WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 3(18)/2007

W numerze:

Od Redakcji   >>>

WSPOMNIENIE
Pierwsza rocznica śmierci poetki Ireny Grzymały   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - Genowefa Cagara, Elżbieta Madej, Krystyna Łagowska, Irena Pursa, Andrzej Rodys, Irena Stopierzyńska, Romuald Szura, Małgorzata Tuora, Iwona Zielińska-Zamora   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
A w dwudziestym szóstym na dołku wymarzły ziemniaki - Iwona Zielińska-Zamora   >>>

Ojczyzna Pana Bekelessi - Piotr Stanisław Król   >>>

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE
Swojskie lato na Mazowszu - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Wzorzec „ponowoczesności” - Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

FELIETON - ZAPATRZENIA
Toporem w bibliotekę - Piotr Stanisław Król   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
„Poezje wybrane” - Andrzej Zaniewski   >>>
„Końca nie będzie” - Józef Jan Swędrowski   >>>
„Weronika sumień” - Anna Maria Żółtowska   >>>

GALERIA
Iwona Zielińska-Zamora  >>>


Od Redakcji

„I patrzę, patrzę. Do tego byłem wezwany:
Do pochwalania rzeczy, dlatego, że są”

(Czesław Miłosz, „Kuźnia”)

Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

        Ten numer otwiera tym razem poezja. Swoje wiersze publikuje aż dziewięciu poetów; dla dwóch - Andrzeja Rodysa oraz Romualda Szury - jest to debiut poetycki na naszych łamach. A wiersz pt. „Lekcja poetyki” Małgorzaty Tuory, laureatki I miejsca w Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej sprzed trzech lat, gdyby nie to, że jest zbyt długi, chętnie umieściłabym jako motto tej części numeru. Większość autorów (raczej - autorek) publikowanych wierszy, członków grupy literackiej Poetica, jest już czytelnikom „Sekretów” dobrze znana. Nie potrzebują więc rekomendacji. Różna jest tematyka ich wierszy, różnymi posługują się środkami formalnymi - jedne wiersze są liryczne, inne bardziej opisowe, wszystkie na równi zasługują na uważną lekturę.
        Wrzesień jest miesiącem podwójnie naznaczonym w naszej historii tragicznymi epizodami. Nawiązują do nich trzy publikowane w prezentowanym numerze utwory poetyckie. Wiersz Andrzeja Rodysa „Na cmentarzu przy rogu Kwitnącej” wspomina walkę i klęskę Strzelców Kaniowskich na początku II Wojny Światowej. Pozostałe dwa wiersze są poświęcone Powstaniu Warszawskiemu. Elżbieta Dąbrówka-Madej w wierszu „Spotkanie z Kubusiem” - tak powstańcy na Powiślu nazwali swój pojazd opancerzony - opisuje historię młodej załogi „Kubusia” w powstańczych walkach, nie wspominając, że jednym z jej członków był Szczepan Madej, pseudonim „Ford” - jej mąż. Jest on jedynym żyjącym żołnierzem Kompanii Motorowej zgrupowania KryBar. Autorką drugiego wiersza: „Nie szukaj", jest Krystyna Łagowska, od dawna wierna w swej twórczości poetyckiej tej traumatycznej historii.
        Z patrzenia na rzeczywistość i z pochwały rzeczy, dlatego, że są, czerpią inspirację dwa utwory prozatorskie, zamieszczone tuż za wierszami. Opowiadania autorstwa Iwony Zielińskiej-Zamory oraz Piotra Stanisława Króla same wciągają do lektury. Tekst Iwony Zielińskiej-Zamory „A w dwudziestym szóstym na dołku wymarzły ziemniaki” zmusza do poważnych zamyśleń nad jego przesłaniem. Z kolei Piotr Stanisław Król w utworze „Ojczyzna pana Bekelessi” pobudza do śmiechu, ale i do refleksji, że za śmiesznym ukrywa się często poważne.
        W stałej rubryce MOJE PODRÓŻE LITERACKIE Jan Zdzisław Brudnicki pisze o „Swojskim lecie na Mazowszu". Zachęcam do przeczytania tych refleksji z literackich podróży. Autor bowiem przedstawia w swoich tekstach w sposób interesujący mniejsze i większe wydarzenia z życia literackiego tzw. prowincji. Dzięki jego notatkom możemy się dowiedzieć, jak żywe i twórcze w sferze kultury bywają nieduże miejscowości, o których nie słychać w stolicy. Autor tych zapisków często podkreśla troskę miejscowego środowiska kulturalnego o wychowanie młodzieży i dzieci w duchu dobrze pojętego lokalnego patriotyzmu.
        Zapraszam do lektury dwóch felietonów, znakomicie nadających się do poczytania przy popołudniowej kawie, z cyklu SŁOWEM O SŁOWIE oraz ZAPATRZENIA.
        W NOWOŚCIACH WYDAWNICZYCH prezentujemy między innymi najnowszy tomik Andrzeja Zaniewskiego „Poezje wybrane", autora od lat zaprzyjaźnionego z grupą literacką Poetica oraz naszym kwartalnikiem. Książka wydana została w ramach bardzo szacownego i uznanego w kulturze polskiej cyklu Ludowej Spółdzielni Wydawniczej „Biblioteka Poetów".
        Aby nasycić oczy kolorem, by dojrzeć w rzeczywistości nie tylko szarość, lecz tkwiące w niej barwy, trzeba zajrzeć do GALERII, gdzie prezentujemy twórczość plastyczną Iwony Zielińskiej-Zamory.
Miłej lektury!
Irena Stopierzyńska-Siek

I Powrót na górę I

Foto - Irena Grzymała, poetka

WSPOMNIENIE

        W dniu 24 października 2007 r. mija pierwsza rocznica śmierci naszej Drogiej Przyjaciółki z Grupy Literackiej Poetica, poetki o wielkiej wrażliwości, kochającej ludzi, przyrodę, Ojczyznę - Ireny Grzymały. Irenko, pamiętamy.

Irena Grzymała
PIERWSZY LISTOPAD

Pierwszy listopad, dzień rozmyślań, marzeń,
przywołujemy nieżyjących twarze.
Wszystko ma koniec - wszystko przemijanie...
Idziemy wśród liści jak po dywanie.

One pod stopami cicho szeleszczą,
tyle w sobie smutku i rozpaczy mieszczą.
Na niebie od zniczy czerwona łuna,
a wokół przesiąka smutek i zaduma.

Pośród grobów widać chryzantem las,
zgnębieni czujemy, że przyjdzie ten czas,
gdy przejdziemy kiedyś i my w zaświaty...
czy ktoś zmówi pacierz... przyniesie kwiaty?

Bądźże człowieku choć trochę szczęśliwy,
bierz wszystko z życia póki jesteś żywy,
a może nie masz co się martwić wcale
w niebie, czy piekle żyć będziemy dalej.

(„Nasza Rzeczy-wistość-pospolita”, Kraków 1999 r.)

I Powrót na górę I

Grafika - laur


PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA
WIERSZE WYBRANE



Genowefa Cagara
WIECZÓR

Słońce na ziemi
Z ciepłych promieni
Oplotło miękki dywan
Po którym ona
Noc rozgwieżdżona
Z dniem na spotkanie przybyła...
I kiedy ludzie
Po dziennym trudzie
W swych domach odpoczywali,
Oni przez moment,
Jak sny zgubione,
Okruchy szczęścia chwytali...
Lecz już po chwili
Osobno byli,
Bo odszedł dzień
A noc została,
W gwiazdach
Łez cała,
Czekając nadejścia brzasku...
Teraz się snuje
I wypatruje
Jasność, która oznacza
Moment już bliski,
Gdy znowu wszystko
Na krótką chwilę powraca...
I tak codziennie -
Zawsze, niezmiennie -
Trwa ta niedoszła ich miłość...
Bo nie ma mocy,
Która dzień z nocą
Na wieki by połączyła...

Elżbieta Dąbrówka-Madej
SPOTKANIE Z KUBUSIEM

Narodziłeś się na warszawskim Powiślu
Gdy na niebie był ogień i dymy,
Kiedy nikt wokół Ciebie nie myślał,
Że w tej walce nie zwyciężymy.

Stworzyli Cię ludzie podziemia
Twardą pracą i z wielką nadzieją
Pod ciężarem złowieszczego nieba,
Wbrew złowrogim zawiejom.

To Ty pomagałeś powstańcom,
Miałeś również walki zwycięskie
Jak my w walkach odnosiłeś rany
I na pewno drżało Ci serce.

Dziś Kubusiu, gdy minęły lata
I jedyny już staję przy Tobie
Jakaś siła pamięci nas brata
W niewypowiedzianym słowie.

Dzięki Tobie, że stoisz tu wiernie
Pamięć o nas nigdy się nie zatrze.
My odejdziemy - młodzież ją podejmie
A Ty zostaniesz tu zawsze!

Krystyna Łagowska
NIE SZUKAJ

Nie szukaj mego grobu
pod tablicą z marmuru
w Alei Zasłużonych, co odeszli
przy fanfar dźwięku.

Przyjdź na Starego Miasta
wąskie uliczki,
gdy słońce u kresu dnia
zachodzić będzie
i opromieni blaskiem dogasania
okna kamieniczki,
zalśni na tarczy Syrenki
rozkruszonym złotem...
tu walczyłem, poległem
tu ja będę wszędzie
w swych wędrówkach
cieniem, nieuchwytnym.

WIERSZ, KTÓRY SIĘ ZAGUBIŁ

Wiem, że był leżał na półce.
Pisałam go ledwo widząc
stawiałam koślawe litery,
jak rosochate wierzby
przy drodze do nikąd.
Gruby flamaster rozmazywał
napisane słowa.
Na białej kartce czarne jeziora bez treści,
jak kleksy w dziennym zeszycie.
- O czym był wiersz?
- Nieważne. Ważne, że był.
- Może porwał go wiatr
i zaniósł w kwitnące sady zapomnienia
- A może trafił do czyjegoś pamiętnika
w dawno nie otwieranej szufladzie?
- Proszę, jak znajdziecie oddajcie mi go
Nie wiem, czy napiszę wiersz,
taki jak ten zagubiony

NIECHCIANE

najpierw tyś mnie nie chciała,
jeszcze w swoim łonie
i wtedy już samotna byłam
wewnątrz ciebie.
chciałaś żebym umarła,
żeby mnie nie było,
modliłaś się gorąco
do Stwórcy na niebie.
mój pierwszy krzyk krzykiem
twej rozpaczy,
że jednak żyję, że żyć mi dano.
Dlatego dla mnie pozostaniesz obca
i przez lata nie mogę
powiedzieć ci mamo.

Irena Pursa
TRYPTYK AUTOBIOGRAFICZNY

- Chwila pierwsza -
Patrzę w lustro
Za mną szczerzą się krasnale
Nad nimi płynie trumna
na ramionach ludzi
W trumnie ojciec zasnął
Więc czemu wszyscy płaczą?

- Chwila druga -
Patrzą w lustro
Razi mnie swym odbiciem tańczę
Radość z dyplomu
Radość z narodzin syna
Lecz śmierć jest blisko
zabrała mi matkę

- Chwila trzecia -
Patrzę w lustro
Jest przymglone szare
Bruzdy wokół ust
Niemoc
Jestem na rozdrożu
Błądzę
Odchodzę...

KONTERFEKT

W sennym tle
zamglone kontury
Lśnią światłem odbitym świec
To sepiowe zdjęcie
Twarzy
Kontury rozmyte
Skroń biała
usta w rozchyleniu
Powieki opuszczone
I oczy nie widzą
Nie chcą
Nie szukają oparcia
Znikąd
Ni od kogo
Wargi niby rozmodlone skrzydła
Szepczą modlitwy czy żale
Spadająca gwiazda rozbiła lustro
W które już nie patrzy od dawna
Zapadła się w sobie

* * *

Wielka sztuka zamknięta w albumie
Wisząca w zaciszu muzeów
Inspiruje nielicznych
Zachwyca jednostki
Jedni i drudzy są reliktami przeszłości
Ich wartość pleśnieje w zapomnieniu
Kto dzisiaj kontempluje
Prawdziwą sztukę

Kto dzisiaj reaguje na piękno
Ludzkość stacza się po równi pochyłej
Na dno wirtualnej rzeczywistości
Propagującej sensację, kicz,
prostacką ckliwość,
groteskę, brzydotę
Nikt nie pochyli czoła
przed wielką sztuką
Nikt jej nie chce tworzyć
Być może już nie potrafi

* * *

Pasażem wspomnień wędruję powoli
Skażona bólem zmęczona iluzją
Stukot obcasów, człapanie po bruku
Wzbija kurz myśli,
przelotnych skojarzeń
Skrzydła gołębie furkoczą stajami
Ławka w podcieniach
świeżo malowana
A obok zgraje niedopałków jęczą
Żar z nieba, sucho w ustach
Mamląc przekleństwa
zwijam w rulon język
Parodia śmiechu, łzy duszne bezwzględne
Przebić chcą nudę, pobudzić do życia
Ślina pryska
rosząc mrówki niemrawe kaprawe
Bez celu błądzące
spokoju łaknące
Gwar uczuć, kurz myśli, przelotnych
skojarzeń
bez zbędnych już zdarzeń

Andrzej Rodys
NA CMENTARZU PRZY ROGU KWITNĄCEJ
pamięci poległych żołnierzy
30 pp Strzelców Kaniowskich


Na cmentarzu przy rogu Kwitnącej
jest kaniowskich piechurów kwatera,
nowożytnych Termopil obrońców,
którym przyszło we wrześniu umierać...

Leżą równo, jak stali w kolumnie,
śpią, choć zdaje się, że tylko drzemią,
śpią tragicznie, pokornie, acz dumnie,
pokonani przez przemoc i niemoc...

Każdy z nich miał swoje własne życie,
swoje sprawy i swoje marzenia,
ten miał żonę, ów kochał się skrycie,
ten był pracuś, tamten kawał lenia...

Wszyscy, oprócz zalet, mieli wady;
Edek robił głośne awantury,
Jan małżeńskiej dopuszczał się zdrady,
zaś Antoni, w cywilu, kradł kury...

Byli różni, ale było wszakże
coś, co sprawia, że są jednakowi;
mundur khaki, karabin, kamasze,
hełm, co każdy z nich nosił na głowie..

I orzełek do lotu gotowy,
co na hełmie miał miejsce postoju;
on jednoczył te, tak różne, głowy
i prowadził je razem, do boju...

Jeszcze jedna rzecz, co ich zrównała,
to przyjazna wawrzyszewska gleba...
Ugościła zmarnowane ciała,
jakby chciała przychylić im nieba...

I tak leżą długie, długie lata,
z rzadka kwiaty ktoś życzliwy złoży,
lecz nie dane utonąć w tych kwiatach,
jak nie dane było dłużej pożyć...

Więc pomyślmy o biednych chłopakach
i nie wstydźmy się łezki uronić,
lub po prostu, po ludzku, zapłakać
nad tym Edkiem, Jankiem, czy Antonim...

Irena Stopierzyńska-Siek
O NIEŚMIAŁEJ POETCE

w tej nieśmiałej dziewczynie
znajdziesz twardy opór
przed gestem natarczywym
i prostackim słowem

choć nawiedzają ją chwile
wesołe, jak szczygieł
częstsze są ciche skargi
na zmarnowane dni

w jej poezji czułej
łagodnej, jak jagnięta
jest wiele gęstych zasłon
co chronią przed nadmierną
cudzą ciekawością

nie zgadniesz, co się kryje
w uważnym jej spojrzeniu -
gotowość na słuchanie
czy ucieczka w milczenie

* * *

artysta zachłannie zbiera
dźwięki, słowa, barwy
nawet ich okruchy
chowa do kieszeni,
pamięć zaś ma słabą,
więc wszystko to miesza
i całkiem nieświadomie
tworzy nową całość
arcydzieło w planie -
nigdy nie skończone,
jest niepewne, niepełne,
jak artysty życie -
o którym myśli -
że późno urodzone

Romuald Szura
* * *

Chciałem opisać cię liściem paproci
twe włosy jasne leżące na trawie
kiedy tańczyły sosny szalone
kiedy pająkiem zarastało niebo
w zmierzchu na leśnej polanie
Puste są lasy wzrok pusty na przestrzał
zamazał się obraz i sarna nie dyszy
podchodząc pod skrzydło starego młyna
ścichły świerkowe piszczałki
milczą sosnowe klawisze
i ton wysoki nie brodzi
wśród staromodnych paproci

(z cyklu: „Dotykanie krajobrazu")

Małgorzata Tuora
CHEMICZNE OBŁOKI

Kiedy patrzę w nieobecne twarze narkomanów,
błądzących po dworcach z biletem
do portu UNICESTWIENIE,
jak po archipelagach wysp bezludnych...
- boję się myśleć o trajektoriach ich odlotów,
Ocean chemicznych obłoków nie zna litości.

Kiedy nasłuchuję strzępów
ich splątanych monologów,
czuję, że najsilniejszy narkotyk to życie.
Zachłystuję się nim, aż do utraty świadomości,
ściskam je w palcach
jak pustą ampułkę... aż do krwi,
jak ampułkę, w której szukam ekstazy i ukojenia,
a znajduję ledwie posmak niewiadomego.

Wiem, że nie dostąpię spełnienia tęsknot
- ale obca jest mi chemia z jej obietnicami...
Całym ciałem trzymam się kapryśnej biologii.

WĘZEŁ, NIE SUPEŁ

Kiedyś przyjeżdżałam do ciebie
zaspanym, zasapanym pociągiem...
Teraz przybiegam, przywoływana
telefonem komórkowym serca.
Przemierzamy wąwozy nocy...
Pokonujemy przełęcze dni...
Nie udajemy odważnych i silnych.
Nie udajemy mądrych i pięknych.
Rozsupłujemy problemy,
lecz nie nasz węzeł gordyjski...
Miecz, który mógłby go przeciąć
drzemie zmęczony w pochwie.

Z ZESZYTU SZKOLNEGO

Jaka jest pańska recepta na sukces?
- Zapytany o to wzięty satyryk,
Wzięty publicznie na spytki
w krzyżowym ogniu jupiterów
błyskawicznie i błyskotliwie
odparł, że nie zalicza sukcesu
do leków wydawanych na receptę,
lecz raczej do schorzeń nabytych.

Tej diametralnej diagnozy
nie poparł nieodpartym argumentem
A jego teza, że śmiech to zdrowie,
sukces zaś wymusza stan powagi,
nie wytrzymuje próby czasu,
zwłaszcza, czasu teraźniejszego.

LEKCJA POETYKI

Są wiersze - nadziemskie katedry.
Modły w nich - warte pielgrzymki.
Są wiersze jak zamki warowne.
Przetrzymają ataki krytyków.

Są strofy pałacom podobne,
Aż duszno w nich od przepychu.
Są wiersze jak domy gościnne,
Niejedną noc w nich zostaniesz.

Są wiersze - teatry ogromne,
Gdzie słowo zabija i wskrzesza.
Są strofy - muzea szacowne,
Gdzie nudzą się szkolne wycieczki

Są strofy jak piramidy,
Kryjące dostojne truchła.
Są wiersze jak rusztowania.
Wiatr po nich hula. Czuć wapno.

Iwona Zielińska-Zamora
WAHANIE

w tę noc zrozumiałam
że oczy twoje jak diament
który na palcu noszę
skrzą się pożądaniem
i nie ma w nich miłości
czy powinnam odejść?

RETUSZ

w złotej klatce ramion twych
czuję się bezpieczna
i mogę już wspominać dawne...

przed moimi oczami płyną
obrazy dni pięknych
w kadrze zatrzymanych
wyłącznie retuszowane ujęcia

nie było złych chwil
zadaję pytanie

czyżby ten cud sprawiła
niepoprawna pamięć.

NIEPOTRZEBNIE

zamiast ciebie
garść niezapominajek
niedbale rzuconych
na dno koszyka
w oczach posłańca drwina
w moich przeczucie złego
czyżby pożegnania?
a zielsko?
i tak zwiędło
niepotrzebna fatyga.

* * *

chcę w twoich ramionach bezpiecznie spać
nie wymykaj się o zmierzchu
przypomnieć sobie smak miłych warg
nie uchylaj głowy
w twoich źrenicach zatańczyć chcę
nie zamykaj oczu
chcę żebyś zawsze chciał
tego czego ja chcę
a ty...

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

A W DWUDZIESTYM SZÓSTYM NA DOŁKU WYMARZŁY ZIEMNIAKI
Iwona Zielińska-Zamora

        Trochę się obawiała, czy zdoła otworzyć starą zardzewiałą kłódkę, która wisiała na łańcuchu przy furtce. Nie przyjeżdżała tu już kilka lat. Był początek czerwca - wyjątkowo zimny ten początek - pomyślała. Nawet wyglądało na to, że rano był przymrozek.
        „W dwudziestym szóstym na dołku wymarzły ziemniaki". Ni stąd ni zowąd przypomniały się jej te słowa. Kto to powiedział i kiedy? Chyba musiało to być bardzo dawno. I widocznie równie zimny był tamten czerwiec, kiedy je usłyszała - od starego Mizia. Od ilu to już lat nie żyje ten Mizio? Idąc drogą usiłowała to obliczyć.
        Do I. przyjechała autobusem. Trochę jej zeszło, bo okazało się, że już prawie nie kursują tam autobusy. Odczekała na dworcu prawie dwie godziny, ale w końcu dotarła do celu.
        Szła wolno drogą, która w niczym jej nie przypominała tamtej, znajomej drogi. W miarę zbliżania się do domu z ogrodem zwalniała kroku. Właściwie po co ja tu przyjechałam? Czego szukam? - myślała. Ileż to czerwców upłynęło od ostatniego pogrzebu, po którym już nie miała do kogo wracać. Ostatnie lata schodziły jej na pokonywaniu drogi na cmentarz, by odprowadzić i pożegnać kogoś bliskiego. I za każdym razem wierzyła, że już tego nie wytrzyma, że wreszcie musi przyjść na nią kolej. Niestety, ona wciąż trwała, jak te jabłonie w ogrodzie, do którego teraz ją niosły, choć niechętnie, własne nogi.
        Czasami zastanawiała się, czy to jej długie życie to kara, czy może nagroda. Za to, że ośmieliła się wątpić, a nawet, że miała odwagę nie wierzyć w Niego.
        Stanęła przy furtce, z którą jakby na przekór wcześniejszym obawom uporała się bardzo szybko. Nie musiała się przekonywać, że od lat nikogo tutaj nie było. Przyroda już dawno wzięła w posiadanie ogród, ten jej wypielęgnowany, wypieszczony niegdyś ogród. Zarośniętą ścieżką, wysadzaną hortensjami, teraz z trudem przedzierała się naprzód. Trawa sięgała jej prawie po pas i mnóstwo pokrzyw boleśnie raniło jej łydki. Jeszcze nie wyjałowiona ziemia - pomyślała - skoro tyle tu pokrzyw. Skarpę ponownie wzięły w posiadanie dzikie maliny, kiedyś z takim trudem wykarczowane.
        Zarośnięte było oczko wodne, w którym przeglądała się dawno posadzona wierzba Iwa. Funkie były ogromne i dzielnie walczyły z chwastami o miejsce dla siebie. Wszystkie posadzone przez nią teraz przyglądały się intruzowi, który zakłócał ich spokój. Spod liści paproci wyglądała jakby ciekawa świata gąska, stara, ze śladami licznych pęknięć. Wielokrotnie niegdyś klejona troskliwymi dłońmi i ku uciesze domowników zawsze wracała na swoje miejsce: w cień paproci. Stała nawet jeszcze wiklinowa ławeczka, droga powierniczka. Naprawdę, przez te lata nikt tu nie zaglądał. A kiedyś - pomyślała z rozgoryczeniem - nie można było niczego zostawić, wszystko znikało, jakby z pomocą czarodziejskiej różdżki. Było i nie ma! I o co to było się tak denerwować, o co tyle hałasu - bezwiednie powtórzyła za Szekspirem. Ludzi już nie ma, a ławeczka stoi!
        Wszystko w tym ogrodzie jeszcze trwało: róże, hortensje, floksy... margaretki... tylko jakieś było to wszystko nierzeczywiste, ogromne, zdziczałe, jakby z ponurej bajki.
        Dotarła do domu. Na tarasie stała jakaś nie sprzątnięta donica, z której przyglądała się jej ze zdziwieniem jeszcze jedna srebrzysta funkia. Przypomniała sobie, że onegdaj była to jej pupilka, jej duma, ta nowa odmiana hosty. Pod rozłożystym świerkiem potknęła się o ogromną szyszkę. A więc już są, a myślała, że nie doczeka chwili, kiedy ten świerk, dawno temu posadzony jej ręką, będzie taki dorosły. Schyliła się, a tak naprawdę uklękła, by sięgnąć po szyszkę. Wzięła ją w dłoń i długo, bardzo długo przyglądała się jej, aż zapiekły oczy. Wreszcie podniosła się z klęczek i pogrzebała w torebce - znalazła klucze do domu.
        Otworzyła, z wnętrza buchnął zapach - mieszanina stęchlizny, wilgoci i smutku. Tak chyba pachnie smutek i samotność - zastanowiła się. Pomimo, że był czerwiec w pomieszczeniu panowało zimno. Otworzyła drzwi na oścież. Podeszła do kuchennego okna, pociągnęła za sznur i o dziwo - metalowa żaluzja dała się bez trudu unieść w górę. Podobnie było z tymi w saloniku - i po chwili w domu pojaśniało. Wyjrzała przez okno w swoim dawnym pokoju - na rzekę. Płynęła jak zawsze leniwie, zielono- bura. I jak niegdyś powiedziała do siebie - kto pierwszy namalował niebieską wodę, skoro rzeka nigdy nie przybiera takiego koloru, nawet, gdy niebo nad jej głową jest bezchmurne i błękitne.
        Uśmiechnęła się na widok rybaka, który siedział na przeciwległym brzegu, tam, gdzie zatopiona barka. Podobno jeszcze z czasów wojny. Widać kolejny maniak, przecież w tej rzece nigdy nie było ryb!
        Dlaczego postanowiła wejść na strych, co jej przyszło do głowy? Szybko, za szybko jak na jej wiek, pokonała strome schody i zanim dotarła do kontaktu zaplątała się w jakiś ciuch. Już zapomniała, że w ostatnich latach ta część poddasza pełniła funkcję garderoby. Wyplątała się wreszcie. Jak się później okazało z własnego prochowca, który wisiał tutaj zapomniany przez wszystkie te lata.
        Dotarła w końcu do kontaktu (był staroświecki), przekręciła go i poddasze wypełniło przyjemne światło. Dotknęła dłonią zielonej walizki, stojącej przy jej nogach. Otworzyła. Na dnie leżała, a może spała - lalka. Szmacianka, sądząc po stroju - pielęgniarka. Miała rude, postrzępione przez dzieci i czas włosy, pielęgniarski czepek i mundurek. Dokładnie taki, jakie nosiły uczennice szkół pielęgniarskich, bo później w szpitalach i przychodniach już nie. Wzięła do rąk tę szmaciankę i zadumała się. Zabawne, ale nie bardzo mogła sobie przypomnieć, dla kogo ją kupiła. Dla swojej siostrzenicy, czy dla wnuczki? Gdzie teraz są te dziewczynki? Nie miała pojęcia.
        W popłochu, w przerażeniu, że wszystko w tym domu i ogrodzie trwa, poza ludźmi, za którymi tak bezgranicznie tęskniła, zatrzasnęła wieko walizki. I prawie na oślep rzuciła się do wyjścia, znowu o coś zawadziła. To koń, stary drewniany koń na biegunach. Tym razem doskonale pamiętała, że kupili go z mężem dla wnuczki. W ciepłe, pogodne dni stał w ogrodzie i mała bujała się na nim godzinami. Jeszcze teraz słyszy jej śmiech i wołanie - Dziadziusiu, babciu! Zobaczcie, jak ja już daleko ujechałam. Ciemne, długie włosy dziewczynki tańczyły na wietrze, jakby rzeczywiście galopowała, gdzieś daleko w świat, którego jeszcze nie znała, ale już przeczuwała jego bezmiar. Kiedy natknęła się jeszcze na huśtawkę i komplet kuchennych mebelków zrozumiała, że długo tutaj nie wytrzyma. - Sprzedam ten dom natychmiast, przecież nie można żyć z cieniami - i nagle usłyszała jakby muczenie krów i beczenie owiec. Potykając się, nie dbając o to, by nie zlecieć ze schodów i nie połamać nóg, zbiegła na dół. Krowy i owce szły zarośniętą ścieżką, nieco poniżej ogrodu, jak niegdyś na pastwisko, a w ogrodzie stał wsparty na kiju człowiek. Stara kapota na nim była jak zwykle starannie wyczyszczona, wypłowiała od słońca czapka z daszkiem, spod którego patrzyły na nią równie wypłowiałe szaroniebieskie, zmęczone, ale przyjaźnie uśmiechnięte oczy.
        - Panie Mizio, co pan tu robi? - zapytała niepewnie. Nie była przestraszona, ale... Przecież...
        - Pani chce powiedzieć, że ja nie żyję. Tak ma pani rację...
        - Czyżby pan po mnie? - Jąkała się. - Jeśli już pan tu przyszedł, to proszę mi powiedzieć... jak tam jest?
        - Nie, tego nie powiem. Nie mogę nawet pani tego powiedzieć. Tę drogę musi każdy przejść sam. To tajemnica.
        I dodał - Ale ziąb, a przecież to czerwiec - A pamięta pani, jak kiedyś mówiłem, że w dwudziestym szóstym na dołku wymarzły ziemniaki?
        - Pamiętam i zawsze będę pamiętać, tylko czy ta pamięć ma jakiś sens? Po co to komu wiedzieć, a jeszcze do tego pamiętać!
        - Tamtych ludzi, których te ziemniaki mogły obchodzić już dawno nie ma - dodała. Ale już sama do siebie, bo stary Mizio rozpłynął się we mgle, która tu trwała od zawsze, jakby na straży dawnego porządku...

        ...Obudziła się. Była zmęczona dziwnym snem. Zapaliła lampę i podeszła do okna. Rzeka płynęła leniwie, majestatyczna w srebrnym świetle księżyca. Po łąkach jak zawsze włóczyła się siwa mgła.
        W pokoju córki paliło się jeszcze światło. Postanowiła do niej zajrzeć.
        - Co robisz córeczko? Dlaczego tak długo siedzisz po nocy?
        - Wiesz, miałam taki dziwny sen...
        I nagle umilkła. Na ekranie monitora przeczytała: „A w dwudziestym szóstym na dołku wymarzły ziemniaki."
        - To tytuł mojego nowego opowiadania - usłyszała głos córki.

I Powrót na górę I

OJCZYZNA PANA BEKELESSI
Piotr Stanisław Król

        Pan Bekelessi czeka, czy mam go wpuścić? - dyrektor Misiak usłyszał na wewnętrznej linii zniecierpliwiony głos sekretarki. Powtórzyła po raz drugi pytanie, gdyż nie doczekała się odpowiedzi. Robert Steven Bekelessi stał za drzwiami jego gabinetu. Stał tam i zapewne szczerzył w radosnym uśmiechu te swoje wielkie, białe jak śnieg zęby. Dla niego czas był rzeczą względną. Będzie czekał cierpliwie i z wyrozumieniem dla jego skołatanych nerwów. Ostatnie ich spotkanie było dla nich obu ciężką próbą. Dla tamtego - można to tak określić - lingwistyczną. Natomiast dla niego... trudno to wyrazić... Oderwał wzrok od telefonu i spojrzał z utęsknieniem w kierunku okna. Trzecie piętro, niech to jasna cholera...! - zaklął w duchu. Ucieczka nie wchodziła w grę.
        - Pan Bekelessi tu jest panie dyrektorze, czy wpuścić?! - sekretarka wyraźnie wykazywała pierwsze objawy histerii. Zapewne uraczył ją znów jakimś miłym komplementem, który został opacznie zrozumiany.
        - Proszę wpuścić... - Chwilę później drzwi gabinetu otworzyły się na całą szerokość, a w nich pojawiła się rozradowana, ciemna jak bezksiężycowa noc, twarz Roberta Stevena Bekelessi.
        - Jak sie czeszycz moja szef, jak ja sie czeszycz, że na nowo widacz pana! - wrzasnął na cały głos i rzucił się w jego kierunku. Niczym w imadle ścisnął mu oburącz dłoń i zaczął nią potrząsać z taką energią, aż Misiakowi coś zgrzytnęło w barku. - Panie Bekelessi, już wystarczy... proszę usiąść, ja też się ogromnie cieszę - skłamał.
        - Co pana do mnie sprowadza?
        - Papery ja załatwacz sobie w office i zaraz leczycz tu, bo I'm speak z szef very ochotnie - wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. Obydwaj usiedli po obu stronach zawalonego dokumentami biurka. Było one wątpliwą, ale zawsze jakąś tam osłoną przed wylewnymi napadami braterskiej przyjaźni ze strony gościa, który wygodnie usadowił się na krześle zakładając nogę na nogę. Był ubrany, jak zawsze, nienagannie. Tym razem w jasno-beżowy garnitur, idealnie dobrany odcieniem krawat w białe ukośne paski, w kieszeni butonierka. Brązowe buty były z doskonałej, miękkiej skóry. Misiak patrząc na niego poczuł się nieswojo w tym swoim pogniecionym, szarym garniturze. Odruchowo podsunął buty pod fotel, choć były one dla tego drugiego w tym momencie niewidoczne. Kiedy ja je pastowałem? - przemknęło mu przez myśl.
        Robert Steven Bekelessi był imigrantem z jednego z najbiedniejszych krajów Afryki. Podczas wielu lat wojaży nie zagrzał nigdzie dłużej miejsca. Trafił w końcu do Polski, gdzie poznał, jak mawiał - „the biggest love", czyli pewną jasnowłosą Marysię z miejscowości Porębusy. Miał z nią małego czekoladowego brzdąca o imieniu Jaś, z którego był dumny jak paw. Od dłuższego czasu starał się o polskie obywatelstwo. Polska była jego drugą „the biggest love", jak zapewniał z wielką dumą wszem i wobec. Pan Bekelessi odnalazł swoje miejsce na ziemi, swoją ojczyznę. Jak dotychczas problemem nie do pokonania był polski język. No i z polskością miał co i raz problemy, o których istnieniu tubylcy nad Wisłą nie mieli zielonego pojęcia. Pokochał ten kraj, Marysię i Jasia całym sercem. Tylko te problemy... Niestety, upatrzył sobie właśnie ten gabinet do ich rozwiązywania. Ostatnim razem problematyka rozbiorów Polski skończyła się u niego stanem niemal depresyjnym, a próba odmiany przez przypadki rzeczownika „rzeżucha” położyła ich obu na łopatki. Na myśl, z czym pan Bekelessi będzie dzisiaj miał „a little problem” Misiakowi ścierpła skóra.
        - I have a little problem...
        - Jezu! - szybkie zerknięcie w stronę okna po raz kolejny upewniło dyrektora Misiaka o bezsensowności podjęcia próby ewakuacji. - Jaki mały problem, panie Bekelessi? - zapytał ostrożnie, zaczynając jednocześnie w myślach odmawianie litanii do błogosławionych braci i sióstr objętych klauzulą milczenia. Nie pomogło.
        - No z tym Miczkewyczem, a big polsky był on poeta, yes? Tak mi szef mówycz. Ale on Litwin czy Polak znaczy był? - pochylił się do przodu i wbił w niego wzrok. Misiak wzniósł oczy w w górę i wziął głęboki oddech.
        - Litwo! Oczyzna moja, tysz jak zdrowi, ile cze czenycz trzeba sze dowi... - Robert Steven Bekelessi deklamował z przejęciem, jednocześnie skierowując oskarżycielsko palec w stronę Misiaka.
        - Panie Bekelessi, a jak tam pani Marysia i mały Jasio! - Misiak nagle oprzytomniał i wykazując się refleksem zadał pytanie, które niczym koło ratunkowe pozwoliło uchronić skórę zarówno Wieszcza Narodowego, jak i jego własną przed dociekliwością nuworysza polskości.
        - Ach, Maryszka i Jaszo - westchnął, przewracając i błyskając białkami oczu. - Moja fantastic family! Dziekujem, good som obojga!
        - To wspaniale - z ulgą stwierdził, że polsko-litewskie zawiłości poetyckie zniknęły za horyzontem zainteresowań gościa. - A jak tam polskie jedzenie? Smakuje? - pomyślał, że ten temat będzie w miarę bezpieczny.
        - Wydzy szef, it's a problem...
        I tu też?! - Misiak jęknął w duchu z rozpaczą. Czy ten człowiek nie ma „a problem” chociaż w jednej sprawie?
        - ...byli my z mój friend w Warsaw w restaurant. I my zamówycz: schabofy z kapusta i czysta polish vodka. A kelner nam mówycz - nie ma! Jak to nie ma, ja postestuja! A co jest? A kelner - spaghetti, frutti di mare, wino. Rozumycz mnie szef? A gdzie schabofy, gdzie polish vodka, pytam sze?
        - A jak się nazywała ta restauracja panie Bekelessi?
        - Jakosz tak... Neapolitanka chyba sze zwacz ona.
        - Tam schabowych nie serwują, trzeba było iść do innej knajpy.
        - Byli my w kilku, schabofy nie ma. Ale za to Maryszka in house to mi robycz taka big kotleta - złączył trzy palce, chcąc pokazać jego imponujące rozmiary. - A kapusta... mniam, mniam...
        - A wódkę daje? - Misiak zapytał z ciekawością, choć odpowiedź znał z góry.
        - Nieee - jego gość pokręcił głową ze smutkiem - Maryszka mówycz, że od vodka ja miecz małpia rozuma. Ja więc iszcz potem do mój sonszad i my robim degustation of polish vodka. I jest OK.!
        - I pani Marysia nic nie mówi? Kobiety są bardzo wyczulone na te sprawy - tu wspomniał znakomity instynkt swojej własnej żony.
        - O tak! Kręczy noszkiem koczyca jedna! Ale my z sonszadem po degustation żujem gumę double mint. I ja jej mówycz, że my podwyższali poziom pH w ustach!
        - I co, wierzy?
        - Nie, nie wierzy... - pan Bekelessi pokręcił głową. - Nie rozumycz ona, że pH w gęba to very ważna sprawa. Na zęby, wie szef? - roześmiał się i mrugnął porozumiewawczo.
        Misiak musiał przyznać, że pan Bekelessi niektóre zwyczaje i zawiłości polskie chwytał w lot. Cwaniak z niego był niezły. Ta rozmowa zaczęła go nawet trochę bawić. Oby tylko nie zaczął z gramatyką polską, bo to działało fatalnie na jego skołatany system nerwowy. Postanowił w pełni przejąć inicjatywę i skierować dyskusję na, jak mu się wydawało, bezpieczne tory. Jakiś czas temu omawiali temat obowiązku obronności kraju przed wrogiem zewnętrznym. Pan Bekelessi zamierzał być jak najlepszym obywatelem swojej wybranej ojczyzny i koniecznie chciał wiedzieć - „kogo ma on w morda lacz i kto na Polska dybuje". Nie skończyli tematu, bo było już późno i musiał zdążyć na autobus do tych swoich Porębusów. Co mi szkodzi - rozwiniemy tamten temat. Czuł się w nim bezpiecznie. W końcu był przecież podporucznikiem rezerwy!
        - A jak zapatruje się pan na sprawę bezpieczeństwa Polski. Orientuje się pan zapewne już co nieco w tym temacie. W jakich jesteśmy strukturach wojskowych, NATO...
        - Oczyzna niebezpieczna! - Bekelessi wrzasnął na cały głos i zerwał się błyskawicznie z miejsca. Misiakowi wyleciała filiżanka z ręki i zalał się kawą, a lewa powieka zaczęła mu znów drgać. Ostatnio coraz częściej miewał ten nerwowy tik.
        - Co pan wyprawia! - krzyknął. Pożałował natychmiast „bezpiecznego tematu". W drzwiach pojawiła się sekretarka, przerażona dobiegającym hałasem z gabinetu szefa. Zlustrowała gabinet i zapytała czy ma wezwać ochronę. - Nie trzeba pani Basiu, nie trzeba, omawiamy tylko z panem Bekelessi sprawy obronności kraju... - starał się ją uspokoić jednocześnie wycierając chusteczką ciemną, mokrą plamę na koszuli. Pan Bekelessi miał wciąż uniesione do góry zaciśnięte pięści, najwyraźniej gotowe do spełnienia obowiązku wobec nowej ojczyzny.
        - Pani bycz spokojna, my gotowe na wszystko! - zapewnił ją, ściągając przy tym groźnie brwi. Czmychnęła natychmiast z powrotem zatrzaskując drzwi. Ponownie usiedli na swoich miejscach.
        - Kto atakowacz? - padło konkretne i zdecydowane pytanie. Nie czekając na odpowiedź zaczął dyrektora przepytywać, wykazując się przy tym niezłą orientacją geopolityczną.
        - Z południa walom Czechy i Slowaki?
        - Nie, z nimi mamy spokój od wieków. W przyjaźni żyjemy...
        - A więc ruskie ze wschoda, tak? - padło kolejne pytanie.
        - Nie ruskie... to znaczy się, z Rosjanami i pozostałymi zza wschodniej granicy też jest na szczęście już spokój i pokój.
        - Wiem! - krzyknął pan Bekelessi. - Atakujom nasz znów te jebane hitlery!
        - Panie Bekelessi! Jak pan może, co pan wygaduje! - Misiak miał już tego dość. Na szczęście od północy mamy morze - pomyślał z ulgą.
        - Tak mówycz stary Matuszak z Porębusów po degustation of polish vodka, wie pan? On mówycz, że mu te jeba...
        - Panie Bekelessi! Wypraszam sobie! - Misiak musiał zachować godność i powagę urzędu.
        - ...fucking hitlers - ten drugi nie dał za wygraną. Misiak wziął głeboki oddech i postanowił wysłuchać do końca, co Matuszak, czy jak tam mu było, miał do tych jeb... - ugryzł się w język.
        - ...no więc one mu dom i stodoła - rozumie szef - rozpier...
        - Rozumiem, rozumiem - Misiak szybko przerwał te wyjaśnienia. - Widzi Pan, my z Niemcami teraz w pełnej zgodzie żyjemy. Tamte sprawy to stare dzieje, choć w pamięci ludzkiej dalej żyją. Ale rozważmy rzecz, że tak powiem, teoretycznie. Kto był największym wrogiem w pana rodzinnych stronach?
        Ciemna twarz Roberta Stevena Bekelessi zszarzała. Zacisnął pięści, pochylił się do przodu i wysyczał przez zęby - Makulu, zawsze byli to Makulu. Szczerwy jedne, padliny jeba...!
        - Panie Bekelessi! - Misiak przerwał ten wątek, który byłby zapewne długo rozwijany. - Otóż załóżmy, całkiem teoretycznie oczywiście, że to Makulu atakują nasz kraj, tu nad Wisłą. Co pan wtedy by zrobił, jak by się Pan zachował?
        - Makulu atakujom oczyzna moja, no ja im...! - Bekelessi zerwał się z miejsca z groźną miną i zastygł tak na dłuższą chwilę z zaciśniętymi pięściami, po czym najspokojniej w świecie usiadł z powrotem, założył nogę na nogę i tajemniczo uśmiechając się pod nosem, zaczął rozglądać się po gabinecie. Misiaka zatkało. Czekał na reakcję. Nic. Robert Steven Bekelessi siedział najspokojniej w świecie i nikogo, ani niczego nie zamierzał bronić.
        - Pan siedzi tak sobie spokojnie? - zapytał ostrożnie Misiak, niczego nie rozumiejąc. Spodziewał się całkiem innej postawy patriotycznej. A tu nic, angielska flegma i obojętność na losy jego ukochanej, jak zawsze zapewniał, nowej ojczyzny. - Makulu idą, panie Bekelessi! A pan spokojnie siedzi?!
        - Szef pozwolicz, ja wyjasznycz. U nas w Afryka princip, to jest zasada taka: primo - jest family, rodzina znaczy sze, secundo - plemie, dopiero tertio - oczyzna. Znaczy, tu jest tak kolejno: Maryszka i Jaszo, potem Porębusy - plemie znaczy, a oczyzna na trzecim position. Czyli jeśli Makulu atakujom, to ja chowam family w piwnica, biorę maczuga...
        - Maczugę? - zdumiał się Misiak. - Skąd ma pan maczugę?
        - A od kibice Huragan Porębusy. Prosili - naucz nasz english. To nauczyłem. Niewiele chcieli, takie tam podstawowe zwroty bojowe. Powiedzieć jakie?
        - Nie! - Misiak zaprostestował gwałtownie.
        - No i za to dostał ja szalyk fanclubu i wielka maczuga. Oni mówycz na to chyba... bejsbola, czy jakoś tak.
        - No dobrze, i co pan robi dalej? Makulu nacierają - ponaglił, bo już sam był ciekawy tej swoistej strategii pana Bekelessi.
        - Maryszka i Jaszo som w piwnica, to ja już mówił, Tak szef? - Misiak przytaknął bez słowa. - Stoja ja sobie przed house i czekam. Makulu czwane hieny - ja iść do nich, a oni inna droga wybracz i na moja family...! - wrzasnął na cały głos z rozpaczą. - Niedoczekajom! Ja sobie czekam. Makulu w oczyzna, ja czekam. Makulu w Porębusy, ja czekam. Makulu przed mój house, to ja... - pan Bekelessi zerwał się gwałtownie z miejsca, rozejrzał szybko i chwycił swój parasol. Wymachując nim, jak wspomnianą maczugą, zaczął wydawać z siebie bojowe okrzyki - Won mi stąd szczerwy, padliny jedne, huuu! You fucking Makulu, wynocha od house, od Maryszka i Jaszo, hu, huu!
        Dyrektor Misiak wpadł w popłoch. Zerwał się z fotela i odskoczył pod ścianę, starając się w nią niemal wbić. Pan Bekelessi biegał po gabinecie goniąc wyimaginowanych Makulu.
        - Niech się pan uspokoi, niech pan przestanie, na po...! - Misiak wrzasnął przerażony już nie na żarty. Otworzyły się drzwi i wpadła sekretarka. Ujrzała mrożącą krew w żyłach scenę - oszalałego Afrykańczyka i pryncypała, który osłaniając się segregatorem starał się właśnie bezskutecznie wcisnąć w szczelinę za szafą z dokumentami.
        - Dość tego! Wzywam policję! - wykrzyknęła tryumfalnie, odczuwając wyraźną satysfakcję, zarówno z faktu, że ten „pokręcony Makumba", jak go określała, znajdzie się za chwilę w bezpiecznym odosobnieniu od ludzi cywilizowanych, jak i z widoku spanikowanego szefa, z którym ostatnio nie najlepiej jej się układało. W pokoju zapanowała grobowa cisza. Robert Steven Bekelessi zamarł bez ruchu z uniesionym do góry parasolem, zawieszając chwilowo działania wojenne z Makulu, a dyrektor Misiak ocierając pot z czoła łapał gwałtownie powietrze w płuca i starał się wydobyć z siebie głos. Po dłuższej chwili z trudem wydusił - Pa... pani, Ba... Ba... Basiu...! - wyjąkał, po czym wziął głęboki oddech. - Wszystko w porządku, proszę nikogo nie wzywać. Pan Bekelessi właśnie bronił oczyzna... to znaczy ojczyznę przed Makulu... to znaczy się, przed wrogiem zewnętrznym.
        Obrońca ojczyzny szeroko uśmiechnął się do kompletnie ogłupiałej sekretarki i oświadczył z nieskrywaną dumą - Oczyzne ja jusz obronycz. Wszystkie bezpieczne: Maryszka, Jaszo i szef. Pani tysz bezpieczna! Trzask zamykanych drzwi ostatecznie zakończył działania wojenne. Sekretarka Misiaka podjęła twarde postanowienie - nie będzie interweniować, nawet gdyby w tym gabinecie nastąpił desant całej armii pobratymców tego zwariowanego Makumby. Mogą sobie zjeść jej dyrektora. Nawet jest gotowa podać im sól i musztardę!
        Obaj przez dłuższą chwilę wpatrywali się w zamknięte drzwi. Pan Bekelessi odwrócił się w końcu, spojrzał na dyrektora i wyraził zaniepokojenie - Szef sze dobsze czuja?
        - Dobrze sze czuja... cholera! Czuję się dobrze - Misiak skłamał. Czuł się fatalnie. Z trudem dowlókł się do fotela. Bekelessi usiadł naprzeciwko i z niepokojem wpatrywał się w twarz dyrektora. - Szef nie lubycz wojna, szef spokojna natura...
        - Dość! - odezwała się duma podporucznika rezerwy. - Czy nie śpieszy się pan przypadkiem na autobus? - zapytał z nadzieją.
        - Nie, jeszcze mam duszo time dla szef.
        - Ale ja mam sporo innych zajęć, muszę jeszcze załatwić to i owo, spotkania, papiery, rozumie mnie pan? - nie ustawał w próbach.
        - Rozumecz ja dobsze, spotkanie trwa właszne, a papery ja mam dla szef do podpisania - podsunął pod nos Misiaka dokumenty, z którymi pojawił się dzisiaj w tutejszym Urzędzie Miejskim. Misiak powoli wziął do ręki pierwsze z brzegu pismo i zaczął czytać. Chodziło o pomoc w załatwieniu lokalu na świetlicę w Porębusach dla dzieci z najuboższych rodzin i dofinansowanie ich dożywiania. Afrykańczyk walczy z głodem w Polsce? No tak, bezrobocie w Porębusach jest jedno z najwyższych w województwie - przypomniał sobie ostatnie dane. Popatrzył z uwagą na pana Bekelessi. Ten dalej z troską mu się przyglądał. Sympatyczny ten facet. Co prawda narwany, ale ma dobre serce - pomyślał, po czym wpisał stosowną notatkę w nagłówku pisma i złożył zamaszysty podpis. Nie wie jak, ale wytrzaśnie ten lokal choćby spod ziemi. Wziął do ręki drugi dokument.
        - A jak tam toczą się sprawy związane ze ślubem? Proboszcz już wyraził zgodę? - zapytał, przypominając sobie perypetie z tym związane, o których rozmawiali jakiś czas temu.
        - Widzi szef, jest mała problema... - ożywił się na to Bekelessi. - No nie! Znów problemy? Były one specjalnością jego rozmówcy.
        - Z czym tym razem?
        - Z przykazem: „Kochacz ty Makulu swego, jak sze samego".
        - Bliźniego swego - poprawił mocno zmienioną treść przykazania Misiak. Służył w dzieciństwie do mszy i mógł być w tej dziedzinie ekspertem. Przynajmniej dla pana Bekelessi.
        - No tak, ja sze pytacz proboszcza, czy Makulu tesz blizny som? A on mi mówycz - oczywiszcze, musisz miłowacz Makulu, jak sze samego. Inaczej nic ze szlubu z Maryszka.
        - I co? - zapytał Misiak uśmiechając się pod nosem, wyobrażając sobie dysputę teologiczną. Musiała być porywająca i jednocześnie stanowić niezwykłe wyzwanie duszpasterskie dla tamtejszego proboszcza.
        - Niedoczekanie! - wykrzyknął zdecydowanym głosem pan Bekelessi. - Makulu nie będzie blizny nigdy, szczerwa jedna! - zaklął.
        - To ze ślubu nic nie będzie!
        - Dogadamy sze z proboszczem! - Bekelessi mrugnął porozumiewawczo. - Ja wziącz kilka godzin ekstra więcej free lektions dla dzieci w school przy parafia i sze zgodzi! Prawda? Zgodzi sze?
        - Może... o ile nie będzie jeszcze dodatkowych problemów... - starał się dać mu nadzieję. W końcu darmowe lekcje angielskiego dla tych dzieci z biednych rodzin są więcej warte niż miłowanie Makulu - pomyślał. Słyszał, że pan Bekelessi jako native speaker był rewelacyjny. Dzieciarnia go uwielbiała.
        - Jest jeszcze a little problem... - przyznał ze skruchą.
        - Z czym tym razem? Z przykazaniem?
        - Yes, z tym... „Nie pożądacz żona Makulu swego..."
        - Po co panu ich żony, na litość Boską! - zdziwił się Misiak. - Po pierwsze ma pan wspaniałą panią Marysię, a po drugie, one są tak daleko, że nawet gdyby pan chciał to zrealizować, to małe szanse!
        - Pan nie rozumycz, u nas od zawsze tak było. Taka jest tradition. A tradition rzecz szwenta jest, prawda? My szli porywacz żony Makulu, a Makulu, szczerwy jedne, porywacz nasze żony. Mój grandfather miecz żona od Makulu...
        - Pana babcia pochodziła z tego wrogiego plemienia? - dyrektor Misiak wyraził zdumienie. - Nienawidził pan swojej babci?
        - Co takiego?! Mojej kochanej babci Ogabissi? Ja kochacz babcza nad życze moja! - Bekelessi zaprotestował z oburzeniem na takie posądzenie.
        - Myślę, że jednak z tymi przykazaniami nie będzie problemów - uspokoił go Misiak. - A swoją drogą te wasze zwyczaje są zadziwiające. Nienawidzicie się i kochacie jednocześnie. Jak w rodzinie. W końcu przecież jesteście w zasadzie jedną rodziną, nieprawdaż?
        - Z Makulu?! Nigdy! Makulu som a big szczerwiszony, z Makulu zawsze bycz wojna! - wykrzyknął oburzony Bekelessi.
        - No tak - dyrektor Misiak machnął z rezygnacją ręką. - Taka tradycja, prawda?
        - Yes, it's a very important tradition! - usłyszał zdecydowane potwierdzenie. - Rozumycz mnie szef?
        - Rozumycz... to znaczy rozumiem doskonale. Uczęszczam na obowiązkowe lekcje angielskiego. Na jesieni mam egzamin resortowy. Trochę się boję... - przyznał.
        - Nie ma problema, ja szefa korkowacz ochotnie! - padła natychmiastowa propozycja udzielenia korepetycji z języka angielskiego, który w przeciwieństwie do polskiego, Robert Steven Bekelessi miał opanowany wyśmienicie.
        Chwała Bogu! Jest na szczęście coś, z czym ten człowiek nie ma problemu! - pomyśłał z ulgą Misiak.
        - Może skorzystam? Jak zawalę ten test, pożegnam się ze stołkiem. Ta jędzowata baba za drzwiami tylko na to czeka.
        Jego gość spojrzał na zegarek i zerwał się z krzesła - I'm sorry, ja musza leczycz, ja obiecał Maryszka kupicz pikuja!
        - Co takiego, pi... co?! - Misiak wybałuszył oczy ze zdziwienia.
        - ...kuja - dokończył pan Bekelessi chwytając jednocześnie jego rękę i energicznie nią potrząsając. Rozległ się ponownie trzask naruszonego, dyrektorskiego obojczyka. - Niech pan już leci - rozległo się błaganie. - Było mi bardzo miło, proszę pozdrowić swoją rodzinę! - rozpaczliwie wykrzyczał ostatnie słowa starając się wyrwać rękę z żelaznego uścisku, który gruchotał mu górną kończynę.
        - Jak ja sze czeszycz z ta wizyta! Ja bycz tu za tydzień znowu, po reszta papiera. Do wydzenia! - Robert Steven Bekelessi złapał swój parasol, który jeszcze przed dziesięcioma minutami był groźnym narzędziem wojennym oraz podpisane podanie z biurka i po chwili zniknął za drzwiami. Misiak opadł na swój fotel i roztarł obolałe ramię. Co on miał kupić tej swojej Marysi? - zastanawiał się przez moment. Miało to pozostać dla niego na zawsze nieodgadnioną zagadką. Powoli dochodził do siebie. Miał na to jeszcze cały tydzień czasu. Połączył się z sekretariatem - Pani Basiu, czy mamy dzisiaj jeszcze jakieś wizyty?
        - Tak, panie dyrektorze - usłyszał ostry głos sekretarki, która zapewne jeszcze przeżywała dramatyczne sceny wojenne, rozgrywające się w tym gabinecie. - Właśnie przyszedł pan Obiselu Hassallawi, czy mam go wpuścić?
        - A był na dziś umówiony?
        - Nie, nie był. Ale mówi, że ma pewien mały problem...
        Dyrektor Misiak powoli wstał zza biurka, podszedł do okna i szeroko je otworzył. Oparł się o parapet i wziął głęboki oddech. Przed chwilą przestał padać deszcz i zza chmur wyjrzało słońce. Powietrze było rześkie, czuć było zapach świeżo skoszonej trawy. Smukłe topole rosnące wzdłuż parkowej alei lekko kołysały się na wietrze. Na horyzoncie błyszczał niedawno odnowiony dach dzwonnicy kościoła zakonu franciszkanów. To niewielkie miasto, wtopione w mazurski, lekko pagórkowaty pejzaż, od wieków żyło swoim rytmem. Oddalone od wielkiego świata. Czyżby? - zadumał się. Zauważył smukłą sylwetkę mężczyzny w jasno-beżowym garniturze. Wymachując parasolem szybkim, sprężystym krokiem zmierzał w stronę rynku. Nagle zatrzymał się i obejrzał za siebie. Widocznie dostrzegł go w oknie, bo zaczął w jego kierunku machać przyjaźnie ręką. Misiak uśmiechnął się pod nosem i odwzajemnił pozdrowienie.
        - Witamy w nowej ojczyźnie panie Robercie Stevenie Bekelessi - powiedział cicho.
        - Panie dyrektorze - sekretarka znów odezwała się, tym razem z wyraźną irytacją w głosie. - Pan Hassallawi czeka, czy mam go wpuścić?
        Usiadł ponownie za biurkiem. Szybko i sprawnie uporządkował dokumenty. Następnie poprawiając przekrzywiony krawat odpowiedział - Proszę wpuścić, pani Basiu. Oczywiście! Proszę go tutaj wpuścić...

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE

Swojskie lato na Mazowszu
Jan Zdzisław Brudnicki

        Wróciłem z domu letniskowego rodziny i pomyślałem sobie, w środku lata, że lato można opowiedzieć na różne sposoby. Jedną wersją będzie - jak ono opowiedziało nam się samo: poprzez pogodę, otoczenie ludzi i przyrody. Drugim sposobem może być posłuchanie opowieści o lecie literatury, muzyki, w ogóle sztuki. W tym celu zajrzałem do antologii. Choć spodziewałem się wiele, zdziwiłem się ile, jak pięknych wierszy napisano o lecie. Prawie nie ma wybitnego poety, który by nie podjął tego tematu. A jakie bogactwo skojarzeń! Są obrazy sielskie, pogodne, miłosne. I są klimaty groźne, demoniczne. U Juliana Tuwima „lato w butelki rozlane. Na półkach słodem się burzy". U Jarosława Iwaszkiewicza lata doświadcza się wewnętrznie „W niebieskim ogrodzie, Wolno i przyjemnie, Obłoki jak łodzie przepływają we mnie". Za to lato Bolesława Leśmiana jest niespokojne, wybujałe namiętnościami, brutalne. W tej poezji chabry „chciwie zaglądały w świat po chabrowemu", mak „przekrwawił się w koguta", a jęczmień „kłos pragnieniem zazłociwszy gęstem w złotego się jeża przedzieżgnął".
        Natomiast poeta wiejskiego pochodzenia, szukający oryginalnego wyrazu, Stanisław Młodożeniec, wyrywa słowa z kontekstów tradycjonalnych, żeby pokazać dynamikę i kontrasty. „Pstro, pstrawo... pstrokato... lato... upał opala owale i smaży dekoltaże", itd.
        U nas opowiedzieliśmy sobie lato jeszcze na jeden sposób. Dziadkowie z wnukami i ich kolegami - różne wymyślaliśmy sobie w przeszłości zajęcia. Robiliśmy teatrzyk na tarasie, słownik neologizmów, wernisaż miejscowych, bardzo oryginalnych na Ziemi Ciechanowskiej metalowych krzyży - przerysowywanych i malowanych (ewentualnie fotografowanych), wreszcie „Kurier Wakacyjny", z anegdotkami, obserwacjami. Jak się okazało dzieciarnia, a obecnie po części już młodzież, tym razem wzięła sprawy w swoje ręce. Ogłosiła konkurs w Klubie Ludzi Spostrzegawczych i powstanie biuletynu, który będzie takowe publikował. No i w samej rzeczy, sprawa się udała. Bo to było jak w anegdotce, którą przywiozłem z Wilna: „Szef zdenerwowany do sekretarki - Miała pani tu być o ósmej! A już jest dziesiąta! - A co, wydarzyło się coś ciekawego?".
        Wszyscy mieszkańcy naszej wiejskiej, słomą krytej chaty, rozejrzeli się dookoła siebie, czy nie ma coś ciekawego. Zaczęły powstawać wiersze, opisy roślin, zwierząt itp. Okazało się, że słowików najlepiej słucha się na łące, wilgi w lesie, a skowronka na polu. Że dzięcioł nie śpiewa, ale potwornie skrzeczy. Że na okolicznych łąkach ubyło krów. Że nieopodal w zagaju żyje wiewiórka, a w opuszczonej chacie, w której pomarli gospodarze, żyje samotny zdziczały pies. Nie zabrakło humoru, a Sandra mająca nadzwyczajne zdolności rysunkowe wszystko to zilustrowała.
        Bo słuchajcie i zważcie u siebie, że gdy zmobilizujemy się do aktywnego patrzenia na świat, do roli reportera, świadka, nawet codzienność staje się ciekawa, tajemnicza, fascynująca. Staje się materiałem, tworzywem, inspiracją. Nie bez kozery Chińczycy powiadają, że mędrzec więcej pozna w zamkniętym pokoju, niż człowiek niemądry po objechaniu kuli ziemskiej dookoła.
        „Gdzie modry strumyk, co z wolna płynie przez traw zieloność, po pól równinie, gdzie można spotkać tyle przyśpiewek...". „Spacer po Ciechanowie: kamienne ulice zgrabne domy i dzielnice, Zamek, Ratusz, Dom Kultury, żywy wiecznie park natury...".
        Doczekaliśmy się też w naszym wiejskim domu prawdziwej biesiady literackiej. Przyjechał do nas pięknym samochodem pan inżynier i regionalny poeta z Ciechanowa, Wiktor Golubski. Przywiózł tomik ballad i fraszek, nad którymi debatowaliśmy dwa lata temu, - pięknie wydany w Ciechanowie i firmowany przez tamtejsze Stowarzyszenie Pracy Twórczej. Teraz przywiózł nowe utwory, o wiele zgrabniejsze i satyryczniejsze. Zatem przy kawie czytaliśmy sobie to, co było jakoś zgodne z klimatami Ciechanowsko-Płońskimi, czyli Północnego Mazowsza. I od gościa dowiedzieliśmy się, za pomocą obrazków poetyckich wiele rzeczy o obyczajach nowomodnych: uczęszczanych zajazdach i tamtejszych smakołykach, jak nadziewany placek ziemniaczany w Malinowym Bzyku. No i wiele spraw załatwia się na salonach przed kościołem. I przyjemnych i nieprzyjemnych. Jak marnieją niektóre zawody, jak zniechęcają się do swej pracy rolnicy, jak się... odbywają podrywy. O, w niejednej sprawie to się pan Wiktor zdenerwował, aż mu powiedziałem - Kolego, ten opisany świat to już można nazwać chamolandią!
        Oj lato, lato, Lech Piwowar napisał ci „List z lata” bardzo prawdziwy. „Wiatru i ciszy sprzeczka dokucza jak bzyk komara, W łące topnieje rzeczka Niebieskim dymkiem cygara"... Tak było.

Muzeum Szlachty zaprasza ze staropolską gościnnością w swoje progi!         P.S. A jak już będziecie w tych stronach, to koniecznie wstąpcie na Gołotczyznę. Byłem tam w końcu czerwca, na Dniach Literackich na Gołotczyźnie i wywiozłem masę wrażeń. Bo są tam dwa muzea: Szlachty Mazowieckiej i Aleksandra Świętochowskiego, a co za tym idzie - pozytywizmu warszawskiego. Debaty o Świętochowskim, tradycja tutejszej placówki oświatowej i cywilizacyjnej, imprezy literackie i dyskusje mogły zadowolić nawet malkontenta. To placówka żywa, nowoczesna, wsparta na solidnym fundamencie historycznym. „Najcenniejszym przymiotem natury jest jej rozmaitość". Tak mówił Pan Aleksander. W pełni potwierdza to bujna przyroda i przepiękny park, bo wszak człowiek ten był też jednym z większych znawców róż w swojej epoce.

I Powrót na górę I

Foto - Irena Stopierzyńska

SŁOWEM O SŁOWIE

WZORZEC „PONOWOCZESNOŚCI”
Irena Stopierzyńska-Siek

        Słowo „ponowoczesność” - inaczej postmodernizm - zawładnęło nie tylko dyskursem naukowym, lecz przede wszystkim dyskursem publicystycznym. Odmieniane przez wszystkie przypadki, trafiło też do rozmów towarzyskich na oznaczenie paradygmatu współczesnej kultury. Warto o tym paradygmacie słów kilka powiedzieć.
        Najistotniejsze wydaje się w nim radykalne zerwanie z tradycyjnym pojęciem prawdy i przeświadczeniami o istnieniu trwałych hierarchii wartości i norm - nienaruszalnego wzorca ludzkich zachowań. To, że człowiek nie zawsze dorastał w swoim życiu do tego wzorca, nikogo nie zaskakuje i nie dziwi. Są jednak jednostki, które potrafiły go zrealizować i same stały się wzorem dla innych, godnym naśladowania. Współczesna kultura nie docenia jednak takiej możliwości. Twórcy ponowoczesności zajęli się tropieniem różnic i dekonstrukcją w kulturze, dlatego łatwo przechodzą do głoszenia całkowitego relatywizmu poznawczego i aksjologicznego.
        Globalizm jest kolejnym elementem paradygmatu ponowoczesności. Idea globalizacji wcale nie ogranicza się do spraw ekonomicznych. Pragnie stworzyć i tworzy globalną kulturę. W podzielanych w tej kulturze wartościach nie ma miejsca na klasyczne pojmowanie prawdy i niepodważalne zasady etyczne. Stąd bierze się sceptycyzm oraz liberalizm moralny. Idea tolerancji w sferze moralnej i obyczajowej często sprzyja zamazywaniu granic dobra i zła, odrzucaniu tradycyjnych norm i wartości moralnych.
        Co zatem dzisiaj się ceni, co się najbardziej liczy? Zmianę i nowinkarstwo. Promowaniu tych nowych „wartości” podporządkowane są dzisiejsze multimedia z dominującą w nich rozrywką i reklamą. W sposób szczególny lansuje się konsumpcję we wszystkich jej wymiarach. Mamy więc dzisiaj krzykliwą i sterowaną informację oraz rozrywkę zarówno w realnym, jak i wirtualnym świecie. Rozrywka, zdaniem wielu teoretyków kultury, ma największą szansę przyciągania odbiorców. Łatwo zauważyć, że nawet najpoważniejsze dyskusje w mediach mają coś „rozrywkowego", coś nie całkiem serio, coś, z czego można się pośmiać, nie przejmując się zbytnio wagą problemu. Doborem przekazów kieruje z jednej strony chęć epatowania drastycznością, z drugiej zaś maksymalne „odrealnienie” wydarzeń.
        Do paradygmatu ponowoczesności należy też skrajny indywidualizm z usprawiedliwiającą go ideą niemal absolutnej wolności jednostki. W tak pojmowanej wolności, bez ograniczeń dyktowanych dawniej dobrem wspólnym, porządkiem społecznym, czy wymogami moralności, nie ma miejsca na jakiekolwiek wyrzeczenie, poskramianie apetytów, czy rezygnację z własnej korzyści.
        Wiele instytucji, w tym także naukowych, usilnie pracowało i pracuje nad „oczyszczeniem” terenu z dawnych norm i zasad oraz otwarciem pola dla łatwej, labilnej kultury rozrywki i konsumpcji. I tylko z rzadka, przy okazji trudno wytłumaczalnych zachowań patologicznych propagatorzy ponowoczesności wydają się być zakłopotani.
        Bo czy mamy prawo karać pseudokibiców za ich zachowanie na stadionach, jak ostatnio w Wilnie? Przecież oni uwierzyli w to, że im wolno robić, co chcą, w imię swobodnego manifestowania swoich emocji. W imię czego nagle pojawiają się surowe osądy ich zachowania, ocena, że są naganne, brutalne, chuligańskie. W imię czego prasa tak bardzo tolerancyjna, telewizja tak bardzo zainteresowana promowaniem ponowoczesnej moralności wraca w takich przypadkach do języka i określeń z tradycyjnych i dla wielu przestarzałych przeświadczeń moralnych? Może zatem nadeszła pora, by poddać dekonstrukcji ów paradygmat ponowoczesności i odnaleźć na nowo więzy niezbywalne między tradycją w sferze kultury a poszukiwaniem nowego?

I Powrót na górę I

Foto - Piotr Stanisław Król

FELIETON

TOPOREM W BIBLIOTEKĘ
Piotr Stanisław Król

        Pewien były, wysoki urzędnik zajmujący się oświatą i wychowaniem młodzieży zajrzał pewnego dnia do biblioteki lektur szkolnych i z przerażeniem odkrył tam dryfujący w najlepsze „Trans-Atlantyk” i inne bezeceństwa, co to naszej latorośli mogą skrzywić światopogląd „jedyny słuszny i niepodważalny” (na dzień dzisiejszy). Z rozbawieniem przyglądałem się tym urzędniczym zabiegom „z toporem w ręku", jak to określił trafnie inny urzędnik od spraw kultury i dziedzictwa narodowego. Najlepiej by było, pomyślałem sobie, aby wraz z „Trans-Atlantykiem” Witolda Gombrowicza odpłynęło z kanonu lektur szkolnych jaśnie oświeconego urzędnika wymachującego w najlepsze toporkiem jak najwięcej tych najwartościowszych, najcenniejszych, a często zapomnianych i nie czytanych przez młodzież książek. Dla dobra oświaty i rozwoju kulturalnego przyszłych pokoleń. Proces karczowania ma to do siebie, że otwiera nowe przestrzenie i możliwości. Zarówno w przyrodzie, jak i w literaturze.

        Po moim zmarłym ojcu, który zostawił mnie i moją matkę, gdy miałem zaledwie siedem lat, pozostała przepastna biblioteka. Towarzyszyła mi ona przez cały okres dorastania. Początkowo szukałem w niej Indian, cowboyów, piratów, muszkieterów, najprzeróżniejszych zabijaków i awanturników. Ku mojej ogromnej radości miałem ich pod dostatkiem. Ich towarzystwo zapewniali mi Aleksander Dumas, Robert Stevenson, Jack London, Henryk Sienkiewicz, Karol... Tu napotkałem kiedyś pewien problem... Na najwyższej półce stała pięknie oprawiona księga. Wdrapałem się na krzesło i z zainteresowaniem zajrzałem do środka. Niestety Indian w niej nie było. Jakieś niezrozumiałe dla jedenastolatka nudy. Pomylili mi się Karole - ten to był jakiś Karol Marks, a ja szukałem kolejnego tomu Karola Maya. Odkładając ciężkie tomiszcze na swoje miejsce zauważyłem, że obok stoi inna gruba książka. To była Biblia.
        Wraz z upływem lat sięgałem po książki z coraz wyższych półek. Ojciec ułożył je chyba specjalnie w taki sposób, aby każdy kolejny poziom dostosowany był do mojego wzrostu fizycznego i umysłowego. Już bez potrzeby wdrapywania się na krzesło brałem po kolei ułożone tam tomy. „Kapitał” Karola Marksa sąsiadował z Biblią, traktat „O religii” Lenina leżał obok „Wyznań” św. Augustyna, Hegel obok Tomasza z Akwinu itd., itd. Na początek wziąłem do ręki tę najcieńszą. Lenin chyba nie miał zbyt wiele do powiedzenia o Bogu. No może tylko to, że wiara w Niego to opium ludu (cytował ochoczo sąsiada z półki Karola Maya... przepraszam za przejęzyczenie - Marksa). Pokazałem ją mojemu katechecie franciszkaninowi, mówiąc z łobuzerskim uśmieszkiem, że „tu jest napisane, że braciszek mnie otumania". Na co on, też z uśmiechem stwierdził, że nie musi w moim przypadku nic w tym zakresie robić. Do gromady jego aniołków się nie zaliczałem. Potem spoważniał i przegadaliśmy całe popołudnie. On mi tej książki nie zabrał, nie walnął mnie nią przez łeb. Po prostu rozmawiał ze mną o religii. Nie tak jak na katechezach. Inaczej. A potem poradził mi, abym położył książkę z powrotem na półkę. I w wolnej chwili zajrzał do „Wyznań” św. Augustyna.
        Jakiś czas później, po przejrzeniu wszystkich książek „z obu stron barykady ideologicznej” zapytałem moją matkę o tę niezwykłą półkę mojego ojca ("Kapitału” Marksa mimo wysiłków nie udało mi się skończyć, a nad zawiłymi pięcioma tezami Tomasza z Akwinu też znudzony przysypiałem). Przy herbacie i pączkach opowiedziała mi taką oto historię.

        Ojciec był zamiłowanym taternikiem. Kochał góry i podczas wszystkich urlopów ganiał z matką po Tatrach. Ta z miłości do niego nie oponowała, choć wolała zdecydowanie nadmorskie plaże. Pewnego razu podczas wędrówki spotkali na szlaku samotnego turystę, księdza. Usiedli we trójkę na kamienistym zboczu i podziwiając rozświetlone południowym słońcem szczyty zaczęli pogawędkę. Ksiądz z podziwem stwierdził, że Boskie dzieło stworzenia w tym miejscu jest szczególnie piękne i trafiające do serca. Ku bezgranicznemu zdumieniu mojej matki ojciec odpowiedział
        - To co ksiądz tu widzi stworzyła sama natura, bez żadnej ingerencji sił nadprzyrodzonych. Jestem marksistą i w bzdury nie wierzę.
        I dopiero się zaczęło! Ksiądz mając przed sobą zbłąkaną duszyczkę natychmiast podjął zdecydowane, usilne starania nawrócenia zatwardziałego materialisty. Zaczął cytatami św. Pawła mając nadzieję, że ten nawrócony cudownie grzesznik trafi do przekonania mojemu rodzicowi. Ten natychmiast odparował teorią ewolucji Darwina i poprawił z lewej Heglem. Na co ksiądz robiąc zręczny unik zadał sztych św. Franciszkiem, po czym niczym lewym sierpowym - doprawił św. Augustynem. Matka odsunęła się kilka metrów dalej w bezpieczne miejsce. Obydwaj skakali sobie do oczu niczym zadziorne koguciki. Gdy już księdzu wydawało się, że przyparł przeciwnika do muru, ten zadał mu potężny cios... Józefem Wissarionowiczem Dżugaszwili. To były lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Niebezpieczne czasy. Generalissimus Stalin, mimo że już nie żył od dwóch lat, nadal miał bardzo liczne zastępy wiernych pretorian. Ksiądz spojrzał spod oka na ojca, którego zdążył już zapewne do nich zaliczyć, i gdy już miał na końcu języka okrzyk - „Apage satanas", ten uśmiechnął się i powiedział - Przepraszam, ale muszę zdążyć na wieczorną mszę.... Księdzu opadła z wrażenia szczęka - Od kiedy to marksiści chodzą do kościoła? - zapytał z przekąsem. - Ze mnie taki marksista, jak z księdza Papuas - usłyszał odpowiedź.
        Po drodze odwiedzili jeszcze zaprzyjaźnionego od lat z ojcem górala, gdzie wypili herbatę z prądem dla uspokojenia nerwów. Księdza oczywiście. Ojciec bawił się świetnie. Zwrócił po przyjacielsku uwagę, że jego argumentacja z powołaniem się na tezy św. Tomasza z Akwinu trochę kulała i powinna być zdecydowanie poprawiona. Wieczorem obydwaj byli w tym samym kościele. Okazało się, że ksiądz też się śpieszył... aby ją odprawić.

        Gdy matka skończyła opowiadać historię sprzed lat zrozumiałem, dlaczego ojciec pozostawił mi w literackim spadku taki, a nie inny zestaw lektur. Aby można było podejmować racjonalną polemikę z przeciwnikiem, trzeba dobrze znać jego argumenty. Aby dyskutować o literaturze też trzeba znać jej odcienie, barwy, charaktery, słabości, najprzeróżniejsze przejawy geniuszu i marności, które ją naznaczały, stygmatyzowały. Topór nic nie pomoże. Tu potrzebny jest rozum.
        Wysoki, bardzo ważny urzędnik od spraw oświecenia i wychowania młodzieży wie lepiej, co jest dla niej dobre, a co niedobre. Nie trzeba się tym za bardzo przejmować. Przyjdzie następny urzędnik, który będzie jeszcze lepiej wiedział, a potem jeszcze inny, który być może zjadł już wszystkie rozumy. Tak to już jest z ważnymi urzędnikami. Przychodzą, a potem odpływają w siną dal. Może nie akurat „Trans-Atlantykiem". Ich strata. A inteligentna młodzież i tak sobie znajdzie na półkach książki, które będzie chciała przeczytać z własnej, nieprzymuszonej woli. A że akurat większość z nich nie będzie figurować w urzędniczym, wykarczowanym dziale z naklejką: „kanon lektur szkolnych"?
        Na bibliotece mojego ojca nie było żadnej naklejki. Karol Marks obok Biblii, św. Augustyn w sąsiedztwie Engelsa, Lenin przywalony Trylogią Sienkiewicza, „Życie seksualne dzikich” Bronisława Malinowskiego, na które spoglądał z okładki z filozoficzną zadumą „Mały Książę” Antoine'a de Saint-Exupéry'ego itd. itd. Nikt w rodzinie tego zbioru nie karczował, nie cenzurował. Wybór należał do mnie.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

Andrzej Zaniewski
„POEZJE WYBRANE”

Foto - Okładka książki A. Zaniewskiego - Poezje wybrane         Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, w ramach serii „Biblioteka Poetów", wydała kolejną, już 326 pozycję: „Poezje wybrane” Andrzeja Zaniewskiego.
        Wiosną br. odbyła się połączona uroczystość w Domu Literatury w Warszawie: obchodów 40-lecia zasłużonego wydawnictwa oraz prezentacja książki autora, znakomitego poety i prozaika.
        Jeden z krytyków powiedział o najnowszej książce Andrzeja Zaniewskiego, iż jest to: „próba rozliczenia się przede wszystkim z własnym życiem". A Piotr Giedrowicz, autor wstępu pisze: „Jawi się nam także Zaniewski jako wyzbyty wielu złudzeń liryk, kwestionujący istnienie Boga, by ostatecznie nie przyjąć do wiadomości możliwej nieobecności demiurga...".
        Znam Andrzeja Zaniewskiego od lat i muszę przyznać, że jest to dla mnie postać niezwykle intrygująca, ciekawa, czasami denerwująca, prowokująca w swoich wypowiedziach i twórczości, a innym razem znów łagodna, pochylająca się z miłością nad najsłabszymi istotami: kalekim człowiekiem, rannym ptakiem, bezpańskim psem... Andrzej Zaniewski odbierany jest jako twórca „kwestionujący istnienie Boga". A ja tak sobie myślę, że Bóg być może pochyla się szczególnie troskliwie nad ludźmi, którzy potrafią zdobyć się na takie słowa: „[...] Nie proś, bym spieszył kochać; / ucz mnie, bym przestał nienawidzić.” ("Do księdza Jana T."). Szczerość, aż do bólu.
        A co do „próby rozliczenia się z życiem", to warto zwrócić uwagę na fragment wiersza poety: „[...] Dokąd pędzisz / stamtąd, z Nowego Portu - chłopcze o siwych włosach". Tym chłopcem o siwych włosach jest sam autor, Andrzej Zaniewski, w którym jest mądrość i doświadczenie człowieka z bagażem lat na karku oraz młodość i energia młodzieńca - kochającego kobiety, dobre wino, śpiew i potrafiącego wciąż zachwycać się otaczającym go światem. Mimo bolesnych upadków, krzywd, błędów, otrzymanych wielokrotnie razów, on wstaje, otrząsa się z kurzu i gna dalej, zostawiając za sobą kolejne zapisane kartki papieru ze strofami wierszy. Ślady stóp, ślady życia...
        Chłopiec, nawet „o siwych włosach", nie rozlicza się z życiem nigdy, on przez nie mknie jak wicher. Takiego znam Andrzeja Zaniewskiego i takiego go lubię i cenię.
        Dokąd teraz pędzisz Poeto, Drogi Przyjacielu...?

Piotr Stanisław Król

Andrzej Zaniewski - ur. 13 kwietnia 1939 r. w Warszawie. Od 1945 r. mieszkał i uczył się Gdańsku w dzielnicach Nowy Port (szkoła podst.) i Wrzeszcz (LO nr 2). Zadebiutował przed maturą w1957 r. wierszem Dziewczętom, opublikowanym w „Głosie Wybrzeża". Ukończył historię sztuki w Warszawie. Związany z Orientacją Poetycką Hybrydy. W 1967 roku ukazał się debiutancki tomik poezji Przed siebie. Do dziś wydał ponad 30. tomów poezji i prozy, przetłumaczonych na kilkanaście języków. Prawdziwym międzynarodowym bestsellerem okazała się powieść Szczur. Laureat wielu nagród literackich, w tym: głównej Nagrody „Czerwonej Róży” (Gdańsk 1966), „Kryształowego Lwa” na kłodzkiej VI Wiośnie poetyckiej (1968), Nagrody im. W. Reymonta (1995) oraz Nagrody im. St. Żeromskiego (2002) i wielu innych. Prowadzi bardzo szeroką działalność społeczno-kulturalną, uczestniczy w wielu gremiach jury konkursowych, jest przewodniczącym Kapituły Nagrody Literackiej im. ks. Jana Twardowskiego przy LSW. Członek Stow. Autorów Polskich i Związku Literatów Polskich (pełni obecnie funkcję wiceprzewodniczącego Zarządu); aktywnie działa w Stowarzyszeniu Przeciwko Zbrodni im. Jolanty Brzozowskiej.

Andrzej Zaniewski „Poezje wybrane", Warszawa 2007, Wyd.: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, seria: „Biblioteka Poetów", redakcja i nota biograficzna: Stanisław Grabowski, wstęp: Piotr Giedrowicz, proj. okładki: Amanda Zaniewska-Żejmis, ss. 162, ISBN 978-83-205-4655-2

Andrzej Zaniewski
UDERZCIE...

Uderzcie sercem w świt! Niech zadrży
jak dzwon kościelny w rannej mszy...
Mosiądz oblany śpiewem szklanym,
muzyczny sznur, bezkrwisty rytm.

Miedziane nuty rozsypujcie
po wichrze ulic zadżumionym,
chorągwie zlepcie pocałunkiem,
ręce zanurzcie w meteory.

Uderzcie sercem w świt poeci!
Niech błyśnie lustrem, łuną, kwiatem;
zdmuchnie żółtawy promień świecy
ukrytej w zakamarkach świateł.

Uderzcie w świt urano-gwiezdny,
w tors horyzontów niewidzialnych,
w leniwe drogi - wlejcie kręgi
kipiąco-zmiennej mlecznej magmy.

Porzućcie czas u nóg olbrzyma,
zamkowe baśnie, smutne kartki...
Na oszronionych mgiełką szynach,
uderzcie sercem w świt!
Niech zadrży.

(22 marca 1958 - sobota)
„Poezje wybrane” s. 79


* * *
Rysiowi Pauli

Wysmukły krzak róży, czerwieniejący
w pierwszych promieniach słońca,
udawał mojego przyjaciela w jaskrawej,
pomarańczowej kamizelce ubieranej,
na codzienne rowerowe wycieczki.

Te ochronne barwy oszukały mnie
do tego stopnia, że zawołałem go,
wykrzykiwałem jego imię.

Krzak róży milczał,
a ja bardzo powoli
pojmowałem swój błąd.

(10 lipca 2006)
„Poezje wybrane” s. 139

I Powrót na górę I

Foto - Okładka książki J.J. Swędrowskiego - Końca nie będzie

Józef Jan Swędrowski
„KOŃCA NIE BĘDZIE”

        Józef Jan Swędrowski - poeta, prozaik, ur. w 1954 r. w Gizałkach koło Pleszewa. Zadebiutował w 1978 roku w Poznaniu zbiorem wierszy „Człowiek", zdobywając wyróżnienie w Turnieju o Zieloną Wazę. Uczestniczy w pracach Fundacji Literackiej w Poznaniu, promując młode talenty.


Józef Jan Swędrowski „Końca nie będzie", Warszawa 2007, Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, wstęp: Andrzej Zaniewski, proj. okładki: Amanda Zaniewska-Żejmis, ss. 104, ISBN 978-83- 205- -4631-6

I Powrót na górę I

Foto - Okładka książki A.M. Żółtowskiej - Weronika sumień

Anna Maria Żółtowska
„WERONIKA SUMIEŃ”

        Anna Maria Żółtowska - absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego Wydziału Polonistyki. Reżyserka spektakli poetycko-muzycznych i spotkań autorskich. Laureatka konkursów literackich. Autorka esejów, opowiadań, dramatów, różnych gatunków liryki oraz dwóch prac: „Życie literackie Płocka od zakończenia II wojny światowej do 1989 roku” i „Kultura Płocka od czasów stanisławowskich do powstania listopadowego".
        Opublikowała trzy tomiki poezji: „Załamanie światła” (1986), „ziarno gorczycy” (2004), „Być Oazą” (2005). „Weronika sumień” - to zarówno filozoficzno-moralne zamyślenia nad wizją współczesnego świata, jak i tęsknota do świata wartości.

Anna Maria Żółtowska „Weronika sumień", Płock 2006, Wyd. Ośrodek Wspomagania Kultury Życia, wstęp: Andrzej Zaniewski, ss. 96, ISBN 978- 83-915 877-2-0

I Powrót na górę I

Galeria

Iwona Zielińska-Zamora

Rysunek - Pożegnanie

Pożegnanie, rysunek

Pastel - Przed-lustrem

Przed lustrem, pastel

A0kryl - Rozczarowana

Rozczarowana, akryl

Pastel - Zaczarowany ogród

Zaczarowany ogród, pastel

Akryl - Zima w parku

Zima w parku, akryl

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora

Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę