatując do ziemi...
Zapłonęły zniczem na mogile wspomnień
Zapłonęły...
I rozwiał je wiatr zapomnienia...

SEN
Szukałam mogiły ojca we śnie
Trudno znaleźć to wzgórze na jawie
Błądziłam pośród cieni w blasku słońca
Błądziłam pośród cieni pod księżycem
Nogi z ołowiu ruchy spowolnione
Zatrzymane w kadrze na długo
Biegłam szukając snuciem pajęczyn omotana
W puste przestrzenie wplątana
Bez skutku na ranek czekając
Tam na dnie osiadła mgła świtu
Szarości dnia wschodzącego...
Krzycząc niemo budziłam się
z tego koszmaru

Irena Stopierzyńska-Siek
GAWRONY
z nadejściem świtania
prostują skrzydła odrętwiałe,
kilka okrążeń nad swoją noclegownią
kępą drzew pochylonych
przy osiedlowym stawie,
potem parami cicho odlatują
na wysypisko śmieci,
gdzie obfite jadło

o szarej godzinie
gawrony powracają
ich czarne stado
krąży nad domami,
potem w gąszcz gałęzi
pośpiesznie nurkują,
głośno, krzykliwie
nad czymś debatują
póki noc nie zaczerni
niebo nad olchami.

W KSIĘGARNI
w pierwszym tomiku wierszy
- zachwyt, smutek, rozpacz
- żenująca szczerość
nieświadoma siebie
pośród róż, łez, tęsknot
westchnienia i wspomnienia
jakby przepisane
z dawnego pamiętnika

drugi tomik pełen
zagadek i wymówek,
uczucia i zwierzenia
subtelnie dozowane,
a jeśli się wkradnie erotyk
pomiędzy inne strofy
nie znajdziesz w nim na pewno
grubej dosłowności,
nagość się ukrywa
jak za parawanem

trzeci tomik to słownik
agencji towarzyskich
szargający wszystko,
co bywa wysokie
niewybredne opisy
ośmieszać się zdają
co na przyzwoitość
dawniej zakrawało

oto trzy tomiki
a każdy z nich zaklina,
że poezji prawdziwej
jest wiernym zapisem?

Maria Wojtyłko
WYRYWANIE CISZY
Wyrywanie dla siebie ciszy
wysłuchiwanie jej
wśród gwałtownych burz
niepotrzebnych
wśród bitew
nie do wygrania
wyrywanie ciszy dla siebie

I cóż narodzie mój przewrotny
krytyki łatwo rzucasz
proroków poszukujesz
proroków potrzebujesz
ciszę zagłuszasz
ciszy nie słuchasz
jakże więc chcesz
bym Ci coś opowiedziała

Poezją moją
wzruszyć się chcesz
lecz by się wzruszyć
lecz by do źródlanego
dotrzeć strumyczka
wyrywaj ciszę
spójności wewnętrznej
ona Cię nauczy
by między słowami
treść nie napisaną
zrozumieć

Narodzie mój przewrotny
brać chcesz
niczego od siebie
nie dając
rękę żebraka wyciągasz
po chleb
który Ci nie smakuje

Iwona Zielińska-Zamora
* * *
jeszcze długo potem
miałeś swoją półkę w szafie
tylko garnitury oddałyśmy bezdomnym
twoje biurko jest już zajęte
siedzę przy nim teraz ja
i piszę o tobie wiersze
twój sekretarzyk od dawna
kryje cudze tajemnice
tylko zegar nie chce
wybijać godzin bez ciebie
i fotel pod lampą
stale niezamieszkany
jakby czekał...

miałeś tato takie piękne myśli
one teraz żyją we mnie
miałeś tato takie piękne ręce...

* * *
twoje oczy nieco kpiące
mój śmiech,bywa przez łzy
dwie pary ramion wiecznie głodnych
to nasza miłość bez końca

czy pamiętasz
jaki był jej początek
wtedy spadł pierwszy śnieg
biały całun na zażenowanie i wstyd
w świetle ulicznej latarni
w twoich włosach srebrna nić
pomyślałam, że to śnieżny puch
myliłam się
to twój pierwszy siwy włos
czyżby już z mojego powodu

ślady naszych stóp
na miękkim dywanie
szliśmy zasypanym miastem
niewiadomo, dokąd?

a dzisiaj
czy znamy już odpowiedź.

ŻAL
żal mi snów, które nie przyszły
i dni mi żal, co nie były moim udziałem
nocy bez ciebie i słów niewypowiedzianych
kwiatów, których nie ścięłam
a i tak umarły, tyle, że stojąc

żal okazji co jak motyle
żyły w nas chwilę zaledwie
i głupstw niepopełnionych
tak bardzo żal, boleśnie

w mrocznym świetle poranka
żal nawet tego co będzie jeszcze
że takie proste, banalne
takie powszechne.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

GÓRY - JĄDRO JASNOŚCI
Jan Zdzisław Brudnicki o najnowszym tomiku poezji Stanisława Leona Machowiaka „Góry jak ołtarze”

Foto - Stanisłwa Leon Machowiak

    Stanisław Leon Machowiak - urodził się 8 maja 1935 roku w Luboni (pow. leszczyński). Po ukończeniu szkoły podstawowej przeniósł się do Poznania, gdzie pracował jako robotnik w Spółdzielni Inwalidów Niewidomych SINPO. Pracując ukończył szkołę średnią i studia wyższe na UAM. Od 1975 do 1989 roku pracował jako nauczyciel w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Owińskach. Debiutował w 1982 roku w „Czytelniku” tomikiem poetyckim pt. „Noce ze słońcem". Wydał jeszcze siedemnaście zbiorów wierszy: „I było światło” (1986), „Jak krzyk milczenia” (1990 - Biała Seria Biblioteki Poetyckiej), „Słowem-światłem” (1991), „Niech milczą słowa” (1992), „Światło zapisane” (1993), „Góry nad górami” (1993 - Biała Seria Biblioteki Poetyckiej), „Epitafia” (1993 - SAWW). Wydał też „Wybór wierszy” na kasecie (Zakład Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych) oraz trzy książki dla dzieci: „W mieście ratuszowych koziołków” (trzy ich wydania) i „Święci wśród nas” (1992). Wydał tom prozy „Listy bez odpowiedzi” oraz dla dzieci „W królestwie wichrów". Wybrane wiersze Stanisława L. Machowiaka były tłumaczone na język czeski, esperanto, francuski, niemiecki i włoski. Łącznie wydał 23 pozycje.

        Nie przypadkiem złożyło się, że pisałem o wielu tomach Stanisława Leona Machowiaka np. w „Akancie” 13/2004 „Poezja słowa - obrazu". Powodem było szczególne, oszczędne, wyważone i dowartościowane traktowanie słowa ("Słowa - konieczne"). Tym razem znów zachęciło mnie do lektury skonfrontowanie słowa z górami. Okazuje się, że góry mają w „widzeniu wewnętrznym” poety niezwykle bogatą metaforykę. Kojarzą się z „nadmiarem światła", „okruchami gwiazd", „przymierzem” i „dotrzymaniem umowy", pieśnią wiatru", „oczyszczeniem nas z egoizmu", „wspinaniem się ku wieczności", „boską świetlistością", „kamiennym ołtarzem", „ciężarem śmierci", „ranami moich rąk", „milknięciem pieśni"', „z głębią marzeń", „wspinaniem się na Olimp", „słuchaniem ciszy".
        Tomik jest wypełniony symbolami, czasem też przesadnymi, i roztacza klimat, który Wyspiański nazywał „biesiadą dusz". Posiada bowiem dwa przesłania, dwie ścieżki dążenia ku górze, ku niebu, ku Najwyższemu.
        W części pierwszej Stanisław Machowiak prowadzi nas po górach biblijnych i ewangelicznych. W części drugiej jest przewodnikiem po górach polskich, różnych: wysokich, średnich i niskich. I szlak ten oznacza duchowością Polaka - papieża. Zatem podniosły nastrój gór jest dodatkowo oznakowany sacrum czasów legendarnych i współczesnych. Światło dzienne zwieńczone jest światłem boskim. Pion góry jest też drabiną miedzy ziemią a niebem, z „której można zobaczyć dalej". Miłość jest skojarzona z krzyżem. Wędrówka tu, dumanie, trwoga, poznanie - jest kontemplacją. A ścieżki są ofiarą przymierza, stacjami Mistrza.
        Niegdyś pasjami chodziłem po górach z takim przekonaniem, że góry są też możliwością skontaktowania się z sobą samym prawdziwszym i sprawdzianem naszej wrażliwości, naszej wydolności. Autor „Gór jak ołtarze” zwierza się, że szukał gór w relacjach i doświadczeniach innych ludzi, bo wszak nie mógł ich dosłownie zobaczyć. Są to zatem dwa aspekty poznania, sięgające w głąb natury rzeczy. Modernizm, czyli epoka nasilonego symbolizmu, fascynowała się górami. Teraz ona odbija się Norwidowym echem „wtórym".
        Trochę się zląkłem w pierwszym momencie, że tomik jest nieco koniunkturalny. Ale z pewnością strona wiary i strona górskich fascynacji jest autentyczna. Skupienia, medytacja - zawsze sprzyjały poezji. A „portrety” gór na licznych zdjęciach pomogą w wędrówce czytelnikom o mniejszej wyobraźni.

Stanisław Leon Machowiak, „Góry jak ołtarze", Poznań 2007, ss. 80, ISBN 83- 920980-1-3

Wiersze Stanisława Leona Machowiaka

POWSTANIE GÓR
Ukształtowałeś Panie
góry z okruchów gwiazd
wśród których
zamieszkałeś
żeby być blisko ludzi

Na ich szczytach
dojrzałem
przedziwny blask światła
odbicie Twojej twarzy

GÓRY
Góry jak ołtarze
przyobleczone w słońce
orły niosą pod obłoki
moją ofiarę światła

MOTTO
Bóg który jest
schodzi do człowieka
w milczeniu gór
człowiek nieustannie
wspina się na spotkanie

NASZE SERCA
podobne do gór
każdego dnia
wspinamy się na ich szczyt
obciążeni kamiennymi tablicami

góry oczyszczają nas
z egoizmu
napełniają nadzieją
o ich szczyty
opiera się niebo

Bóg Bogów Jahwe
wspiera mnie nieustannie
w zdobywaniu szczytu
Serca

NA PAPIESKIM SZLAKU
Ludzie pamiętają Ciebie
mają w sobie niezatarty obraz
przywołują modlitwą
nawet kamienie
nie znają milczenia

Wiatr zanosi prośby
ponad Babią Górę
może dotrą do nieba
i powrócisz jak dawniej
powracałeś z Rzymu
albo na chwilę ukażesz się
na chmurnym ekranie

I Powrót na górę I

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

List Ireny Stopierzyńskiej-Siek do Stanisława Stanika, autora tomiku poezji „Cofnięcie czasu”

Foto - Stanisław Stanik

    Stanisław Stanik, poeta, prozaik, krytyk literacki, publicysta. Urodził się 31 maja 1949 roku w Ziemi Opoczyńskiej. Liceum Ogólnokształcące ukończył w Łodzi, studia polonistyczne - w Lublinie. W Warszawie mieszka od 1976 roku.
    Pracował w redakcjach pism: kieleckim „Echu Dnia” i warszawskich „Kierunkach", „Inspiracjach", „Myśli Polskiej".
    Za działalność zawodową był wielokrotnie wyróżniany. Debiut poetycki w „Kamenie", wierszem Objęcie (1968). Wiersze publikował w „Więzi", „Poezji Dzisiaj", „Słowie", „Zeszytach Ciechanowskich", „Ziemi Gorzowskiej", „Akancie", „Radostowej".
    Laureat wielu konkursów literackich. Wydał tomiki poetyckie: Objęcie (1991), Rozstajne drogi (1993), Pamiętnik miłosny (1994), Pomiędzy (1996), Płacz zapiekły, miłość, choroba, śmierć (2001), Pocztówki wiarygodne (2005). Opublikował zbiory studiów i szkiców literackich: Jak zostać pisarzem (1992), Buntownicy i konformiści (1997), Samotnik z Zegrzynka (studium o Jerzym Szaniawskim, 1998), Pisarze mówią (1998), Szkice krytyczne (1999), Głuptaki (2005).

        Stanisławie - Drogi Poeto! Oto trzymam ostatni Twój tomik w ręku. Przeczytałam go i przewertowałam wiele razy i chciałabym przekazać Ci garść moich odczuć i myśli na jego temat. Tomikowi nadałeś tytuł Cofnięcie czasu i na pozór wszystko z tytułem się zgadza. Jednakże prawdziwa jego zawartość - mimo umieszczonych tam wspomnień z dzieciństwa, opisów stron rodzinnych, podróży i zdarzeń z Twojej biografii, jest zbiorem utworów mówiących o Twoim „dziś", o obecnych zmaganiach, lękach, przewidywaniach, pragnieniach i rezygnacjach. Są to szczere Twoje wyznania poetyckie - „rysowanie” krajobrazów wewnętrznych.
        Tonacja dominująca wielu z tych „krajobrazów” to poważna i smutna refleksja nad minionym. Smutek poety nie jest natarczywy, obdarowujesz nim tych, co są w stanie zrozumieć niepowrotne.
        Nie wzbraniasz się przed odczuwaniem samotności i bezsilności, gdyż wiesz już, że są to nieuniknione atrybuty ludzkiej egzystencji. Tu i ówdzie przebija inna tonacja - połyskliwa, barwna, czerpiąca z żywiołów młodości, jakby część owych dawniejszych żarów i płomyków czekała na wygarnięcie z popiołów rezygnacji. Poeto, przynajmniej w jednej dziedzinie rezygnacja jest niedozwolona - w sprawie pisarstwa, a szczególnie w sprawie poetyckiego zapisu oglądów rzeczy dotąd nieopisanych.
Foto - okładka tomiku St. Stanika - Cofnięcie czasu         Już tytuł tomiku sugeruje, że dla Ciebie ważną kategorią jest czas, jego nieustępliwe odliczanie godzin, dni, lat. Próba cofnięcia czasu poprzez powroty do zapamiętanych i bliskich kiedyś miejsc i osób potwierdza tylko niemożność ponownego wejścia w miniony nurt. Minione naznacza wszystko, co się dobrze znało, a teraz ledwie się je rozpoznaje; siebie też - tego z dawnych lat trudno odnaleźć. Umykamy sami sobie, dlatego warto pisać, zapisywać ulotne - piękne i niepiękne, żeby także inni zachowali z nas małą cząstkę - może tę najlepszą. Wszystko to, co jest przywołaniem minionego czasu, opowiadasz innymi słowami niż te, których używałeś jako bohater ówczesnych wydarzeń. Były spontaniczne, teraz są ważone, dobierane dla stosownej wypowiedzi. Poezja - ta dojrzała - rodzi się ze splątania wielu wątków przeciwstawnych sobie, własnych i cudzych losów. Troska o niefałszowanie, o szczerość w tej nie zawsze jasnej sferze tworzy poezję wiarygodną.
        Twoje utwory są sugestywne, dbasz o to, by stanowiły skończoną i zrozumiałą całość. Wiele z nich zamyka się puentą. Inne zaś są „otwarte” na dalsze ciągi i na odnotowywanie przemian i odmian emocji i myśli, krążących wokół ważnych dla Ciebie - Poety i Myśliciela - tematów. Rozpisując na wiersze to, co się już przetoczyło, pytasz, nie wolny od obawy, co jeszcze pozostało do podjęcia, do udźwignięcia zanim dojdziesz do kresu.
        W Twojej twórczości poetyckiej odnajduję staranie o to, by pisać prawdziwie. Nie chcesz kierować się pozorami, ani brzydoty, ani uroku, dlatego wypowiadasz pragnienie „dostania się pod skórę rzeczywistości". Może dlatego, że nieobce jest dla Ciebie, Stanisławie, filozoficzne zamyślenie nad światem, mniej mnie przejmują Twoje skargi, chociaż są nasycone goryczą:

jestem drzewo rozpaczające
już zmęczone i nadniszczone
chylę się ku upadkowi...
(wyznanie drzewa, s. 8)

        A w innym wierszu dodajesz:

wszystko, co drogie odjęto
Wrażliwość wywrócono na opak [...]
talent rozpisano na wersety
Rozebranego z celu, sensu, złudzeń
wrzucono do piachu...
(nagrobek, s. 86)

        Te właśnie nuty może i są wiodące w Cofnięciu czasu, ale odkryłam, że myśli Twoje wcale się nie wyczerpują, że wciąż drążysz twardą skałę świata i własne wyczulone wnętrze. W wierszu „ameryko, ameryko” piszesz:

muszę utrwalić poczucie równowagi
i dysponować nią dla siebie
chciałbym rozgraniczać dobro od zła...

        Wprawdzie „drzewo rozpaczające” smuci się, bo się nieco pochyliło, mimo to, mam nadzieję, że potrafi zrzucić z siebie przygnębienie jak liście z ubiegłego sezonu, a nowe oglądy, odkrycia i odczucia objawią się w wiecznie zielonej sferze ducha, bo według Pascala - „człowiek jest trzciną myślącą".
        A oto, co napisała Edyta Stein - filozof, pedagog, potem karmelitanka - o wnętrzu człowieka: „Jeśli życie duchowe jest życiem i przemianą (...) musi być ruchem postępującym i szukać dla siebie przenośnego wyrazu".
        „Przenośny wyraz” to nic innego, jak poetyckie - symboliczne, metaforyczne - ujęcie przeżyć i zdarzeń w najgłębszej sferze duchowej. Pewnie dlatego pisma mistyków bywają poetyckie.
        Najważniejsze dla twórców są dalsze ciągi ... Ufam, że największe poetyckie „odkrycia” są przed Tobą i bę- dzie to nadal pisanie wiarygodne.

Stanisław Stanik „Cofnięcie czasu", Wyd. Heliodor, Warszawa 2007, ss. 92, ISBN 83-88746-96-0

I Powrót na górę I

Foto - Piotr Stanisław Król - Zapatrzenia

FELIETON

DWA ŻEBRA PANA WŁADYSŁAWA
Piotr Stanisław Król

        Pan Władysław wsiadł tego dnia do pociągu, który zawiózł go na stację w mieście Sztokholm. W rozkładzie jazdy stacją docelową była Warszawa. Ale pociąg się wykoleił, Pan Władysław gruchnął jak długi z siedzenia i złamał dwa żebra. Wylądował w szpitalu. Tam bardzo troskliwie zajęła się nim służba zdrowia. Lekarz popatrzył na pacjenta, podumał i przemnożył dwa żebra razy sześć i wyszło mu, a jakżeby inaczej - dwanaście (mocny był w naukach ścisłych). Na tym nie poprzestał. Dokładnie zbadał wszystkie organy Pana Władysława. Podumał i postawił diagnozę, która brzmiała, iż oprócz uszkodzonych żeberek ma on i „inne kontuzje ciała i nie wiadomo, czy będzie nadal zdolny do pracy umysłowej” (mocny był także, jako wróż i kabalista).
        Zarząd kolei żelaznej bardzo zmartwił się o swojego ciężko kontuzjowanego pasażera, który utracił z ich winy „zdolności umysłowe” (o pogruchotanych żebrach nie wspominając) i wypłacił mu sowite odszkodowanie, zapewniające dostatnie i spokojne życie bez konieczności wysilania tak nieszczęśliwie poszkodowanych szarych komórek.
        Pan Władysław wrócił do domu, usiadł przy biurku i zaczął pisać. Widocznie uznał, że jest to znakomita metoda rehabilitacji. Miał świetne warunki, bo za odszkodowanie mógł sobie kupić nawet kilkanaście domów. Szło mu znakomicie. Tak znakomicie, że w końcu uhonorowano go Nagrodą Nobla. Pan Władysław Stanisław Reymont wsiadł do pociągu, następnie na statek i po dwudziestu czterech latach od czasu, gdy poturbował się w wagonie rosyjskiej kolei, dotarł do stacji docelowej.

        Kilka miesięcy temu w starych archiwalnych dokumentach medycznych szpitala na warszawskiej Pradze odnaleziono pożółkłe zapiski doktora Jana Rocha Rauma z 1900 roku. Opinie na temat „przekrętu z żebrami i zdolnościami umysłowymi” Reymonta są obecnie zróżnicowane. Ja należę do tych, którzy uznają to za jedną z form walki z zaborcą. W końcu po ponad stuletnim wymazaniu Polski z mapy Europy, po dwóch krwawych powstaniach, wywózkach tysięcy naszych rodaków na Sybir należała się jakaś forma odszkodowania. A że wziął ją akurat Reymont przy pomocy rezolutnego medyka? Działali na miarę swoich możliwości.
        Po wybuchu rewolucji 1905 roku Józef Piłsudski zorganizował i został przywódcą Organizacji Bojowej PPS, która zajmowała się zamachami na carskich dygnitarzy, rabowaniem kas powiatowych oraz pociągów przewożących złoto i pieniądze. Pozwoliło to ruchom niepodległościowym m.in. kupować broń i amunicję, którą wykorzystano do walki o wolność naszej Ojczyzny.
        Władysław Stanisław Reymont ze wsi Kobiele Wielkie, bardzo słaby uczeń, terminator w zakładzie krawiecko-kuśnierskim, marny aktorzyna w wędrownej trupie, niedoszły zakonnik Paulinów w Częstochowie, a także... medium produkujące się w seansach spirytystycznych niejakiego Puszowa, pracownik kolei z pensją16 rubli miesięcznie dokonał skoku na kasę zaborcy, wykorzystując dwa złamane żebra, cudownie rozmnożone przez doktora Rauma, i to kasę ogromną - 38 500 rubli. Taka suma pozwalała ówcześnie na zakup kilkunastu warszawskich kamienic! Od tego czasu mógł spokojnie zająć się jedyną rzeczą, którą robił dobrze. Ba! Wyśmienicie! Pisaniem nowel i powieści. Na koszt batiuszki cara! Piłsudski grabił zaborcę bronią, a nasz Noblista - żeberkami...

        Kiedy dowiedziałem się o tej niezwykłej historii pomyślałem sobie, jak mogłoby to wyglądać w dzisiejszych czasach, w wolnej i niepodległej Polsce... Pan Władysław wsiadłby do pociągu naszej kochanej PKP. W skutek kolizji złamał dwa żebra. W szpitalu stwierdzono by, że zabrakło punktów Narodowego Funduszu Zdrowia na oddziale chirurgii urazowej i musi udać się do innej placówki. Najlepiej prywatnej. Obolały, z uszczuplonym znacznie portfelem poszedłby do swojego małego mieszkanka spółdzielczego i zaczął pisać, pisać, pisać... Do Polskich Kolei Państwowych o odszkodowanie. Czyli na Berdyczów.
        Jak to miło było za cara - pomyślałby Pan Władysław. Ciemiężył drań i rusyfikował nam Naród. Ale łupiło się go! Ech, jak się go łupiło...!

I Powrót na górę I

Foto - Irena Stopierzyńska

SŁOWEM O SŁOWIE

SŁOWA DAWNIEJ ŚWIĘTE

        Słowo „ikona” - cóż znaczy? Używane coraz częściej, w coraz bardziej zaskakujących kontekstach - w prasie, w radio, w telewizji, w języku komputerowym. Już nie wystarczają bliskoznaczne określenia, takie jak „obraz", „znak", „wizerunek", „symbol", „podobizna", „fotografia” lub „znak firmowy". W poszukiwaniu świeżych wyrażeń sięga się po inaczej brzmiące, a że ze słownictwa religijnego, cóż to szkodzi.
        Nowi użytkownicy terminu „ikona” zapewne nigdy się nie zagłębiali w dotychczasowe teologiczne, sakralne znaczenie. A ikony, jak to wiemy, są to obrazy świętych postaci cerkwi prawosławnej, pełne symboli, tajemnic wiary, czczonych z wielką pobożnością przez wiernych. Pisanie świętych obrazów, bo tak określano dawniej malowanie ikon, zastrzeżone było dla mnichów, którzy do tej czynności przygotowywali się przez post, pokutę i modlitwę.
        Moda na posiadanie ikon, jako trudno dostępnych na rynku dzieł sztuki, sprawiła, że malować, kopiować zaczęli świeccy artyści, a nawet amatorzy. A teraz wyraz „ikona” oznaczać może dowolny produkt masowej kultury.
        A oto drugi przykład przeinaczania dawnego znaczenia wyrazu. Z kim się teraz kojarzy imię Madonna ludziom młodym, słuchającym muzyki tworzonej dla nich przez szczególnych twórców? Na pewno przyjdzie im na myśl piosenkarka rodem ze Stanów Zjednoczonych, bohaterka licznych skandali, którą wylansowano na gwiazdę Pop pierwszej wielkości, przełamującą kolejne tabu w kobiecej modzie. Ten rodzaj strojów rozpowszechnił się również w Europie, a jeszcze pół wieku temu byłby stosowny jedynie dla pań o specjalnej profesji.
        Dawniej imię „Madonna” było kojarzone z Maryją, matką Jezusa. Innej Madonny nie było. Madonnie - piosenkarce i aktorce trudno przypisać cokolwiek z tego, co czczono w Maryi. Jest raczej jej przeciwieństwem. Jej program „artystyczny” jest świadomie kusicielski, w dodatku, w tym, co propaguje, nic złego nie widzi. Popierających, adorujących i naśladujących ma tysiące. Tylko jeden znamy przypadek, że ktoś Madonnie powiedział „nie". Był to łagodny i w swym postępowaniu święty - Jan Paweł II. Otóż Madonnie wymarzył się chrzest jej dziecka w Watykanie, udzielony przez samego papieża. Cóż to byłoby za wydarzenie medialne, nagłośnione na cały świat! Cóż to byłby za dowód na to, że nawet Kościół i najważniejszy w tym Kościele człowiek także jej służy... Nie było jednak przy tym żadnych oznak, że Madonna chce zmienić cokolwiek w swoim życiu, że jest to oznaka wiary i nawrócenia. Odmowa Ojca Świętego była przez nią nagłośniona, jako niezrozumiały gest.

        Powyższe przykłady świadczą o tym, jak się odbywa wygaszanie pierwotnego znaczenia i użycia terminów z pewnej jasno określonej dziedziny na rzecz luźnych i odległych skojarzeń, używanych dopóki nie spowszednieją.
        A kultura postmodernistyczna „grzeszy” profanacją, wymazując ze swych obszarów sensy sakralne używanych przez nią znaków.

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

Z ŻYCIA LITERACKIEGO

WYPAD DO PRUSZKOWA
Jan Zdzisław Brudnicki

        „Kieliszek tęsknoty, garść pocałunków...". Da się to połączyć z poezją Jana Twardowskiego? W tym wypadku jak najbardziej. Wziąłem udział w przyznaniu pierwszej wersji nagrody w ramach Kapituły Nagrody im. ks. Jana Twardowskiego „za najciekawszy tom poezji 2005-2006". Przesłaniem było owo już upowszechnione „śpieszmy kochać ludzi", a więc rzecz się domagała też szczególnego wydźwięku humanistycznego. Po dłuższych deliberacjach padło na tomy poetów i nie tylko poetów, bo ludzi odgrywających bardzo chwalebne role środowiskowe.
        Mianowicie 24 stycznia 2007 r. w Klubie Pruszkowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wręczono nagrody: Krystynie Gucewicz za tom „Kocham cię” i Jackowi Cyganowi za zbiór „Ambulanza. Wiersze śródziemnomorskie".
        Jacek Cygan, wiadomo, postać niemal kultowa. Ma w swoim dorobku ogromną ilość tekstów piosenek, musicali i spektakli estradowych. W cieniu natomiast pozostała twórczość, jak on to nazywa - „do intymnego kontaktu z czytelnikiem", a więc „Drobiazgi liryczne” z 1995 r. i owa „Ambulanza", a także dziwna droga do krain śródziemnomorskich, gdzie widzi się nie blichtr, ale melancholię szpitali, smutek cmentarzy, kalekie piękno. Autor zresztą z maestrią czytał swoje teksty. W uzasadnieniu werdyktu powiedziałem coś takiego: „harmonia łączy skonfliktowane segmenty kultury popularnej i wysokiej, co też jest swoistym talentem". Wszak „tłem” dla spotkania publiczności, środowisk kultury i miejscowych władz był film Franciszka Trzeciaka o „dniach przedostatnich” Twardowskiego, który tu, w Pruszkowie rozpoczynał drogę służby i twórczości.
        A jeśli chodzi o wszędobylską w Warszawie, jako organizatorkę i jako twórcę - „zalotnicę", tę od „pocałunków... dzikich", „zapachów miłości", „patrzenia w oczy", to Krystyna Gucewicz (często pod pseudonimem Ewa Mińska), poetka, recenzentka teatralna i muzyczna, satyryk, komentatorka, wykładowczyni dziennikarstwa na Uniwersytecie Stefana Wyszyńskiego, nazywana „dobrym duchem kultury polskiej i Duszpasterstwa Środowisk Twórczych". W swoim dorobku ma książki pełne anegdot, kronik towarzyskich (środowisk artystycznych i znanych postaci, takich jak Czesław Niemen, Nina Terentiew). Dociekliwością i humorem odznaczały się publikacje „Dlaczego kochają, czyli życie na różowo” (1993), „Kto jest z kim", „Zamach na Zamachowskiego". Jest to postać rozpoznawalna w środowisku, jako projektantka zdarzeń kulturalnych, spektakli, audycji radiowych, filmów i samodzielna producentka telewizyjna.
        Jej trzy tomy poezji były zauważone i szeroko prezentowane. „Z miłości” (2003) to wiersze miłosne i erotyczne. Pisane były pod hasłem: bądź sobą, czerpmy wzory z wzorców godziwych, „żeby nie istniał czas poza naszą szczeliną szczęścia". Tom „Łzy ptaka” (2004) nawiązuje do „Pieśni nad Pieśniami” i klimatów poetyckich ks. Jana Twardowskiego pod wezwaniem: „Jak pięknie jest żyć miedzy wierszami". Autorka nazywa je metaforycznie „wierszami kardiologicznymi".
        I wreszcie „Pogrzeb wróbla” (2006) - to powrót wyobraźnią do dzieciństwa, do młodości, do genealogii wileńskiej. „Czuję się strażniczką pamięci” - wyznaje w wywiadzie autorka. Tom dedykowała synowi. Wszystkie publikacje odznaczają się finezją języka, marzycielstwem. Poetka mogłaby podsumować swoją drogę słowami Czesława Miłosza: „Serce moje zmęczyło się zachwytem, rozpaczą, gorliwością, nadzieją", lub za poznanym osobiście Twardowskim: „Jest miłość... cienka jak opłatek, bo wewnątrz wzruszenia".

        Dodam tylko, że pomysł Kapituły Nagrody zrodził się w kręgu oficyny „Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza", prawdopodobnie w głowie Stanisława Grabowskiego - redaktora, autora świetnej książki poetyckiej „Idę po dnie rzeki", wybitnego znawcy twórczości i liryki dla młodych i najmłodszych czytelników.
        Natomiast Alfred Kohn kieruje Gminnym Ośrodkiem Kultury. Podziwiam jego pomysłowość. W swojej udanej komitywie ze szkołami prowadzi konkurs „Legendy z Ziemi Tarczyńskiej".
        Nie tylko są przypominane dzieje tego starego miasta z gotyckim kościołem obronnym, na skrzyżowaniu dróg Księstwa Mazowieckiego, ale też miejscowości sąsiednich, jak: Jeziory, Many, Kotorydz itd. Przekonałem się, jak jest to udana inicjatywa. Budzi zainteresowanie przeszłością rodzimej miejscowości i okolicy. Rozwija zmysł lingwistyczny. Skłania do wnikliwych obserwacji. Efektem ich działalności jest m.in. album „Kapliczki i krzyże przydrożne na Ziemi Tarczyńskiej".
„A zwieńczeniem tych działań jest snucie rodzinnych opowieści. Co roku powstają też publikacje „Legendy z Ziemi Tarczyńskiej".
        Na koniec jest biesiada, podsumowująca z wręczeniem nagród. Te działania wspiera jakże przystojna pani burmistrz Tarczyna - Barbara Galicz.
        Piszę o tym, bo uważam, że to dobry pomysł, wart upowszechnienia. A znając Pana Alfreda, ten konkurs i jego gospodarstwo, jestem pewien, że nie będzie miał nic przeciwko temu, żeby go naśladować.

I Powrót na górę I

GOŚCINNE ŁAMY

ROMANA MILIK
mieszka od kilkunastu lat we Włoszech pod Neapolem. Współpracuje z Grupą Literacką Poetica (rzadko osobiście, głównie jako członek korespondent). Jej poezja nawiązuje przede wszystkim do specyficznych nastrojów, klimatów oraz kolorytów słonecznej Italii. W marcu br. zdobyła II miejsce w konkursie literackim „Waglany".

SPRZEDAWCY
Sprzedawcy makaronu
suszą na długich
sznurach spaghetti
obrazek ten wisi
w małej gwarnej pizzerii
obok tragarz z wąsami
niesie na głowie
kosz pomidorów
na stołach
rozwarte usta talerzy
czekają zgłodniałe
przechodniów
żeby rozdawać kolejno
południe i wieczór.

Zapach ciasta i potu
miesza się w dziwną zależność
która ugniatana ogniem
- rośnie
udoskonala głód
syci codzienność.

RYBNY TARG
Rybacy przychodzą wcześnie
rozkładają po stołach
mokry jeszcze
odłowiony nocą księżyc
po nim ślizgają się ryby
powietrze pojone na gorzko
faluje ostatnią skrzelą
nieruchome płetwy
martwy ogon
podnoszą
przymierzają do ręki
a potem szybko
odkładają na miejsce
biegają i krzyczą
coraz głośniej
jakby chcieli zagłuszyć
ocean
który się ustał
w otwartym rybim oku.

STATKI
Statki przybijają
do brzegu
wiążą kotwicami
odległe morza
z dna ich
wyławiają kontynenty
pachnące wanilią i cynamonem.

Z wiatru strugane
palmowe liście
kapią słodkim daktylem
kradną go mewy
a potem rzucają
ludziom pod nogi.

Miażdżone
roznoszone w oddechu
ziarenka kawy
błyszczą na ustach
małą czarną czekoladką.

I Powrót na górę I

IMPREZY I SPOTKANIA

DOBRE SŁOWO
dla Hanny Domańskiej

        Hanna Domańska, członek Grupy Literackiej Poetica (Klub Twórczości ŻAR w Okręgu Mazowieckim PZN), zajęła I miejsce w Konkursie Poetyckim DOBRE SŁOWO.
        Konkurs organizowany jest corocznie przez sochaczewski tygodnik ECHO. Jak zaznaczyli członkowie jury, nagroda została przyznana jednogłośnie, bez wahania. Wiersz Laureatki pt. „Staruszki” uznano za najpiękniejszy spośród stu nadesłanych na konkurs. W uzasadnieniu jury podkreśliło piękną metaforykę, poetycką intuicję i filozoficzny przekaz nagrodzonego utworu.
        Wiersz „Staruszki” publikujemy na w dziale „Prezentacje literackie - wiersze wybrane".


ŚWIĘTO SŁOWA
Ogólnopolski Konkurs Recytatorski w Kielcach

        W dniach 30-31 marca br. odbył się organizowany corocznie przez Kieleckie Centrum Kultury Niewidomych w ramach „ŚWIĘTA SŁOWA” - Ogólnopolski Konkurs Recytatorski.
        Miło nam poinformować, że wśród Laureatów znaleźli się członkowie Klubu Twórczości ŻAR. Andrzej Chutkowski z Teatru SeKreT zdobył „Srebrnego Pielgrzyma” za recytację fragmentów książki „Inne rozkosze” Jerzego Pilcha oraz wiersz Stanisława Grochowiaka „Don Kichot". Natomiast Maria Wojtyłko - poetka, członek Grupy Literackiej Poetica w swoim debiucie recytatorskim zdobyła zaszczytne wyróżnienie, pozostawiając w tyle wielu doświadczonych w tej trudnej sztuce, wielokrotnie już nagradzanych konkurentów. Maria Wojtyłko recytowała wybrane fragmenty z serii książek „Lapidarium” Ryszarda Kapuścińskiego oraz wiersz Zdzisławy Szymborskiej „Niektórzy lubią poezję".
        Andrzej Chutkowski otrzymał w Kielcach nominację do wzięcia udziału w Centralnym Konkursie Recytatorskim w Kołobrzegu, który odbył się w dniach 13-15 kwietnia br.

I Powrót na górę I

Grafika - Galeria Hanny Domańskiej

Hanna Domańska

        Pochodzi z Podlasia, obecnie mieszka w Sochaczewie. Poetka (w ostatnim czasie wydała tomik „Przez szczelinę w niebie”, 2006 r.). Laureatka wielu nagród literackich. Jej pasją jest także malarstwo oraz grafika użytkowa.









PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Hanna Domańska, Iwona Zielińska-Zamora

Rada programowa: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę