Strona Główna
Klub ŻARu
Kultura w OM
Nr poprzedni
W numerze:
Od Redakcji >>>
VII MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
WYNIKI KONKURSU
Protokół z posiedzenia Jury >>>
LAUREACI W KATEGORII POEZJI:
I miejsce - Małgorzata Matera
II miejsce - Dorota Grzesiak
III miejsce - Łucja Gocek
wyróżnienie - Sylwia Chruścińska
wyróżnienie - Zdzisław Antolski
LAUREACI W KATEGORII PROZY:
I miejsce - Małgorzata Matera
II miejsce - Elżbieta Kotras
III miejsce - Ryszard Lenc
wyróżnienie - Katarzyna Warachim
wyróżnienie - Monika Łysek
IMPREZY I SPOTKANIA
Wielka treść w małej formie - Andrzej Rodys >>>
Tych kilka pogodnych dni w Sielpi... (I.S.) >>>
Od Redakcji
Dwie rzeczy dają duszy największą siłę:
wierność prawdzie i wiara w siebie.
(Seneka)
Za nami kolejna, siódma już edycja Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Kwartalnik "Sekrety ŻARu", podobnie jak to miało miejsce w ostatnich latach, publikuje na swoich łamach nagrodzone utwory poetyckie oraz prozatorskie Laureatów. Czynimy to z radością i satysfakcją, gdyż są to, można to tak określić, małe perełki literackie, napisane dobrym piórem, ciekawe, różnorodne tematycznie.
Małgorzata Matera - zdobywczyni I miejsca zarówno w kategorii poezji, jak i prozy zauroczyła nas pastelowymi frazami, barwnymi jak tęcza słowami, pachnącymi niemal świeżą farbą, jakby dopiero przed chwilą naniesioną pędzlem z palety natchnionego malarza. A po przeczytaniu krótkiego opowiadania pt. "San Gusmé", które jest tak naprawdę także czystą formą ekspresji poetyckiej, ogarnia nas niezwykłe ciepło, nie tylko pod wpływem promieni słońca na błękitnym, toskańskim niebie...
Każdy z nagrodzonych Autorów wniósł coś własnego, niepowtarzalnego. Klimaty, odcienie uczuć: miłość i zdrada, radość i cierpienie, nostalgia i zaduma nad nieuchronnie upływającym czasem, i nadzieja "mimo wszystko, na przekór wszystkiemu i wszystkim".
A zapewniam, że i uśmiech zagości na twarzach Czytelników, choćby po wysłuchaniu cóż to ma do powiedzenia, a raczej do zaświergotania ptasia królewna (?), która spadła właśnie z drzewa "na dziób" i znalazła ratunek oraz schronienie w "dziupli" prostego, dobrego człowieka ("Pudełko po cygarach", Ryszard Lenc, III miejsce).
Gratuluję w imieniu redakcji tej szczególnej siły ducha, zachowania wierności prawdzie tkwiącej w poezji (toż to poeta otwiera na oścież dusze, serca i najskrytsze myśli) oraz w prozie (...życia, często szczerej aż do bólu) i - uwierzenia w siebie... Ufam, że jeszcze nie raz usłyszymy o kolejnych sukcesach tegorocznych Laureatów, a w nasze ręce trafią ich tomiki poetyckie, książki, publikacje w prasie.
Jako koordynator konkursu, pracujący nad jego organizacją przez kilka ostatnich miesięcy, chciałbym podzielić się z Czytelnikiem kilkoma słowami refleksji. W sierpniu otrzymałem informację, że w Ośrodku Pomocy Społecznej "Promień Życia" w Bydgoszczy mieszka poeta - schorowany, poraniony przez los, opuszczony. Sięgnąłem po słuchawkę telefonu, chciałem zaprosić go do wzięcia udziału w naszym konkursie. Spóźniłem się. Kilka dni wcześniej zmarł. Starałem się wszelkimi sposobami dotrzeć do jego wierszy, przeczytać, ocenić ich wartość, zachować, a może i podzielić się nimi z Czytelnikami w naszym kwartalniku. Na próżno... Gdzieś się zapodziały, zagubiły, spoczęły na "cmentarzu poezji zapomnianej". Chciałbym zadedykować swoją kilkumiesięczną pracę temu i wielu innym poetom, którzy "nie zdążyli, spóźnili się, nie mogli, a czasem po prostu - nie odnaleźli wiary w swoje siły..."
Tegoroczny konkurs objęty został Honorowym Patronatem Burmistrza Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy - Pana Wojciecha Bartelskiego, wsparty został przez Dzielnicę finansowo w ramach zadania publicznego na realizację imprez kulturalnych w Śródmieściu, uzyskał też znaczną pomoc organizacyjną od Związku Literatów Polskich pod prezesurą Pana Marka Wawrzkiewicza. Do jego sukcesu przyczyniło się też wiele osób prywatnych, wolontariuszy. Wszystkim z całego serce mówię, w imieniu prawie stu twórców biorących udział w tej pięknej, szlachetnej szermierce piórem - DZIĘKUJĘ.
Piotr Stanisław Król
redaktor naczelny
koordynator VII MKMFL
I Powrót na górę I
WYNIKI KONKURSU
Protokół z posiedzenia Jury
W dniu 26 października 2007 roku w siedzibie Okręgu Mazowieckiego Polskiego Związku Niewidomych odbyły się obrady Jury VII Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej w następującym składzie:
1. Andrzej Zaniewski - Przewodniczący
2. Irena Pursa - Sekretarz
3. Bogdan Bartnikowski
4. Jan Zdzisław Brudnicki
5. Stanisław Stanik
Jury spośród nadesłanych 91 zestawów prac 84 autorów postanowiło przyznać nagrody w następującej kolejności:
W kategorii poezji:
I miejsce - Godło "Bezkantana"
II miejsce - Godło "Otakoamka"
III miejsce - Godło "Ar-Den"
wyróżnienie - Godło "Zieleniec"
wyróżnienie - Godło "Rzeka Nida"
W kategorii prozy:
I miejsce - Godło "Kantan"
II miejsce - Godło "Lazur"
III miejsce - Godło "Eger"
wyróżnienie - Godło "Meduza"
wyróżnienie - Godło "Kaliope"
Po komisyjnym otwarciu kopert z kartami zgłoszeń uczestników konkursu Jury ogłosiło ostateczny, pełny werdykt, który przedstawia się następująco:
Laureaci w kategorii poezji:
I miejsce - Małgorzata Matera, Godło "Bezkantana", Poręba
II miejsce - Dorota Grzesiak, Godło "Otakoamka", Bytom Odrzański
III miejsce - Łucja Gocek, Godło "Ar-Den", Chojnice
wyróżnienie - Sylwia Chruścińska, Godło "Zieleniec", Gdańsk
wyróżnienie - Zdzisław Antolski, Godło "Rzeka Nida", Kielce
W kategorii prozy:
I miejsce - Małgorzata Matera, Godło "Kantan", Poręba
II miejsce - Elżbieta Kotras, Godło "Lazur", Bysław
III miejsce - Ryszard Lenc, Godło "Eger", Katowice
wyróżnienie - Katarzyna Warachim, Godło "Meduza", Gliwice
wyróżnienie - Monika Łysek, Godło "Kaliope", Dąbrowa Górnicza
Jury stwierdza niniejszym pełną zgodność procedury przeprowadzenia konkursu z obowiązującym regulaminem oraz wybór na jego podstawie ww. Laureatów VII Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej.
I Powrót na górę I
VII MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
LAUREACI W KATEGORII POEZJI
I MIEJSCE
Małgorzata Matera
CHRISTINA
Przytul mnie
Świata w którym mieszka
Christina
nie ma
Przytul mnie
Christina czasem
drży
i wtedy
trawom
cienkim ramionom
tęsknocie
farba nie sprzyja
Innym razem
Christina ma żal
do malarza
że nie pozwolił dotknąć ustami
domu
Mam przecież ciało
mówi Christina
i nie unosi głowy
nie patrzy
w stronę domu
Przytul mnie
Kiedy w niestałe ciało
Christiny
wpełza od strony traw
biała dłoń
za moimi plecami
słychać miękki jazz
Ten wieczór jest aksamitny
ten wieczór nic nie znaczy
nadal jest tylko wieczorem
wezmę do ust białą dłoń
język rozpozna
to tylko gips
gips
SZKŁO
Kiedy miękko
jest pod opuszkami palców
a oddech płynie
do przodu
nie trzeba patrzeć
w twarz
nieznajomemu
Twarze są z natury
przeźroczyste
na krawędzi
potu i zmęczenia
zatapiają
ślinę
w szkle
Księżniczka
Rozpierzchłaś się księżniczko
W mroku podniesienia
Kilka centymetrów nad łóżkiem
Przegrałaś kształty
Księżniczka nie czyta gazet
obserwuje świat
przez dziurkę
zza kolorowego szkła
Zna wszystkie podziemne tunele
i duchowe skróty
przecina każde zdanie
ostrzem królewskiej intuicji
odpowiednio kończy i zaczyna
nie marnuje czasu
na łagodzenie znaczeń
Nie ma bagażu
lekka z błękitnej krwi wdziękiem
nie kołysze biodrami
nie mruży historycznych oczu
nie penetruje opuszkami skóry
lżejsza
od skrzydeł
Księżniczka
upływa
LUSTRO
pomiędzy Tobą a mną
usiadła kobieta
rozpostarła wygodnie skrzydła
na oparciu krzesła
z płótna Henriego F.- L.
nie była panną z wizji
nie znała wilgoci mgieł
i miękkiego poszycia lasu
podobna była do siebie
jak Henri z Autoportretu
do Henriego z pokoju
łatwo mogłam przewidzieć
że wyciągnie grzebień i zacznie czesać
włosy nie tak jak sobie to wyobrażałam
pomiędzy Tobą a mną
zamarł profil
piękniejszy niż miała Pani z pawiem
i młodszy
znacznie młodszy niż się spodziewałam
próbuję zapamiętać bezpieczną odległość
dzielącą nas od siebie
SYLVIA I DOMEK Z BETONU
Na zimnej posadzce
policzek Sylvii udaje
że to miękka trawa
ściany grzeszą
tylko wówczas
gdy zimno rozciąga nabrzmiałe kolana
w czasie
ciche szepty
gorące uściski
i miękkie poranki
zostały razem z latem
pochowane nieco wcześniej
niż dawno
pod brzuchem Sylvii nie ma kształtu
rozlał się na śliskiej podłodze
i utknął w szparach
pomiędzy deskami
czasem tylko słychać tupot małych nóżek
- nie pamiętam - nuci Sylvia
i łapie słodycz koniczyny
gdzieś za skrzywieniem języka
i bladym policzkiem
II MIEJSCE
Dorota Grzesiak
CZERWIEC I BRZOSKWINIE
jestem coraz grubsza od czerwcowych nocy
przesyconych lepkim sokiem ananasów,
brzoskwiń, i nie pomaga,
że w snach biegamy albo kochamy się w biegu.
zawsze wieszaliśmy nasze kurtki
na jednym wieszaku, przytulały się.
były bliżej siebie niż my kiedykolwiek.
proszę, przyjedź, zanim stanę się
grubą babą, co zabiera
za dużo miejsca w łóżku
LIPIEC I STOKROTKI
w lipcowe noce nie kłócimy się,
jest za gorąco, w lipcowe noce
oglądamy akty, aby zagłuszyć
dreszcze w naszych ciałach, pytam:
"myślisz, że ta dziewczyna śni, czy marzy?"
nie odpowiadasz, dotykasz palcem moich ust.
razem piszemy sennik, w którym
każdy symbol jest szczęśliwy; nawet
śmierć kota oznacza, że
dostanę bukiet stokrotek.
wymawiasz moje imię delikatnie,
jakby w usta wpadł ci motyl:
do-ro-ta. pieścisz je, pieścisz, aż
robię buzię w ciup z zazdrości - wtedy
całujesz mnie i śmiejemy się
SIERPIEŃ I RZEKI
piszesz muzykę o kobietach takich,
jaka nigdy nie będę, choćbym przeszła
na czworakach dookoła fontanny w sierpniu.
zdejmuję czerwoną sukienkę, miasto też to robi.
mówię: "nie boję się nocy", płaczę, przytulasz mnie.
też lękasz się nocy.
recytuję z pamięci nazwy wszystkich
rzek, w których się topiłam, zobacz:
moje pismo zmieniło się, jest teraz
krągłe jak biodra kobiet
LATO. ZNOWU WYJECHAŁEŚ
kiedy cię nie ma, śpię w twojej koszuli
w kratę, owijam się szczelnie kołdrą, chociaż
wcale nie jest chłodno, pot pojawia się w miejscach,
w które zwykle mnie całujesz.
ranki lenią się bezwstydnie, chodzę
w niebieskiej koszuli i jem migdały,
czasem napiszę wiersz, czasem otwieram
szafę i nie mam ochoty włożyć sukienki
od ciebie, bo na mnie nie patrzysz.
czasem nie jestem taką, jaką miałam być,
a wtedy znika twój cień. nie mogę dotknąć go
palcem. czerwony sześcian przepychany
przez żyłę w skroni.
musisz być silniejszy ode mnie, musisz mieć
szerokie ramiona i mocne uda,
aby mnie nimi oplatać, gdy nie będę sobą
MAJKA STODOLNA
latem przychodziła do wsi dziewczyna,
majka stodolna, głucha obłąkana.
kładła się na sianie z każdym, kto
szeptał jej słowa, które nic nie znaczą.
śmiała się wtedy, odsłaniając lśniące zęby,
bo każdy ze światów nucił jej dziwne
piosenki, których nigdy nikt inny nie słyszał.
potem długo patrzyła w zboże.
tylko ono wiedziało, że nocami była
marią magdaleną. kiedyś chcieli
ogłosić ją świętą, proboszcz grzmiał,
że jest darem bożym, ale bała się
wchodzić do kościoła, bała się
pyzatych aniołków, arabesek,
zaglądania w twarz chrystusowi. miał
nieobecne oczy, lustro w lustrze -
przerażało ją patrzenie na siebie
III MIEJSCE
Łucja Gocek
LETNI RANEK
Cisza jak makiem. Świt szeroko ziewa,
cienie grzbiety prężą na poboczu drogi,
z kołyski na gałęzi wyjrzał ptasi śpiewak
i pestkę słońca w swoje trele łowi.
Wstają żniwiarze. Spieczoną skórę
zsiadłym mlekiem chłodzą. Pacierze poranne
krążą wokół stodół. Na scenach podwórek
kogucich piań tryskają fontanny.
Powoli blada twarz lata rumieńców nabiera,
mgły rzedną nad płachtą niedalekiej łąki,
rzęsy traw, w nocy smolne, zielenieją teraz
wabiąc motyle, pszczoły, żuki i biedronki.
Nawet starcy wyprowadzają kostury
z jesieni na popas, hen, poza opłotki,
gdzie niebo bliżej Nieba, gdzie gile i kraski
ptasiej poezji wyśpiewują zwrotki.
Dzień nabiera rozpędu. Myślisz:
czas już na ziemię zejść z obłoków.
Zaczynasz gnać. Śpieszysz się, śpieszysz...
Pora by chyba zapytać: dokąd?
MACIERZYŃSTWO (Ani )
Sen nie przychodzi choć w ciemność za oknem
wturlały się już jasne kłębki świtu
i obrębiają poduszkę połyskliwym ściegiem.
Właśnie w tej chwili w twoim łonie
wypalił się dziesiąty księżyc
i genealogicznemu drzewu
przybył nowy pęd.
Jeszcze o tym nie wiem
Dopiero za chwilę zadzwoni telefon
zachrypniętym głosem oznajmisz: "to już". Ciche kwilenie
zmiesza się z najsłodszą na policzku łzą.
22 maja będzie odtąd najważniejszą w kalendarzu datą
grymas Maleńkiej zmyje z oczu wszechświat
a sprawy wielkiej wagi przybiorą rozmiar
najmniejszych dziecięcych bucików.
Te niepostrzeżenie
zaczną wydłużać kroki zrywać sznurowadła
niczym pępowinę i zdzierać podeszwy na
rozstajach dróg.
Choć jeszcze nie dotknęły ziemi ani się obejrzysz
jak wywęszą zakręty przekroczą piaskownicę wpadną
w podstępny dołek obrosną w zalotne obcasy.
Będziesz stawiać tamy mosty drogowskazy
rozbrajać minowe pola pokus grodzić podwórko murem
dekalogu w ciemne tunele słać światło modlitwy
i kochać. Coraz bardziej.
Kochać mimo wszystko.
Aż po ostatni świt.
PSTRA ŁĄKA
Kiedy ciocia Tereska
Utyskiwaniem kąsała wujkową ambicję
Ten - czapkę wciskając na czoło - wyruszał za stodołę
Gospodarskim okiem użyźniać zagony
Wędrował niespiesznie miedzą
Pomiędzy łanem pszenicy a polem kartofli
Mrucząc pod nosem że babskie fanaberie
Groźniejsze od stonki
Że nawet komosę na "chleb głodowy"
Przerobić się dało a z pokrzyw
Leczniczy wywar przygotować
Więc przy nich język ciotki to diabelskie ziele
Potem zrywał kłos pszenny ziarna na dłoń kruszył
I smakował (a każdy przeżuty okruszek
Rozchmurzał oblicze)
Spoglądał w niebo gdzie pienił się
Świergot jaskółek i Panu Bogu w skrytości wyznawał:
Moja Tereska wprawdzie nie tak święta
Jak ta od Dzieciątka ale na zasiew ziarno wybrać umie
Ma naturę pstrej łąki co mleczem rozkwita
Lub ukłuje ostem ale i tęczę w oczach potrafi zapalić
Zadowolony wracał na podwórko gdzie żagle
Poszew i obrusów letnim wiatrem wzdęte
Wieściły że już po burzy i rejs przez codzienność
Można kontynuować bezpiecznie
Byle z każdej po drodze przystani
Widać było choć skrawek
Znajomej pstrej łąki
WIĘCEJ ŚWIATŁA
Na parterowy domek przy Zielonej
Z pogardą spoglądają wille
Które wyrosły niedawno na miejscu zburzonych baraków
I pławią się w wymuskanych ogrodach
Z wodnymi oczkami i strzyżoną trawą
Spękane mury
Z pokorą przełykają sąsiedzką wyniosłość
Która głębiej niż pleśń wgryza się w cegły i tynki
Jakby unieważnić chciała wszystko
Co w nich tętniło przez dziesięciolecia:
Tego kawalerzystę w czapce z białą kitką
Z szablą u boku i ostrogami przy wypucowanych butach
Którego portret w gościnnym pokoju
Tak skrajnie niepodobny do człowieka
Zwróconego po latach przez Sybir
I tych co na garncarskim kole
Odkopanym w schowku
Na gruźlicę pamięci zapadłej piwnicy wyryli słowa:
"Tu - z Bożej Łaski - nadal żywi trwają
Ludzką karmieni dobrocią -
Levin, Sara, Boruch i Rachela S."
I grypsy Teofila z Wronek
Skazanego "za zdradę" w czterdziestym dziewiątym
Oraz jego późniejsze listy od Cystersów
Ukrywane przez matkę na strychu za krokwią
Teraz wśród wiekowych sprzętów
krążą codzienne modlitwy
Za dawnych mieszkańców i nowych sąsiadów
Światła w nich więcej niż we wszystkich oknach
Za kutymi bramami więzionych "pałaców"
WIANO
Krajobraz wyblakł jak listy prababki
których jakimś cudem
nie strawiły ogniska potomnych
i choć skażone zapachem stęchlizny
zdumiewają staranną rzeźbą liter
i wykwintnym stylem
Skąd u wiejskiej akuszerki
taka wrażliwość i polot? Nie pasują
do rąk nurzających się w ziemi i krwi
Ziemia nie zdradzi niczego
Rodzi niezależnie od tego kto posiał
i kto zbierze plony. A wszystko co urodzi
strawi w swoich trzewiach
jak kości mężczyzny którego prababka
w listach nazywała Najdroższym Teosiem.
I jak te butwiejące pod nogami liście
albo ledwie co posiane w polu
ziarna zbóż ozimych
I krew tajemnic nie odsłoni
choć we wianie od niej
mam zarys podbródka i kolor tęczówek
Pozostaje więc tylko wyobraźnia:
w wyblakłym krajobrazie wąska nitka drogi
której z nadzieją czepiają się oczy
Ale na drodze tylko kurz i obce kroki
(po bitwie pod Kaniowem Teodor przepadł gdzieś bez wieści)
Prababka listy związała niczym pępowinę
by nie dać się wykrwawić zapisanym słowom
Teraz uwolnione
rysują w stosie skruszonych cegieł
gwarne dziecięce pokoje i martwą sypialnię
W wyblakły krajobraz za dawnym jej domem
rzucają wiązkę światła.
W moje zagubienie wślizguje się ocalona na kartkach
wąska nitka drogi
WYRÓŻNIENIE
Sylwia Chruścińska
* * *
zawsze jest wiosna
gdy okorowuję
z miękkości skóry
gałązki
Twych palców
odsączając
z nich czułość
aż do ich
kościanych łodyżek.
Mojemu ulubionemu Bykowi
14-16.I.2005
* * *
Sylwii Plath
poezji nie daje się
przytłumić
mężem
dziećmi
ogrodem
wyłazi
jeży się
uwiera natłokiem myśli
suchością gardła
skurczem palców
bezwzględnie odsysa
pozostałe resztki
spokoju duszy
kobiecość rozdzierana
szydłem wyobraźni
i dłutem codzienności
akwarium umysłu
pęka
po umieszczeniu głowy
w kuchence gazowej.
* * *
(powrót Szamana)
jesteś
i sfrunął ze mnie ptak smutku
z ciężko namokłymi skrzydłami
siedzący na mnie okrakiem
teraz mi niepotrzebny rytuał modlitw o czułość
bo jestem tak naprawdę
Że aż przezroczysta
w folii skóry
cała dla ciebie
* * *
dziewczynki
nie płaczą
gardło jak warkocz
ściągnięte wstążką strachu
i zupełnie niechcący
wysuwają macki
uszu na stukot
kobiecych butów
raz dwa raz dwa raz
pośpieszny maminy feniks
rozpościera skrzydła
przed lądowaniem.
* * *
dłonie za tobą mi zgłodniały
palce posągowieją w napięciu
rozdzierane krzykiem od początku do końca.
Serce za tobą mi zglodniało - zagubiłam
i nie wiem
w którą wejść frazę oddechu
w rytmie uspokajającym jak kamerton.
WYRÓŻNIENIE
Zdzisław Antolski
JAK W BURSZTYNIE
Ojciec między ulami
sad w słońcu
zatopiony
jak w bursztynie
Czas na obiad
Mama przy kuchni
nad rosołem
z kury
Mnie nie ma
na fotografii
Ja jeszcze żyję
nie tylko w pamięci
W eterze
Mama chciała odejść
w krainę rodziny Matysiaków
albo do wsi Jeziorany
Uleciała na skrzydłach
Przyjaciółki
w eter
Czasami przekręcam gałkę
starego radia sonata
Patrzę prosto w mrugające
Oko Opatrzności
Stukam
w drewnianą obudowę:
- Mamo, jesteś tam?
Wierzę, że mama
jest szczęśliwa
Na falach eteru pływa
lekka jak piórko
ŻYCIE W ALBUMIE
W albumie z fotografiami
rodzice żyją w najlepsze
i ja bawię się pod ich okiem
plastykowymi żołnierzami
W albumie żywot nasz
wieczny
W te i we wte
zabawy z czasem
niebezpieczne
igranie z wyobraźnią
Bo można się zapomnieć
i już nie powrócić
NIE DAJĄ MEDALÓW
Wujek brał udział
w wojnie w 1920 roku
ale wstydzi się o tym opowiadać
Prosto z pola
poszedł pod Warszawę
bronić stolicy
przed bolszewikami
I przez cały czas
obierał ziemniaki
w kuchni polowej
Inni szarżowali
"Bolszewika goń, goń"
śpiewali
A on z nożem
szarżował na kartofle
(Cała wieś się śmiała
kiedy wrócił)
A przecież ktoś
musiał to robić -
mówi wujek
Chociaż medalów za to
nie dają
Szkoda
SZKATUŁKA
Nasz kościół jest
jak złota szkatułka
wyściełana aksamitem
Proboszcz otwiera wieko
ozdobnym kluczykiem
chucha i troskliwie
czyści wnętrze szmatką
Potem znów zamyka szkatułkę
na złotą kłódkę
i delikatnie stawia
na szklanej półce
w serwantce
W niedzielę
z bólem serca patrzy
jak wchodzimy
w ubłoconych butach
Niewyspani
niedomyci
a niektórzy nawet
trochę podpici
Ksiądz krzywi się i gniewa
Matka Boska grozi nam palcem
ale drugą ręką przygarnia nas
do swojego serca
I Powrót na górę I
VII MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
LAUREACI W KATEGORII PROZY
I MIEJSCE
Małgorzata Matera
SAN GUSMÉ
Jest pewna, że w San Gusmé bose stopy dzieci ułatwiają zaśnięcie. Tylko śmiech i bose stopy wypełniają ulice zgodnie z Czasem. Sam Czas zatrzymał się i podziwia:
Ona zdjęła buty i, chociaż właściwie nie ma jej, pozwala pieścić się nagrzanym kamieniom. Rzadko zdarza się, aby ciężkie powietrze zdołało sprawić jej przyjemność. Najchętniej cała dotknęłaby uliczki, dotknęła gorących kamieni brzuchem, piersiami, przykleiłaby się do kuszącej nierówności. Ale nie ma odwagi. Dlatego daje najpierw śnić stopom, a potem dłoniom. Każdy kamień wąskiej uliczki opowiada inną historię, a każda historia prowadzi do swojego okna.
Chociaż pora sjesty, a słońce lekceważy każdy człowieczy żal, bar przy wejściu do miasta jest otwarty. Opalony mężczyzna (prawdopodobnie właściciel) obserwuje ją od dziesięciu minut. Jego nie dziwią strzeliste cyprysy, drzewka oliwne z powykręcanymi gałązkami, drżące od gorącego powietrza winnice, do których popycha potrzeba piękna i stałości. Nie zastanawia się nad zamkniętymi, drewnianymi okiennicami, nad brakiem anten, nieobecnością natarczywych szyldów, nad snem mieszkańców San Gusmé. Nie myśli o tym, że w miasteczku nie ma samochodów, że nieliczne, maleńkie podwórka ucina strome zbocze i chroni przepaść i że są one najpiękniejsze na świecie. Wszystko wydaje mu się stałe i uzasadnione. Mieszka tu od zawsze i wie, że każdy kamień przypisany jest swojemu miejscu, a każde drzwi mają własny sens i potwierdzenie.
Dziwi go tylko dziewczyna siedząca w porze sjesty na placu. Pod jej wzrokiem czuje się przeźroczysty, a to się rzadko zdarza. Nie jest przyzwyczajony, że przemawia przez niego Toskania.
Dziewczyna zbiera się na odwagę: przytula policzek do kamienia. Ma krótką, letnią sukienkę, kładzie się na boku i odsłania uda. Mężczyzna nie wytrzymuje, podchodzi do niej, nachyla się i pyta, czy nic jej nie jest. Ona zaczyna się śmiać. Tym razem jest to szczery i czuły śmiech, bo śmieje się krętymi uliczkami, serpentynami, których dawniej się bała, śmieje się alejkami wysadzanymi cyprysami, śmieje się świeżą oliwą i winem od Czarnego Kogucika. Ale wie, że musi się podnieść, musi wstać, bo inaczej obarczy mężczyznę sytuacją nie do zniesienia. Nie może przygnieść go zaskoczeniem, nie może pogrozić bezradnością. Wie, że bezradność to skaza dla mężczyzny, udręka, co sączyła już żółć na legendarny honor niejednego
Przyjmuje dłoń. Zakłada sandały powoli, powolutku, aby nie przeczyć magii, zawiązuje rzemyki, potem gładzi gościnne kamienie, uśmiecha się, wiąże chustkę i wstaje. Opalony Włoch zaprasza ją do baru - chce poczęstować typowym L'antipasto, czyli przeróżnymi wędlinami poukładanymi razem z pomidorami na wielkim półmisku. Ona zgadza się, czuje, że jest głodna i spragniona. Wie, że nie będzie musiała płacić, że ten toskański bóg chce ją ugościć.
Siada przy długiej, drewnianej ławie i przygląda się ścianom. Wszędzie zdjęcia motocyklistów i ogromnych, błyszczących maszyn. Okazuje się, że to miejsce stałych spotkań mężczyzn, z którymi nieraz marzyła uciec. On w tym czasie kroi wędliny i układa je obok pomidorów. Delikatnie składa wielkie plastry prosciutto crudo, surowej szynki - jej ulubionej. Oprócz tego podaje dużo świeżego, solonego chleba i dzban białego wina. Siada naprzeciwko i przygląda się jedzącej dziewczynie. Pyta, czy jest aniołem. Ona śmieje się i mówi, że nie, już nie, bo skrzydła amputowali jej razem z dwoma żebrami, akurat tymi, na których były przymocowane trzepoczące, boskie zawiasy. I przykro jej z tego powodu, bo mogłaby odlecieć ze wzgórza pod San Gusmé i jednym wdechem przygarnąć całą Toskanię. On mówi, że jeszcze z nikim tak nie rozmawiał, ona, że to pewnie wina jej strasznej angielszczyzny
I znowu się śmieje. On decyduje się na wyznanie:
Kilka lat temu był Czarnym Aniołem. Jeździł na swoim wypieszczonym i srebrzystym rumaku od San Gusmé do Pianelli, od Sieny do Castellina n Chianti, gdzie upijał się najlepszym winem i ciepłymi wieczorami. Galopował nad Toskanią bez tchu, bez dnia i bez pieniędzy. I pewnie nie zatrzymałby się nigdy gdyby nie to, że wypieszczony rumak potknął się raz na drodze do Castello di Brolio. To było potknięcie, co wyrzuciło życie za drzwi przyzwyczajenia
Rumak okazał się egoistą i złodziejem, bo odszedł do wczoraj razem z lewą dłonią opalonego Włocha. Rzeczywiście, spojrzała na blady wyraz jego posklejanych palców. Zapragnęła dotknąć policzka jeźdźca. Nie zdążyła, on sam pocieszył się jej dłonią, sam zabrał trochę ciepła. Rumak nawet nie parsknął ze zdjęć, nawet nie podniósł głowy, nie przeczesał grzywy, nie zamruczał. Po prostu, przeminął.
Za pieniądze z ubezpieczenia młody bóg otworzył bar - jedyny w San Gusmé. I dzięki niemu przypisał się miastu i chyba przypisał się jej.
Oczy pięknego Włocha są ciepłe jak zielone wzgórza Toskanii. Można zapomnieć się w nich, można zatopić słowa. Przyznała się, że zamiast serca ma małego ptaka, który trzepocze się i trzepocze. Tutaj ma ochotę wziąć go w obie dłonie, potrzymać chwilę i wypuścić daleko w przepaść. Wymyśliła sobie, że nie ma lepszego raju dla ptaków, że tylko Toskania potrafi podzielić się lekkością powietrza
San Gusmé podpiera się kolejnym marzeniem. Serce miasteczka bije mocno i zdecydowanie. Każda nadzieja, każde drżenie głosu i każde wilgotne oko pozostaje w sercu San Gusmé.
Dziewczyna wstaje, dziękuje i odchodzi. Na dole czeka samochód.
OŚWIADCZYNY
Co można o nim powiedzieć? Narodził się przedwczoraj, kiedy to o godzinie 18.45 polubił swoją lewą nogę. Ma zadbane włosy, czyste ubranie i drgającą twarz. Prawe oko lekko przymknięte, za to prawa ręka wygląda i działa bez zarzutu. Codziennie wieczorem wychodzi na spacer i brnie znajomymi ulicami. Ogląda kobiety. Od poniedziałku do piątku odwiedza biblioteki. Dotarcie do różnych filii w S. nie sprawia mu problemu, przysługują mu bezpłatne przejazdy komunikacją miejską. Chętnie korzysta z przywilejów. Od wielu lat gromadzi oszczędności. Nie ma dużych wymagań, je mało i skromnie. Nie ogląda telewizji, a prasę przegląda w czytelniach. Nie ma zwierząt, nie musi nikogo karmić. Chociaż mówi wyraźnie, nie korzysta z telefonu.
Co można o niej powiedzieć? Spotkał ją przedwczoraj i od razu zrozumiał, na co zbierał tak długo pieniądze. Chwilę ją oglądał, a potem dobrnął odważnie. Ona spojrzała i powiedziała: "nie stać cię". On zapytał: "jak masz na imię?". Ona na to (z lekkim uśmiechem): "Saba" (kolejny uśmiech), "lubię to imię, ale nie stać cię na to". On pomyślał: "Saba, Saba
" i powiedział "stać mnie!" Ona rzuciła okiem na lewą nogę, lekko trąciła ją noskiem buta i zapytała: "możesz?". On (już zakochany) odparł: "mogę!". Ona podała cenę, on pogłaskał swoje lewe udo i pewny już swego bogactwa odwrócił się i brnął w stronę domu. Lewa, lewa, nadal uparcie lewa, ale jakby lżejsza, jakby jego, lewa, lewa, przed krawężnikiem, na krawężniku, za krawężnikiem, lewa, lewa, jakby zgrabniejsza, jakby mniej oporna, jakby zrozumiała, że jest częścią przemyślanej jakoś całości.
On twierdzi, że ona ma twarz prosto z kina, taką ("lepszą?") jak Liv Ullmann, może z Persony, a może z Fausta ("bo zaciska usta jak Małgorzata"). A włosy ma jak Pani Stuart Merrill Jeana D., i oczy
Pewien jest, że to "istota nieziemska" i "że takie rzeczy artyści czują", a on artystą jest i jako artysta ma tę świadomość, że przeczuciom trzeba wierzyć.
Kiedyś przeczytał, kim jest artysta i przeczuł, że czytał o sobie. Do dnia, w którym ją spotkał, trwał w przekonaniu, że motywuje go sztuka, że jego dzieła to schody do wieży sacrum, że jest już blisko i chociaż lewa ciągnie w dół, to on, uświadomiony kulturowo, intertekstualnie i duchowo dobrnie do drzwi i dosięgnie łaski. Do tego dnia pokonywał krąg za kręgiem i żył dumny, że jest sam sobie przewodnikiem.
Pisał wiersze, często robił zdjęcia rentgenowskie, które pokrywał potem farbę olejną i tworzył secesyjne wzorki: kręg obrotowy i zielony zawijas, trzy kręgi piersiowe szkieletem różowego pąku, staw kulistopanewkowy i fragment niebiesko-białej, bujnie zdobionej zastawy. Kolekcjonował kartki z kalendarza, bo potrzebował niemych świadków drgających dni, które tak szybko, tak sprytnie umykały i zostawiały lewą daleko, daleko z tyłu. Wiedział jak wywabić każdą plamę, jak sprostać wilgoci na ścianach, jak założyć tapety, wypolerować stare srebro, uchronić szafy przed molami, zabezpieczyć przedmioty przed rdzą, odpowietrzyć kaloryfery.
Przedwczoraj zjawił się o umówionej godzinie we wskazanym miejscu. Ona przeczuwała, że on jeszcze nigdy. On wiedział, że ona wie.
Teraz brnie znajomymi ulicami. Idzie, motywowany przez miłość. Po raz pierwszy rano, bo wie, że jej tam nie ma. Myśli o szparze między drzwiami a progiem, zastanawia się czy aby nie za wąska i czy zdoła wsunąć kopertę z listem i z dowodem miłości. Dowód miłości nie jest duży, przeczucie artysty szepcze, że piękny. Kupił go wczoraj w galerii, o której czytał w Panoramie Firm. Wierzy, że nie ma takiego drugiego na świecie.
Lewa, lewa, jakby lżejsza, lewa, lewa, potrzebna lewa, bez niej nie mógłby brnąć, bez niej nie spotkałby jej, nie dotarłby z kopertą, lewa, lewa, kochana lewa.
Stara się nie ściskać koperty, tak trudno się opanować, bo takie szczęście, takie szczęście samo prowokuje skurcze. Ale nie można zniszczyć, musi być ładna, pachnąca, przeznaczona przecież dla niej, najpiękniejszej, najsłodszej, złotej kobiety. W niej tylko miłość, sam sens, sama treść. Esencja:
Droga Moja, Kochana, Piękna, Sabo!
Ja wiem, że imię Twoje jest Twoim państwem i moim państwem, moją stolicą, moją nadzieją, arkadią, Edenem - od dwóch dni Wszystkim. I wiem, że urok Twój to urok konieczny i wiem, że mogę nad nim zapanować, chłonąc go w sobie. Ty, Sabo, trwasz od wieków, Ty jesteś ciągła i bez końca. W dniu, w którym Cię spotkałem, uświadomiłem sobie, że składam Cię od lat i w końcu poskładałem Ciebie w sercu. Odkryłem w Tobie zapach korzenny prosto z obrazu, drogie kamienie i słodkie dźwięki. Rozsiałaś siebie na słupach kamiennych i ścianach świątyń, fragmentami przyschłaś do trwałości dla mnie. Dla mnie! Nie zaprzeczaj Sabo i nie mów, że nie rozumiesz. To dla mnie malowano Twoje kocie, mroczne oczy, dla mnie rozpalano czerwień Twoich włosów, aby rozgrzała chłód czekania. Przeczuwałem Cię od dawna, Sabo. Nie wierzę w przypadki. Wierzę w plan i wierzę w kosmiczny szkielet, który m y, już niedługo, lada moment ubierzemy w czas i miejsce. Dałaś mi znak, Sabo, zmrużeniem oczu, grymasem ust, gładkością skóry. Zawsze tworzyłem dla Ciebie, a Ciebie stworzono dla mnie. Wiedz o tym, że mamy od teraz wspólną linię czasu. Jutro przyjdę po Ciebie jako mąż, a Ty, wyjdziesz ze mną jako żona.
Zbliża się do drzwi. Lewa, lewa, jak powoli, jak monotonnie, lewa, lewa, brnie dzielnie. Ostatnie pociągnięcie. Jest. Musi uklęknąć. Cierpliwe minuty pomagają. Powoli, jedna, druga, trzecia, jest! Klęczy, dobry moment na błogosławieństwo. Powoli, wsuwa kopertę przez szparę. Delikatnie, aby nie uszkodzić, przepycha na drugą stronę. Stało się. Teraz należy odejść.
Lewa, lewa, jak motyl, z kwiatka na kwiatek, z listka na listek, do góry do domu, lewa, lewa. "Prowadź, lewa, prowadź, przewodniku mój, wierny kompanie". Trzeba przygotować dom na przyjęcie Panny Młodej. "Damy radę przenieść przez próg, damy radę przenieść przez próg". Lewa, lewa, jakby jaśniej i pewniej, zdecydowanie, prosto do wieży, schód za schodem, śmiało do drzwi, otwartych drzwi. Lewa.
II MIEJSCE
Elżbieta Kotras
CHODNIKOWY WIERSZ
Wiersze pisałem od wielu lat. Tak natarczywie pchały mi się do głowy najprzeróżniejsze myśli, skojarzenia, przemyślenia, że musiałem przelewać je na papier. Ten przynajmniej był zawsze cierpliwy i przyjmował wszystko, co na nim kreśliłem. Nie obrażał się za moje słowa czy oskarżenia - bo i takie tematy gościły w moich myślach. Ludzie - nie zawsze... Z czasem przekonałem się, że niektóre przemyślenia naprawdę warto pozostawiać tylko sobie. Nikogo nie urażałem, nikogo nie raniłem...
Była to też pewnego rodzaju autopsychoanaliza. Nie należałem do szczęśliwego grona choleryków, którzy swoje emocje - te pozytywne, ale i te negatywne - potrafili odzwierciedlać w czynach, tupiąc, w cudzysłowie oczywiście, nogami czy rzucając talerzami. Pisząc - pozbywałem się swoich "fobii". Uczuciowych zawirowań. Niepotrzebnych emocji. Zadraśnięć honoru. A może zadraśnięć uczuć?... A może tych wszystkich niepotrzebnych mi w życiu elementów, które nadwerężały moją psychikę. Jakkolwiek by to nie wyglądało - pisanie pomagało mi wiele przetrwać. I to przetrwać w łagodniejszy sposób.
Czy było dla mnie ważne? Osobiście - tak. Ale nie myślałem o nim w kategoriach pokazania tych słów komukolwiek, pochwalenia się nimi czy wydania ich drukiem. Chowałem kolejne wiersze do szuflady biurka. W ten sposób były tylko moje. Niezaprzeczalnie i całkowicie. Niepodzielnie.
Starałem się pisać bez świadków. Obecność ludzi dziwnie mi przeszkadzała... Jakby ich myśli zakłócały w pewien sposób - wręcz namacalnie - tok moich przemyśleń. W grupie znacznie trudniej było mi pozbierać skojarzenia i ułożyć je w dogodną i tylko mi właściwą formę oraz kształt... Czasami nieomal czułem, jak lubieżne macki obcych myśli wysuwają się w kierunku mojej głowy, gdzie rodził się kolejny pomysł. Miałem z tym wiele zabawy, próbując wyobrazić sobie fizyczny i - jak go nazywałem - lubieżny kształt owych myśli. Nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy, a jednak wiedziałem, i czułem, że są to właśnie takie formy. Ku mojemu zdziwieniu - przyjmowałem to często z wyrazem niesamowitej i głośno wyrażanej przeze mnie radości. Bywało, że stawało się to po prostu kolejnym tematem kolejnego wiersza. Czasami miewałem wrażenia, że tok czyjejś myśli zahacza o tory, którymi podążały moje, i zmienia je, nie pozwalając, by biegły tam, dokąd chciałem ja i gdzie ja nakazywałem. Przeszkadzało mi to, nie potrafiłem się skupić, choć kołysałem w pamięci sens tego, co miałem zamiar zawrzeć w kolejnym wierszu. Nie mogłem tylko odnaleźć odpowiednich słów. A może właśnie na tym polegał problem? Że w obecności innych ludzi uciekały mi słowa? Nigdy tego nie roztrząsałem. Nie były mi potrzebne rozważania tego typu. Wystarczyło, że wiedziałem, iż mam unikać licznego towarzystwa, kiedy chciałem - czy wręcz musiałem - pisać.
Przymus pisania pojawiał się w najbardziej nieodpowiednich i nieoczekiwanych momentach i miejscach. Z czasem nabrałem doświadczenia, by zawsze mieć przy sobie przynajmniej skrawek papieru i koniecznie coś, czym można by skreślić kilka słów. Musiałem je koniecznie zapisać! Miały tę właściwość, że kiedy już nadeszła okazja i miałem sposobność ich zapisania - nie pamiętałem często, co chciałem napisać. Niektóre z nich bywały bardzo ulotne! Z czasem wyrobiłem w sobie nawyk wielokrotnego powtarzania w myślach najistotniejszych słów, kiedy naprawdę nie miałem przy sobie nic do ich zapisania, albo kiedy nie wypadało tego z różnych względów czynić.
Ludzkie losy chadzają najprzeróżniejszymi drogami. Nie zawsze wiodą nas tam, gdzie chcemy. I chociaż tak bardzo wystrzegałem się tego, by o moim pisaniu nikt się nie dowiedział - pewnego dnia świat zobaczył tę moją plątaninę uczuciowo - naprawiającą, podziwia- jąco-zaradczą, wybaczająco-zdziwieniową... Czułem, że tego dnia straciłem coś bardzo istotnego. Coś ważnego... Trochę bolało... Choć gdybym miał określić, gdzie dokładnie umiejscowił się ból - nie umiałbym wskazać tego precyzyjnie. Nie wiedziałem, gdzie boli. Wiedziałem tylko, że boli...
Następowały kolejne etapy. Podobno normalne i naturalne w przypadkach, kiedy utwory zobaczą światło dzienne. Dotychczas spoczywały bezpiecznie w półmroku szuflady. Tam byłem w stanie je obronić. Przed własną ironią i stekiem niewybrednych krytycznych spojrzeń. Zawsze mi to wybaczały... Wiedziały, że to właśnie ja poprawię ich niedoskonałości. I że będę patrzył i mierzył ich piękno jedną - swoją - miarą.
Teraz już nie potrafiłem im pomóc! Miałem tylko nadzieję, że zdołają odeprzeć ataki tym ciepłem i, żeby nie zabrzmiało to zbyt zarozumiale: mądrością, którymi je obdarzyłem. Że mają dość wewnętrznego uroku i że to pozwoli im przetrwać. A przynajmniej nie zatonąć od razu... Czy taka śmierć bywa bolesna...? Nie wiedziałem... Ale nie chciałem, by cierpiały!
Krytyki napłynęły zewsząd. Jedne odmienne od drugich. Zastanawiałem się, czy moje wiersze czują to, co ja...? Czy tak jak ja nie wiedzą do końca, czy są piękne, z głębokim sensem, czy tylko płytkie i nic nie znaczące, ślizgające się po powierzchni problemu. Zdarzyło się jednak coś, co utwierdziło nas w przekonaniu, jacy naprawdę jesteśmy. I ile jesteśmy warci...
Poszedłem na zakupy. Od czasu do czasu wychodziłem z domu w tak prozaicznej potrzebie. Wszak i poeta musi jeść, ubrać się, zadbać o higienę. No a przede wszystkim musi uzupełniać zapasy piór, atramentów i bibuł... Idąc trotuarem przyglądałem się sklepowym wystawom. Bez żadnych emocji, bo nic w nich nie napawało mnie zachwytem aż do tego stopnia, by okazać większe zainteresowanie. Wzrok ślizgał się po nich, kiedy przechodziłem obok. Mijałem je beznamiętnie. Nagle usłyszałem:
- Pan R., prawda? Pan pisze wiersze?
Byłem tak zaskoczony, że dosłownie wmurowało mnie w chodnik. Spojrzałem zdziwiony na osobę, która w tak niekonwencjonalny sposób się do mnie zwróciła. Zdziwienie spotężniało, kiedy okazało się (na co w pierwszym momencie nie zwróciłem uwagi), że jego przyczyną jest... kobieta! Pomyślałem: "Czy to nowy sposób na poderwanie faceta?". Ale zaraz zganiłem się za tę myśl. Dziewczyna wcale nie wyglądała na kogoś, kto usilnie stara się nawiązać znajomość. Miała około trzydziestu lat. Może trochę mniej, może - więcej... Nigdy nie umiałem w przybliżeniu określić granicy wieku. Kosmetyki wyprawiały teraz cuda! Zwłaszcza z kobiecą urodą. Dla mnie i tak była to rzecz względna. Uroda oczywiście, a nie wiek. Każdemu człowiekowi podoba się przecież coś innego. W tym względzie nie można niczego uogólniać. Tu nie ma schematów czy ustalonych kryteriów. A przynajmniej - według mnie - być nie powinno. Dlatego do rozpuku śmiałem się z konkursów piękności, gdzie dziewczynom narzucano ilość centymetrów w talii, biodrach czy jeszcze gdzieś tam. A one katowały się dietami czy nie wiem czym, by za wszelką cenę zmieścić się w szablonie.
Młoda kobieta, która teraz stała przede mną - była dla mnie urocza. Tak pomyślałem o niej, kiedy ją zobaczyłem. Dopiero potem dostrzegłem, że jej urok tkwił w smutku czającym się w orzechowych oczach. Chciałem od razu coś zrobić, by go stamtąd przegnać. I zganiłem siebie w duchu za to, że w ogóle o tym pomyślałem.
- Tak, to ja. Rzeczywiście - piszę wiersze... A o co chodzi?
Mimo, że to ona zaczepiła mnie, to ja czułem się zażenowany. Jakby mężczyźnie nie wypadało pisać wierszy... Miałem tylko nadzieję, że w ślad za zażenowaniem nie pojawił się na mojej twarzy rumieniec.
- Czy mógłby mi pan poświęcić chwilę czasu? Pewno jest pan bardzo zajęty... Ale ja muszę z panem porozmawiać! To jej "muszę" zabrzmiało tak, jakby od tego zależały dalsze losy mojej rozmówczyni. A może tylko tak odebrała to moja wybujała przez lata pisania i wysublimowana wrażliwość? Nie dbałem o to. Chciałem porozmawiać z tą dziewczyną, której czerwona i lekka niczym mgła sukienka tańczyła na wietrze wokół jej ud, jak nieco szalona i zapamiętała w muzyce baletnica. Nie musiałem zbyt intensywnie wciągać w płuca powietrza, by poczuć woń jej perfum. Nie wiem, czy kobiety używają specjalnych nut zapachowych, by urzec czy zauroczyć mężczyzn. Jej perfumy zrobiły jedno i drugie ze mną niemal natychmiast, kiedy tylko odebrały je odpowiednie komórki mózgowe. Chemia? Wolałem chyba myśleć o tym inaczej.
Zgodziłem się na rozmowę. Zaprosiłem ją do najbliższego kawiarnianego ogródka, które podczas letniego sezonu rozpierały się na ulicach. Nie zapewniało to może nam intymności, ale podświadomie czułem, że nie tego oczekiwała. Nie byłem draniem, i nie chciałem przy tym ognisku upiec własnej pieczeni... Zamówiła wodę mineralną. Cytrynową. Z lodem. Poprosiłem o to samo. Zagaiłem rozmowę:
- A skąd pani wie, że piszę wiersze?
- Wydał pan przecież niedawno tomik własnej poezji... Miałam okazję go przeczytać...
"No tak..." - pomyślałem gorzko - "...zaraz pewnie wyjmie jeden egzemplarz i karze mi wpisać dedykację... Albo będzie mi przedstawiała swoje widzenie świata...". Nie miałem na to w tej chwili absolutnie żadnej ochoty. Myśli krążyły leniwie i nie chciałem ich zaprzęgać w intelektualną orkę, która nie wiedziałem, dokąd by zaprowadziła... "Albo - co nie daj Boże - pokaże mi własne prace i karze mi się wypowiadać na ich temat...". Nie znosiłem tego typu sytuacji! To, że piszę, nie dawało mi przecież mocy oceniania twórczości innych! Mogłem tylko powiedzieć, jak każdy, czy mi się to podoba, czy nie. Nie chciałem uzurpować sobie prawa oceny. W końcu to tylko człowiek ocenia człowieka. A sztuka - to delikatna dziedzina... Osobiste przeżywanie... Jednostkowe widzenie świata i jednostkowe wyrażanie go... Dla mnie było nie fair udowadnianie komukolwiek, że jego wyrażanie i widzenie świata jest gorsze - bo nie mieści się w pewnych kanonach. Czy zresztą powinny w tej mierze istnieć jakiekolwiek kanony? A jeżeli tak - to dlaczego narzuca się je tylko niektórym? Mógłbym długo na ten temat rozprawiać, ale na to też nie miałem ochoty. Miałem tylko cichą nadzieję, że nie dojdzie do takiej dysputy. "Niemożliwe, żebym aż tak się pomylił..." - pomyślałem o dziewczynie. Nie pomyliłem się...
- Chciałam panu bardzo podziękować...
- Podziękować? Mnie? Ale za co?
- Tomik pańskiej poezji wpadł mi w ręce zupełnie przypadkiem. Byłam u koleżanki. Ją pasjonują takie rzeczy. Szuka namiętnie informacji o wieczorach autorskich. I jeśli tylko może - nie przepuści okazji, by na nich być...
- Pani koleżanka chyba lubi wiersze? A może poetów? - zażartowałem.
- Może.... Nie jestem pewna... Aż tak dobrze się nie znamy... Ale to właśnie u niej zobaczyłam pana wiersze. Muszę się panu przyznać, że nie znam się na poezji... Tak przynajmniej myślałam... Przepraszam... Tak z pewnością jest. Zerknęłam w pana tomik i... - dziewczyna zrobiła wymowna pauzę.
- I? - ponagliłem ją.
- I znalazłam tam pewien wiersz... Czytałam go wciąż od nowa... Znów i znów... Tyle razy, że znam go już na pamięć...
- Chyba się pani podobał? - zapytałem niepewnie.
- Podobał? Proszę pana! Pan mi tym wierszem otworzył oczy! Dzięki niemu tak wiele zrozumiałam! Pomógł mi pan podjąć ważną życiową decyzję! Trudną decyzję! Najtrudniejszą w moim dotychczasowym życiu... Ale wiem, że postąpiłam słusznie... Choć to tak bardzo boli... Nawet pan nie wie, jak...
I dziewczyna zaczęła opowiadać mi swoją historię. Słuchając jej, od razu wiedziałem, który z moich wierszy pomógł jej w tak bolesny sposób rozwiązać życiowy dylemat. Zrobiło mi się jej żal... Taka młoda piękna kobieta, a uwikłała się w tak skomplikowane układy... Po cóż jej to było? Nie zamierzałem jednak się wymądrzać i ganić jej za wybory, których dokonała. Ani chwalić za tak mądre zakończenie. Czy stawiać na piedestale za to, czego teraz doświadczała... Rozumiałem to... Przecież mój wiersz nie wziął się znikąd...
Co miałem powiedzieć? Że cieszę się, że jej pomogłem? Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że cieszę się, że cierpi... A tak przecież nie było...
W milczeniu dopijaliśmy swoje wody mineralne. Żałowałem, że zamówiłem cytrynową. Teraz wydawała mi się jeszcze bardziej kwaśna i bez posmaku limonki, który uwielbiałem. Zastanawiałem się nad tym, co usłyszałem. Analizowałem każde słowo. Kiedy zobaczyłem dno wysokiej szklanki, w której nie było już ani kropli cytrynowej mineralnej, spojrzałem na dziewczynę. Ona chyba też w tym samym momencie podniosła na mnie wzrok. Nasze oczy się spotkały... Odniosłem wrażenie, że zobaczyłem w nich coś na kształt ulgi... A może tylko mi się wydawało?... Dziewczyna dopiła swój napój. Podniosła się i wyciągnęła dłoń na pożegnanie. Zanim cokolwiek powiedziała - uprzedziłem ją:
- Ja też pani dziękuję - szepnąłem, czując suchość w ustach. Nic nie odpowiedziała. Wydawało mi się, że doskonale mnie zrozumiała... Skinęła lekko głową i odeszła...
Zostałem jeszcze w kawiarnianym ogródku. Nie obejrzałem się za odchodzącą, choć miałem na to ogromną ochotę. Usiadłem ponownie przy stoliku i zamówiłem kolejną cytrynową mineralną. Czyżbym chciał się katować? Nie było w tym cech samoudręki. Wiedziałem, że odtąd ten napój będę kojarzył z konkretną sytuacją. Kiedy urzeczywistniają się marzenia z kategorii tych nigdy nie do spełnienia...
III miejsce
Ryszard Lenc
PUDEŁKO PO CYGARACH
- A cóż to? Pisklę? Zachciało się nieborakowi wędrówek, zanim mama nauczyła latać? Czekaj, a żyjesz ty jeszcze? Wygląda, że tak - dozorca wielkim grubym palcem trącił ptaka.
- No, nie bój się, nie bój, wezmę cię do siebie i pomyślimy, jak ci pomóc. No cicho, cicho, przecież ci krzywdy nie zrobię - ostrożnie trzymając rudego ptaszka w przymkniętej dłoni pokuśtykał w stronę "dziupli" (nazywał tak składzik, w którym trzymał kosze na liście, skrzynkę na piasek, łopaty, grabie, wiadra i różne, nikomu niepotrzebne rupiecie). Patrzył na malca z niepokojem i od czasu do czasu chuchał na niego łagodnie.
"...Upuścisz mnie albo zgnieciesz. O, Ptaku, ależ mnie złapał, całkiem mi uszkodzi to bolące skrzydełko. Au! Ostrożnie, głuchy jesteś? I przestań tak na mnie dmuchać, uduszę się przecież. Fe, jak ty brzydko pachniesz.
Ludzie, zwyczajni ludzie, myślą, że my, ptaki, nie rozumiemy ich mowy. Może i jest w tym sporo racji? Może niektóre z nas rzeczywiście utraciły już tę zdolność, podobnie jak część ludzkiego plemienia dawno temu przestała rozumieć nasze trele, nasze szczebiotanie, świergot i świegot, gwizd, śpiew, terkotanie, ćwierkanie i cirykane, poświstywanie, kląskanie, jęczenie i buczenie, krakanie, gdakanie i gęganie, pianie, bulgotanie, plegotanie, lamentowanie, skrzeczenie, kląskanie, klekotanie i te wszystkie inne odgłosy, które mój ptasi ród sobie upodobał, a które są przecież czymś więcej niż tylko uroczymi dźwiękami i melodyjkami. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że tak jak przeciętny człowiek - ten mój nowy opiekun na przykład - nie rozumie tego, co usiłuję mu wykwilić (nie Tejrezjasz on przecie), tak jak zwyczajna, przeciętna wrona, sójka czy kawka nie pojmie raczej, co też ludzie do siebie mówią. Ja rozumiem mowę ludzi, ale ja przecież jestem wyjątkowa.
Wyjątkowo wyjątkowa.
Co jakiś czas w naszym rodzie rodzi się nowa królowa. Niezbyt często, nasze królowe żyją długo, bardzo długo, wiele ptasich pokoleń. Nikt nie potrafi przewidzieć, w jakim miejscu i w jakiej rodzinie przyjdzie na świat takie pisklę, takie nadzwyczajne ptasie dziecko. Bywa, że królowa pochodzi ze wspaniałego rodu flamingów lub orłów, ale zdarza się i tak, że zwykła przepiórcza matka obdarza małą królewną wielkie ptasie królestwo. Skąd to wiem? Skąd wiem to wszystko? No właśnie... Wygląda na to, że jakimś sposobem pamięć o naszej przeszłości i historii całego świata przechodzi u nas z królowej na królową. Bo to ptak, avis sapiens, jest władcą wszelkiego stworzenia. Ptak, nie człowiek. Głupim ludziom wydaje się, że tylko ich kultura wykształciła rozum i świadomość. A to nieprawda. Nieprawda.
Gorsze
- aj, nie trząś mną tak, nie widzisz, jak cierpię? I nie przytrzymuj mnie tak mocno, czy ty zdajesz sobie sprawę, jak kruchą istotą jest takie pisklę? - ...gorsze jeszcze jest to ich przeświadczenie o absolutnej wyjątkowości ludzi - pochodzących przecież od zwykłych zjadaczy melonów. Więc ci melonomani, ci podli egoiści odmawiają 'dalszego ciągu' wszystkim żywym istotom, które nie pochodzą z ludzkiego plemienia. Stworzyciel świata (przedstawiają go jako Boga-Ojca, a jakże!) im tylko wyznaczył wyjątkową rolę i jedynie dla nich przygotował krainę wiecznej szczęśliwości, dla nas ledwie rezerwując miejsce pomocnicze. Wieczni pomocnicy! Wieczni słudzy! Zaczęło się od kruka i gołębicy, potem był feniks, dalej nieszczęsne panny - ptaszki - Filomena i Prokne. A ich najświętsza księga wręcz mówi: "Wejrzyjcie na ptaki niebieskie, że nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec (ha, znowu) niebieski żywi je". Widział kto takie głupstwa? Nie sieją i nie żną! A czy wszyscy muszą siać? I czy umiejętność siania i żęcia jest dowodem na cokolwiek?! A bo to mało mamy pracy przy zakładaniu gniazd? Albo przy szukaniu robaków dla naszych dzieci? Mało się trudzimy, co dzień rano witając śpiewem wschodzące słońce? Przecież bez nas tego dnia wcale by nie było
I kto ważniejszy?
Zdarzało się przecie, iż jakiś człowiek pojmował to i owo - na przykład taki Arystofanes, Grek, który chciał nam, ptakom, oddać władanie nad światem; ja tam jednak sądzę, że więcej w tym było kpiny z ludzkich poczynań niźli zrozumienia naszych, ptasich chęci i możliwości. Prawdziwy człowieczy charakter odsłonili przecież inni: durny właściciel ptaków, którym kazał im wołać po świecie: "Psafo jest bogiem, Psafo jest bogiem"; awanturnicy goniący ptaszka złotopiórego; pewien malarz rzucający w ptaka kamieniem; w końcu jeden gruby jegomość z tymi swoimi krwiożerczymi wronami. Widział kto większe głupstwo? Wrony-zabójcy! Prawda, i wśród nas zdarzają się wstrętne kreatury - sroki, jastrzębie albo sępy padlinożerne, ale przyznać trzeba, że one wykonują przy okazji trochę pożytecznej pracy.
Hm, skoro wiem i to, i tamto, skoro wiem to wszystko, czy nie jest aby tak, że to ja jestem nową ptasią królową? Myślałam o tym tuż po urodzeniu. To wspaniałe. To dziwne, cudowne i niepojęte, ale czemu los tak paskudnie mnie teraz urządził i wyrzucił z gniazda rodziców? Taki pech! W ludzkich dziejach też tak bywało; wielki przywódca małego ludu przed wielu, wielu laty też zaczynał od niemowlęcego kołysania się w łódeczce z sitowia, zapomniany przez swoich i tego ich "Stwórcę"
I jak tu teraz być królową? A jeszcze ten kuternoga! Gorsze to niż jakaś krwiożercza bestia z kłami i pazurami. Oj, chyba jestem niesprawiedliwa, bo to chyba dobry człowiek. Inny pewnie zabiłby mnie od razu kamieniem albo po prostu przeszedł obojętnie, a ten nie dość, że podniósł mój majestat ostrożnie i obejrzał potłuczone skrzydełko, to jeszcze zaniósł do tej swojej dziupli. Ale coś tu ciemno i chłodno".
- Skrzydło chyba całe, masz dużo szczęścia. Czekaj ptaszku, jest tu małe ozdobne pudełko, które ktoś wyrzucił na śmietnik. Wziąłem, a nuż się na co przyda? Po cygarach, całe szmaragdowe, ma złote litery i złocony rysunek na wieczku. "Cuba-Havana-Superior" - będziesz miał zagraniczne łoże, bidoczku. A możeś ty panna ptaszka? Cud, że cię kot nie zeżarł. Pudełko tytoniem już nie śmierdzi, bo tu rok z okładem leży, gdzież ono jest... O, tutaj, wytrzeć z kurzu ino trzeba. Włożę cię na razie bez kołderki, a za chwilę skoczę po troszkę suchej trawy i parę gałązek, to ci będzie wygodnie, jak w gniazdku u mamusi. Wypadłeś... wypadłaś - ty na pewno jesteś samiczka - bo się zanadto wierciłaś? Jezu, ale ty musisz być głodna! Wiercipięta i jeszcze głodomór. Co je taki mały ptaszek? Muszki, ale jak ja ci złapię muchę? A zjesz dżdżownicę? Widziałem na chodniku przed moją pakamerą parę dżdżownic; w nocy padało, to wyszły na spacer. I bardzo dobrze. Pokroję na drobniutkie kawałeczki, więc może co przełkniesz. A jutro kupimy mucholep i będzie wyżerka!
"Dość sympatyczny. Gdyby wiedział, że opiekuje się samą królową ptaków, byłby może jeszcze bardziej uprzejmy i elegancki. Ale i tak się stara. Brr, dżdżownica. Rodzice przynosili nam małe, ruchliwe smaczne muszki, które wsuwali nam prosto do dziobków. Nigdy nie jadłam tej jakiejś... dżdżownicy. Już na samą myśl o tym czymś robi mi się niedobrze. Muszę mu to jakoś przetłumaczyć, ale on widać nie z tych, którzy rozumieją mowę ptaków, bo przecież kwilę i kwilę, i nic. Trochę tu zimno i twardo, dobrze, że coś wspomniał o trawie. Ale gałęzie? Chyba nie myśli, że będę leżała na jakichś badylach. Co innego, jak mama z tatą, no, ci moi opiekunowie, przygotowali gniazdo - było miękko, ciepło i przytulnie, i gałązki wcale mnie nie kłuły.
Tak czy owak sympatyczny. Tylko jakiś taki mały, zdaje się, że ludzie są raczej innego wzrostu. A ten jakiś taki pokraczny i nogi ma pałąkowate. Może ludzie zmienili się w czasie panowania poprzedniej królowej? A jeśli to inna rasa? Na przykład mysikrólik jest inny niż bocian albo marabut. Na ludzkiego króla mi ten niskopienny nie wygląda, szkoda - przyjemnie byłoby, gdyby usługiwał mi człowieczy władca. O, wraca".
- Mam dwa zgrabne robaki i jeszcze znalazłem ci małą białą larwę. Nie będzie to zbyt ciężkostrawne dla takiego malca? Kupiłem też kartonik mleka - zaraz - gdzieś tu była wata albo lignina, będziesz piła mleczko z palca, księżniczko? Taka mała to już ty nie jesteś. Poczekaj, nie tak nerwowo, nie dziób mnie w palec, nerwusko; najpierw wymościmy ci łóżeczko - podłożymy trawkę i odrobinę ligniny. Gałązek nie brałem, boś ty chyba za delikatna na takie chabazie. A teraz pora na obiad: kropla mleczka i tłusty kawałeczek dżdżownicy. Wsuwasz aż miło, widać nieźle cię przegłodziło to leżenie pod drzewem. Ciekawe, kiedy spadłaś? Pewnie niedawno, bo cię jeszcze żywą znalazłem. Że też się nie zabiłaś, lecąc z tej wysokości. Może ciut podfrunęłaś, co? Kot was mógł zaatakować - ale nic nie widać przez tę gęstwinę, drabina by się przydała. Cóż, i tak cię do gniazda na powrót nie włożę, bo by cię teraz zadziobali - już masz zapach człowieka, już ty moja jesteś - na dobre i na złe. No, teraz spać, a ja sobie zapalę. Dobrze, dobrze - stanę w drzwiach, żeby dym nie leciał. Widzisz, ja tu sam urzęduję, trzymam miotły, wiadra, łopatę, piasek. Inni dozorcy muszą się do mnie meldować po sprzęt. Ciekawe, coś ty za ptaszek. Rudy gardziołek, jeszczem tu nie widział takiego cudaczka, przepraszam, cudaczki.
"No właśnie, nie zastanawiałam się do tej pory. Kim ja właściwie jestem? Tyle wiem, a tak mało o sobie. Wróblem chyba nie jestem, bo wróbel jest ciemnoszary, wrona odpada, sójka absolutnie też nie, gołąb tym bardziej; wszystkie te ptaki nie są przecież rude. Co tu jeszcze może latać, w tej krainie? Tata nie mówił, nie zdążył. Tyle wiem, a tego nie. To skandal! Na razie chwilkę się prześpię, może sprawa niedługo się wyjaśni. Muszę dużo spać, dużo jeść i szybko rosnąć. Obowiązki czekają. Ciekawe, jak będzie wyglądało przejęcie władzy. Zauważyłam, że zaglądał tu już taki stary siwy gołąb, może to mistrz ceremonii? Czy oni wszyscy oddadzą mi pokłon? Czy taki mały ptaszek jak ja nadaje się do takich poważnych zadań? Tylu tych moich krewniaków! Dzikie ptaki, niesforne i rozdyskutowane, latające i nieloty - ci to chyba najgorsi wiecownicy - ptaki lądowe, ptaki wodne, polarne, nadrzeczne, błotne, górskie, polne, miejskie, egzotyczne; a jeszcze ptaki w niewoli: ptaki na fermach - na usługach "Pana świata" (trzeba im poprawić los, i to szybko), w klatkach, w wolierach, dalej gwiazdy śpiewające, próżni artyści, rozkapryszeni i rozleniwieni. A ptaki wypchane? Co z nimi? Ile tu szkód do naprawienia, ile problemów - oj, oj, piórka mi się stroszą, tyle tego".
- Zobacz, tylko po cichu, bo pewnie śpi. Przykryję ją kawałkiem wełenki, znalazłem w tej kupie przy wejściu. Taka kruszynka, niebożątko. Rudzik? A jesteś pewna? Skąd tu rudziki? Dziwne, czego szukają w mieście. Może za jedzeniem przyciągnęły? No i doigraly się - zgubiły dziecko. Prawda, że śliczna? Bo to samiczka. Skąd wiem? Wiem i tyle. To księżniczka, jak moja Elora Danan. Nie śmiej się, może to nawet jaka ptasia królewna? Wziąłbym ją do domu, ale stara zła od paru dni, że nie podchodź. Nienawidzę staruchy. Czemu los dał mi krótkie, krzywe nogi i na dodatek tę wiedźmę za matkę? Napijesz się kielicha? Już po czwartej, ci z administracji dawno poszli do domu. Mam tu zakamuflowaną flaszeczkę, to se trzaśniemy po jednym. Tylko po jednym! Muszę doglądać mojego rudzika. A czy to na pewno rudzik? Niby ma malutki krawacik, aleć to jeszcze pisklak, jak tu dobrze rozpoznać? Jak trochę podrośnie, to pójdę do biblioteki, tej młodzieżowej koło szkoły, poprzeglądam atlasy. No to do jutra, a zamykaj drzwi, jeszcze mi tu kota wpuścisz...
"Rudzik. Rudzik - ładnie. Dostojnie. No, wrócił. Co on tam tak się guzdrze, głodna jestem. A już się bałam, że całkiem sobie poszedł. Nawet się do niego przyzwyczaiłam, tylko niechże się tak nie spoufala. Ostatecznie - ja jestem królewną, a on zwykłym posługaczem. Hm, kim on naprawdę jest? Nie za bogato tutaj. Czy on tu mieszka? Trochę straszno, nie tak jak w gniazdku u rodziców.
Ciekawe, czy wiedzieli, jakie jajko przyszło im wysiadywać. Zdaje się, że królewskie ludzkie dzieci też czasem rodziły się w ubogich domach u biednych ludzi. Cóż, trudny jest los szlachetnie urodzonych. Czy rudziki odtąd będą gatunkiem wybranym? To chyba pierwszy rudzik - król. Czy wszystkie ptaki czekały na moje przyjście, czy tylko rudziki? Mam nadzieję, że zostanę uznana przez wszystkich. Jeżeli pojawi się jakiś uzurpator, to nie dam sobie sama rady. Trzeba by wtedy poszukać wsparcia. A może ten mój sługa mi pomoże? Dobrze mu z oczu patrzy i przywiązał się już do mnie. Czuje królewską krew. Mówi o mnie: "księżniczka" - też ładnie, choć nie oddaje przecież dostatecznie mojego wysokiego stanu".
- Obudziłaś się? Damy znowu mleka i zagrychę? O tak, ładnie. Powoli! Zdaje się, że młode ptaki są strasznymi łasuchami. Jak się postarasz, na Boże Ciało zaczniemy naukę latania. Już to sobie obmyśliłem. Najpierw tu u mnie w kanciapie, a potem na łące za szkołą. Muszę cię nauczyć łowić owady, bo inaczej zdechniesz z głodu, jak ci wpadnie do głowy mnie pożegnać. Bo przecież kiedyś mnie opuścisz? Właściwie to ja ci się nie przedstawiłem: jestem Bogdan. "Bogdan-kuternoga", jak wołają dzieci; "Boguś-marynarz", jak z czułością nazywa mnie Lucynka - to ta, co tu była. Sama jest na świecie jak ja, chłop jej umarł, to i zachodzi na jednego. Czasem zostanie dłużej, ale rzadko, bo musi opiekować się swoim ojcem, a dziadek już nie odróżnia dnia od nocy i trza co chwila do niego zaglądać. Do siebie jej nie zaproszę, bo ta moja jędza wrzeszczy: "Kurew mi tu sprowadzać nie będziesz! Wynocha gzić się w krzaki!". Żeby tak zdechła, stara wiedźma. Właściwie to mi jej trochę żal; leży plackiem, trochę na telewizję patrzy i po całych dniach na siostrę zakonną czeka. Co to za życie? A koledzy mówią na mnie "Willow". Bo ja taki sam, jak ten bohater filmu o małych ludzikach. "Willow" się nazywał - i film, i ten gość na krótkich nóżkach. Bo to cały ród taki był, wszyscy mali, karzełki-niedorostki, ale odważni i dobre serca mieli. Mam ten film na kasecie i często sobie go puszczam, jak matka śpi i nie ogląda tych bzdurnych seriali. Wiesz co, ptaszku, tak sobie czasami myślę, że może taki świat małych ludzi jest gdzieś naprawdę? Jakbym tam trafił, to mógłbym być ich szeryfem. I nikt by nie wołał: "Pirat" albo "Pająk-pałąk". W tym filmie Willow Ufgood, ten główny bohater (czyta się "afgut", ale pisze: u, f, g, o, o, d) znajduje ludzkie niemowlę - Elorę, dziewczynkę-królewnę i pomaga jej odzyskać tron. Ile on niebezpieczeństw musi pokonać. Taki wielki rycerz, Madmartigan mu pomaga i jeszcze dwóch liliputów - śmieszne stworki. Ja też mam kumpla, chłopisko stare, ale krzepkie, Mateusz mu na imię, ale wołam na niego "Martigan" właśnie. Z wózkiem za makulaturą i innymi rzeczami jeździ, Słuchaj, rudziku, nazwę cię Elora, możeś ty też jaka królewna? Pokonamy złą czarownicę z Madmaritgana i dobrej wróżki pomocą i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Ty gdzieś na zamku, czyli na drzewie w ładnym cienistym parku, gdzie pysznych owoców i owadów zatrzęsienie, a ja obok, przy tobie. To będzie na końcu świata. Dużym ludziom - poza Matim i Lucynką - nie będzie wolno tam się pokazywać.
"Wedle życzenia, mości Willow. Wedle życzenia".
WYRÓŻNIENIE
Katarzyna Warachim
PANI OLGA
Pani Olga dziś już wychodzi do domu. Cały personel cieszy się z wyleczenia Pani Olgi. Cały personel oprócz mnie...
Pani Olga siedzi w pokoju zajęć i robi bukieciki z suszonych liści. To w geście podziękowania za troskliwą opiekę i jakże udane leczenie. Pani Olga nauczyła się robienia różnych ręcznych robótek na terapii zajęciowej.
Wczoraj wszystkie panie robiły kasztanowe ludki z małymi czapeczkami z żołędzi. A dzień wcześniej pszczółki z rolek po papierze toaletowym i bibułki. Wykonywanie precyzyjnych, malutkich elementów często wymaga niezbędnych narzędzi - nożyczek, dłutka czy pęsety. Jednak nasze pacjentki muszą sobie poradzić bez tego. Na oddziale są przecież panie, w rękach których podobne akcesoria mogłyby stać się kolejny raz narzędziami zbrodni.
Wszystkie te własnoręcznie wykonane szkadzadzieństwa będą wystawione na licytacji pod koniec tygodnia, a dochód z niej nasze pacjentki przekażą dzieciom z oddziału drugiego. To taki socjoterapeutyczny gest. Dzięki podobnym aukcjom nasze panie czują się jeszcze komuś potrzebne. Są doceniane przez małych pacjentów, którzy za te kilka złotych mogą sobie kupić słodycze w szpitalnym sklepiku.
Pani Olga w ogóle się nie uśmiecha. Ale chodzi spokojna, wyprostowana. Całymi popołudniami siedzi przy oknie i patrzy przez zakratowane szyby. Czyta. Nocami Pani Olga nie śpi. Leży cichutko bez ruchu i myśli jak to będzie po opuszczeniu szpitala. Obmyśla plan, szczegół po szczególe. Tym razem przecież nie może wszystkiego zepsuć. Teraz już bardziej się postara. Nie może zawieść Władysława. Przecież on tam na nią czeka...
Pani Olga udaje, że śpi, gdyż nasz personel jest bardzo wyczulony na podejrzane zachowania. Świadczą one o tym, ze pacjent nadal wymaga hospitalizacji. A przecież Pani Olga chce jak najszybciej wyjść do domu. Zażywa więc posłusznie zapisane leki, chodzi punktualnie na basen i na masaże oraz codziennie uczestniczy w zajęciach plastycznych, które według terapeutów bardzo uspokajają i wyciszają skołatane nerwy.
W każdą środę Pani Olga wychodzi na spacer, poza obręb szpitala. Nie sama, o nie. Z Panią Olgą wychodzi terapeutka. Z nią i z siedmioma innymi pacjentkami. Pani Olga unika wychodzenia do miasta, do ludzi. Symuluje wówczas ból głowy, albo skręcenie kostki. Ale musi być wtedy czujna, bo personel staje się uczulony i podejrzliwy na podobne wykręty.
Pani Olga najbardziej lubi chodzić na pola rozciągające się za szpitalem. Grzebie rękami w ziemi, podnosi jej grudki i wącha je przymykając oczy. Albo tuli się do drzew i - narażając się na uszczypliwe uwagi koleżanek - dotyka ustami kory. Jednak terapeutka - pani Małgosia, nie pozwala Pani Oldze stać długo w takiej pozycji. Usiłuje nakłonić pacjentki do zbierania wszystkiego, z czego później, podczas zajęć w świetlicy, będzie można zrobić coś pożytecznego i - jej zdaniem - ładnego.
Panie zbierają więc liście, drobne gałązki, szyszki, kamyki i kawałeczki konarów. Rzadko jednak dają się namówić na ćwiczenia na powietrzu. Twierdzą, że nie są wariatkami, żeby fikać koziołki na dworze, przy ludziach. A w szpitalu psychiatrycznym znalazły się przez przypadek, i tak już niedługo wyjdą.
Pamiętam jak przywieźli Panią Olgę. To był wtorek, pamiętam, miałam wtedy 12-godzinny dyżur. Zdziwiło mnie, że przywieziono ją od razu do nas, a nie do zwykłego miejskiego szpitala, jak to się z reguły dzieje w takich przypadkach. Kobieta miała na sobie odświętną granatową sukienkę w duże czerwone malwy, albo nie, to były raczej róże, i czerwone szklane koraliki. Na nogach Pani Olgi lśniły czerwone buciki, co zaskakiwało nieco u kobiety w tym wieku... Na rękach - czerwone koronkowe rękawiczki. Siwe króciutko przycięte włosy ozdabiała czerwona spinka z motylkiem. Babunia jak z bajki - pomyślałam wtedy. Więc dlaczego...?
Sukienka starszej pani była poplamiona zaschniętymi wymiocinami. Kobieta nie miała przy sobie żadnych dokumentów. Ale sąsiedzi, którzy ją znaleźli i wezwali karetkę twierdzili, że ma na imię Olga.
Pani Olga, emerytowana nauczycielka, od lat mieszkała sama. Nie miała najprawdopodobniej żadnej bliższej rodziny. Nikt do niej nie przyjeżdżał, nikt jej nie odwiedzał. Za to ona regularnie gdzieś wyjeżdżała. Ale to przed laty. Przez 25 lat, w każdy wtorek i każdy piątek Pani Olga wychodziła rano z domu i wracała późnym wieczorem, albo nazajutrz rano. A od jakichś pięciu lat Pani Olga też wychodziła. I też we wtorki i piątki. Regularnie, jak w zegarku. Zmieniło się tylko to, że miała ze sobą zawsze bukiet świeżych kwiatów i wracała nieco wcześniej. Ale sąsiedzi dziwili się i tak, że taka starsza osoba nie boi się wracać do domu po nocy...
Zastanawiające było, że pani Olga wszystkie niedziele i święta spędzała w domu, sama. Nie dała się nigdy zaprosić przez sąsiadów. Odmawiała zazwyczaj uprzejmie, ale stanowczo. Nie reagowała na ich nalegania. W Wigilię w pokoju pani Olgi świeciła się tylko świeca. Pani Olga nie obchodziła świąt. Sąsiedzi potępiali ją za to, że nigdy nie widzieli jej w kościele. Zachodzili w głowę, dokąd starsza pani wychodzi tak systematycznie w każdy wtorek i piątek. Sąsiadki w tej samej klatki schodowej spotykały się na placu zabaw i podczas, gdy ich wnuczkowie bawili się w piaskownicy, plotkowały o tym, gdzie też to ta "stara panna" może tak jeździć. Kobiety obmawiały panią Olgę, że pewnie coś z nią nie tak, skoro nawet żaden chłop jej nie chciał - nie ma męża, choćby najgorszego, ani nawet jakiegoś bękarta, co już świadczyłoby o wzięciu u mężczyzn. Któryś z sąsiadów poszedł kiedyś dyskretnie za panią Olgą. Doszedł za nią aż na dworzec PeKaeSu. Tam kobieta rozpłynęła się we wnętrzu jednego z autobusów. Na tym ginął podjęty trop...
Dzisiaj mija miesiąc od dnia przyjęcia Pani Olgi do naszego szpitala. Przez ten czas przyglądałam się tej starszej kobiecie. Wydawała się spokojna, ale jej wypłowiałe oczy kryły w sobie jakąś tajemnicę. Rzadko zdarza się, by 75 letnia kobieta, pozornie zdrowa i sprawna, usiłowała popełnić samobójstwo. Pani Olga bowiem, równo miesiąc temu, zażyła całe opakowanie diazepamu i reladormu. Do tego połknęła cały zapas przeterminowanych lekarstw ze swojej domowej apteczki. Popiła to wszystko własnej roboty nalewką z orzechów na spirytusie. Wcześniej jednak pani Olga zaryglowała drzwi i ułożyła się równiuteńko na łóżku.
Panią Olgę znaleźli sąsiedzi, zaniepokojeni tym, że starsza pani nie wychodzi z domu, a jest przecież wtorek... Pukania do drzwi nie przyniosły rezultatu, więc pan Edek spod 4 i Jasiak z kilkunastoletnim synem z pierwszego piętra wybili okno w kuchni pani Olgi. Weszli. Pierwszy panią Olgę zauważył Jasiak, to on też zadzwonił po pogotowie. Obaj mężczyźni wynieśli kobietę w kocu przez okno, bo nie potrafili znaleźć klucza do drzwi. Gdy przyjechała karetka panią Olgę leżącą na trawie otaczał wianuszek gapiów z osiedla, matki zasłaniały oczy dzieciom, ujadały psy. "Doigrała się" - brzmiały komentarze. "Zawsze była jakaś dziwna, siedziała ciągłe w domu i czytała tylko te swoje książki". "Jeździła, jeździła i se wyjeździła, patrz pani...", "Bóg ją pokarał". Syn Jasiaka chował za plecami jakiś kawałek papieru...
Rozpoznanie w karcie choroby pani Olgi utrzymywało silną depresję ze skłonnościami do autoagresji. Nic jednak nie wskazuje na taki stan... Pani Oldze lekarz przepisał leki antydepresyjne. To zwyczajowa procedura przy niedoszłych samobójcach.
Dwa dni temu przyszedł do pani Olgi młody Jasiak. Przyniósł jej ukradzione gdzieś po drodze papierówki i bukiecik polnych kwiatków. Pani Olga nie chciała go jednak przyjąć. Młody Jasiak przyniósł więc to wszystko do mnie, do dyżurki. Poprosił, żebym jej to oddała, od niego. Wychodząc wręczył mi grubą szarą kopertę, którą znalazł pod łóżkiem, w domu pani Olgi, miesiąc temu. Koperta była zaklejona. Widniał na niej napis "Dla W.C.". Śmieszne inicjały - pomyślałam. W środku był list napisany drżącą ręką pani Olgi. Moja ciekawość wzięła górę nad dobrym wychowaniem, które zabrania czytania cudzej korespondencji:
"Kochany MÓJ, najdroższy Władysławie!!!
Jestem już starą brzydką kobietą. Starą i słabą. Kończą mi się siły, by żyć tak dłużej. Żyć bez Ciebie. Trzydzieści lat, to kawał czasu. 25 łat z Tobą, 5 bez Ciebie. Twoje dzieci mają już ze 30 łat, są dorosłe. Może mają już nawet własne dzieci... Może byłbyś teraz dziadkiem. A ja - gdybyśmy mieli swoje dzieci byłabym być może babcią. Ałe to zabawnie brzmi, prawda? Ale nie było mi dane poczuć, czym jest macierzyństwo. I już nie będzie. Mój zegar biologiczny zatrzymał się wiele lat temu. Pamiętam jak się wtedy cieszyłeś, że nie będziemy musieli już tak uważać. Ja - przepłakałam wtedy całą noc. Zrozumiałam, że już nigdy nie poczuję tego, co czuje matka, co czuła Twoja żona. Ale Ty o niczym nie wiedziałeś, nie znosiłeś, gdy płakałam, więc robiłam to w samotności, po powrocie od Ciebie. Żebyś tylko się nie martwił. Miałeś przecież dosyć swoich problemów.
Pamiętam, jak się martwiłeś, gdy Twoja córeczka była w szpitalu, wiesz, wtedy, gdy spadła z rowerka. Z tego, który razem wybieraliśmy, pamiętasz? Ile wtedy miała latek, chyba 5? Nie, skończyła 6, bo przecież miała iść od września do szkoły. Miała wtedy złamaną rękę i uszkodzony wzrok. Pomagałam załatwić miejsce w klinice okulistycznej. Byłeś wtedy taki przerażony, taki bezbronny. Dorosły mężczyzna, ojciec małej dziewczynki.
Pamiętam też ten dzień, kiedy pierwszy raz mnie pocałowałeś, pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. To był wtorek. Tak jak dzisiaj. Wróciłam do domu na miękkich nogach, miałam wrażenie jakbym zsiadła właśnie z karuzeli. Mój Boże, jak ja się wtedy bałam, bałam się tego, co będzie, gdy dowie się o nas Twoja żona. Ale ona nigdy się nie dowiedziała, prawda? Byliśmy ostrożni. Czekałam na Twój telefon, a później spotykaliśmy się w jakimś odległym, neutralnym miejscu. I wtedy było cudownie. Nie istniało nic oprócz nas. Wilgotniałam na samą myśl, że za chwilę Cię dotknę... Rzucaliśmy się na siebie jak para nastolatków, a przecież już dawno nastolatkami nie byliśmy. Kochaliśmy się dziko, namiętnie albo powoli i z czułością. Wchodziłeś we mnie z taką pasją, że czasem obawiałam się, czy to nie jest jakaś złość na to, co mogłoby być...
Potem rozmawialiśmy całą noc. Tak było na początku. Później musiałeś wracać do domu coraz wcześniej, więc nie miałam innego wyjścia - wystarczało mi tych parę godzin reglamentowanego szczęścia. Zdarzało się, że dłużej jechałam na umówione miejsce, niż byliśmy razem. Ale i tak było warto.
Na początku w ogóle nie przypuszczaliśmy, że nasza znajomość przetrwa tyle lat. Tzn. raczej Ty nie przypuszczałeś, bo ja... Ja wiedziałam, że już nigdy nikogo nie pokocham tak jak Ciebie. Wiedziałam, że to Ty jesteś mężczyzną, na którego czekałam tyle lat... I że po Tobie nie będzie nikogo innego. Od samego początku, od dnia naszego poznania musiałam się liczyć z tym, że masz rodzinę i nigdy ("nigdy", to słowo znienawidzone przeze mnie) nie będę mogła liczyć, nie mam prawa liczyć na nic więcej. I godziłam się na to przez tyle lat.
Najgorsze zawsze były święta i moje urodziny. Spędzałam je sama. W Wigilię nie świeciłam nawet światła. Siedziałam przy małej świeczce, piłam wino albo nalewkę własnej roboty i wyobrażałam sobie, jak też tam spędzacie święta u Ciebie w domu. Czy podobają się prezenty, które razem wybieraliśmy. Czy Twoja żona jest zadowolona z zapachu perfum... Widziałam oczami wyobraźni, jak przechodzisz przez przedpokój zerkając ukradkiem na telefon. Wiedziałam, że myślałeś o mnie, bo myślałeś, prawda? I bałeś się, że nie wytrzymam kiedyś i zadzwonię. A tego byś mi nie wybaczył... Czekałeś więc, aż reszta rodziny pójdzie na świąteczny spacer. Wtedy wykręcałeś się zmęczeniem albo niestrawnością i zostawałeś w domu. I dzwoniłeś, pośpiesznie, ukradkiem. Boże, jak ja czekałam na te chwile! Opowiadałeś mi jak jest, jak dzieci zareagowały na prezenty, co jecie i o czym rozmawialiście przy stole. A ja słuchałam intonowanych słów, chłonęłam każde Twoje zdanie, Twój oddech, odgłos przełykanej śliny. Słuchałam... i łykałam łzy, bezgłośnie.
Od łat mieliśmy taką niepisaną umowę ze sobą, taką grę - ja udawałam, że nie płaczę, Ty udawałeś, że nie słyszysz jak łamie mi się głos. Udawało nam się tyle czasu.
Nienawidziłam świąt. Nienawidziłam urodzin. Swoich urodzin, bo Twoje celebrowałam na swój własny sposób. Pamiętałam o nich zawsze. O urodzinach Twoich dzieci też. Czasem udawało mi się przekonać Cię o zakupie jakiegoś prezentu dla nich, który oficjalnie był oczywiście od Ciebie.
Co roku musiałam tłumaczyć sąsiadom, że wyjeżdżam na całe święta do dalszej rodziny i nie będę mogła przyjąć ich zaproszenia. Siedziałam cichutko, przy zgaszonym świetle. Ale czasem zdarzało się, że nie mogłeś zadzwonić i to było najgorsze. Wyobrażałam sobie, że coś Ci się stało, że zachorowałeś i siedziałam całe święta ze słuchawką w ręku. Chodziłam z nią nawet do łazienki, żeby tylko nie przeoczyć dzwonka. Ten telefon przenośny kupiłam sobie zaraz po tym, jak się poznaliśmy. Chodziłam coraz bardziej pijana i z całych sił powstrzymywałam się, żeby nie zadzwonić.
Z roku na rok stawałam się coraz smutniejsza. Czas odmierzałam spotkaniami z Tobą i Twoimi telefonami. Lato mijało mi niepostrzeżenie, rok mijał za rokiem. Twoje dzieci rosły. Zdawały z klasy do klasy, zaliczały egzaminy. Wszystko, co nie było związane z Tobą przestawało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Koleżanki z pracy miały mnie za dziwaczkę. Pytały często, dlaczego nie wiążę się z kimś. Odpowiadałam im pół żartem, pół serio, że wszyscy, na których zależałoby mi są już dawno zajęci. Czasem mówiły mi, że jakoś tak inaczej wyglądam, ładniej, promienniej. Pytały wtedy, czy aby się nie zakochałam, a ja odpowiadałam, zgodnie z prawdą, że tak. Tylko one nie wiedziały, że zakochiwałam się w Tobie i to po każdym naszym spotkaniu na nowo. Mówiły mi z troską, że szkoda mnie, że życie przecieka mi przez palce... Cóż one wiedziały o życiu, o prawdziwej miłości. Gdyby tylko Cię poznały, zrozumiałyby mnie. Ale żadna z nich nigdy Ciebie nie poznała. Nie mogłam się Tobą nikomu pochwalić. Chociaż często chciało mi się krzyczeć ze szczęścia. Albo z rozpaczy, gdy nie przyjeżdżałeś na umówione spotkanie. Jechałam wtedy do lasu, poza miasto. Szłam na skrawek najdalej położony od drogi i... krzyczałam. Płakałam czasem aż do utraty sil I gryzłam ręce, do krwi. I wiesz, nawet nie czułam bólu. Później musiałam bandażować nabrzmiałe opuchlizną nadgarstki i przez jakiś czas nosić bluzki z długim rękawem. Niezależnie od pogody. To także było postrzegane jako moje dziwactwo.
Nasze spotkania z roku na rok były coraz krótsze. Czasem dzwoniłeś do mnie do hotelu, gdzie czekałam wypatrując Cię z okna. Dzwoniłeś i mówiłeś, że nie możesz przyjechać. A to któreś z dzieci zachorowało, a to żona niespodziewanie wyjeżdżała na delegację i ktoś przecież musiał zostać w domu. Czasem zwyczajnie brakowało Ci na bilet, bo wszystkie pieniądze odłożone na wyjazd wydałeś na dentystę dla któregoś z nich. Ja oczywiście musiałam to zrozumieć. Nie mogłeś przecież okradać własnych dzieci. Tak zawsze mówiłeś. I rozumiałam, ale dużo mnie ta moja wyrozumiałość kosztowała. Nie potrafiłam tylko pojąć, dlaczego nigdy nie chciałeś wziąć pieniędzy ode mnie. Nie chciałeś ich nawet ode mnie pożyczyć, a ja przecież zawsze miałam coś odłożone, na wypadek nagłego jakiegoś naszego spotkania czy wspólnego wyjazdu.
Boże, "wspólnego wyjazdu", który... nigdy, przez ten cały czas nie doszedł do skutku. A ja przez te wszystkie lata nie przestałam wierzyć, że kiedyś to nastąpi... Przez tyle lat nigdy nigdzie razem nie wyjechaliśmy na dłużej niż na jeden dzień. Co wtedy powiedziałbyś żonie? Że gdzie nocujesz? Twoje wymówki, tłumaczenia musiałyby być wiarygodne. To przecież dla naszego dobra...
Kochany mój, najcudowniejszy... Już dłużej nie dam rady odwiedzać Twojego grobu. Czyścić go i zmieniać kwiaty. Przyjeżdżałam, tak jak dawniej, w każdy wtorek i piątek. Jeździłam tyle kilometrów, żeby Ciebie odwiedzić. Ciebie, nie Twój grób, bo tak zawsze o tym myślałam. Wiem, że Twoja żona wyszła drugi raz za mąż i wyjechała gdzieś na Pojezierze. Wasze dzieci rozjechały się po świecie. Przez 5 łat nie spotkałam na cmentarzu nikogo z Twoich bliskich. A raczej powinnam to nazwać z rodziny, bo czy oni byli Ci bliscy skoro zapomnieli...?
Każdy powrót z cmentarza to jest dla mnie koszmar. Przyjeżdżam i wchodząc do domu sprawdzam, czy ktoś nie zostawił wiadomości na sekretarce. Czy Ty nie dzwoniłeś...
Nie mam siły dłużej tak żyć. Uwierz, bardzo się starałam, ale już nie dam rady. Wiem, że potępiłbyś to, co chcę zrobić, bo przecież kochałeś mnie za to, ze jestem silna. Nie znosiłeś tchórzostwa, gardziłeś nim... A ja dla Ciebie musiałam być zawsze siłna. Mówiłeś przecież, że to ja właśnie daję Ci swoją siłę. Podziwiałeś mnie za to, że tyle lat znosiłam ten nasz dziwny układ. Żartowałeś, że jestem twarda jak Roman Bratny. Ale ja tylko udawałam taką. Udawałam, żeby Cię nie stracić, żebyś któregoś dnia nie powiedział mi, że odchodzisz... No i nie powiedziałeś, nie zdążyłeś... A ja nic wtedy nie zrobiłam, bo przecież obiecałam Ci...
Wybacz mi. Nie jestem widocznie na tyle silna, by patrzeć jak moje - niczyje ciało starzeje się z dnia na dzień, z roku na rok. Nie dotykane, nie pieszczone przez nikogo, przez Ciebie...
Jedyna myśl, jaką teraz mam w sobie, to myśl o naszym rychłym spotkaniu. Mam nadzieję, że się uda, jak nie teraz to następnym razem... Gdziekolwiek jesteś - czekaj na mnie...
Twoja tylko Olga "
Pani Olga dziś już wychodzi do domu. Cały personel cieszy się z wyleczenia Pani Olgi. Cały personel oprócz mnie...
WYRÓŻNIENIE
Monika Łysek
CIEPŁE KAPCIE
Przebudzenie było najboleśniejszą częścią dnia. Powieki wciąż jeszcze ciężkie od snu. Myśli już na wpół przebudzone uciekały w ciepłą lepkość marzeń. Tam było bezpieczniej i pięknej. Jej świadomość balansowała pomiędzy snem, a niebytem, czepiając się bezpiecznych granic krainy zapomnienia. Jednak dzień, a wraz z nim zgrzytliwa codzienność, powoli i nieubłaganie wdzierała się do jej istnienia, przełamując bariery postawione przez nocne wizje.
Najpierw budziły się zmysły, a potem dopiero ciało. Do jej uszu dolatywały dźwięki zza okna: gruchanie cukrówek, podwórkowe rozmowy sąsiadów, przytłumione przez warkot śmieciarki, szczekanie psa w oddali. Potem ciężkie od snu powieki leniwie i z trudem rozchylały się, by wpuścić trochę światła w jasnozielone źrenice. Powoli rozpoznawała sprzęty w niewielkim pokoju: stary segment, pamiętający jeszcze agonię demokracji ludowej, ściany w morelowym kolorze, który nieco przyblakł, telewizor kupiony całkiem niedawno na "dogodne" raty. Zaraz go włączy, tylko najpierw musi ożywić swoje ciało, a raczej zmusić je do posłuszeństwa, co wcale nie jest takie proste.
Umysł już pracuje na pełnych obrotach, świadomy swej funkcji i zadań, które go czekają. Siłą przyzwyczajenia i żelazną wolą, a może i w jakiejś części rutyną, zmusza ciało do przebudzenia. Już czuje ból w kręgosłupie. Zdaje się, że każdego dnia jest coraz większy i bardziej dokuczliwy. Nie powinno aż tak boleć. Powinna coś z tym zrobić. Tylko co i jak, kiedy lekarze strajkują, a na przyjęcie do przychodni rehabilitacyjnej czeka się pół roku... Na prywatną rehabilitację jej nie stać... Zaciskając zęby zsuwa nogi z łóżka. Bose stopy natrafiają na miękkie, ciepłe kapcie w kształcie mordek żyrafek. Jest prawie początek lata, powinna schować miłe w dotyku bamboszki, zamienić na bardziej przewiewne, domowe obuwie. Ale przyzwyczaiła się do tych kapci, będących dla niej przejawem "odrobiny luksusu". Nie ma zbyt wielu przyjemności, za to nadmiar trosk, smutku i złości, z dnia na dzień coraz bardziej zapełniających jej duszę.
Kręgosłup boli, gdy próbuje wstać z łóżka... Udaje się przy czwartej próbie. Nie, teraz nie będzie ścieliła tapczanu; zrobi to, gdy troszkę się rozchodzi. Szurając nogami człapie do maleńkiej kuchni. Nalewa wodę do czajnika. Włącza gaz. Trzymając się ściany idzie do łazienki. Spuszcza spodnie od piżamy i ciężko siada na sedesie. Szczotka do zębów wyślizguje się z dłoni. Cicho, acz soczyście zaklęła, schylając się, by podnieść ją z podłogi - w kręgosłupie coś zachrzęściło przysparzając nieoczekiwanego, dodatkowego bólu. Musi koniecznie sama poćwiczyć. Coś pamięta z ćwiczeń wykonywanych w sanatoriach, choć w żadnym nie była od kilku dobrych lat...
Śniadanie... Bułka z dżemem. Bułka wczorajsza, dżem jeszcze nie przeterminowany. Do tego gorąca herbata, choć właściwie ma ochotę na kakao. Ale nie ma mleka, a wyjście do sklepu, który jest tuż obok, za rogiem - to cała wyprawa. Pije herbatę. Gdy przyjdzie siostra PCK, musi jej koniecznie powiedzieć o mleku. Ale to dopiero jutro... Dziś przez cały dzień jest sama, zdana wyłącznie na siebie.
W te dni, kiedy opiekunka nie przychodzi, woli siedzieć w domu. Ot, tak na wszelki wypadek... Może ktoś przyjdzie, mimo że na nikogo nie czeka. Możliwe, że coś się wydarzy, choć sama zupełnie nie wie, co by to miało być. Kiedyś czekała na coś i na kogoś, mając głowę pełną marzeń i planów... Ale nigdy się niczego nie doczekała. Nikt nie przyszedł, by odkryć jej istnienie. Powoli marzenia gdzieś uciekły, a wzrok stał się pusty, spojrzenie puste i jakby trochę wrogie poprzez niewypowiedziane pretensje.
Po śniadaniu odłożyła naczynia do zlewu. Umyje je później - niewinne kłamstwo, oszukiwanie samej siebie. Tak naprawdę bałagan w kuchni posprząta jutro opiekunka. Zrobi to szybko, automatycznie, nie zastanawiając się nad sytuacją. Straciłaby zbyt dużo czasu motywując do działania swoją podopieczną, co przecież nie wchodzi w zakres jej obowiązków.
Włączyła telewizor i bezmyślnie, przez kilka dobrych minut "skakała" po wszystkich możliwych kanałach. Wreszcie zdecydowała się na kolejny odcinek jakiegoś tasiemca, który widziała już po raz trzeci, a może czwarty... Przez chwilę gapiła się bezmyślnie w ekran, zanim wreszcie zaczęła się ubierać. Ubierała się niemal automatycznie. Ta automatyka nie wynikała z wprawy czy sprawności. Po prostu podczas wszystkich czynności związanych z ciałem "wyłączała myślenie". Nienawidziła swej cielesnej powłoki, nie akceptowała tego, jak wygląda, w jaki sposób się porusza. Niczym legendarny Bazyliszek unikała patrzenia w lustra. Gdy jeszcze wychodziła z domu, nie oglądała wystaw sklepowych, by w szybie nie dojrzeć swojego odbicia. Czuła się grubym wybrykiem natury, z widoczną, dużą niepełnosprawnością, który przez przypadek chodzi po ziemi. Nijak nie pasowała do wizerunku pięknych, zgrabnych prezenterek i aktorek, oglądanych każdego dnia w telewizji. One były idealne. Takich kobiet pragną mężczyźni. Ona nigdy taka nie będzie! Nigdy! Żaden z nich nie odnajdzie jej, by powiedzieć, że jest najcudowniejszą kobietą na świecie. Kobieta... Nawet nie wiedziała, co to znaczy. Czuła się nijaka. Czasem jak przeźroczyste powietrze, którego nikt nie zauważa, nie zdając sobie sprawy z jego istnienia. Powietrze, tlen były potrzebne, choć niezauważalne. Ona nie była potrzebna nikomu...
Zsunęła ciepłe kapcie i wgramoliła się z powrotem do łóżka. Mordki żyrafek wyglądają smętnie, jakby je ktoś opuścił. Leżą w nieładzie koło wersalki. Teraz gapi się w powtarzany odcinek "Tańca z gwiazdami". Zgrabne pupy kręcą się w tanecznym wirze, nogi godne pozazdroszczenia posłusznie powtarzają kroki, a jędrne piersi uwodzą kamerę. Do tancerzy też nie można mieć żadnych zastrzeżeń: wysportowani, opaleni, szarmanccy... Idealne pary w wyidealizowanym świecie, w którym takie jak ona nie mają żadnych szans. Nikt nawet nie wie o jej istnieniu. Nikt nie jest ciekawy, tego, co ma do powiedzenia. Żaden mężczyzna nie jest gotowy, by spełnić jej choćby najmniejsze marzenie. Nie ma nikogo, kto dotrzymałby jej towarzystwa, nawet w milczeniu.
W kulminacyjnym punkcie programu, kiedy całą sobą chłonie przesuwające się, kolorowe obrazy, z korytarza dobiega straszny rumor. Coś odbija się od jej drzwi wejściowych. Słychać pisk i dziecięcy śmiech. Zaciska usta, która bieleją tworząc cienką kreskę. To znowu oni. Rodzeństwo z góry i ich koledzy. Nieznośne, okropne dzieciaki! Nie cierpi ich. Do szału doprowadzają ją ich wesoły śmiech, po dziecięcemu głośne rozmowy i tupanie nóżek po schodach. Teraz pewnie, zbiegając po schodach upuściły piłkę, która turlając się, uderzyła w drzwi jej kawalerki. Mimo, że są one zamknięte, a ona nie rusza się z wersalki, dobrze wie, że uciszając się nawzajem, dzieci skradają się pod jej drzwi, by zabrać zabawkę. Gdy już mają swoją piłkę, jeden z łobuziaków naciska dzwonek i pędem rzuca się na dół po schodach. Po chwili na klatce schodowej pozostaje tylko echo ich śmiechu.
Do niedawna przeganiała dzieciaki spod swoich drzwi, a nawet krzyczała na nie stojąc na balkonie, kiedy zbyt hałasowali pod jej oknem. Dzieci nic sobie z tego nie robiły, a dorośli pukali się w czoło: przecież gdzieś te szkraby muszą się wyżyć, pohasać, pobiegać. A że hałasują? Mój Boże, przecież to dzieci i mają swoje prawa... A czy ona nie ma żadnych praw do ciszy, spokoju? Przecież jest chora, niepełnosprawna. Nikt jej nie słuchał. Nikt nie rozumiał. Zaczęto ją postrzegać jako zrzędliwą, upierdliwą babę, której wszystko przeszkadza. Nieliczne sąsiadki, które czasem wpadały spytać, czy czegoś nie potrzebuje albo po to, by podzielić się najświeższymi osiedlowymi plotkami - przestały przychodzić. Została sama.
Na obiad zjadła byle co. Jakąś gotową potrawę, którą wystarczyło zalać wodą. Zresztą nie czuła głodu - oglądając telewizję, zjadła całą tabliczkę czekolady z nadzieniem karmelowym. Słodycze - najlepszy sposób na zapełnienie pustki i odsunięcie od siebie wszelkich smutków i gorzkich myśli kłębiących się w głowie.
Gdy wstawiała do zlewu kolejny brudny talerz, do jej uszu dobiegł cieniutki pisk. Nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby się nie powtórzył. Głosik był cieniutki, przypominający kwilenie niemowlaka. Pomyślała, że może do sąsiadów przyjechał ktoś z dzieckiem. Jednak cichutki płacz nie ustawał. Mimo, że kwilenie stawało się coraz wyraźniejsze i bardziej natarczywe postanowiła je zignorować. Wróciła do pokoju, by obejrzeć kolejny telewizyjny show, robiony wedle gustu tzw. szerokich mas. Jednak dziwny głos spod jej drzwi nie ustępował, a nawet jakby się nasilał. Gapiąc się w ekran przestała odbierać biegnące z urządzenia komunikaty wizyjno-dźwiękowe. Jej zmysł słuchu całkowicie był nastawiony na to, co dzieje się za drzwiami. Wreszcie nie wytrzymała. Podeszła do drzwi. Zerknęła przez wizjer, lecz niczego nie dostrzegła - korytarz był pusty. Mimo to dziwne, ciche piszczenie nie ustawało. Po chwili wahania postanowiła wyjrzeć na zewnątrz. Przekręciła zamek i ostrożnie uchyliła drzwi. Na wysokości wzroku niczego nie zauważyła, ale w tym momencie znowu coś miauknęło. Spuściła oczy... Na wycieraczce siedział maleńki kłębuszek szarego futerka, trzęsąc się niemiłosiernie i pomiaukując niczym opuszczone dziecko. W pierwszej sekundzie nie wiedziała, jak zareagować. Była zupełnie zaskoczona, nieprzygotowana na coś takiego. Przez dłuższą chwilą stała nieruchomo, gapiąc się w kocię. Zupełnie nie wiedziała, co zrobić ze swym znaleziskiem. Nie miała pojęcia jak takie nieporadne i bezbronne stworzenie, mogło się znaleźć pod jej drzwiami. Najprawdopodobniej ktoś podrzucił kotka. Ale kto? I dlaczego akurat u progu jej mieszkania? Czy ktoś to zrobił celowo, wiedząc, że tutaj mieszka niepełnosprawna, nie opuszczająca swego domu? Okrutny żart czy przejaw miłosierdzia? Pytania niczym strzały wystrzeliwane przez łuczników przelatywały przez jej głowę. Nagle ktoś trzasnął drzwiami wejściowymi. To ją otrzeźwiło, obudziło z letargu. Szybko, ale ostrożnie chwyciła stworzonko, które okazało się cieplutkie i mięciutkie. Znalazła się teraz sam na sam z kociakiem, który przyglądał się jej z lękiem, ale i z pewną ciekawością. Zresztą kobieta też przypatrywała się swemu nieoczekiwanemu gościowi. Kotek mógł mieć zaledwie parę tygodni. Trzymając go w dłoni wyczuwała pod ciepłym futerkiem delikatne kosteczki. Był malutki i taki... taki rozkoszny. Zauważyła, że jego ślepia są niebieskie, co niesamowicie współgrało z jego szarą sierścią.
Po zaspokojeniu ciekawości przyszła refleksja: co teraz? Co ona pocznie z małym zwierzakiem? Najchętniej oddałaby go komuś. Tylko komu? Z nikim nie była w na tyle zażyłych stosunkach... Spojrzała na zwierzątko: wydawało się takie bezradne, a jednocześnie rozczulająco milutkie. Nie mogła go ot, tak po prostu zostawić, pozbyć się go i zapomnieć o jego istnieniu.
Kotek, mimo że już nie trząsł się z zimna, wciąż cicho pomiaukiwał. Próbowała go delikatnie głaskać i pieścić, ale to pomagało tylko na chwilę. Wreszcie zrozumiała, że jej nowy towarzysz musi być głodny. Zanim doszła do lodówki uświadomiła sobie, że przecież w domu nie ma ani kropli mleka, którym mogłaby go napoić i nakarmić. Rano miała ochotę na kakao, lecz musiała obejść się smakiem. Wróciła do pokoju i bezradnie usiadła na wersalce. Obok zwierzak nadal cichutko, po kociemu, popłakiwał. Pogłaskała go delikatnie, próbując uspokoić, ale nic to nie dawało. Kociak był głodny.
Ciężko westchnęła. Jeszcze raz spojrzała na kotka. Chyba był wyczerpany, bo zwinął się w kłębek i zasnął. Od czasu do czasu ciężko wzdychał przez sen. Przez chwilkę patrzyła na niego: widok, bezradnego stworzonka wywoływał u niej dziwne emocje. Nie sądziła, że jeszcze poczuje coś tak niebywale delikatnego, a jednocześnie intensywnego. Przez lata życia w samotności i opuszczeniu wszelkie uczucia, pozytywne wzruszenia upchała, jak niepotrzebne szpargały na dnie duszy, którą otoczyła szczelnym pancerzem. Teraz to niewinne zwierzę, spowodowało swym pojawieniem się, że na owym pancerzu pojawiły się rysy i pęknięcia.
Wyjęła z szafy czysty dres. Przebrała się. Z szuflady wyjęła portfel. Sprawdziła jego zawartość, z haczyka nad drzwiami zdjęła klucze i po raz pierwszy od naprawdę wielu, wielu miesięcy wyszła z domu.
Na schodach było słychać szuranie jej kapci... Zapomniała założyć butów, więc jej nogi nadal zdobiły ciepłe, pluszowe mordki żyrafek. Z kąta wyciągnęła kule, które teraz podczas schodzenia po schodach obijały się o balustradę. Na dworze było przyjemnie ciepło. Zaskoczył ją blask popołudniowego, czerwcowego słońca. Jego ciepłe promienie przyjemnie muskały twarz, a wokół pachniała rozkwitła wiosna, szykująca się na powitanie lata. Opierając się na swoich kulach powoli ruszyła do pobliskiego, osiedlowego sklepiku. Od bardzo dawna poruszała się jedynie po mieszkaniu, więc nogi miała nieco zastane, a ręce o wiele słabsze niż przypuszczała. Na szczęście sklepik nie był zbyt daleko. Był to typowy, osiedlowy sklep. Niezbyt duży, ale można było w nim dostać niemal wszystko.
W progu powitał ją miły uśmiech sprzedawczyni, który nieco ją speszył. Prawdę mówiąc przyszła tylko po mleko, a wybór towarów oszołomił ją. Już zapomniała, jak to jest, gdy się podejmuje decyzje podczas samodzielnego robienia zakupów. Przez długi czas, zbyt długi, ktoś za nią decydował o tym, co i ile powinna jeść. Onieśmielona poprosiła jedynie o mleko. Ekspedientka podała karton białego mleka, pytając czy coś jeszcze może podać? Już miała odpowiedzieć, że nie, kiedy kątem oka dostrzegła czereśnie. Były dorodne, dojrzałe, prawie bordowe. Poczuła nawet ich zapach. Je też dotykało słońce, jak przed chwilą jej twarzy. Poprosiła o ćwierć kilo. Trzydzieści deko? Też może być. Wyszła ze sklepu odmieniona. Czuła, jakby zobaczyła świat na nowo, jakby promyk słońca przemył jej oczy. Tak, do zobaczenia, jeszcze przyjdzie nieraz nie tylko po mleko i czereśnie. Po inne rzeczy też i zrobi coś więcej: zacznie żyć naprawdę...
I Powrót na górę I
IMPREZY I SPOTKANIA
WIELKA TREŚĆ W MAŁEJ FORMIE
Andrzej Rodys
Właściwie w tym jednym zdaniu można by zawrzeć recenzję spektaklu "Tobie Warszawo", opartego na poezji z tomiku "Poczta powstańcza" Krystyny Łagowskiej. Spektakl miał miejsce 16 października 2007 roku i został zrealizowany staraniem Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym. Reżyserował Andrzej Chutkowski. Wykonawcami byli młodzi wolontariusze, studenci, wśród nich także podopieczni Towarzystwa. Oprawa muzyczno-wokalna, na którą składały się piosenki z okresu Powstania, była dziełem chóru "Echo", śpiewającego pod sprawnym kierownictwem Wacława Czyżyckiego.
Publiczność zgromadzona w sali Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki wysłuchała wzruszających wierszy Krystyny Łagowskiej, która stara się mówić o Powstaniu Warszawskim nie tylko jako o narodowej tragedii, ale także, i to przede wszystkim, jako o wydarzeniu, odbywającemu się z udziałem zwykłych ludzi, takich jak my, młodych i starszych, dobrych i gorszych, mających serca, uczucia i odczucia, potrafiących kochać, tęsknić, marzyć; ludzi będących cząsteczkami skomplikowanej i zróżnicowanej społeczności warszawskiej lat czterdziestych, którym nieobce były takie pojęcia jak patriotyzm, godność, szlachetność, ale także wiara w zwycięstwo i lepszą przyszłość. To są pojęcia, które w dzisiejszym skomercjalizowanym i zautomatyzowanym świecie powoli wychodzą z obiegu... Ale czy tak być musi...?
"Poczta powstańcza", co podkreślił w słowie wstępnym redaktor naczelny kwartalnika kulturalnego "Sekrety ŻARu" Piotr Stanisław Król, została przez autorkę zadedykowana: "Pokoleniom...", a więc także pokoleniu dzisiejszych nastolatków, także ich dzieciom, wnukom i wszystkim dalszym generacjom , które będą kontynuowały "NAS", bo przecież, jak mówi autorka: "Naprawdę nigdy nie umrzemy / bo już jesteśmy tacy / na barykadach codziennych / Do broni! Do boju Rodacy!" Może, oglądając spektakl, dzisiejszy młody widz pokusi się o chwilę refleksji i zechce oderwać od tego, co często bywa najważniejsze w jego życiu: od kasy, hip-hopu, piwa, łatwego podrywu, trawki, wyścigów formuły jeden i czego tam jeszcze...? Może przez moment uświadomi sobie, że lat temu ponad sześćdziesiąt, chłopiec, taki sam jak on, rzucał butelki z benzyną, niczym przysłowiowe "kamienie na szaniec", a robił to bezinteresownie, w imię celów wyższych niż tylko wygoda własnego życia.
Zdaje się, że inspirowaniu takich refleksji może dobrze przysłużyć się spektakl, o którym mowa, w zaproszeniu nazwany spektaklem teatralnym małej formy i będący nim w istocie. Może przysłużyć się tym bardziej, że słowo żywe przemawia do świadomości współczesnych dobitniej, niż drukowany wiersz, bo przy takowym trzeba sobie zadać trud przeczytania, a to już wcale nie musi być takie proste.
Tyle tylko, ze dobrze by było, aby spektakl doczekał się powtórzeń, by jego żywot nie zakończył się na premierze, by przynajmniej doczekał się odbicia w mediach, a zwłaszcza na fonii i wizji, bo głównie to mogłoby zwiększyć zasięg jego odbioru w społecznej świadomości.
Jako widz spektaklu i jednocześnie jako naoczny świadek wydarzeń 1944 roku poczułem się znowu ośmioletnim dzieckiem, gotowym w każdej chwili na to, że zaraz zacznie się ostrzał, nalot, że mogę zobaczyć kolejną ofiarę snajpera polującego na cywilów, albo masakrę w kolejce po wodę, że za chwilę może się także wydarzyć coś, czego nie jestem w stanie przewidzieć, a czego podświadomie się boję. Przypomniałem sobie także, ze mimo niesłychanej grozy tego, co działo się naokoło, bardzo wyraźne były wśród ludzi odruchy dobroci, przyjaźni, miłości, chęci przyjścia komuś z pomocą, jakiegoś wzajemnego wspierania się i duchowego i materialnego. I to było chyba bardzo budujące, a także powodowało, że na otaczającego nas ryczącego apokaliptycznego potwora można było reagować spokojem oraz dobrą nadzieją...
Czas idzie nieubłaganie naprzód. Odmierzają go zegary, takie jak te opisane przez Krystynę Łagowską: ten "...staruszek / przyjaciel domu / wydzwania niezmordowanie godziny / I gra... gra...", albo ten drugi, który "...zaczyna bić hukiem strzałów". Ale dzięki takim widowiskom możemy cofnąć się w czasie, cofnąć się do krainy dzieciństwa, nic to, że strasznej. I za to, zarówno pani Krystynie, jak i wszystkim wykonawcom spektaklu należy się głęboka wdzięczność.
I Powrót na górę I
TYCH KILKA POGODNYCH DNI W SIELPI...
Warsztaty Klubu ŻAR
Zamiast w lipcu z różnych powodów Klub Twórczości "ŻAR" wyjechał na swoje warsztaty dopiero pod koniec września. Przez pięć wrześniowych dni polskiej złotej jesieni - między 24 a 29 - trzy grupy klubowiczów o różnych zainteresowaniach artystycznych pracowały intensywnie przez kilka godzin dziennie nad doskonaleniem swoich umiejętności. Zespół wokalno-muzyczny ćwiczył pod kierunkiem Wacława Czyżyckiego, grupa teatralna, kierowana przez Andrzeja Chutkowskiego, przygotowywała nowy program, z którym zamierzała wystąpić w paru konkursach ogólnopolskich, a kilkuosobowa grupka zainteresowanych twórczością literacką - poezją i prozą - pod czujnym okiem Ireny Stopierzyńskiej-Siek analizowała własne, niedawno powstałe utwory, uzupełniając zajęcia lekturą twórczości wybitnych współczesnych poetów.
Ośrodek, w którym Klub przebywał, był położony nad jeziorem otoczonym lasem i wielką ciszą, bo było już po sezonie turystycznym. W wolnym od zajęć czasie - grupkami lub w pojedynkę - przemierzaliśmy leśne dróżki, niektórzy w poszukiwaniu grzybów, inni w tropieniu natchnienia.
Pięknie było i kolorowo, więc ktoś z literatów wpadł na pomysł, by zorganizować mini-konkurs na wiersz o jesieni. Niektórzy odnieśli się dość sceptycznie do ewentualnych rezultatów konkursu; czasu było niewiele, a natchnienie nie zawsze pojawia się w porę. Wyniki konkursu przeszły nasze oczekiwania. Napisano wiele ciekawych wierszy; nagrody i wyróżnienia były symboliczne, ale dla laureatów ważne.
Wieczorami gromadziliśmy się wszyscy razem, by prezentować sobie nawzajem wyniki zajęć grupowych. Chór dał koncert, teatr przedstawił małe formy dramatyczne, a grupa literacka - wyniki konkursu (poniżej publikujemy wiersz zdobywczyni I miejsca - Krystyny Łagowskiej).
Chyba wszyscy uczestnicy warsztatów uznali je za wyjątkowo udane, za co wdzięczność należy się także głównej ich organizatorce i kierowniczce Elżbiecie Boszczak.
(I.S.)
Krystyna Łagowska
JESIEŃ
Kto Ci pozwolił
deptać oset
przydrożne zielsko
wszystko co rośnie jest solą tej ziemi
swoją bezmyślnością niszczysz piękno
nie wrzucaj z pogardą grosika
do czapki niewidomego
nie bądź sędzią
wiersze - to utajone piękno
oddech istnienia.
Zanuciłam arię z "Poławiaczy Pereł"
w jesiennym słońcu dzieci grały w piłkę.
I Powrót na górę I
PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY SEKRETY ŻARu
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Irena Pursa - sekretarz
Andrzej Chutkowski, Iwona Zielińska-Zamora
Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski
Korekta - Irena Pursa
Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl
Przygotowanie elektroniczne wydania Sekrety ŻARu
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl
Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król
Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf
Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.
Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na Kwartalnik Sekrety ŻARu"
Powrót na górę