Strona Główna
Klub ŻARu
Kultura w OM
Nr poprzedni
W numerze:
Od Redakcji >>>
PRZEMYŚLENIA
Przekraczanie barier w literaturze - z dr Małgorzatą Czerwińską, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Zielonogórskiego rozmawia Piotr Stanisław Król >>>
PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Przystanek - Iwona Zielińska-Zamora >>>
GOŚCINNE ŁAMY
Piekło ciotki Mańki - Bogdan Bartnikowski >>>
PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - Genowefa Cagara, Hanna Domańska, Krystyna Łagowska, Elżbieta Madej, Irena Pursa, Irena Stopierzyńska, Iwona Zielińska-Zamora >>>
OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Tajemnica smugi cienia - Rok Josepha Conrada - Jurata Bogna Serafińska >>>
NOWOŚCI WYDAWNICZE
Poezja - źródło wiary i nadziei - Piotr Stanisław Król o tomiku poezji Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak Światło Krzyża >>>
Z ŻYCIA LITERACKIEGO
Prosto z Wilna - Jan Zdzisław Brudnicki >>>
SŁOWEM O SŁOWIE
Wrzawa i milczenie - Irena Stopierzyńska-Siek >>>
VII EDYCJA MAZOWIECKIEGO KONKURSU MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ >>>
Od Redakcji
Panie spraw, bym nie mówił zawsze,
wszędzie i na każdy temat
(Tomasz z Akwinu (1225-74)
Tę prośbę do Stwórcy powinien słać prawie każdy z nas, jeżeli ma w sobie odrobinę skromności i świadomość swojej niedoskonałości. Jakiż piękny byłby świat, gdyby zabrakło w nim ludzi mówiących dużo i na każdy temat, z tym, że niekoniecznie mądrze. Nasza Redakcja stara się wypowiadać o literaturze i poprzez nią. Ale czy zawsze się nam to udaje?
Będziesz mógł to ocenić Drogi Czytelniku tylko wtedy, gdy wnikliwie przejrzysz drugi tegoroczny numer naszego kwartalnika Sekrety ŻARu". Na co szczególnie należy zwrócić Państwa uwagę w tym numerze? Tym razem na wywiad przeprowadzony przez Naczelnego Redaktora Sekretów ŻARu Piotra Stanisława Króla z Panią dr Małgorzatą Czerwińską. Staramy się, by nasze pismo miało charakter integracyjny, ale chyba jest to naturalne, że czasami więcej miejsca poświęcamy problemom ludzi niepełnosprawnych. Zachęcam zatem do bardzo uważnej lektury tego wywiadu pt.: Przekraczanie barier w literaturze". W tekście dużo cennych i bardzo trafnych uwag dotyczących twórczości artystycznej osób niepełnosprawnych. Mowa w nim też o roli krytyków. Czy powinni traktować ulgowo osoby niepełnosprawne? Czy taka postawa wobec nich nie czyni krzywdy twórcom? Osobiście uważam, że podstawowym zadaniem krytyków sztuki w każdej dziedzinie jest kształtowanie gustu jej odbiorców, a nie jego wypaczanie. Mam nadzieję, że po tej lekturze zechcecie Państwo zająć własne stanowisko wobec problemów poruszonych w tym niezwykle zajmującym wywiadzie.
Wracając do słów Tomasza z Akwinu, to może lepiej czasami pomilczeć, niż zawsze i wszędzie zabierać głos, nie wnoszący nic nowego do dyskusji. I tutaj proponuję Drogi Czytelniku, byś nie przeoczył felietonu ze stałego już cyklu SŁOWEM O SŁOWIE Ireny Stopierzyńskiej-Siek pt.: Wrzawa i milczenie". W dobie natłoku nierzetelnej informacji i harmidru może warto, wzorem Kartuzów, próbować się wyciszyć poprzez milczenie. Artykuł Ireny Stopierzyńskiej-Siek jest jak zwykle bardzo cenny i wart głębszej analizy. Może też zachęci do obejrzenia filmu Wielka cisza", który z pewnością dla autorki felietonu był inspiracją do jego napisania.
Zajrzyjcie też Państwo na Gościnne Łamy, aby zaspokoić swoją ciekawość, jakie to wydarzenia spowodowały prywatne Piekło ciotki Mańki", bo taki właśnie nosi tytuł opowiadanie Bogdana Bartnikowskiego, a które ukaże się w najnowszej książce tegoż autora.
Tajemnica smugi cienia to głos Juraty Bogny Serafińskiej, która przybliża nam sylwetkę Josepha Conrada Korzeniowskiego. Rok 2007 został ogłoszony Rokiem Conradowskim.
Jeszcze tylko na chwilkę skoczymy za wschodnią granicę, by razem z Janem Zdzisławem Brudnickim odwiedzić ojczyznę Mickiewicza. Jak tam się ma polska poezja? Dowiemy się z felietonu Prosto z Wilna".
Informujemy, że do 14 września br. można nadsyłać prace na VII Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej (plakat konkursowy na końcu strony).
Przed nami czas pięknych, letnich dni, zatem życzę w imieniu całej Redakcji przyjemnej i owocnej lektury Sekretów ŻARu w atmosferze całkowitego wyciszenia, a to jest możliwe tylko w cieniu dobrego drzewa.
Iwona Zielińska-Zamora
I Powrót na górę I
PRZEMYŚLENIA
PRZEKRACZANIE BARIER W LITERATURZE
z dr Małgorzatą Czerwińską, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Zielonogórskiego rozmawia Piotr Stanisław Król
|
Małgorzata Czerwińska - ur. w 1961 r. Studia na kierunku: bibliotekoznawstwo i informacja naukowa, ze specjalnością: informacja naukowa - ukoń- czone w 1984 r. Praca doktorska: Pismo i książka w systemie L. Braille'a w Polsce - historia i funkcje rewalidacyjne - obroniona w 1997 r. na Uniwersytecie Wrocławskim, wydana drukiem w 1999 r.
Od 1986 r. - działalność publicystyczna w obrębie problematyki niepełnosprawności; współpraca z periodykami wydawanymi przez PZN. W latach 1989 - 1998 - stała rubryka felietonów literackich w miesięczniku Życiu naprzeciw". Lata 1993 - 1998 - red. nacz. Kwartalnika Terapia Fizykalna", wydawanego przez Zakład Nagrań ZN w Warszawie. Od 1998 r. - adiunkt w Instytucie Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Zielonogórskiego.
Zainteresowania naukowe: problematyka niepełnosprawności, tyflopedagogika, uczestnictwo w kulturze osób niepełnosprawnych, niewidomi jako twórcy i użytkownicy słowa pisanego.
W dorobku dziennikarskim - około 250 artykułów publicystycznych, reportaży, felietonów literackich, recenzji.
W dorobku naukowym - 47 pozycji recenzowanych.
|
Piotr Stanisław Król - Od lat zajmuje się Pani m.in. twórczością literacką osób niepełnosprawnych. Proszę uchylić rąbka tajemnicy, jak to jest - naukowo, szkiełkiem i okiem, badać tę problematykę. I właściwie, dlaczego warto się tym w ogóle zajmować?
Dr Małgorzata Czerwińska - Moje naukowe zainteresowania dotyczą problematyki niepełnosprawności w wymiarze społecznym oraz uczestnictwa w kulturze. Szczególnie jest mi bliska problematyka niewidomych, w dużej mierze dlatego, że od 1985 r. zagadnienia tyflologiczne znane mi są także z autopsji. Szukając swego miejsca w nauce, starałam się połączyć zainteresowania bibliologiczne z tyflologicznymi - stąd badania nad miejscem osób z niepełnosprawnością wzroku w świecie kultury, a ściślej - w świecie książek i bibliotek. Wyrazem tego była już praca doktorska, poświęcona pismu i książce brajlowskiej w Polsce. Od kilku lat, w dużej mierze pod wpływem nieodżałowanej pamięci Pana dr Michała Kaziowa, zajmuje mnie niewidomy jako twórca literatury oraz jego literackie dzieło. Moje dociekania mieszczą się na pograniczu nauk bibliologicznych, socjologii literatury i tyflologii. Chciałabym, aby stały się inspiracją do wnikliwych badań dla literaturoznawców - historyków, teoretyków literatury. To oni zajmą się poetyką - wersami, metaforami, stylami itd. Ja natomiast pragnę wydobyć niewidzących autorów i ich literacki dorobek na światło dzienne, gdyż poza kilkoma nazwiskami (np. J. Stańczakowa, J. Szczygieł, M. Kaziów, A. Bartyński), są to twórcy nieobecni w szerszej świadomości społecznej, kulturalnej. Niewiele wiedzą na ich temat nawet ci, którym przypisuje się tzw. wysoką kulturę literacką. A przecież dotychczasowe badania doprowadziły mnie do blisko 400 nazwisk autorów, w tym ponad 80 posiadających przynajmniej jedną samodzielną książkę. Moim zadaniem jest Ich i ich dorobek zbibliografować, opisać w obszarach: autor, dzieło, odbiorca, ukazać uczestnictwo w życiu literackim, organizację warsztatu pisarskiego, wskazać na obieraną tematykę oraz preferowane gatunki wypowiedzi literackiej, opisać to, co należy do tzw. systemu książki, wskazać na miejsce w systemie biblioteczno-informacyjnym. Zależy mi na ukazaniu społecznych funkcji książki literackiej niewidzących autorów.
Będę szczęśliwa, jeśli uda się zainteresować niewidzącymi autorami i ich twórczością literaturoznawców, bibliologów, tyflologów, dostarczając na ten temat rzeczowej wiedzy, obalając stereotypy i uprzedzenia, np. skłonność do protekcjonalnej krytyki literackiej.
Zadałem na wstępie pytanie trochę prowokacyjne. Bo prawdę powiedziawszy, niepełnosprawność nie jest przecież żadną granicą, barierą dzielącą literatów. Wśród znakomitych, znanych pisarzy, poetów, nawet zdobywców Nobla, było wielu ludzi schorowanych, cierpiących, borykających się na co dzień z różnymi dysfunkcjami somatycznymi i psychicznymi. Jak Pani sądzi - na podstawie własnych badań - jaki wpływ na twórczość mają tego typu doświadczenia, czy są inspirujące, czy też mogą mieć wpływ destrukcyjny?
To prawda, że niepełnosprawność nie powinna być żadną granicą ani stygmatem w obszarze sztuki. Nie powinno być ważne, czy dany obraz, rzeźbę, utwór muzyczny, literacki stworzył twórca pełno- czy niepełnosprawny. Ważne jest tylko to, by był artystą, osobą twórczą, zdolną do kreowania dzieł nowych, oryginalnych, wartościowych. Wszak to właśnie nowość, oryginalność, wartość - stanowią miarę twórczości. Praktyka życia społecznego, kulturalnego wskazuje, że ta integralność, bezgraniczność, równość w sztuce to raczej fikcja. Jest to możliwe tylko w przypadku Wielkich Artystów, których wybitność osobowości i twórczości skutecznie przysłania ich niepełnosprawność. Ale takich artystów jest przecież niewielu. Dlatego też w większości przypadków postrzega się niepełnosprawność twórcy, szczególnie wyraźnie, gdy poruszamy się na poziomie twórczości amatorskiej. Często dostrzec można sprzeczności. Podkreślamy, że nie ma niepełnosprawnego twórcy, jest twórca, ale organizujemy fundacje sztuki osób niepełnosprawnych, konkursy plastyczne, literackie dla twórców niepełnosprawnych. Przygotowujemy festiwale, wystawy, koncerty twórców niepełnosprawnych. Sądzę, że należałoby tu oddzielić dwie kwestie: Sztuka - gdzie nie ma podziału na niepełnosprawnych i pełnosprawnych twórców; jest artysta, ze swoim wybitnym talentem, osobowością, oryginalnością. I terapia przez sztukę, gdzie możemy mówić o niepełnosprawnych twórcach i gdzie, rozwijając ekspresję, kreatywność, osobowość, powinniśmy stwarzać warunki do stania się artystą tym, którzy mają ku temu wrodzone zadatki, potencjał.
Czy własna niepełnosprawność jest inspiracją, czy destrukcją? To niezwykle złożona i uwarunkowana wieloma czynnikami kwestia. Psychospołeczny proces przystosowania do niepełnosprawności jest przedmiotem badań dla wielu specjalistów: pedagogów, psychologów, filozofów, teologów. Proces ten obserwuję także w wypowiedziach literackich i pozaliterackich niewidzących autorów. Jedni w pełni akceptują swoją niepełnosprawność, czyniąc z niej jedną z integralnych cech swojej osobowości - co pozwala im odejść w obieranej tematyce twórczości literackiej od zagadnień inwalidztwa. Oni rozliczyli się z problemem, losem, Bogiem... w debiutanckich utworach, tomikach i odeszli w inne obszary tematyczne, rzadko (lub w ogóle) powracając do kwestii niepełnosprawności. Inni, mimo upływu wielu lat, ciągle są niepogodzeni, nie identyfikują siebie z faktem niepełnosprawności, ciągle poszukują sposobu, by się z tym problemem psychicznie uporać", czyli działają pod wpływem różnych intrapsychicznych mechanizmów obronnych. To przekłada się na wypowiedź literacką, w której problematyka niepełnosprawności ma nieustannie swoje bolesne, dramatyczne miejsce, jest ciągle dojmująco, tragicznie obecna.
Niepełnosprawność jest inspiracją dla tych, którym bogactwo zasobów noetycznych osobowości pozwala cierpienie uznać za sens życia, odwołując się np. do poglądów V. Frankla.
Jeśli towarzyszy temu literacki talent - możemy spodziewać się utworów wartościowych, wyrosłych z inspiracji i inspirujących odbiorcę. Niepełnosprawność i twórczość mają wówczas wymiar transgresyjny, przywołując koncepcję J. Kozieleckiego. Prowadzą do samorealizacji, samourzeczywistnienia. Co z destrukcją? Niestety, niepełnosprawność może być destrukcyjna, czego mamy jakże częste przykłady. Ma to miejsce wówczas, gdy w osobowości dominują negatywne mechanizmy obronne (np. zaprzeczania i wyparcia, projekcji, ucieczki, regresji). Dla sztuki może to mieć dwojakie znaczenie. Przy braku talentu i literackiego warsztatu - mamy utwory epatujące niepełnosprawnością, cierpieniem, a przez to odrzucane przez odbiorcę. Ale, jeśli tej niezgodzie na los towarzyszy literacki talent, twórcza wyobraźnia - to jest szansa na literackie wypowiedzi, które zapadną w pamięci odbiorcy, skłonią do refleksji.
Tak więc, niepełnosprawność jest doskonałym tworzywem". Problem tylko w talencie i warsztatowych umiejętnościach.
Choć niepełnosprawność nie jest żadną przeszkodą w twórczości literackiej, to jednak istnieją tutaj pewne trudności, przede wszystkim w wyjściu na szerokie wody literatury. Jest to grupa pisarzy, którym jest z pewnością trochę trudniej... Czy mogłaby Pani podzielić się z nami swoimi doświadczeniami badawczymi, jak to u nas w Polsce wygląda?
Z tyflologicznych założeń wynika, że niepełnosprawność wzroku powoduje ograniczenia w fizycznej i społecznej mobilności". Przykłady jednak dowodzą, że są autorzy, którzy świetnie odnajdują się w literacko-edytorskim świecie i w świecie w ogóle. Potrafią zadbać o swoje literackie i edytorskie interesy, wypromować siebie i swoją twórczość. Myślę, że wzorem takiej operatywności mogą być np. Panowie A. Bartyński, S. L. Machowiak.
Ogólnie rzecz ujmując, należy tu mówić o dwóch okresach, jakże różnych w organizacji życia literackiego i ruchu wydawniczego: do 1989 r. i po nim. Czas obecny jest pod wieloma względami trudniejszy. To, czego brakuje najbardziej niewidzącym autorom, to bogatego mecenasa. Ale niedogodność ta doskwiera także pełnosprawnym twórcom. Obecne czasy rządzą się surowymi prawami: liczy się operatywność, przebojowość, pomysłowość - także w obszarze kultury. Myślę, że mecenasem, protektorem, promotorem niewidzących autorów mógłby być np. PZN, poprzez swoje wyspecjalizowane, profesjonalne agendy, np. Krajowe Centrum Kultury PZN w Kielcach, Klub Twórczości ŻAR". Tylko że należałoby tu trzymać się twardo zasady: wspieramy niepełnosprawnego dlatego, że jest artystą, a nie dlatego, że jest niepełnosprawny. Poprzez warsztaty twórcze wyławiamy talenty, pomagamy rozwinąć się im, doskonalimy artystyczne umiejętności. Ale wspieramy materialnie i promocyjnie tylko tych, którzy w profesjonalnej ocenie na to już zasługują, są dojrzali artystycznie, poradzą sobie w konkurencyjnym przecież świecie sztuki. Uważam, że robienie na siłę artysty (literata) z kogoś, kto w fachowej, krytycznej ocenie nim nie jest, jest bardzo krzywdzące, zwłaszcza dla samego zainteresowanego. I nie ma nic wspólnego ani z promocją sztuki, ani z rehabilitacją.
A jak to jest za granicą? Czytałem ostatnio wywiad z jednym ze znanych wydawców amerykańskich, który nie czeka za wielkim biurkiem na pisarzy, poetów. On cały czas podróżuje po świecie i ich wyszukuje, ostatnio także w Europie Środkowej. Czy spotkała się tam Pani z organizacjami, wydawnictwami wspierającymi twórców niepełnosprawnych?
Co do wydawców, którzy sami penetrują teren w poszukiwaniu literackich talentów - to jest to postawa godna pochwały. Jest to zapewne lepsze rozwiązanie niż powszechna w Polsce zasada: jak masz pieniądze, to możesz wydać wszystko, co napiszesz. Możesz nawet założyć wydawnictwo, aby wydawać samego siebie". Niestety, aprobata tej zasady prowadzi do wielu literackich i wydawniczych pomyłek. Prowadzi też do wielu rozczarowań. Wydanie tomiku za ciężko uzbierane, zaoszczędzone lub wyproszone pieniądze jest bez wątpienia satysfakcją. Ale krótkotrwałą, jeśli autor pozostaje sam z nakładem, którego nie może, nie potrafi rozprowadzić, wypromować, nakładem, który nie trafia do bibliotek, bibliografii, nie jest odnotowany w periodykach literackich. Powiedzmy szczerze, tak wydany tomik ma walory autorewalidacyjne dla jego autora i terapeutyczne dla wąskiego grona rodzinnego, przyjacielskiego, sąsiedzkiego. Ale czy ma znaczenie dla literatury...?
Nie prowadziłam badań na Zachodzie, ale nie sądzę, aby sytuacja tam była skrajnie inna, w domyśle korzystniejsza. Kapitalistyczne reguły, które obejmują też i kulturę, i literaturę, i sztukę - wydają się jednakie.
Pisze Pani pracę naukową o twórczości pisarzy niepełnosprawnych, w tym przede wszystkim z dysfunkcjami wzroku. Spotykała się Pani z wieloma z nich w celu przeprowadzenia wywiadów. Jak te spotkania przebiegały, z jakimi problemami boryka się ta grupa twórców, i wreszcie - jak Pani do nich docierała, jak ich Pani odnajdywała?
Zidentyfikowanie autorów z niepełnosprawnością wzroku oraz ich dorobku jest metodologicznie zagadnieniem niezwykle złożonym. Analiza wydawnictw informacyjno-bibliograficznych, katalogów, baz danych nie jest tu wystarczająca, gdyż bardzo często autorzy ci i ich dorobek (zwłaszcza wydawany po 1989 r.) nie jest w źródłach tych odnotowywany - w wielu przypadkach z powodu zaniedbań nieprofesjonalnych wydawców, a także niewiedzy samych autorów. Zawodnym źródłem informacji o niewidzących autorach okazały się też Okręgi PZN. To smutne, że w niektórych z nich pracownicy w ogóle nie orientują się, kogo zrzeszają. Tak więc bardzo pomocne okazały się tu tzw. prywatne kanały informacji", wynikające z ponad 20-letniej przynależności do środowiska osób niewidzących. Jestem wdzięczna wielu osobom za ich zrozumienie, życzliwość i pomoc w zgromadzeniu informacji, za udostępnienie archiwaliów, pośredniczenie w nawiązywaniu kontaktów. Kłaniam się z uznaniem i wdzięcznością m. in. Krajowemu Centrum Kultury w Kielcach, Klubowi Twórczości ŻAR", redakcji Sekretów ŻARu". Stworzenie listy autorów i spisanie ich dorobku to żmudne, niezwykle czaso- i pracochłonne zajęcie, obejmujące m. in. bezpośrednią analizę czasopiśmiennictwa PZN oraz tytułów literackich, materiałów archiwalnych PZN i jego jednostek organizacyjnych, itd. Ale także bezpośrednie rozmowy z autorami - co jest niezwykle fascynującym obszarem badań. Jestem niezwykle wdzięczna autorom, z którymi już miałam ogromną przyjemność rozmawiać i z tego miejsca proszę o zrozumienie autorów, których o taką rozmowę będę prosić w najbliższym czasie. Te rozmowy-wywiady eksperckie są niezwykle ważne metodologicznie i merytorycznie, ale nade wszystko są niezwykłą przygodą intelektualną, emocjonalną. Jest to niepowtarzalna okazja do osobistego kontaktu, uzyskania opinii w kwestiach twórczości, ale także życia pozaliterackiego", wymiany poglądów. Dla mnie - czy to w pracy dziennikarskiej, czy naukowej - możliwość kontaktu, wysłuchania drugiej Osoby - jest zawsze sprawą kluczową. Cóż, jestem wyznawcą poglądu E. Husserla, iż najważniejsze dla badacza jest to, co badana rzecz sama mówi o sobie, wszak dla człowieka ważny jest tylko ten świat, który samodzielnie konstruuje w swojej świadomości. Zdecydowanie preferuję badania jakościowe, oddające głos badanym, a nie zamykające ich w statystykach.
Wywiad narracyjno-ekspercki to bardzo trudna technika badawcza. Skłania do docierania do autorów w ich miejscu zamieszkania, a więc do częstych podróży. Życzliwość, z jaką jestem przyjmowana, niezwykła atmosfera tych spotkań, waga prowadzonych rozmów, głębia wypowiedzi - wynagradzają wszelkie trudy. Podróże te i spotkania dostarczają też niezwykle wartościowych materiałów, często unikatowych, bardzo osobistych. Pozwalają też nakreślić socjodemograficzny obraz środowiska niewidzących literatów. Zamieszkują wsie, miasteczka i miasta całej Polski, choć można tu mówić o pewnych skupiskach": Warszawa, Wrocław, Bydgoszcz, Rzeszów - i okolice oraz Górny Śląsk. Dominuje wykształcenie wyższe humanistyczne oraz średnie. W większości przypadków piszą od lat młodzieńczych, ale debiuty prasowe i książkowe są późne. W dużej mierze twórczość literacka związana jest z PZN - współpraca z czasopismami, Krajowym Centrum Kultury w Kielcach, Klubem Twórczości ŻAR w Warszawie. W większości są to osoby starsze; niepokoić zatem może brak ludzi młodych, zajmujących się literaturą. Tutaj wskazana byłaby opieka polonistów w szkołach, czego chlubnym przykładem może być działalność polonistek w OSW w Bydgoszczy i w Laskach. Zdecydowana większość autorów nie pracuje zawodowo, pozostaje na rentach, co każe im określać swoją sytuację materialno-bytową jako dostateczną. Wymagają pomocy lektorskiej i przewodnika. W bardzo wielu przypadkach nie posiadają właściwego wyposażenia warsztatu pracy twórczej, np. komputera z właściwym oprzyrządowaniem, urządzenia lektorskiego, pomocy optycznych. To tylko sygnalne informacje z socjodemograficznej charakterystyki.
Poznałem Panią kilka lat temu, najpierw był to kontakt e-mailowy. Było to po odnalezieniu w sieci elektronicznej wersji naszego kwartalnika. Wiem z naszych późniejszych, już osobistych, bardzo sympatycznych i twórczych spotkań, że było to dla Pani znaczące odkrycie. Czym dla Pani są Sekrety ŻARu"? Jaką pełnią rolę i czy warto w ogóle w świecie komercji i maksymalnego zysku (także niestety w kulturze), podejmować się takich przedsięwzięć wydawniczych?
Rzeczywiście odnaleźliśmy się w sieci. Poszukując wszelkich informacji o niewidzących literatach, u progu moich badań, znalazłam informacje o Klubie ŻAR i wydawanym w Okręgu Mazowieckim PZN periodyku Sekrety Żaru". Było to dla mnie wówczas prawdziwe odkrycie i rzecz jasna - ważny materiał badawczy. Gdy zaczęłam jednak systematyczną lekturę tego periodyku, poczynając od pierwszego numeru, gdy poznałam twórców Sekretów oraz członków grupy literackiej Poetica osobiście - przestałam mieć taki wyłącznie badawczy, instrumentalny stosunek. Pismo i grupa literacka - stali się moimi Przyjaciółmi. Każde spotkanie, czy to na łamach periodyku, czy to na spotkaniach grupy Poetica w Warszawie - jest dla mnie ogromną radością. Niebywale cieszy mnie każdy numer Sekretów". Pismo wspaniale się rozwija i merytorycznie i edytorsko. Jest profesjonalne, skupia świetnych krytyków i znawców literatury; wszak A. Zaniewski, Z. Brudnicki, S. Stanik - to czołowe nazwiska w kraju. Na swoich łamach łączy pełno- i niepełnosprawnych literatów, nie czyniąc żadnych różnic w ich krytycznej ocenie - słowem - prawdziwa integracja, a nawet więcej - normalizacja. I co niezwykle ważne - zarówno periodyk, jak i grupa Poetica to inicjatywa wyrosła ze środowiska osób niewidzących, propozycja, na którą przystali pełnosprawni twórcy, którzy sami, z własnej woli przychodzą na ulicę Jasną, przynoszą swoje utwory, zabiegają o ich ocenę i druk. Sekrety ŻARu to prasowy unikat w najlepszym tego słowa znaczeniu: ciekawa formuła pisma, profesjonalna redakcja, wysoki poziom publikacji, znamienici literaccy Patroni i staranność edytorska - zarówno w wersji tradycyjnej, jak i elektronicznej. Sekrety ŻARu i grupa Poetica napawają nadzieją w tej rzeczywistości bez wartości i nadziei. Zapał twórczy, redakcyjny i edytorski godny najwyższego podziwu, szacunku i wsparcia w tych komercyjnych czasach, w których zainicjowanie i utrzymanie literackiego tytułu prasowego jest prawdziwym cudem. Periodyk ten znamienicie służy i literaturze i rehabilitacji i społecznej integracji. Słowem - tak trzymać!
Bardzo dziękuję w imieniu naszych Czytelników za znalezienie czasu na wywiad i życzę wytrwałości oraz satysfakcji w tej trudnej, ale jakże potrzebnej pracy badawczo-naukowej.
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
PRZYSTANEK
Iwona Zielińska-Zamora
Niektórzy powiadają, że książka jest zwierciadłem, w którym przegląda się ludzka próżność. Może, dlatego tak chętnie sięgamy po literaturę piękną, aby szukać i w końcu znaleźć nie tylko własne odbicie.
W bohaterkach opowiadania Przystanek Droga Czytelniczko, (bo to głównie do Ciebie adresuję te słowa), nie doszukuj się przyjaciółki z sąsiedztwa, ani tym bardziej jego autorki. Tę historię opowiadam dlatego, że mogła zdarzyć się w każdym miejscu, czasie i każdej z nas.
Jest późny listopadowy wieczór. Pogoda paskudna. Zacina zimny, drobny deszcz, a wiatr jest tak silny i bardzo, można by powiedzieć, że boleśnie przenikliwy. Agnieszka czuje ten wiatr, który błądzi po jej ciele i zdaje sobie sprawę, że nie ma on niestety nic z pieszczoty. Jest jej po prostu zimno i źle. Kiedy wychodziła rano do pracy nic nie zapowiadało tak gwałtownej zmiany pogody i nie wzięła parasolki, ani czegoś do ubrania, co uchroniłoby ją przed tym straszliwym zimnem. Dobrze, że zdążyłam dobiec do tego cholernego tramwaju, bo czekając na następny, zamarzłabym chyba na śmierć - pomyślała.
A co gorsze, nie tylko aura w powietrzu się zmieniła, również w jej duszy powstał niezły zamęt. Właśnie dzisiaj dowiedziała się, że będą zwolnienia z pracy i jej to najprawdopodobniej nie ominie. Od kilku miesięcy po biurze rozchodziły się podobne plotki, ale jakoś potem wszystko przycichało i wracało do normalności. Ale tym razem nie były to już żarty, a ona...?
Ona była w fatalnym przedziale wiekowym, w którym są niewielkie nadzieje na znalezienie nowej pracy, a do wcześniejszej emerytury też jej trochę brakowało.
Zdyszana biegiem do przystanku, usiadła w pustym, obskurnym wagonie - o tej porze drugi wagon zawsze był pusty. Kiedy trochę odpoczęła, zdjęła rękawiczki i mokry beret, rozejrzała się wokół: było brudno, cuchnęło wilgocią i prawie pusto. Kilka krzesełek przed nią siedział, a właściwie leżał, chyba spał, bo dochodziło jakby chrapanie - jakiś pijak. Czuć było wódką i nędzą. I nagle zaczęło do niej docierać, co ją czeka. Jak sobie poradzi, jeśli rzeczywiście dostanie wymówienie z pracy. Była samotną, niezamężną kobietą, nie miała dzieci, ba, nawet nie miała tak naprawdę rodziny. Jak to się mówi: ani dalszej, ani bliższej". Z upływem lat było też gorzej z przyjaciółmi - starych ubywało, a z wiekiem coraz trudniej było o zawarcie pewnej i wartościowej znajomości.
Czy padający deszcz, a może przerażająco brudne szyby i ta niesamowita pustka w wagonie, nie wiadomo co, dość, że Agnieszce popłynęły całkiem niezależne łzy. Chyba od zawsze reagowała na niepokoje własnej duszy płaczem, który często przynosił ulgę. Czy dzisiaj będzie podobnie?
Dojeżdżali do przystanku przy Dworcu Fabrycznym: jest to jedno z nielicznych miejsc, gdzie tramwaje spotykają się z sobą i można zobaczyć pasażerów siedzącym w tym, nadjeżdżającym z przeciwka. Właśnie zastanawiała się, co będzie dla niej korzystne - może uprzedzić pracodawcę i wziąć długie zwolnienie lekarskie, które przedłuży jej czas pracy. A jeśli na razie w planach redukcji pracowników jeszcze nie ma jej nazwiska? Jaką podjąć decyzję, w jaki sposób dowiedzieć się, o zamierzeniach dyrekcji?
I to był ten moment: poczuła, że ktoś jej się bacznie przygląda, podniosła oczy i przez chwilę zastanawiała się, skąd zna tamtą kobietę. Uśmiechała się do niej, pomachała dłonią i Agnieszce zdawało się nawet, że tamta coś do niej mówi. Przez brudne, zamazane szyby było to trudne do zrozumienia, ale chyba brzmiało to tak jakoś: musimy się spotkać".
Co tamta bredzi, jakie spotkać i kto to właściwe jest? Tramwaj z przeciwka już ruszał, uwożąc z sobą pogodną, jeszcze nierozpoznaną przez Agnieszkę twarz. I nagle jak przez mgłę zaczęła sobie przypominać.
Ależ - to niemożliwe, żeby tamta się do niej uśmiechała, a do tego jeszcze chciała się z nią spotkać. I chyba była za młoda, no przecież właściwie nie jesteśmy do diabła, takie stare. Może się po prostu dobrze trzyma - zadumała się. Ale to był już drobiazg.
Ważniejsze - czyżby tamta nie miała do niej żalu, czyżby jej wybaczyła? Jakoś nie przyszło jej do głowy, że kobieta za szybą wyglądała na szczęśliwą, a takie łatwiej zapominają i łatwiej wybaczają. Nie ma lepszego lekarstwa na własne nieszczęścia jak cudza niedola.
Z Aśką poznały się tak jakoś na początku października, praktycznie zaraz po rozpoczęciu roku akademickiego. Bardzo podobała jej się ta energiczna, czarnowłosa dziewczyna, która zawsze była gotowa biec z pomocą, nawet na najcichszy alarm, albo i bez niego.
- Cześć - powiedziała do Agnieszki pewnego dnia, bardzo już spóźniona Aśka, wchodząc do auli na niesamowicie nudny wykład. Że on był nudny, taka refleksja nasunęła jej się po latach. Wtedy dla świeżo upieczonych studentek wszystko było zachwycająco nowe, pasjonujące. W tamtych czasach być studentką to było coś, co nobilitowało. I tak właśnie zaczęła się ich przyjaźń: po wykładzie wspólnie poszły na Ring, tak nazywano studencką kawiarenkę, bo nie była to typowa stołówka. Mieściła się na ostatniej kondygnacji budynku, wydzielona z obszernego holu grubymi linami i rzeczywiście trochę przypominała swoim kształtem ring bokserski. To tutaj się jadało fasolkę po bretońsku, dyskutowało, plotkowało, no i oczywiście zawierało też znajomości. Tutaj się naprawdę żyło po studencku.
Razem... zawsze razem. Uczyły się, śmiały i plotkowały. A później przyszła wspólna miłość...
Agnieszka bardzo chętnie bywała w domu Aśki, miał taką cudowną atmosferę. Dom pachnący obiadem i pieczonym jabłecznikiem. Nawet rodzinne sprzeczki miały swój niepowtarzalny klimat. Jej tego od dawna brakowało. Rodzice już nie żyli: mama umarła na raka, kiedy Agnieszka była małą dziewczynką, a ojciec...? Właśnie ojciec, to była historia, do której niechętnie wracała. Bo jej ojciec najzwyczajniej zapił się na śmierć. To było zaraz po egzaminach wstępnych na studia. Wróciła po ustnym z matematyki. Przed kamienicą stało pogotowie. Coś ją tknęło, przyśpieszyła kroku i zrozumiała: w mieszkaniu czekała obsługa karetki. Było już za późno. Przedawkował i serce nie wytrzymało. Co czuła tego popołudnia? Nawet przed samą sobą nigdy nie przyznała się, że tamtego popołudnia żadne inne uczucie nie było jej dane, tylko ulga. Nie czuła żalu, smutku, nawet litości, tylko niewyobrażalną dla postronnych ulgę, że to już koniec jej gehenny, że wreszcie będzie mogła żyć tak jak chce, wracać do domu, kiedy i z kim chce. Nie będzie wrzasków pijanego ojca, wyzywania i ciągłych wymówek. No i nareszcie naje się do syta, nikt nie będzie jej już pozbawiał renty po matce po to tylko, by ją natychmiast przepić. A tak czasami bywało, zwłaszcza, kiedy pojawiał się nowy listonosz, lub tylko zastępował chorego kolegę.
Kiedy sytuacja powtórzyła się kolejny raz poszła do urzędu pocztowego złożyć skargę na niesumiennego listonosza. I musiał wypłacić jej rentę z własnej kieszeni, tę, którą tak niefrasobliwie oddał pijanemu ojcu. Od tej pory przybył jej jeden wróg, ale miała już spokój i rentę zawsze do swojej dyspozycji. Jednak pozostał strach przed tym, co jeszcze może się zdarzyć.
Kiedy w końcu uporała się z formalnościami związanymi z pochówkiem niekochanego i obojętnego jej już od dawna człowieka, po pogrzebie, na którym prawie nie było nikogo - trochę ciekawskich sąsiadek - chciała być sama, rozkoszować się ciszą zalegającą mieszkanie. Teraz to było jej mieszkanie, całe: duży pokój i równie obszerna kuchnia. To nic, że toaleta jest we wspólnym przedpokoju, który dzieliła z młodym małżeństwem. W tamtych czasach mieć własne mieszkanie graniczyło nieomalże z cudem.
Naparzyła mocnej herbaty, nalała do szklanki, oczywiście posłodziła dużo, bardzo dużo, bo taką właśnie: gorącą, mocną i słodką lubiła od dzieciństwa. Usiadła w rozkładanym fotelu, który do dzisiaj służył jej w nocy za łóżko, w dzień zaś był jej ulubionym miejscem odpoczynku. Siedząc w nim, mogła spokojnie obserwować przez okno, co dzieje się na ruchliwej ulicy Kilińskiego. Lubiła te własne zadumania o zmierzchu, ten pośpiech, który zawsze towarzyszy tej porze dnia. Postanowiła, że jeżeli trochę zaoszczędzi z renty i po odliczeniu wydatków na pogrzeb z pewnością coś też zostanie, to zrobi mały remont: malowanie - aby pozbyć się tego okrutnego odoru alkoholu i nędzy, aby usunąć raz na zawsze wszystkie ślady ojca, nawet zapach. Może starczy na zakup wersalki, jeszcze obowiązkowo ława i fotele - teraz to takie modne - pomyślała. A do kuchni... koniecznie kupi zasłonki: w czerwoną kratkę, taki sam obrus na stół i ściereczki, które zawiesi nad kuchennym piecem. W pokoju natomiast koniecznie zasłony z lnu no i oczywiście w słoneczniki, hit sezonu.
Zrobiło się lżej na duszy, natychmiast, jakby mogła to od zaraz wzięłaby się do roboty, ale zapadł już zmierzch i... od jutra - postanowiła. Nie upłynął jeszcze miesiąc od śmierci ojca, a o tym, że kiedykolwiek istniał, nic już nie świadczyło.
Mieszkanie było jak nowe: ładne, wypieszczone czułą, delikatną ręką kobiecą. Chociaż Agnieszka tak naprawdę nigdy nie była nadto czuła, była twardą, zdecydowaną dziewczyną, przedwcześnie dojrzałą, ukształtowaną przez trudne dzieciństwo i młodość. Zawsze uparcie, choć po cichu pchała się do przodu. Tak postanowiła, jeszcze nad grobem matki... do której, gdzieś skrycie, po dziecinnemu miała żal, że odeszła, że ją, Agnieszkę zostawiła na pastwę ojca pijaka.
Był początek czwartego roku, niedługo już koniec, dziewczyny były zajęte pisaniem prac magisterskich, żadna z nich nie miała jeszcze chłopaka, owszem koledzy, ale o kimś na stałe nie miały czasu, albo nie chciały jeszcze myśleć. Spotkały się na Ringu, Aśka była bardzo ożywiona.
- Słuchaj Agnieszko, ja muszę ci zaraz coś opowiedzieć - Aśka była jeszcze bardziej podniecona niż zwykle.
- Spotkałam chłopaka swojego życia!
- Czy mogę wiedzieć, gdzie i kiedy to się stało?
- Dzisiaj w tramwaju, w drodze na uczelnię. Żebyś ty widziała, jakie on ma złote włosy i jaki jest przystojny! I wiesz - on gra na gitarze. No, chyba gra, bo ją miał przy sobie.
- A może jeszcze śpiewa?- Agnieszka nie mogła powstrzymać się od lekkiej ironii.
- Och. Aga nie dokuczaj mi, zanim się wszystkiego nie dowiesz. I potoczyła się soczysta opowieść o miłości od pierwszego wejrzenia.
- Wiesz Agnieszko, ja mam przeczucie, że to będzie ten jedyny, na całe życie.
- No to już trochę przesadziłaś, znasz go od kilku godzin. Chyba za wiele zaufania, nie sądzisz? - znowu w głosie Agnieszki zabrzmiała ironia, chociaż nie chciała być aż tak okrutna. Nawet zrobiło jej się żal przyjaciółki. No, bo jeżeli ta cała sytuacja okaże się być tylko żartem ze strony chłopaka?
Upłynęło kilka tygodni, teraz Agnieszkę częściej spotykano na Ringu samą, bywało, że i na wykładach miejsce obok niej było puste. Aśce kompletnie odbiło, myślała, a przecież do sesji coraz bliżej. Robiło się też coraz zimniej, listopad był wyjątkowo paskudny, ciągle padało, wiało. Był to ten rodzaj pogody, o którym w naszych stronach mówi się psa by nie wygnał na taką pogodę".
I nagle Agnieszkę zaskoczyła niespodziewana propozycja ze strony przyjaciółki.
- Czy, czy... - czerwona jak burak z zawstydzenia Aśka coś tam bąkała.
- No mówże, o co chodzi - zniecierpliwiła się Agnieszka, bo tak naprawdę to już domyślała się, o co chce ją prosić Aśka. I bała się, że jeżeli choć tylko chwilę zastanowi się nad odpowiedzią, to padnie to okrutne słowo: nie".
- Bo, widzisz Agnieszko, my nie mamy się gdzie spotykać, czy mogłabyś nam czasami odstąpić twoje mieszkanie?
- A ja? Gdzie się podzieję na ten czas?
- Proszę, błagam, to tylko na godzinkę, no... może na dwie - Joasia przytuliła się do koleżanki, objęła ją za szyję, aż w końcu przywarła rozpalonym policzkiem do twarzy Agnieszki.
- My tak bardzo siebie pragniemy, pomóż nam, proszę cię.
I wtedy Agnieszka powiedziała - Tak, no dobrze, już dobrze... - bez zastanowienia, żeby się tylko nie rozmyślić.
Jeszcze nie wiedziała, co z sobą zrobić, kiedy zakochani po raz pierwszy spotkali się w jej mieszkaniu. Poszła do biblioteki, ale nie mogła się tym razem skupić. Oddała pośpiesznie książki i wyszła z czytelni. Padał deszcz, było przenikliwie zimno. Marzyła się jej szklanka gorącej herbaty, ale na to, aby gdzieś wejść nie miała już pieniędzy. Do renty po matce jeszcze kilka dni i musi je jakoś przeżyć. Na szczęście dom handlowy Central był otwarty do godziny dwudziestej. A potem wolnym, za wolnym krokiem jak na tę pogodę powlokła się do domu. Miała nadzieję, że tamtych już w jej mieszkaniu nie ma. Ale się myliła, podniosła głowę, spojrzała w swoje okna... świeci się. Wolno zawróciła... jeszcze pospaceruję - mruknęła sama do siebie. Zawiało tak, że jej bardzo solidna parasolka (spadek jeszcze po babci) niebezpiecznie jęknęła i druty wygięły się w odwrotną stronę. Na szczęście, kiedy ponownie wróciła pod swój dom, okna były ciemne, tajemnicze i ponure.
Ostrożnie weszła do mieszkania, jakby się bała, że ich tam jeszcze zastanie. Ale w domu panowała absolutna cisza, tylko w powietrzu unosił się inny, obcy zapach: mieszanina kobiecych perfum, mężczyzny i... spełnionej miłości.
Usiadła w fotelu, nawet nie zdjęła płaszcza i mokrych butów, pogrążyła się w czarnej rozpaczy. Jak długo to będzie trwało.
A trwało długo i ona codziennie wychodziła z domu, na coraz dłużej. W Centralu znała na pamięć wszystkie półki w dziale z tkaninami, mogła już być ekspertem od popytu - doskonale wiedziała, które tkaniny znikają szybko z półek, a które zalegają tam tygodniami. A na stoisku z biżuterią sprzedawczynie zaczęły przyglądać się podejrzliwie dziewczynie, która przychodziła tu nieomal codziennie, a nic nigdy nie kupiła. A ona tak lubiła swoje mieszkanie i swoje wieczorne zadumania!
Skończyły studia, postanowiły hucznie to uczcić. Było dużo zaproszonych osób, dużo alkoholu, no i oczywiście impreza jak zwykle u Agnieszki, bo tylko ona, szczęściara, za taką uważali ją koledzy z roku, miała własne mieszkanie. Było już chyba po północy, kiedy podchmielone towarzystwo zaczęło kojarzyć się w pary i snuć po kątach, nic nie szkodziło, że tych kątów nie było, aż tak wiele. Zaledwie pokój z kuchnią i wspólna toaleta z sąsiadami.
Agnieszka, została sama, zrobiło jej się smutno i niedobrze, wyszła do przedpokoju, chciała wymknąć się niepostrzeżenie z mroku własnego, a może obcego mieszkania (nie była już niczego pewna) i zaczerpnąć świeżego powietrza, ale po chwili dołączył do niej Marek.
- No, co ty Aga taka smutna, chodź tu do mnie... przyciągnął dziewczynę i zaczął ją całować.
- Zostaw - powiedziała odsuwając się z niechęcią, a nawet wydawało się, że z odrazą.
- O! A co ci się nagle stało - pijany Marek złapał dziewczynę za przegub dłoni, a kiedy znowu próbowała się wyrwać, tak mocno ją ścisnął, że aż syknęła z bólu.
- Coś ty się taka świętoszka zrobiła - bełkotał jej do ucha ledwo stojący na nogach chłopak. Wydał jej się wstrętny, ślina pociekła mu z ust, twarz nabrzmiała wściekłością.
- Marek, zostaw Agnieszkę! - krzyk Aśki na chwilę powstrzymał rozwój wydarzeń. - Nie masz prawa tak do niej mówić.
- Nie mam? Tak uważasz? - głos chłopaka był niebezpiecznie miękki. - To dziwka! Rozumiesz, zwyczajna dziwka.
- Nie waż się tak o niej mówić - Aśka prawie płakała. Nie chciała, za nic na świecie, żeby ta przyjaźń się skończyła, a czuła, że zaraz, za chwilę może się tak stać.
- Agnieszka dla niej była jak siostra, trochę zagubiona, trochę dziwaczka, o którą trzeba było stale dbać.
- To dziwka - powtórzył z dziwnym uporem. Stojąc na lekko ugiętych nogach, pijany i odrażający, powiódł swoim zamglonym wzrokiem po twarzach obu dziewczyn i wypowiedział te straszne słowa.
- Ona ze mną sypia, nie wiedziałaś o tym? Mam was obie, a ta dziwka jest taka dobra w łóżku, że nie mogę się z nią rozstać. Czy ty naprawdę się tego nie domyślałaś?
Joannie już nie wydawał się ani przystojny, ani piękny.
- Powiedz, że to nieprawda, powiedz - błagała przyjaciółkę. Tamta oparta o ścianę, blada i przerażona milczała.
- Błagam cię, Agnieszko, przecież to niemożliwe, ty nie mogłabyś mi tego zrobić. Odwróciła się do Marka.
- Wynoś się, ja i tak w to nie uwierzę.
I nagle usłyszała głos, tak bardzo zmieniony, ale był to jednak głos Agnieszki - To prawda.
Tramwaje się minęły, Joanna odwrócona na siedzisku, jeszcze długo usiłowała coś tam szeptać przez zamazaną szybę do Agnieszki. Co do tego, że była to Agnieszka, chociaż bardzo zmieniona, nie miała żadnych wątpliwości.
Musimy się spotkać, ale przecież to nierealne, nie wiedziała, gdzie jej dawna przyjaciółka teraz mieszka. A tak naprawdę nie wiedziała o niej nic, dokładnie nic. Od tamtej feralnej nocy, kiedy wyszła z mieszkania Agnieszki (do dzisiaj nie pamięta jak wtedy dotarła do domu), nie wiedziała o niej już nic. Skończyli studia, porozjeżdżali się po Polsce. Ktoś tam mówił, że Agnieszka wyjechała za granicę, ktoś inny, że ma dobrą pracę tutaj na miejscu, w Łodzi, że jest jak zawsze zagubiona i samotna, a jeszcze ktoś inny twierdził z absolutnym przekonaniem, że nie radząc sobie z otaczającą rzeczywistością, wstąpiła do klasztoru. Było to nawet bardzo prawdopodobne, bo Agnieszka nieraz o tym napomykała.
W tamtą sobotę, kiedy się to wydarzyło, Agnieszka nie musiała długo wałęsać się po ulicach. Kiedy wróciła pod dom w przekonaniu, że jeszcze tam są, zobaczyła, że okna są ciemne. Tego wieczoru wyjątkowo przemarzła i postanowiła się rozmówić z Aśką, że już nie wytrzyma tego dłużej... że muszą wymyślić coś innego.
A tu proszę - taka miła niespodzianka. Nareszcie będzie w domu sama, nareszcie obejrzy wieczorny program w telewizji. Jak zawsze ostrożnie otworzyła drzwi i stanęła na progu. Uff. Nikogo nie ma.
I nagle zrobiło jej się żal samej siebie. Czy zawsze będzie odstępować mieszkanie swoim przyjaciółkom? Dlaczego to tamta, a nie ona, Agnieszka korzysta z tego daru, jakim jest własne lokum.
Podeszła do okna, ulicą śpieszyli zapóźnieni przechodnie, deszcz lał z nieba już drugą dobę, a to wcale nie ułatwiało jej w pokonywaniu złego nastroju. Poczucie samotności i krzywdy dopadło ją w ten listopadowy wieczór tak silnie, że rozpłakała się gorzko. Spojrzała na zdjęcie mamy oprawione w tandetną ramkę, stojące na odrapanej toaletce. Chyba był to jedyny mebel, który ostał się w tym mieszkaniu. Został, bo Agnieszka dobrze pamiętała, z jaką precyzją matka robiła przy niej makijaż i jak ona na to lubiła patrzeć. Te precyzyjne pociągnięcia szczoteczką z tuszem po rzęsach, potem konturówką zarys warg, jeszcze szminka i gruby pędzel do sypkiego pudru. I na koniec kilka ruchów grzebieniem i z głębi lustra wyłaniała się przecudna (tak jej się wydawało) twarz matki.
Teraz patrzyła na jej fotografię i przez łzy zapytała - Dlaczego nie powiedziałaś, dlaczego nie uprzedziłaś, nie przygotowałaś mnie na to, jak żyć?
Ten deszcz, ta jej straszliwa samotność uświadomiły jej z niesamowitą ostrością beznadzieję własnej egzystencji. Płakała długo z twarzą przytuloną do lustra.
Nagle usłyszała dzwonek. Był coraz bardziej natarczywy, ktoś, kto stał za drzwiami, był przekonany, że ona jest we wnętrzu. Z twarzą mokrą od łez, które zaczęła nieporadnie wycierać dłonią, poszła otworzyć. Kto to może być? - myślała w popłochu. Może Aśka coś zapomniała i wróciła się jeszcze. Otworzyła.
- Co ty tu robisz? - zapytała Agnieszka.
- Płakałaś? - odpowiedział jej pytaniem Marek. I nagle przytulił ją do siebie. Dlaczego ja się nie bronię, dlaczego go nie wyrzucam za drzwi? Przecież to jest chłopak Aśki.
Złote włosy Marka lśniły w świetle kuchennej lampy, a ona oddawała pocałunki. Bezradnie, nieumiejętnie - nie była biegła w tej sztuce. To jej pierwszy mężczyzna. I nagle pomyślała, że jest to jedyny sposób, by skończyć z tą straszliwą samotnością, że będzie jej łatwiej znosić te godziny spędzone na wygnaniu, na włóczędze po domach towarowych.
Stało się. Zostali kochankami.
A poza tym nic się nie zmieniło. On miał dwie. Tylko Aśka nie wiedziała o tym trywialnym trójkącie. Nieraz zwierzała się przyjaciółce z jakichś tam intymnych szczegółów swojego związku z Markiem. Ale Agnieszka w takich chwilach wydawała się bardzo zawstydzona i zażenowana szczerością przyjaciółki.
A tamta obserwując jej reakcje zaśmiewała się i poprzez śmiech dolatywały jeszcze te słowa - Ty to chyba zakonnicą zostaniesz, Agnieszko!
Tramwaj przyśpieszył, skręcił w ulicę Wojska Polskiego, jeszcze trzy przystanki i będę w domu - pomyślała Joanna. Chciała już znaleźć się w przytulnym mieszkaniu, gdzie czekali na nią mąż, córka i pies.
I ona też w prawie pustym tramwaju przypomniała sobie tamte jakże odległe już lata. Wtedy, tam, w tym wspólnym przedpokoju, kiedy wreszcie dotarł do niej zmieniony, ochrypły głos Agnieszki - Tak, to prawda! I kiedy dotarł do niej sens tych słów, wybiegła w panicznym lęku na ulicę. Tak jak stała, bez płaszcza, bez torebki, w której miała wszystkie dokumenty i pieniądze. Była noc, na ulicy nikogo, zatrzymała się na najbliższym skrzyżowaniu zastanawiając się, jak dotrzeć w tej sytuacji do domu. Usłyszała za sobą wołanie - to Marek, niósł jej płaszcz i torebkę. Jakby otrzeźwiał i chyba żałował tego, co się stało.
Bez słowa, posłusznie wyciągnęła dłonie po swoje rzeczy i bez słowa ruszyła przed siebie.
- Poczekaj, ja ci wszystko wytłumaczę.
Ale akurat jechała wolna taksówka, w nocy było o nie o wiele łatwiej. Dziewczyna wyciągnęła dłoń w geście zatrzymania i po chwili była już w aucie. Skuliła się na tylnym siedzeniu, kierowca w średnim wieku przyjrzał się jej badawczo i zapytał bardzo lekceważąco - No, to jak, dokąd jedziemy panienko? Ocknęła się nagle i z furią, której się po niej nie spodziewał, podała adres domu. Mama już dawno spała, ojciec był na poligonie, miał dopiero wrócić za kilka dni. Otworzyła własnym kluczem drzwi wejściowe i po cichutku wślizgnęła się do swojego pokoju, nie chciała budzić mamy. Ale się myliła, matka i tak nie spała, a prawdę mówiąc trochę się zdziwiła jej wczesnym powrotem. Córka zapowiadała przecież, że zabawa będzie szampańska i do białego rana. Chwilę nasłuchiwała, ale w pokoju Joanny panowała absolutna cisza.
Matkę obudził jakiś niepokojący szmer, coś dziwnego działo się za ścianą, zaczęła nasłuchiwać... czyżby Asia płakała? Pani Ewa po omacku, nie zapalając nocnej lampki, natrafiła na pantofle i szlafrok. Postanowiła zajrzeć do córki. Był środek późnojesiennej nocy, ale w jej pokoju jasno, bo dziewczyna nie zasunęła zasłon i wpadało doń światło ulicznej latarni. Leżała z głową ukrytą pod kołdrą, spod której dochodził spazmatyczny szloch. W pierwszym odruchu chciała podejść do niej, zerwać tę kołdrę z głowy i tak zwyczajnie po matczynemu przytulić, nawet nie pytając o to, co się stało tej nocy. Tak naprawdę to się trochę domyślała - z pewnością płacze przez tego Marka, którego nikomu w rodzinie jakoś nie udało się zaakceptować. Po chwili jednak zmieniła decyzję - niech płacze, płacz przynosi czasami ulgę, a rano przy śniadaniu już na spokojniej porozmawia z nią. Jeszcze długo potem żałowała, że wtedy, w nocy zmieniła zdanie.
- Joasiu, śniadanie już na stole. Pamiętasz, że dzisiaj mam radę pedagogiczną, no a potem zebranie z rodzicami, jak zwykle trochę się przeciągnie. Zrób zakupy i przygotuj ciepłą kolację. Och, zapomniałabym: dzwoniła pani Krysia, ta praca u nich w zakładzie już na ciebie czeka. Musisz tylko doręczyć jeszcze dyplom, no i zrobić badania lekarskie. A tak w ogóle pani Krysia chciała ci się jeszcze trochę przyjrzeć. Kochanie. Czy ty słuchasz, co ja do ciebie mówię?
- Tak mamo, zrobię co każesz.
Matka roześmiała się trochę wymuszenie - No wiesz, a od kiedy ja ci, cokolwiek każę, co najwyżej proszę, no i informuję.
- A nie pytasz jak udała się wczorajsza impreza - w głosie Joanny zabrzmiała prowokacja.
- No, nie zdążyłam tego zrobić, ale teraz pytam, jak było? Niezbyt dobrze, bo chyba wcześnie wróciłaś, a zabawa miała być do białego dnia?
- Było całkiem fajnie, ale rozbolała mnie głowa i rzeczywiście wróciłam niedługo po północy.
- Przykro mi córeczko, ale pogadamy wieczorem, bo już jestem prawie spóźniona. A wiesz z własnego doświadczenia, że uczniowie długo nie czekają na nauczycieli.
- Dobrze, dobrze mamo - głos Joanny był dziwnie obojętny, obcy.
Tego dnia spadł pierwszy śnieg, był mokry, ale padał przez całe nieomal popołudnie i z jego powodu zaczęła szwankować komunikacja. Zebranie z rodzicami rzeczywiście się przeciągnęło, bo dwie rozhisteryzowane matki nie dawały jej spokoju. W efekcie dotarła do domu około dwudziestej pierwszej. Zdziwiło ją, że w oknach na pierwszym piętrze panują absolutne ciemności. Zadzwoniła do drzwi, nikt nie otwierał, nerwowo zaczęła szukać kluczy w torebce, oczywiście, jak zawsze w damskiej torebce, długo nie mogła ich znaleźć. W końcu, gdy je znalazła, uporała się z zamkiem i teraz pełna już złych przeczuć prawie wbiegła do przedpokoju. Kożuszek Aśki wisiał na wieszaku, a jej nowe kozaczki stały równiutko ustawione na małym dywaniku.
Wniosek był jeden - ona nigdzie nie wychodziła, jest w domu. Ale czemu nie otworzyła jej drzwi i dlaczego siedzi w swoim pokoju w ciemności?
- Joasiu! - krzyknęła histerycznie. Odpowiedziały jej tylko szumiące kaloryfery i wesoła muzyka u sąsiadów piętro wyżej.
Już nie zastanawiając się dłużej wbiegła do pokoju córki, ta leżała na tapczanie, chyba spała... - Joasiu, czy ty się źle czujesz?
- zapytała matka, jednocześnie przekręcając kontakt. Pokój wypełnił się światłem.
Dziewczyna chciała się podnieść, ale zakręciło jej się w głowie i upadła z powrotem na koc.
- Coś ty zrobiła?- matka szarpała ją i próbowała ponownie podnieść.
- Mamo, ja chyba umieram, daj mi spokój. I teraz wzrok Ewy padł na puste opakowanie tabletek nasennych.
Ile mogła połknąć, tylko te, to było ich... zaraz, wczoraj jedną użyłam, tak, chyba połknęła 19. Tylko nie tracić głowy, jeszcze nie wszystko stracone.
Potem było pogotowie i toksykologia na Julianowie. Dojechały taksówką, bo lekarz nie chciał ich wziąć do karetki. Taksówkarz nie znał dobrze trasy. Długo brodziła w mokrej, śnieżnej brei, zanim dotarła do izby przyjęć.
Dziwne - pomyślała matka Aśki - dlaczego ja tak martwię się o przemoczone buty, kiedy moja córka jest w niebezpieczeństwie. I jak mogła mi to zrobić, i żal, który przyszedł niespodziewanie, że nie miała do niej zaufania, że chciała wybrać śmierć, niż pogodzić się z utratą chłopaka. Że o tego Marka chodziło, teraz już nie miała wątpliwości.
- Ma pani szczęście, że skończyło się tylko na płukaniu żołądka, ale przy następnej próbie samobójczej sprawą będzie musiał zająć się psychiatra.
Słowa te zabrzmiały w uszach Joanny, teraz w tym brudnym tramwaju, jakby to wszystko wydarzyło się przedwczoraj.
Znowu poczuła ten niesamowity wstyd, który był tak silny, że chyba wolałaby się już nie obudzić. Za mało zażyła tych tabletek, a najgorsze było to, że prawie natychmiast po ich połknięciu zaczęła żałować tego, co zrobiła.
Przypomniała sobie też, że tylko odburknęła lekarzowi - Następnego razu nie będzie.
Tak się zamyśliła, że przejechała swój przystanek. Może to i dobrze - powiedziała do siebie. Muszę trochę ochłonąć, tak bardzo mnie te wspomnienia wzburzyły.
W tym drugim tramwaju jadącym w przeciwną stronę, Agnieszka też zbliżała się do swojego przystanku. I ona także nie mogła uwolnić się od wspomnień. Co wydarzyło się już po ucieczce Aśki z imprezy? Dobrze pamiętała chwilę, w której Marek stanął w drzwiach jej mieszkania. Był wyraźnie zdenerwowany i jak zwykle cyniczny.
- Mamy problem: Aśka usiłowała z naszego powodu popełnić samobójstwo. Głupia gęś, czy sądziła, że nas nastraszy i coś na nas wymusi? - ni to zapytał, ni stwierdził.
Dlaczego on mówi my", ja nie czuję się winna, ja tylko nie chciałam być sama.
- Chodź do mnie, no nie broń się...
I Agnieszka się nie broniła, nie poszła też do szpitala, nie próbowała wyjaśnić sytuacji. I nigdy już nie spotkały się z Joanną, aż do tego listopadowego wieczoru.
A z Markiem też się skończyło. Zaczęła się domyślać, że on teraz zdradza ją, Agnieszkę, z inną dziewczyną, bo już taki był - oszukiwanie sprawiało mu satysfakcję.
Nie potrafił być monogamistą, sam tak zresztą jej powiedział, którejś nocy w przypływie szczerości, gdy czyniła mu wyrzuty.
I wtedy go wyrzuciła, tak zwyczajnie powiedziała - wynoś się! I miała nadzieję, że wróci, ale nie wrócił. A ona została znowu sama. Potem były jeszcze jakieś przelotne związki w jej życiu, ale widocznie to nie było to, na co czekała.
Miałyśmy cholernego pecha obie, Joasiu - powiedziała patrząc w szybę, za którą już dawno nie było zarysu twarzy Joanny.
I Powrót na górę I
GOŚCINNE ŁAMY
PIEKŁO CIOTKI MAŃKI
Bogdan Bartnikowski
|
Bogdan Bartnikowski ur. 1932 w Warszawie. Dziennikarz, prozaik i poeta. Wydał 23 książki prozą: opowiadania, powieści, reportaże. M.in. Nad chmurami", Wyd.MON 1966 - opowiadania lotnicze, Dzieciństwo w pasiakach", Nasza Księgarnia 1969 - opowiadania o polskich dzieciach w Auschwitz-Birkenau, Spojrzenie w niebo", Wyd. MON 1972 - opowiadania lotnicze, W misji specjalnej", KAW Warszawa 1978 - reportaże ze służby polskich żołnierzy w wojskach ONZ na Bliskim Wschodzie, Dni długie jak lata", Inst. Wyd. Nasza Księgarnia 1989 - powieść o losach dzieci w latach wojny.
Tomiki poezji: Strofy jesienne 1999, Spotkanie z Nike 2000, Ślady 2001, Dotknięcie raju 2003, Reduta Kaliska 2004.
Utwory Bogdana Bartnikowskiego były tłumaczone na języki: rosyjski, ukraiński, czeski, grecki, niemiecki i angielski.
Piekło ciotki Mańki jest jednym z opowiadań, które mają się wkrótce ukazać w najnowszej książce Bogdana Bartnikowskiego.
|
Ciotka Mańka była dziwna. Niektórzy mówili o niej, że to wariatka. Żyła w małej, wrośniętej już w ziemię drewnianej chacie najpierw ze swoją matką - moją prababką. Ile miała lat, gdy ją pierwszy raz widziałem? Pewnie z pięćdziesiąt. A na wsi, przed wojną, pięćdziesięcioletnia kobieta wyglądała prawie tak samo, jak siedemdziesięcioletnia. Ot, trochę mniej pochylona była i ze trzy zęby więcej miała.
Ale dramat ciotki miał miejsce już po wojnie, po śmierci prababki. Ciotka Mańka mieszkała sama w Seroczynie i tylko w niedzielę przychodziła do kościoła do Sterdyni. Po mszy przychodziła do swojej siostry, czyli mojej babki, na pogawędkę. Zawsze owinięta była szczelnie chustą, w szerokiej obfitej spódnicy, z zawiniątkiem w ręku. Właściwie to dla mnie ciotka Mańka też była babką, ale wszyscy dookoła nazywali ją ciotką, więc dlaczego ja miałbym do niej mówić inaczej? A w ogóle to czy ja z nią rozmawiałem? Czasem spojrzała w to miejsce, gdzie akurat byłem, ale zawsze było to takie spojrzenie, jakby patrzyła w puste miejsce. A oczy miała nieco wyłupiaste, okrągłe, budzące we mnie dziwną obawę. Nawet gdy śmiała się, beztrosko, swobodnie, jej śmiech był dla mnie dziwny, trochę straszny nawet.
Ciotka zawsze była sama. Nie wyszła za mąż. Dlaczego? Nie wiem. Prawda, że była biedna. A to na wsi było dla panny tragedią. Ale przecież inne, równie biedne panny, znajdowały kawalerów, wychodziły za mąż, rodziły dzieci, pędziły biedniacki żywot. A ciotka szła przez życie sama, mieszkając cały czas ze swoją matką.
Gdy w niedzielę po mszy przychodziła do mojej babki, siadała na skrzyni stojącej pod ścianą. O nic nie pytała, króciutko odpowiadała na pytania. Moi wujkowie, trzydziestoletnie czerstwe chłopy zawsze skore do kpinek, rzucali kąśliwe uwagi w rodzaju kiedy to ciotka machnie się nam za jakiegoś chłopa". Ona śmiała się wtedy krótko gardłowym, niskim śmiechem i zaraz poważniała, patrzyła przed siebie okrągłymi oczami i było nieswojo. Tak. Dziwna była ta ciotka Mańka.
Jedno tylko było dla niej ważne. Kościół. I ksiądz. Każdy zaoszczędzony grosz szedł na ofiarę, na tacę, na zakup mszy. Pilnie przestrzegała wszystkich postów. Nie było złej pogody, gdy przychodziła niedziela, choć od kościoła do jej domu było dobre dwa kilometry piaszczystej, polnej drogi. Czasem ktoś wziął na wóz ciotkę wędrującą w kurzu czy błocie, ale przecież najczęściej, skwar, deszcz czy mróz, trzeba było pieszo deptać z Seroczyna do Sterdyni.
Miała już siedemdziesiąt parę lat. W każdą niedzielę przychodziła na mszę. A po mszy do babki. Popatrzeć, posłuchać.
Wtedy, po mszy, przyszła jak zwykle. Ale była inna. Miała rozbiegane, rozgorączkowane oczy. Jak zawsze powiedziała Pochwalony...". Przysiadła na skrzyni i nerwowo kręciła w palcach paciorki różańca. Tak się zdarzyło, że akurat w domu byli tylko dziadkowie, ale dziadek, prawie głuchy, nie był partnerem do rozmowy. A ja... ja chwilę pokręciłem się po kuchni i wyszedłem do pokoju, gdzie mogłem spokojnie czytać. W kuchni panowała zupełna cisza, aż wreszcie rozległ się ostry głos ciotki.
- To nie może być prawda!
- Co takiego? - spytała spokojnie babka.
- To, co nowy ksiądz mówił w kazaniu.
- A co mówił?
- O grzechach. I o piekle. Piekło, jak powiedział ten nowy ksiądz, jest w nas, tu, teraz! Rozumiesz? Tu, na ziemi. W naszych złych uczynkach. W żądzach. W nienawiści. W zaprzaństwie. Tu jest, według tego księdza, diabeł i piekło. Tu zły czyha na nas i kusi. I od zbawienia odpycha.
- Patrzcie, patrzcie... - wionął do mnie szept babki.
- I to ksiądz powiedział! - krzyknęła ciotka Mańka. - Ksiądz, rozumiesz?! Boże miłosierny... jak myślisz, Tekla, czy to może być prawda?
- Jeśli ksiądz tak mówi...
- Ale przecież, odkąd pamiętam, to mówili w kościele o diabłach rogatych, o kotłach, o mękach wieczystych. Na obrazach w kościele... co niedzielę patrzyłam i modliłam się, Boże, nie każ niewinnej. Ślubuję ci wszystko, co chcesz, co mam, tylko nie spychaj do piekieł, do tych diabłów, do kotłów ze smołą, do ognia. I teraz ksiądz mówi, że to nie tak?! Że nie ma żadnych diabłów z widłami, i tego ognia nie ma, i męki? To po co, Boże, po co?!
- Jak to, po co... co ty, Mańka...
- To czego ja całe życie się bałam... czegom chłopów od siebie gnała. Mogłam się bawić, mieć swojego chłopa, dzieciaki, jak ty...
- Pewnie, że mogłaś.
- A ja się bałam. Grzechu się bałam. I piekła się bałam. I tych diabłów z widłami, co rzucą się na mnie. I jeśli to wszystko nie tak jak ja myślałam, to po co? Całe życie. Sama. Tekla, ty nie wiesz, jak się żyje samej.
- Jakeś chciała, to...
- A co miałam robić? Bałam się. I teraz, kiedym już stara, to ksiądz mówi, że piekło to żądze, nienasycenie, nienawiść, zazdrość... Że ten ogień piekielny to w nas. Rozumiesz? W nas! To i we mnie...
- To pewnie nie tak, Mańka - uspokajała ją babka, choć teraz w jej głosie słychać było niepokój.
- Pewnie, że nie tak! - krzyknęła. - To niesprawiedliwe. W nas, ksiądz mówi, piekło. Tu, na ziemi, za życia. A ja, całe życie, jak zakonnica, czysta, żeby zarobić sobie na lepszy los tam, po śmierci. Całe życie, Tekla... i to wszystko na nic?
- Uspokój się, Mańka...
- Dobrze ci mówić. Chłopa masz, dzieci odchowałaś gromadę...
- Może to i prawda, że to piekło to tu, na ziemi... - szepnęła babka.
- Gadanie! Nie wierzę!
- Mania... księdzu nie wierzysz?!
Chwila milczenia. Za oknem chrypliwie zakrzyczał kogut. Turkotał na bruku wóz przejeżdżający drogą, ale łoskot kół ucichł nagle, bo bruk kończył się zaraz za domem babki i słychać było tylko miękki tupot kopyt na ubitej ziemi i skrzypienie osi.
- Nie wierzę - powiedziała ciotka Mańka.
- Pierwszy raz w życiu, Tekla. Nie wierzę.
- Mańka, co ty?!
- I do kościoła już nie pójdę.
- To jakże żyć będziesz?! Bez Boga...
- Jeśli tam nie ma diabłów, nie ma piekła, jeśli ja, całe życie... w strachu przed tym, czego nie ma, Tekla... - szeptała ciotka nieporadnie. - To powiedz, Tekla...
- Co ja ci powiem - westchnęła babka. - Co ja wiem...
- Ale Tekla, zrozum! Ja, całe życie w takiej bojaźni wielkiej. I teraz, kiedym już nad grobem, to mi mówią, że nie ma piekła? To po co ja tak, Tekla, po co? Całe życie...
I Powrót na górę I
PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA
WIERSZE WYBRANE
Genowefa Cagara
KIELISZEK WINA
Maleńkie i drżące jezioro
Zamknięte w krysztale kieliszka...
Znów płonie purpurą wieczoru,
Jak słońca rubiny przejrzystą.
Na szczęście grosz wrzucę do wina,
By na dnie je zbierał z kropelek...
A może, gdy wieczór przeminie,
To szczęście z kimś bliskim podzielę?
I może, gdy dna sięgnie pustka,
Błyszcząca niewielka moneta
Uśmiechem rozjaśni mi usta,
A szczęście mnie weźmie daleko
Od smutków, od żalu i lęku?
Od tego, co łzami się kończy...?
I będę światełkiem maleńkim,
Co gwiazdą rozjaśni Ci oczy...?
Hanna Domańska
BANKRUCTWO
Codziennie sięgałam
beztrosko do kufra,
nie bacząc za co płacę
ni ile zostało.
Dziś lekko palce
musnęły o drewno,
zajrzałam do środka
...kilkanaście monet
na dnie skrzyni leży.
Ogłaszam remanent!
Czas sprawdzić rachunki.
Bilans wypadł straszny
- niczego nie kupiłam
...straciłam majątek!
* * *
Co zostanie po nas
gdy zapłonie ziemia?
Czy oszczędzi płomień
grube księgi mędrców,
święte zwoje,
jeśli nie zostanie kamień
na kamieniu?
Tysiące lat później,
wśród resztek popiołu
inne pokolenie
będzie szukać śladów
swego pochodzenia.
Będzie pytać w wierszach
...o sens swego istnienia
* * *
...a kiedy stanę
przy Twym pustym grobie
w bladym świetle świtu,
jak tamte kobiety
w wielkim zadziwieniu
i trwodze,
patrząc
na kamień odsunięty
i skrwawione płótna,
niechaj się we mnie
jasnością staniesz
nim się zapytam
...gdzie ciało zabrano?
Krystyna Łagowska
INTERNET NIEBA
Błądzę po Internecie nieba,
szukam po omacku.
Mijam gwiazdy, jak złote guziczki
w źle zapiętej sukience,
bezmyślne mgławice wychlapane
pianką z Mlecznej Drogi.
Zanurzam się w ciemność
zachłanną
zaborczą
nieodgadnioną
zakłamaną.
Ważę na konstelacji Wagi swoje życie
odważnikami niewypowiedzianych słów,
niedokonanych czynów.
Widocznie dotykam nie tych klawiszy,
bo nie znajduję odpowiedzi na pytania
w blasku przemykającej komety.
MARTWY MOTYL
Na przydrożnej ścieżce
strzęp barwistego aksamitu
niewidzącymi opuszkami palców
dotykam skrzydełek - pożegnanie
delikatnie chowam motyla
do dużego pudełka
były tam zapałki
na długich gruboskórnych patykach
zapalano nimi świeczki
na urodzinowym torcie,
na któreś lecie.
Nie chcę by tu był
weźmy go stąd
w głosie prośba bunt
motyle żyją w słońcu
na łąkach w dolinie Rospudy
budzą ich graniem polne koniki,
a usypiają cykady.
Na zakurzonej szybie
gabloty muzealnej
dziewczynka pisze palcem
motyl - mój - piękny.
Elżbieta Madej
ROZMOWA Z BOGIEM
Podobno mówisz do nas Mocny Boże
A głos Twój w ziemską trafia ciszę,
Dlaczego więc pośród wielu stworzeń
Nie zawsze mogę Cię słyszeć?
Czy słuch mój słabszy na tyle
Że w świecie, gdzie hałas i troski
Maleńskiej brakuje siły
By słyszeć głos Boski?
Więc kiedyś nocną godziną
Starałam się bardziej wyciszyć
I wtedy do mnie przypłynął
Twój głos... - Już słyszę!
Rozumiem, na ziemskiej planecie
Wśród reklam i ofert istnienia,
Różnych sposobów na życie,
By go upiękniać i zmieniać
Przesyłasz nam znak Pokoju
I możność dokonania wyboru...
Rozumiem, pokój oznacza dużo:
Miłość, Nadzieję i Wiarę.
Przed moją do Ciebie podróżą
Teraz nie lękam się wcale!
Irena Pursa
IMPRESJA I
Jajko rozbite w kieliszku nie płacze
Wyrzucony ogryzek
gnijący w śmietniku
nie stanie się ponownie jabłkiem
Resztki deseru pokrywa pleśn wspomnień
chyba rajskich obłoków
IMPRESJA II
Pragnienie spełnione
to burgund herbaty
słodkiej
wonnej
drażniącej kubki smakowe
cierpkością tarniny
Jak dziwnie chłonąć bliskość napoju
spijanego z ust
- niczyich
NOC NA TRAWIASTEJ W ANINIE
Zasmużyła się smuga
mglistego poranka
po bezsennej nocy
w której rosły krzyki
Wrzaski potężniały
Drzwi z trzaskiem waliły
o wilgotne futryny
Echo odbijało słowa
od murów pajęczyn
Po nocy bezsennej
opadły powieki
i cisza nastała
Wiatr potargał słowa na strzępy
jak liście
Stuknął okiennicą...
Zaskrobał klucz w zamku
Trzeba iść
Już pora
bardzo zapóźniona
chociaż taka śpiąca
* * *
Pogubiłam strofy
Rozmyły się cienie
Myśli spętane znakiem czasu
rozwiały się
Uczucia zetlałe
Niepokojem zdarzeń
zgnuśniały
Pamięć o wczoraj
tłoczy się z marzeniem
Złudne tęsknoty
dawno się rozpadły
Na rozdrożu stoję
Na skarpie wysokiej
Wiatr włosy tarmosi
Popycha do skoku
W przestrzenie bezdenne
w pustkę zapomnienia
Tam w dole stepowe
burzany szumiące
senne majaczenia
Czekają
wzywają
żeby w nich zatonąć
Irena Stopierzyńska
ASPIREE BIAŁO KWITNĄ
poeto
nie ulegaj namowom spikera
byś odsłonił, co w tobie niechciane
nie jesteś poezją
raczej tajemnicą
podaj więc im swój ton
ich nie ciekawią
twoje lotne myśli
górne rejestry
- nieznany im świat
spytają o sypialnię, zgagę
i niestrawność
a na koniec ich podeszwy
zostawią brudny ślad
poeto
miej odwagę wyznać
w piśmie lub rozmowie
że mierzi cię to, co płytkie,
oklepane i zawiera błąd
powiedz im, że nie ma w tobie
aż tyle strachu, rozpaczy i złości
byś uznać musiał za normę
przetrącony czas
poeto
kielich obrachunków niechaj inni piją
- iluzoryczny, gorzki i nie ma on dna
wypij szklanicę wina
a potem idź na spacer
aspiree biało kwitną
osłonią od kurzu i zła.
Iwona Zielińska-Zamora
JAK AKSAMIT
skóra twoja jak aksamit
uległa i plastyczna pod moimi palcami
szeptałeś w miłosnej ciemności
żal, że nie była ze stali
nie dałaby się zwieść
pieszczocie kochanka tak łatwo
i mniej by bolała
kiedy odszedłeś.
KLUCZ
ona taka próżna
do zwierciadła zerka
bo łaskawe dla niej
lat minionych nie liczy
nie dodaje zmarszczek
zsunięte ramiączko sukienki
kluczem jest do raju
on wielki malkontent
jej odbicie znalazł
w srebrnej toni lustra
lecz po klucz nie sięga
dobrze wie co jest
za tamtymi drzwiami
nuda.
WAHANIE
w tę noc zrozumiałam
że oczy twoje jak diament
który na palcu noszę
skrzą się pożądaniem
i nie ma w nich miłości
czy powinnam odejść?
Z NOTATNIKA EMIGRANTA
wielka nadzieja miasta
to człowiek w nim żyjący
weselny, smutny, zadumany
stale się śpieszący
kiedyś
kolorowe sukienki kobiet
śmigłe łydki, smukłe uda
i prężne pośladki były
jak pokarm bogów
dla wiecznie głodnych
męskich spojrzeń
dzisiaj
mężczyźni wsparci o pachołki bram
wypatrują łatwych łupów
wypchanych portfeli
i złotych łańcuszków
o które tak trudno
zimowa noc wygania
do schronisk bezdomnych
tylko oni patrzą śmiało
w swego miasta oczy
są tacy do siebie podobni
teraz szeregi rozbieranych
po kawałku fabryk
bezzębnymi ustami
wołają o litość dla siebie
i żebrzą o pracę dla ludzi
beczki Grommana, które niegdyś
przerażały wyobraźnię dziecka
straszą swoim odrapaniem, nędzą
żegnaj moje miasto
ludzie wszystko zniszczą
ja nie mogę na to patrzeć
Good-bye moje miasto!
I Powrót na górę I
OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
TAJEMNICA SMUGI CIENIA
ROK JOSEPHA CONRADA
Jurata Bogna Serafińska
Rok 2007 został ogłoszony Rokiem Josepha Conrada Korzeniowskiego. Honorowy patronat nad obchodami w Polsce objął Prezydent Rzeczypospolitej. Uroczysta inauguracja obchodów miała miejsce na Zamku Królewskim w Warszawie, 28 lutego 2007 roku.
Joseph Conrad Korzeniowski jest, obok Fryderyka Chopina, najbardziej znanym na świecie twórcą, związanym z kulturą polską. Jest uznawany za klasyka literatury nowoczesnej. Jego utwory - Jądro ciemności", Lord Jim", Nostromo i Tajny agent są wymieniane jako arcydzieła rangi światowej. Ostatni laureat Nobla, pisarz turecki Orhan Pamuk, wybrał m.in. motto z Conrada dla swojej powieści Śnieg".
Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz urodził się 150 lat temu 3 XII.1857 r. w Berdyczowie na Ukrainie. Jego rodzicami byli Apollon Korzeniowski i Ewa z Bobrowskich. Apollon Korzeniowski był znany jako autor cyklu wierszy patriotycznych Czyśćcowe pieśni". Jego aktywność nie przejawiała się tylko w pisaniu. W czasie Wojny Krymskiej (1854-1856) był jednym z najgorliwszych zwolenników wybuchu powstania, opartego na ruchu ludowym. Po ślubie z Ewą Bobrowską Korzeniowski zaczął gospodarować we wziętej w dzierżawę wiosce Debreczyna. Narodziny syna uczcił wierszem Synowi urodzonemu w 85 roku niewoli moskiewskiej". Chłopcu nadano imiona: Józef, Teodor, Konrad. Dwa pierwsze były imionami dziadków, imię Konrad miało być nawiązaniem do bohatera z utworów Mickiewicza.
Korzeniowscy w 1861 r. przenieśli się do Warszawy. W ich mieszkaniu przy ul. Nowy Świat 45 powstał zalążek przyszłego Rządu Narodowego. W nocy z 20 na 21 października Apollon Korzeniowski znalazł się w Warszawskiej Cytadeli. W 1862 roku skazano go wraz z żoną na zesłanie. W tych warunkach mały Józef Teodor Konrad dorastał bardzo szybko. Na zesłaniu stracił matkę. Nie mając towarzystwa innych dzieci czytał książki przeznaczone dla dorosłych. Po latach napisał:
"Już od szóstego roku życia byłem zapalonym miłośnikiem książek, co nie jest może dziwne u dziecka, które nauczyło się czytać nie wiedząc kiedy. (...) Czytałem po polsku i po francusku dzieła historyczne, podróże, powieści (...)".
W 1867 roku Apollon Korzeniowski otrzymał zgodę na wyjazd za granicę. Ze względu na syna wybrał Galicję. Po śmierci ojca chłopcem zajął się jego wuj Tadeusz Bobrowski.
Młody Korzeniowski od najwcześniejszych lat nosił w sobie jakąś tajemnicę. Mimo wysiłków biografów nie udało się do końca wyjaśnić, z jakiego naprawdę powodu w wieku siedemnastu lat przyszły pisarz porzucił szkołę i został wyprawiony przez wuja do Marsylii. Żaden z przytaczanych argumentów (nieszczęśliwa miłość, zły stan zdrowia, nie przyznanie obywatelstwa austriackiego, chęć ucieczki od przeszłości) nie wydają się w tym przypadku dostatecznie przekonujące.
Po latach Joseph Conrad utrzymywał, że jego świadomym celem życiowym było wówczas zostać angielskim marynarzem. 24 kwietnia 1878 roku Conrad, jeszcze jako Korzeniowski, zaciągnął się na angielski parowiec Moris jako zwykły marynarz.
Od tego czasu spędził na morzu dwadzieścia lat, zdając egzaminy i awansując na kolejne stopnie oficerskie.
Joseph Conrad pisał wyłącznie po angielsku. Prawie we wszystkich swoich utworach głosił pochwałę żeglugi. W powieści Gra losu czytamy:
"Marynarz znajduje w wypełnianiu obowiązków swojego zawodu głębokie poczucie pewności. Życie na morzu, które stawia człowiekowi tyle wymagań, ma tę wyższość nad życiem na lądzie, że żądania jego są proste i nie można się od nich uchylić".
Pisząc powieści Conrad stosował swoje oryginalne metody. Na przykład nie podawał nazwy miejscowości, w której toczyła się akcja, albo podawał nazwę fikcyjną. Czwarty rozdział Szaleństwa Almayera zaczyna się od słów:
"Tego roku z nastaniem zachodniego monsunu niepokojące wieści przedostały się do Sembiru."
Jak napisała Barbara Koc w swojej opowieści biograficznej Conrad":
"Conrad miał ustaloną politykę ukrywania (...).nazwa Sembir nie jest fikcyjna, a (...) pochodzi z innego rejonu geograficznego. (...) Jest to ukraińska nazwa miasta leżącego nie opodal Lwowa, w stronach, które dotyczyły wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej i całego dzieciństwa oraz wczesnej młodości Conrada."
Joseph Conrad tworzył swe dzieła w tym samym czasie, co w Henryk Sienkiewicz. Śledził sukcesy autora Trylogii", zachowując jednak ironiczny dystans do jego utworów. W jednym z listów do Kazimierza Waliszewskiego napisał:
"Heroiczna ewangelia św. Henryka (...) króluje na całej ziemi i - jak Pan wie - istnieje wiele sposobów wykpiwania jej".
Conrad pragnął być czytany w Polsce. Jego tematyka wykraczała jednak poza ramy powieści, do jakiej byli przyzwyczajeni i jakiej pragnęli wtedy polscy czytelnicy. Z pozostawionych przez niego listów i zapisków wynika, że interesowały go dwa wielkie tematy: sprawa norm i nakazów moralnych i miejsce człowieka w przyrodzie. Conrad deklarował się często w listach do przyjaciół jako człowiek nie wierzący w Boga - odrzucał więc zasady etyki oparte na dogmatach wiary. Uważał jednak, że bez względu na to, czy Bóg jest, czy go nie ma - ludzi obowiązują określone prawa i nakazy moralne. Odrzucał dowolność, anarchię i nihilizm. Był przekonany, że czyny ludzkie mają sens i wartość o wiele większą niż ich bezpośrednie skutki. Cenił honor, wierność i odwagę. Wychował się przecież na poezji Mickiewicza i Słowackiego. Można powiedzieć, że etos rycerski wyssał z mlekiem matki.
Utwory Conrada zdają się zawsze skrywać jakąś mroczną tajemnicę. Przyczyną tego stanu rzeczy była być może ciągła huśtawka nastrojów przeżywana przez pisarza. W listach do przyjaciół, jakie Conrad pisał w czasie pracy nad Lordem Jimem - ta zmienność nastrojów uwydatniała się bardzo wyraźnie. Na przykład w liście do Garnetta pisarz stwierdza:
"Stary jestem, chory i zadłużony - ale ostatnio odkryłem, że mogę jeszcze pisać - idzie mi! Idzie! - i jestem młody, zdrowy i bogaty. Pytanie tylko, czy cokolwiek jeszcze napiszę?"
Nastroje opisane w listach Conrada Zdzisław Najder podsumował w swoim opracowaniu Życie Conrada Korzeniowskiego":
"Wyznania typowe dla człowieka cierpiącego na depresję. (...) Przygnębienie utrudniało pisanie, powolność pracy wywoływała poczucie winy; poczucie winy pogłębiało przygnębienie - Conrad torturował siebie w błędnym kole depresji, pogrążając się w ponurych rozmyślaniach, wyrzucając sobie słabą wolę i ultrasłowiańską naturę".
Można jednak przypuszczać, że jednak po części właśnie tym huśtawkom nastrojów i zadawanym samemu sobie psychicznym katuszom zawdzięczamy, że dzieła Conrada są takie wyjątkowe i owiane mgiełką nastrojowej, niepowtarzalnej melancholii. Pisarz narzekał, że pisanie to ohydna robota - jednak nie mógł się bez tej pracy obyć.
Wiele określeń, tytułów użytych przez Conrada zaczęło żyć swoim własnym życiem. Tak stało się chociażby ze Smugą cienia", tytułem powieści dedykowanej przez autora synowi Borysowi. Powstanie tego dzieła zbiegło się w czasie z przyjazdem w 1817 roku Borysa na pierwszy urlop do domu. Powieść ukazuje bolesny proces przechodzenia od młodości ku dojrzałości, przekraczania symbolicznej smugi cienia", poza którą nic nie jest już tak oczywiste i pewne jak przedtem.
Wielu krytyków i biografów zadawało sobie pytanie, dlaczego Conrad zaczął pisać po angielsku. Odpowiedź na to pytanie, jakiej udzielił sam Conrad, została przytoczona w dziele Zdzisława Najdera Życie Conrada Korzeniowskiego":
"Prawda jest taka, że moja właściwość pisania po angielsku przyszła mi tak łatwo jak pierwsza lepsza wrodzona skłonność. (...) zostałem zaadoptowany przez ducha języka, który owładnął mną z chwilą, gdym przezwyciężył pierwsze trudności angielskiej mowy.(...) gdybym nie był pisał po angielsku, nie byłbym pisał wcale".
Zdzisław Najder nie poprzestał na przytoczeniu słów Conrada. W przypisach do Lorda Jima napisał:
"Chociaż Joseph Conrad (...) pisał swoje książki tylko po angielsku, jego twórczość wyrosła na podłożu trzech kultur: polskiej, francuskiej i angielskiej. Urodzony na Ukrainie, wychowany w polskiej rodzinie (...), od siedemnastego roku życia przebywał za granicą. Języka francuskiego nauczył się doskonale już jako dziecko (...). Angielski poznał jako człowiek dorosły (do końca życia mówił nim z silnym akcentem)".
Joseph Conrad sam tworzył własną legendę. Przez wiele lat usiłował wyłamywać się spod władzy okoliczności mających wpływ na jego życie. Podejmował decyzję i zmieniał bieg swego losu. Wyjechał z Polski i z Francji, udał się do Afryki, podjął zawód marynarza, pisarza, podróżował, ożenił się z Angielką, w wieku dojrzałym nauczył się nowego języka i przyswoił go jak własny. Wszystko to były próby odnalezienia nadrzędnego sensu ludzkiej egzystencji. Sensu większego, niż przemijające złudzenia i marzenia. Conrad marzył od najwcześniejszego dzieciństwa. Starał się je realizować. Uważał, że człowiek nie może przestać marzyć. Przekonaniu temu dał wyraz na kartach Lorda Jima": "Zanurzyć się w niszczącym żywiole i iść, iść za marzeniem."
Zdzisław Najder w swojej książce Życie Conrada Korzeniowskiego napisał:
"W listach i autobiograficznych wyznaniach kreował (...) ogólny obraz własnej osoby: romantycznego, ale pełnego determinacji młodzieńca, potem dzielnego, entuzjastycznego i sprawnego marynarza, który z nudów przymusowej bezczynności zaczął pisać (...)".
Rzeczą znamienną jest, że pisząc i mówiąc o swoim warsztacie pisarskim - Conrad starał się dodać mu lekkości. W liście do Kazimierza Waliszewskiego Conrad pisał:
"Szaleństwo Almayera zacząłem pisać tak sobie, niewiele myśląc, aby wypełnić czymś poranki w czasie swego dość długiego pobytu w Londynie po powrocie z trzyletniego pływania po morzach południowych".
Wielokrotnie pytano Conrada, czy Szaleństwo Almayera było jego pierwszym utworem literackim. Powieść ta, zawierająca studium ludzkiej namiętności jest dziełem wskazującym na wielką dojrzałość pisarza. Odpowiedzi Conrada na ten temat były ze sobą sprzeczne. W tomie Ze wspomnień stwierdził: Zanim się wziąłem do tej powieści, nie pisałem nic prócz listów".
Potem wspominał jednak o wcześniejszej noweli, przerobionej po latach na Czarnego marynarza".
Te pozorne sprzeczności świadczą jednak przede wszystkim o wielkiej fantazji pisarza i o chęci ukształtowania własnego wizerunku, własnej legendy. Tak naprawdę traktował on swoje pisarstwo bardzo poważnie. Można się o tym przekonać, czytając jego zapiski dotyczące końcowych prac przy Lordzie Jimie":
"Od czasu do czasu przechadzałem się dokoła domu, wychodząc jednymi drzwiami, wracając drugimi. Dziesięciominutowe posiłki. Wielka cisza. Rosnący kopiec niedopałków podobny do kurhanu na grobie bohatera."
Joseph Conrad nie przestawał być wielkim pisarzem nawet wtedy, kiedy pisał notatki na własny, prywatny użytek. Może właśnie ta cecha charakteru pozwoliła mu zostać pisarzem na skalę światową. Szukając sensu ludzkiej egzystencji - stworzył wielkie dzieła literatury i przekazał nam bogactwo swoich przemyśleń.
Rok 2007 został ogłoszony Rokiem Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego - Polaka znanego na całym świecie jako Joseph Conrad.
I Powrót na górę I
NOWOŚCI WYDAWNICZE
POEZJA - ŹRÓDŁO WIARY I NADZIEI
Piotr Stanisław Król o tomiku poezji Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak Światło Krzyża
Jadwiga Wodzyńska-Bujak - poetka, prozaik. Od urodzenia mieszka w Radomiu. Członek Grupy Literackiej Poetica w Klubie Twórczości ŻAR, Koła Poezji Nie-odkrytej Szuflada przy klubie Igrek w Spółdzielni Mieszkaniowej Radom, Stowarzyszenia Grupa Literacka Łuczywo". Laureatka wielu nagród i wyróżnień w konkursach literackich, w tym. m.in.: Konkursie Oficyny Wydawniczej T.A.D.- A.D w Jastrzębiu Zdroju (II nagroda, 2003), w Konkursie Światowym Poezji i Prozy znalazła się wśród 18 poetów nagrodzonych za utwory poświęcone Janowi Pawłowi II.
Utwory literackie oraz reportaże autorki ukazały się m.in. w pismach: Pochodnia, Królowa Apostołów, Tygodnik Radomski AVE, Ziemia Radomska, Słowo Ludu, Życie Warszawy, Echa Dnia, Sekrety ŻARu; a także na antenie radia: Ave - Radom oraz Radio Kielce". Jej wiersze ukazały się w wielu almanachach, w tym: Jesteśmy oraz dedykowanych Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II na 25-lecie Pontyfikatu: Cisza Betlejemska", Miraże myśli", Dialog z Panem Bogiem i Zimowa sanna".
Od lat uczestniczy w Radomiu w akcjach charytatywnych na rzecz osób starszych, niepełnosprawnych współorganizując spotkania, koncerty, festiwale, m.in. z dyr. Robertem Grudniem - organizatorem Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej.
Jadwiga Wodzyńska-Bujak uczestniczy także w spotkaniach autorskich za granicami naszego kraju. W ostatnim czasie gościła w Wilnie, gdzie jej poezja spotkała się z uznaniem tamtejszej Polonii.
|
"Autorka Jadwiga Wodzyńska-Bujak uwierzyła w siłę poetyckiego przekazu, zaufała słowom i uczyniła ze swych wierszy własną, oryginalną broń przeciwko wszechobecnemu Złu i Kłamstwu, Krzywdzie i Rozpaczy" - (cyt. ze wstępu Andrzeja Zaniewskiego).
W dniu 10 kwietnia 2007 roku w Muzeum Tyflologicznym w Bibliotece Centralnej Polskiego Związku Niewidomych odbyło się niezwykłe spotkanie z radomską poetką Jadwigą Wodzyńską-Bujak. Okazja była znakomita - promocja od dawna oczekiwanego, własnego tomiku, który ukazał się pt.: Światło Krzyża". Autorka od lat publikowana w licznych almanachach, w prasie, której wiersze czytane były na antenie stacji radiowych, uczestniczka i organizatorka wielu imprez kulturalnych, w tym charytatywnych na rzecz osób potrzebujących pomocy - nie miała dotąd własnej książki! Zadziwiające... Ale oto jest, możemy wziąć tomik do rąk, smakować twórczość literacką autorki, położyć go w naszych domach na stoliku lub na półce między ulubionymi książkami innych autorów.
Niezwykły nastrój spotkania wyczarowywała nie tylko poezja Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak, ale też oprawa muzyczna znakomitych artystów: pianisty, kompozytora, dyrygenta - Roberta Grudnia oraz śpiewaczki sopranowej - Teresy Molendowskiej. Rzadko zdarza się spotkać tak wyśmienicie, z taktem i wyczuciem zsynchronizowanie dźwięku i słowa.
Jadwiga Wodzyńska-Bujak prezentuje wiersze z tomiku Światło Krzyża"
|
Jak odczytywać poezję, prozę poetycką Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak? Tak mówi o tym cytowany już wcześniej Andrzej Zaniewski, znakomity poeta, prozaik:
"Obraz ludzkiego losu jest tu utożsamiany z bezustanną pielgrzymką. Stąd też poetyka modlitwy, litanii, wyznania wiary, epickiej opowieści, paciorków różańca przesuwanych zmęczonymi palcami. To piękne i niezwykłe wierzyć aż tak głęboko i już chociażby z tej perspektywy twórczość Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak zasługuje na głęboki szacunek i uważną lekturę."
A z kolei Adolf Krzemiński, autor komentarza do tomiku zamieszczonego w książce pisze tak:
"Czytając wiersze i słuchając ich w interpretacji autorki ciągle mam wrażenie, że jest to nieustająca modlitwa do Najwyższego. Obok bezpośrednich zwrotów Bóg jest również obecny w poezji poświęconej górom i morzu, świętym i zwykłym śmiertelnikom, mówiąc słowami Jana Kochanowskiego (którego poetka bardzo ceni): na niebie i na ziemi"."
I dalej:
"Współczucie i miłość, niepokój i nadzieja, cierpienie i tytułowa światłość Krzyża - to słowa klucze tej poezji. Równie ważnymi kategoriami są: rodzina i zakorzenienie się, historia i tradycja, naród i Polska. Ale autorka nie traci z pola widzenia też wydarzeń ważkich dla całego świata, mających wpływ na bieżące życie narodów i zwykłego człowieka. Jest więc autorka kronikarką codzienności z poetyckim wyostrzeniem i z symbolicznym przesłaniem na przyszłość. I pomimo klęsk wielu narodów i tragedii milionów ludzi, a także własnych rozczarowań i cierpień - z poezji Jadwigi Wodzyńskiej-Bujak bije nieustające źródło nadziei i wiary. Wiary w Chrystusa i w Człowieka."
Od lewej: Jadwiga Wodzyńska-Bujak, Piotr Stanisław Król (red. nacz. Kwartalnika Kulturalnego Sekrety ŻARu"), Andrzej Zaniewski (poeta, prozaik, autor wstępu do tomiku Światło Krzyża")
|
Poetka odnalazła w poezji źródło WIARY i NADZIEI i stara się, aby ono nigdy nie wysychało, aby każdy, kto wczyta się w jej wiersze mógł odnaleźć w nich te tak potrzebne nam wartości.
Światło Krzyża wskazuje drogę wszystkim bez wyjątku, i tym wierzącym, i wątpiącym, a także tym, którzy nie odnaleźli drogi do Boga. Jadwiga Wodzyńska-Bujak zaprasza nas do refleksji i odnajdywania przydrożnych drogowskazów, znaków dostępnych niemal na wyciągnięcie ręki, które nam tę Drogę pomogą znaleźć. Możemy nią pójść lub nie. Decyzja należy do nas. Warto jednak wsłuchiwać się w głos poetów...
Jadwiga Wodzyńska-Bujak: Światło Krzyża", Radom 2006, wydawca: Stowarzyszenie Grupa Literacka Łuczywo przy wsparciu finansowym Gminy Miasta Radom, wybór i opracowanie: Adolf Krzemiński, wstęp: Andrzej Zaniewski, okładka i opracowanie graficzne: Ewa Stupnicka, ilustracje: Jadwiga Wodzyńska-Bujak, Marzena Radzikowska, Aleksandra Suska, ss. 60, ISBN 978-83-901593-3-1
Jadwiga Wodzyńska-Bujak
DROGOWSKAZ
Lekcja życia Twojego
- BIAŁY PIELGRZYMIE
Doniosłość - śmierci
W nadziei Zmartwychwstania
I miłość do nas - tu na ziemi
To drogowskaz
Naszego Istnienia
W drodze do Ojca - Boga
Na drugi brzeg!
Radom, 27 kwietnia 2006 Światło Krzyża s. 11
I Powrót na górę I
Z ŻYCIA LITERACKIEGO
PROSTO Z WILNA
Jan Zdzisław Brudnicki
"Wilio ukołysz barkę poezji bujwidzkim szeptem...". Redakcja zamówiła u mnie tekst o Światowych Dniach Poezji. Ale nie wiedziałem wówczas, że zakończę je na Litwie. Początek w Warszawie - to spotkanie poetów i tłumaczy literatury polskiej, to laur UNESCO dla Kazimierza Brakonieckiego, który harmonijnie łączy nurty regionalne, mazurskie i europejskie (nazywa je światowanie"). Sam organizowałem spotkanie poecie pełnemu boleści, Vladanowi Stamenkovićiowi, który w tomie Sumienie pewnej wiosny stworzył poruszającą kronikę bombardowania Serbii w 1999 roku, bo była "Noc kwietniowa rozjaśniona blaskiem wybuchów".
Pewnego jednak dnia wsiadłem do samochodu znanego poety i balladzisty Bohdana Wrocławskiego i wraz z głównym organizatorem Aleksandrem Nawrockim i małym Karolkiem podążyłem ku granicy. Żeby po drodze do Wilna wykrzyknąć - Przecież tu wszystkie wioski i miasta są na leśnej polanie! I przypomnieć sobie, że Adam Mickiewicz robił przypis do wiersza napisanego na leśną libację: "Macam... Wiecież? Znalazłem!... Przeto niech Towarzystwa każdy zdrowie pije! - Z obchodu pożegnalnego, odbył się 29 czerwca 1819 roku wśród lasu. Poeci czytali swe wiersze. Po humorystycznym wierszu Czeczota, zakończonym aluzją do zakopanej w ziemi butelki, Mickiewicz wydobył ją wypowiadając ten wiersz".
W rokokowej salce Szkoły Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Solecznikach nagradzamy młodociane poetki - 10 maja 2007 r. Foto: Bronia Kondratowicz
|
My też najwięcej wrażeń zebraliśmy w środowiskach regionalnych. Pierwszego dnia w Bujwidzach, w polskiej szkole, rozstrzygaliśmy konkurs poetycki dla całego terenu. Było tych utworów wiele, były proste, bezpretensjonalne, z doskonałym wyczuciem idiomu mowy ojczystej. Najbardziej podobały nam się wiersze Aliny Grabowskiej, sympatycznej uczennicy, która już mówi pełnym głosem o doświadczeniach życia jako - snu, Żyję we śnie, który nie ma końca". Natomiast młodziutka Julia Olechnowicz bezpretensjonalnie wypowiadała słowa ody do mowy polskiej.
Dano nam usta po to, aby mówić
Dano nam uszy
Po to, by słyszeć piękno naszej
mowy ojczystej.
Recytacje, śpiew solowy i zespołowy sprawiły, że rychło zapomnieliśmy, że jesteśmy z daleka od swojej ziemi, wprawdzie w ojczyźnie Mickiewicza, ale w środowisku, gdzie po ustawie o języku państwowym litewskim, nie jest łatwo szkołom, poetom, środowiskom polonijnym. Towarzyszący nam poeta Aleksander Śnieżko, autor wielu książek, odczytał wiersz, na poły satyryczny, o tym, jakim szokiem było zakazanie z dnia na dzień używania języka polskiego dla tych, dla których był on zawsze pierwszy. "Cóż mogą dać talenty, gdy struny im się utnie?" - pyta poeta.
Drugiego dnia, znów pod wodzą rozrosłego
Sadzenie pamiątkowych drzew przez poetów polskich i poetów polskich na Litwie. Piąty od lewej (z goździkiem w ręku) Aleksander Sokołowski. Foto: Bronia Kondratowicz
|
Aleksandra Sokołowskiego, niegdyś wizytatora polskich szkół, teraz poety i okrutnie zamiłowanego pszczelarza, "bo pszczoły z pracy słodycz tworzą", śpiewnie objaśnia nam poeta. Jedziemy bardziej na wschód, ku granicy z Białorusią, podpowiadają mi, że drogą na Laudę, tą samą, którą jeździł Mickiewicz na Uniwersytet Wileński. O, tam zajazd dawny, gdzie przeprzęgano konie w powozach podróżnych i może nasz wieszcz siorbał tu "z chińskich ziół ciągnione treści"?
W towarzystwie popularnej dziennikarki Kuriera Wileńskiego Jadwigi Podmostko, jakże zorientowanej, pomysłodawcy przeboju Polaków na Wileńszczyźnie Kalendarza Rodziny Wileńskiej", mając obok subtelną poetkę liryczną Bronię Kondratowicz i poetkę i pedagoga w jednej osobie Irenę Duchnowską, zajeżdżamy do Solecznik.
Tu już ślady wielkiej poezji są wyraźne. Jest pomnik Mickiewicza na tęczy, podpisany "Miej serce i patrzaj w serce". Mówi się, tu gdzieś nieopodal zoczył ON po raz pierwszy ludowy obrzęd dziadów. Nauczycielka opwiada mi, że jeszcze niedawno proste kobiety, wiejskie Litwinki, zawierzały się jej, że w czasach stalinowskich potajemnie porządkowały mogiły dobrych polskich panów i zostawiały na płytach drobne poczęstunki dla duchów. Zresztą dolina Wiliji, rzeki obfitej, w głębokim jarze płynącej, za którą rozpościera się ściana bujnego lasu - pobudza wyobraźnię.
Szkoła Sztuk Pięknych w Pałacyku Wagnerów ulokowana nosi imię Stanisława Moniuszki. Oszołomił nas park, oczarował pałacyk z jedną z piękniejszych sal koncertowych w okręgu, trudno było pozostać obojętnym wobec popisów uczniów szkoły muzycznej - solowych i zespołowych. Znów rozstrzygamy konkurs na poezję uczniów w całej okolicy, szczerych, rzewnych, osadzonych w tradycji dawnego wiersza. Młodzi konferansjerzy powiadają, że przyszła wiosna i przyszła poezja do Solecznik. Wiosna cały miesiąc późniejsza, a więc dopiero z pierwszym kwieciem czeremchy. Poezja, strażniczka ludzkiej pamięci i wrażliwości. Wczoraj wypowiedziane przeze mnie przypadkowe zdanie, że bez czucia, bez pamięci, bez utwierdzenia się prawdziwego w sobie trudno talentem służyć sobie i otoczeniu - robi małą karierę towarzyską. Tu się ceni uczuciowość, chwali ją, przywołuje ją w sztuce, jako najcenniejszy składnik życia. U Ireny Duchnowskiej znajduję dystych: "Czym jest poezja? Melodią serca".
Natomiast zostałem zaopatrzony w tomik przedwcześnie zmarłego poety Sławomira Worotyńskiego z poleceniem, że to ich najwybitniejszy, najbardziej natchniony poeta, taki tamtejszy Stachura. Piewca życia, piewca śmierci! "Płynie przez me dzieciństwo Rzeka Wilenka czysta", Być może są piękniejsze lasy, Lecz właśnie ten mi jest najmilszy".
Też tak widziałem. I opowiadać mógłbym o tych stronach, i o rozmowach w Wilnie, i o Domu Polskim Pan Tadeusz", i o wystawie zsyłek w tym domu, i o imprezach kulturalnych, i o medytacji w Ostrej Bramie. Ale nie da się, a może i nie warto o wszystkim.
Sławomir Worotyński
(1942-1983)
POWRÓT POETY
...I wyjechał młody poeta
W starej karecie z Wilna.
Przewlekle skrzypiały koła
Pod dziewiętnastym wiekiem,
A nad epoką szarą,
Nad obrażonym ludem
Padał deszcz romantyzmu.
Czy były to łzy poety,
Czyste młodzieńcze łzy?
Czy może nadziei krople
Przy martwym morzu wolności?
Potem nad grobem.
Z pośmiertnego tomu:
Złamana gałązka bzu"
(Wilno 2005)
I Powrót na górę I
SŁOWEM O SŁOWIE
WRZAWA I MILCZENIE
Wrzawa nie tylko wokół nas, jest także w nas. Nie niepokoimy się o to, bo nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile słów, opinii, interpretacji faktów wpada nam codziennie w ucho; a nie są wcale logicznie ze sobą powiązane, często sprzeczne, dalekie od tego, by obiektywnie relacjonować to, co się dzieje. Walka toczy się o nasze poglądy, o to, co najsilniej zostanie wdrukowane w nasze przeświadczenia i oceny. Subtelne, zakamuflowane pranie mózgu stosują specjaliści od zdobywania zwolenników politycznych, od przyciągania konsumentów itp.
Jak stwierdzić, co z tych tysięcznych głosów jest zgodne z naszymi poglądami? Czy mamy czas na namysł? Czy dana nam jest umiejętność znajdowania właściwych kontrargumentów wobec propozycji, z którymi nie chcemy się identyfikować?
A milczenie? Czy jest bez-słowiem? Nie! Może jednak ułatwić odróżnianie własnych myśli od wrzawy informacyjnej, może dopomóc w odsianiu plew od ziarna, może ułatwić skupienie się na przekazach najważniejszych, budujących sens egzystencji człowieczej.
Każdy kto obejrzał niedawno wyświetlany film dokumentalny pt. Wielka cisza (reż. Philips Gröning) mógł odczuć wyraźnie różnicę miedzy dobrze nam znaną wrzawą, a życiem w milczeniu mnichów w bieli z klasztoru w Grande Chartreuse, znajdującego się w Alpach Francuskich. Świat dokonał wielkiego skoku cywilizacyjnego, a Kartuzi pozostali wierni swej surowej regule. Modlitwa wspólna i w samotności oraz praca na rzecz wspólnoty klasztornej wypełniały każdy kolejny dzień. Rzadkie wspólne wypady poza mury klasztorne i swobodne rozmowy podkreślały tylko wagę powrotu do milczenia, skupienia i rozmyślania. Ważkie słowa z Ksiąg Świętych potrzebują wielu lat drążenia wnętrza ludzkiego, by wyrugować świeckie nawyki, zapatrywania, namiętności i pragnienia, zastąpić je wyższymi - duchowej natury. Pokój i radość niektórzy osiągają po wielu latach zmagań i walki z sobą i pokusami. Jedyny niewidomy mnich w tym klasztorze z wielką prostotą mówił o sobie jako człowieku szczęśliwym, bo już odnalazł Boga także w swoim losie i we wspólnocie braci.
Ale milczenie, nawet w klasztorze, nie od razu jest ciszą. Jest tą przestrzenią, która pozwala wybrzmieć różnym głosom, także takim, które mogą nie zawsze pozytywnie zaskoczyć. Emocje potrzebują także słów, by jasno wyrazić zawartość uczuć skrzętnie ukrywanych - złości, niechęci, nieufności. Cisza służy za ekran, na którym pojawiają się teksty głębokie i piękne, ale i przerażające. Spokojne odrzucanie tych drugich, powolne sycenie się tymi pierwszymi zmienia klimat wewnętrzny w człowieku.
A dla nas - zwykłych śmiertelników - czy możliwa jest radykalna ucieczka od wrzawy? Może dla niektórych - za cenę zmiany starych przyzwyczajeń, za cenę rezygnacji z codziennych odwiedzin targowiska podejrzanych propozycji i niesprawdzonych nowin.
I Powrót na górę I
VII MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
Okręg Mazowiecki Polskiego Związku Niewidomych wraz z Klubem Twórczości ŻAR oraz Kwartalnikiem Kulturalnym Sekrety ŻARu", we współpracy partnerskiej ze Związkiem Literatów Polskich, ogłasza VII edycję Konkursu Małej Formy Literackiej pod Patronatem Honorowym Burmistrza Dzielnicy Śródmieście m. st. Warszawy - Wojciecha Bartelskiego
W KATEGORIACH:
Poezja oraz Proza (opowiadania, eseje, wspomnienia)
Termin nadsyłania prac upływa w dniu 14 września 2007 roku.
Regulamin oraz Karta Zgłoszenia dostępne są na stronie:
KONKURS LITERACKI 2007
I Powrót na górę I
PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY SEKRETY ŻARu
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Hanna Domańska, Iwona Zielińska-Zamora
Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski
Korekta - Irena Pursa
Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Przygotowanie elektroniczne wydania Sekrety ŻARu
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl
Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król
Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf
Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.
Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na Kwartalnik Sekrety ŻARu"
Powrót na górę
|