WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 1(20)/2008

W numerze:

Od Redakcji   >>>

VII MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
KRYSTYNA ŁAGOWSKA
Nagroda Specjalna w kategorii Poezji   >>>
BOGUSŁAW WITEK
Nagroda Specjalna w kategorii Prozy   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Jarosław Gniatkowski - Poziomka   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - H. Domańska, E. Madej, R. Milik, J. Orczykowski, I. Pursa, A. Rodys, J. Rutkowski, I. Stopierzyńska, I. Zielińska-Zamora   >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Anna Jurek, Jan Siwmir   >>>

PRZEMYŚLENIA
Bogdan Bartnikowski - Przypomnienie o Auschwitz-Birkenau   >>>

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE
Jan Zdzisław Brudnicki - Kieleckie warsztaty „Kuźnia”   >>>

DEBIUTY
Wiesława Żelazik - Poezja   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Rachel Schancer - Na marach pamięci   >>>
Irena Stopierzyńska - Powolne zmierzchanie błękitu   >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Irena Stopierzyńska-Siek - Ariergarda/awangarda   >>>

FELIETON „ZAPATRZENIA”
Piotr Stanisław Król - Sztuka naskalno-naścienna   >>>




Od Redakcji

„Siadajmy do stołu / proszę... nie grymaście /
dziś mamy na obiad / wierszową potrawkę”

(Hanna Domańska, Obiad)

Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

        Spodziewam się, że lektura nowego numeru "Sekretów Żaru" będzie zestawem smakowitych dań. Oprócz dobrze znanych już i wielokrotnie publikowanych w naszym kwartalniku poetek i poetów z Grupy Literackiej Poetica zamieszczamy w tym dziale utwory Jerzego Orczykowskiego i Jana Rutkowskiego.
        Wszelkie rankingi, a zwłaszcza wśród poetów, są zawodne, dlatego sami czytelnicy wybiorą dla siebie te utwory, które ich poruszą. Dopowiem jedynie, że Krystyna Łagowska została w ubiegłorocznym Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej laureatką Nagrody Specjalnej Przewodniczącej Zarządu Głównego PZN w kategorii Poezji, którą wręczyła nagrodzonej poetce p. Anna Woźniak-Szymańska - Przewodnicząca ZG PZN.
        W PRZEMYŚLENIACH Bogdan Bartnikowski zamieszcza dwa swoje wiersze dedykowane Benedyktowi XVI: Przed ścianą śmierci i Cegły, w których wraca pamięcią do traumatycznych doświadczeń Auschwitz-Birkenau. Na resztę poetyckiego dania składają się jeszcze wiersze Anny Jurek i Jana Siwmira zamieszczone na ŁAMACH GOŚCINNYCH. W nowym dziale DEBIUTY znalazły się dwa wiersze Wiesławy Żelazik: Dzikie konie i Las, opatrzone krótkim, ciepłym komentarzem red. nacz. Piotra Stanisława Króla.
        Co jeszcze podano na literacki "obiad"? Oczywiście ciekawą prozę. Może jej lekturę warto zacząć od opartego na wspomnieniach eseju Bogusława Witka, Nacjonalista. Jest on drobnym, ale inspirującym przyczynkiem w dyskusji na temat "polskiego nacjonalizmu". Przy tej okazji informuję, że Bogusław Witek został ww. konkursie literackim laureatem Nagrody Specjalnej Dyrektora Zarządu Głównego PZN w kategorii Proza. Nagrodę wręczyła laureatowi p. Małgorzata Pacholec - Dyrektor ZG PZN.
        W stałej rubryce MOJE PODRÓŻE LITERACKIE Jan Zdzisław Brudnicki zdaje relację ze swojego spotkania w Kielcach z uczestnikami "Kuźni". Warsztaty miały za zadanie przygotowanie nowej, młodszej kadry animatorów kultury w środowisku osób niepełnosprawnych wzrokowo.
        NOWOŚCI WYDAWNICZE przynoszą informację o dwóch tomikach poetyckich: Rachel Schancer, Na marach pamięci oraz Ireny Stopierzyńskiej, Powolne zmierzchanie błękitu.
        Na deser czytelniczego biesiadowania pozostały dwa felietony: Piotra Stanisława Króla Sztuka naskalno-naścienna - w lekkiej, pobudzającej do śmiechu ale też i do zamyślenia formie rozważa on "malarski temat" oraz Ireny Stopierzyńskiej Ariergarda/awangarda, w którym autorka w tonie nieco żartobliwym sugeruje powołanie ariergardy.

Miłego biesiadowania
Irena Stopierzyńska-Siek

Panu Stanisławowi Stanikowi, współpracownikowi redakcji kwartalnika kulturalnego "Sekrety ŻARu", składamy głębokie wyrazy współczucia z powodu śmierci matki
ś. + p.
ANIELI  STANIK
z domu Krakowiak
powołanej przez Boga do wieczności w dniu 30.12.2007 roku
redakcja

I Powrót na górę I

VII MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
Nagroda Specjalna w kategorii Poezji Przewodniczącej Zarządu Głównego PZN dla twórców stowarzyszonych w Polskim Związku Niewidomych

KRYSTYNA ŁAGOWSKA

DRZEWO ZAKWITŁO JESIENIĄ

drzewo nie owocowało przez lata
zakwitło tą jesienią
rozzieleniło się,
kiedy wszystkie drzewa
syte dojrzałością owoców,
gubiło liście
To drzewo przez lata
odkładało zapasy soków witalnych
przędza babiego lata
otulała go ciepłem dojrzewania
owoce będą zimą
oszroniona skorupka
uchroni miąższ
pachnący słońcem.

BYŁY RAJ

Jasność zalała cały widnokrąg
nie widać granicy horyzontu
nawet ślepców poraził blask
nie ma dobroczynnego cienia
uwypukliły się nasze wady
zobaczyliśmy siebie
bez pruderii
osłony figowego listka
byliśmy, jak w dniach stworzenia
bezbronni wobec
doskonałości raju
zatrwożeni własną niewiedzą
zaciekawieni grzechu poznawaniem
pomrokiem z którym podejmiemy walkę
Włożyłam kapelusz słomkowy
z dużym rondem,
zacieniłam twarz.

MARTWE MORZE

Spoglądam w martwe morze
twoich źrenic
nieruchomych
pustych
bez życia
mętne szyby okien
zmatowiałe lustro,
które nie odbija
błękitu nieba
koloru kwiatów
lśnienia gwiazd.
Zbieram plamy rozproszonego blasku
chcę Ci wręczyć
ten ciepły bukiet
aby rozgrzał Twoje dłonie
iskierką nadziej cudu.

I Powrót na górę I

VII MAZOWIECKI KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
Nagroda Specjalna w kategorii Prozy Dyrektora Zarządu Głównego PZN dla twórców stowarzyszonych w Polskim Związku Niewidomych

BOGUSŁAW WITEK
NACJONALISTA

"Na ludzką pamięć nie można liczyć.
Niestety, również na niepamięć."
(Stanisław Jerzy Lec)

        Zawsze byłem, jestem i będę gotów, w miarę swych sił i możliwości, do podania pomocnej dłoni każdemu, kto mej pomocy będzie potrzebował lub o nią się zwróci, bez względu na kolor skóry, wyznanie czy narodowość potrzebującego. Niech ta deklaracja zawczasu przetnie ewentualne spekulacje na temat niestosowności wyrażanych przeze mnie poglądów, zwłaszcza posądzenia o szerzenie zakazanych treści szkalujących bądź wyszydzających jakikolwiek naród. Podejmując stałe próby określenia własnej tożsamości i stosunku do zmieniającego się świata trzeba jednak zdobyć się na szczerość, przewracając zakurzone karty rodzinnego albumu ukryte w zakamarkach pamięci w poszukiwaniu źródeł własnych fobii, antypatii, niechęci.
        Człowiek nie staje się nacjonalistą po obudzeniu się pewnego ranka z przekonaniem, że czas na to, by mieć jakieś poglądy. Można było być w dzieciństwie obdarowanym gumą do żucia przez sąsiadkę, która otrzymała paczkę z Ameryki, albo jechać tramwajem w towarzystwie hałaśliwych, obładowanych szmatami Cyganek, które pozostawiły po sobie nieprzyjemny zapach, lecz to nie wystarczy do ukształtowania trwałych sympatii czy uprzedzeń. Nacjonalizmem nasiąka się z wolna w atmosferze domu pełnej nieufności wobec wszystkiego, co "nie nasze", wysysa się go z matczynym mlekiem gorzkim od wojenno-okupacyjnych przeżyć, utrwala się go w podwórkowych potyczkach z kolegami, okraszonych makabrycznymi, zmyślonymi historyjkami, wzbogaconymi w dorosłym życiu o własne doświadczenia i obserwacje.
        Czas mego dorastania i kształcenia przypadał na rozkwit socjalizmu, jedynie słusznego i niezachwianego ustroju sprawiedliwości społecznej, zapatrzenia w zdobycze radzieckiej nauki i techniki i internacjonalizmu, ograniczonego wszakże do bratnich państw Europy Wschodniej, z którymi wiązały nas "tradycyjne więzy przyjaźni". W tych warunkach niezależność myślenia, różnego od oficjalnego języka mediów oraz pro zachodnia orientacja - cechowały umysł człowieka nowoczesnego - spętanego, lecz nie zniewolonego. Gdy sen o wolności nagle i nieoczekiwanie się ziścił, człowiek taki jak ja, nie lubiący gwałtownych zmian, wychowany na patriotycznych lekturach zauważył z niesmakiem, że otwarcie naszych granic na zewnątrz spowodowało równoczesne ich otwarcie do wewnątrz, a zachodni powiew wolności przyniósł ze sobą filozofię spod znaku Coca Coli i popcornu - nową religię, której modlitwą jest telewizyjna reklama, a zbawieniem rozpasana konsumpcja! Być może w zgryźliwym podkreślaniu swojego przywiązania do tradycji, do czystości języka i w sprzeciwie przed zalewem zachodniej tandety zawiera się moja postawa obronna, moje pośpieszne budowanie ogrodzenia, palisady z ksenofobii i niechęci do przemian, służącej oparciu się starego drzewa wichrom historii? To całkiem możliwe, ale możliwe jest także to, że jestem dobrym, nieujawnionym, choć prawie dojrzałym materiałem na wrednego nacjonalistę lub jeszcze bardziej parszywego rasistę. Żeby to zweryfikować muszę prześledzić znaną mi fragmentarycznie historię mojej rodziny i odpowiedzieć sobie na kilka ważnych pytań.
        Jeśli spytamy przeciętnego Polaka, do jakiej nacji mógłby ewentualnie żywić skrywane uprzedzenia, to w zasadzie nie musimy czekać na odpowiedź, gdyż udzieli jej historia - ta dawna i ta najnowsza. Na celowniku pojawią się: Rosjanie, Niemcy, Żydzi, Czesi, Cyganie, no i... Amerykanie. Czas więc na osobisty rachunek sumienia, uderzenie się w piersi - własne i cudze...

ROSJANIE I NIEMCY

        Moja matka wychowała się na kresach wschodnich, to znaczy - na obecnych kresach, bo przed wojną Suwałki i Augustów do miast kresowych nie należały. Na rok przed wybuchem wojny przybyła do Stolicy, by jako skromna dziewczyna z prowincji rozpocząć karierę młodej mężatki. Krótka była to kariera, ponieważ jej pierwszy małżonek - zawodowy żołnierz został w niedługim czasie wysłany na wojnę, i tyleż go widziała! Po klęsce wrześniowej przypieczętowanej paktem "Ribbentrop - Mołotow" jej starszy brat wracający z frontu do domu, niezbyt chyba dokładnie zorientowany w zmienionej sytuacji geopolitycznej na wschód od Wisły, natknął się w lesie na radziecki patrol i przypłacił to życiem. Jakby jednego nieszczęścia było mało, przed wojną należał on do młodzieżowej organizacji paramilitarnej, reprezentującej linię Marszałka Piłsudskiego, będącego po 1920 roku wrogiem numer jeden Związku Radzieckiego. Z tego powodu w niedługim czasie NKWD aresztowało młodszego brata mojej mamy. Ten Bogu ducha winny 16-letni chłopiec po 6-letniej szkole powszechnej, syn prostych, niewykształconych ludzi, stał się wrogiem klasowym w zastępstwie swego brata, który zdaniem NKWD chyba zbyt szybko poniósł zasłużoną karę. Wuj Marian przebywał ponad rok w więzieniu, w którym nie szczędzono mu różnych atrakcji, takich jak stanie po kilka dni w piwnicy po pas w wodzie, gdzie musiał walczyć ze szczurami o to, kto szybciej dotrze do rzuconego mu czasem kawałka chleba. Kiedy podczas jednej z takich sesji stracił z wycieńczenia przytomność i padł w wodę, uratowała go rosyjska pielęgniarka, okazując litość swemu "wrogowi klasowemu". Rozpoczęcie przez Hitlera wojny z Rosją i wkroczenie Niemców do Augustowa zwróciło wolność mojemu wujowi, lecz nie zwróciło utraconego zdrowia i zmarł on wkrótce po wyjściu z sowieckich kazamatów.
        Na wieść o tym mama postanowiła tym razem pojechać na pogrzeb brata i z listem od rodziny udała się do siedziby gestapo przy Al. Szucha po wymaganą przepustkę. Dyżurny gestapowiec, wysłuchawszy mamę, bezceremonialnie podarł list i skwitował sprawę krótko: "Zdechła jedna polska świnia, to może zdechnie i druga!", po czym zaprosił ją do gmachu. Następny gestapowiec właściwy do załatwiania takich spraw oświadczył z rozbrajającą szczerością: "Skoro nie ma pani listu, to na jakiej podstawie mam wydać przepustkę?". Po tym doświadczeniu mama nauczyła się jednego, że powinna jak najdalej trzymać się od Alei Szucha oraz unikać podejmowania wszelkich kroków, które mogłyby ją tam zaprowadzić. Ta postawa pozwoliła jej przeżyć warszawską okupację bez większych wstrząsów, nie licząc przyjścia na świat mojej starszej siostry na dwa miesiące przed wybuchem Powstania.
        Działania powstańcze zastały mamę na Pradze, gdzie nie trwały wprawdzie długo, jednak zaraz nastał czas bombardowań związanych ze zbliżaniem się frontu, który to czas aż do wyzwolenia spędziła nie wychodząc z piwnicy z niemowlęciem przy piersi, mając za towarzystwo głód i wszy. Strachu nie czuła, ponieważ była tak przekonana o nieuchronności rychłej śmierci, że przestała się bać. Miała tylko trzy skromne marzenia: wykąpać się, najeść do syta kartofli i przebrać się w czystą bieliznę. Nie ma co się dziwić, że gdy w niedługim czasie mogła spełniać wszystkie te marzenia każdego dnia mama nigdy nie skarżyła się na swój los, cicho i z pokorą całe dnie spędzając przy maszynie do szycia, żeby dorobić do naszego skromnego, domowego budżetu. Za wojenne krzywdy, które spotkały jej najbliższych nigdy nie winiła narodów, lecz konkretnych ludzi. "Bóg ich osądzi" - mawiała.
        Mój ojciec urodził się i wychował w wielkopolskiej wsi, w chłopo-robotniczej rodzinie, utrzymującej się z pracy u gospodarzy. Było to jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Na chrzcie dano mu imię Szczepan, ale gdy trzeba było zarejestrować dziecko w urzędzie, okazało się, że imienia takiego nie mógłby wymówić żaden z niemieckich urzędników. Wpisano mu więc "Stephen" i do końca życia pozostał Stefanem.
        W domu było ciężko - kupa dzieciaków, harówka od świtu do nocy, a na przednówku często nie było co do garnka włożyć. Powołanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej w końcu lat trzydziestych dla ojca było niczym "przejście w "kingsajz". "Porządne ubranie i buty, jedzenie na czas, higiena, osiem godzin snu na dobę, czego mi było więcej trzeba?" - wspominał z rozrzewnieniem swój okres spędzony w wojsku. Ranny podczas kampanii wrześniowej dostał się do niewoli i obozu jenieckiego, a tam przyjął pierwszą ofertę wyjazdu do Niemiec w charakterze robotnika rolnego. Wracać do domu, ani tym bardziej pozostawać w oflagu - nie bardzo mu się uśmiechało.
        W niemieckim gospodarstwie rolnym w Nadrenii-Westfalii, do którego trafił wraz z kolegą, przyjęto go życzliwie i bez wrogości. Prości gospodarze zajęci codziennymi obowiązkami nie mieli czasu ani głowy na zgłębianie narodowo-socjalistycznych wizji swego fuhrera, toteż przybyłych "niewolników" traktowali zwyczajnie, jak najemnych robotników sezonowych. Dla ojca nie było to nic nowego - znał tę robotę bardzo dobrze, za to poziom życia był tam o wiele wyższy od tego, jaki pamiętał ze swej rodzinnej wioski.
        Wkrótce napisał list do domu, całkiem inny od dotychczasowych, jakie przychodziły z obozu: "Nie przysyłajcie mi już niczego, gdyż mam tu wszystko, czego potrzebuję. A to co wy jadacie tylko w niedzielę i święta, tutaj jest na stole każdego dnia!".
        Bauer gdzieś na froncie przelewał krew dla III Rzeszy, jego matka co wieczór czyściła i pastowała wszystkim buty (nie omijając również tych polskich, wojskowych), a Bauerowa - temperamentna "słomiana wdówka" znajdowała pocieszenie w ramionach słowiańskich arbeiterów, ucieleśniając pojednanie między naszymi narodami na długo przed sławnym listem polskich biskupów. Nic co dobre nie trwa jednak wiecznie, więc pod koniec wojny podczas jednego z alianckich nalotów przypadkowa bomba zrównała z ziemią niemieckie gospodarstwo, grzebiąc pod gruzami jego właścicieli. Ciężko ranny ojciec trafił do amerykańskiego szpitala polowego, gdzie myślano że jest Niemcem, bo nieprzytomny bredził coś w gorączce po niemiecku. A potem, z kartą repatrianta w kieszeni i małą, tekturową walizeczką z rzeczami osobistymi (dorobkiem pięciu lat pracy na Zachodzie), wrócił do kraju, ale nie do rodzinnej wioski, z którą wiązały go alergiczne wspomnienia chudych lat dzieciństwa, lecz do Wrocławia na Ziemie Odzyskane. Tu poznał moją matkę i jej pięcioletnią córeczkę, moją siostrę. Ojciec zawsze dobrze wspominał swój pobyt w Niemczech, chwalił tamtejszy porządek społeczny. "Jeśli należy ci się 20 fenigów - mówił - będą cię tam szukać do skutku, żeby ci je wypłacić". Mój ojciec nie był nacjonalistą i nie żywił urazy do Niemców nawet po tym, jak stracił zęby wybite mu podczas przesłuchań jeszcze w oflagu, kiedy gestapo chciało wyciągnąć od niego, jako byłego radiotelegrafisty, tajemnice szyfrów wojskowych. Miał przecież zęby sztuczne, ładne i bardziej trwałe.
        Jak widać atmosfera mojego domu rodzinnego nie hołdowała nastrojom antyrosyjskim czy antyniemieckim, a mój ewentualnie raczkujący nacjonalizm uzewnętrzniał się co najwyżej w dziecięcych dowcipach z serii "Polak, Niemiec i Rusek". Dziś nie pamiętam już, kto był w nich bardziej poszkodowany i ośmieszony: Niemiec, czy Rusek...

ŻYDZI, CZESI...

        "Żydostwo", "żydokomuna", "Syjoniści", "żydowski spisek" - te i inne określenia słyszane z ust różnych osób nie zasługujących na to, by ich pamiętać u mnie nie wywoływały nigdy żadnych skojarzeń ani emocji. Nie pamiętam też, aby o Żydach u nas w domu mówiło się inaczej niż przy okazji epizodycznych wspomnień o konkretnych ludziach. Antysemityzm w jakiejkolwiek postaci nie był obecny ani w piaskownicy, ani w szkole. Pamiętam moje niepomierne zdumienie, gdy w połowie podstawówki dowiedziałem się, że pewne rodzeństwo znane mi dobrze z podwórkowych zabaw wyjechało z rodzicami do Izraela. "Dlaczego właśnie tam?" - dziwiłem się. Był rok 1968, w domu zaczęło się co nieco mówić o tym, że jakieś rodziny muszą wyjeżdżać na zawsze za granicę, chociaż wcale tego nie chcą. Niewiele rozumiałem z tych rozmów, ale zapamiętałem współczucie mamy i rozpacz mojej siostry, z jaką żegnała się ze swą najlepszą przyjaciółką ze średniej szkoły. Pamiętam, że nazywała się Pola Wasserman. Jeszcze długo potem przychodziły do siostry listy i upominki z Izraela. Raz przyszła skrzynka z pomarańczami. Nie sposób zapomnieć tej niezwykłej, jedynej w swoim rodzaju przesyłki pocztowej - wielkiej drewnianej skrzyni wypełnionej dojrzałymi owocami, pachnącymi słodkim, rajskim powietrzem śródziemnomorskiego ogrodu.
        Moja siostra Grażyna miała wiele międzynarodowych znajomości i na pewno nie była nacjonalistką. Udzielała się mocno w ZHP i jako instruktorka prowadziła drużyny zuchowe i harcerskie. Wyjeżdżała też na obozy i zloty połączone z wymianą młodzieży, gdzie nawiązywała sympatie z instruktorami z NRD i Czechosłowacji. Kiedyś jeden z nich przyjechał do nas z wizytą na kilka dni. Miałem wtedy 5 lat i z wizyty najbardziej pamiętam dzień przed przybyciem zagranicznego gościa, kiedy razem z bratem na kolanach pracowicie pastowaliśmy podłogi, a ja okropnie sobie od tego ubrudziłem rajtuzy. Czech był bardzo miłym studentem z Pragi i do tego biegle znał język polski. Podarował mi pluszowego foxteriera, a gdy spytał mnie jak mu dam na imię, odpowiedziałem bez wahania: "Pepik", na co cała rodzina wybuchnęła śmiechem. Czy powiedziałem coś śmiesznego? Czech przysyłał paczki z przyborami szkolnymi dla mnie i brata i chciał się żenić, ale rodzicom jakoś nie spodobał się ten pomysł - żal im było eksportować jedyną córkę za granicę. To chyba jedyny znany mi przypadek, kiedy zachowali się nacjonalistycznie.
        W 1941 roku, na krótko przed wkroczeniem Hitlerowców do Augustowa, u mojego dziadka zjawił się rabin miejscowej gminy żydowskiej. Dziadek pracował jako intendent w internacie Seminarium Nauczycielskiego i w lokalnej ochotniczej straży pożarnej. Był człowiekiem prostym, ale znanym i szanowanym w miasteczku. "Panie Sawicki, - powiedział rabin - ja i moja rodzina musimy teraz uciekać. Powierzam panu moje złoto. Jeśli wrócę, podzielimy się po równo, jeśli nie wrócę, zatrzyma pan to wszystko dla siebie". Nie wrócił. Dziadek dożył sędziwego wieku i nie uszczknął ani grama z powierzonego mu majątku, uznając zapewne, że nie należy on do niego. A może wciąż czekał na rabina, który przecież nie wyznaczył terminu ważności depozytu? Na krótko przed śmiercią wezwał do siebie moją mamę zdradzając jej miejsce ukrycia skarbu i podając wskazówki, w jaki sposób ma on zostać podzielony po jego odejściu. Szkoda, że nie zrobił tego na piśmie, w formie normalnego testamentu! Dziadek był jednak zbyt prostym i zbyt uczciwym człowiekiem starej daty, aby przypuszczać, że w jego rodzinie słowo pisane mogłoby mieć większą wartość od wypowiedzianego na łożu śmierci. Mylił się! Mama powtórzyła swoim czterem siostrom wiadomość o skrytce, nie będąc nawet obecną przy jej otwarciu, gdyż opłakując stratę ojca nie myślała o takich sprawach. Tymczasem zawartość skrytki i sposób podziału tego, co w niej znaleziono, na wiele lat poróżniły ze sobą siostry, stając się źródłem pretensji, wzajemnych oskarżeń i spekulacji. Nieprzypadkowo w nazwie "złoto" nie kryje się nic dobrego... Jako najmłodszy wnuk otrzymałem srebrnego rubla z wizerunkiem cara Mikołaja II oraz złoty kieszonkowy zegarek z zamykaną kopertą, który kilka lat temu przekazałem swojemu synowi. Żydowska scheda po ludziach, których nie znałem i którzy niczego ode mnie nie otrzymali, niczego też nie byli mi winni.

CYGANIE?

        Wyjaśnijmy sobie jedno: Cyganie, a nie jacyś Romowie! Śmieszy mnie lansowana w naszych mediach moda, nakazująca zastępowanie słów: "Cygan", "cygański", "Cyganie" - słowami: "Rom", "romski," "ludność narodowości romskiej", tak jakby jedno było bardziej obraźliwe, a drugie bardziej godne! Że niby oni sami nazywają siebie Romami? Jakie to ma znaczenie i kto to może potwierdzić, skoro język cygański znają tylko Cyganie? To, że Węgier mówi o sobie "Madziar" absolutnie nie zmienia faktu, że po polsku nazywany będzie Węgrem, a nie Madziarem! Cóż, my chyba lubimy nieraz popadać w przesadną nadgorliwość!
        O istnieniu Cyganów i o tym, że trzeba przed nimi mieć się na baczności, a ściślej przed Cygankami - dowiedziałem się bardzo wcześnie, będąc kilkuletnim smykiem, i to nie podczas słuchania bajek o porywaniu dzieci. Gdy raz na pytanie: "Kto tam?" usłyszałem w odpowiedzi: "Swój!", otworzyłem bez wahania drzwi, a w progu wyrosła wielka i gruba Cyganicha, która chwyciwszy moją mamę za gardło próbowała zaskarbić sobie gościnność, napierając na nią w głąb przedpokoju i wołając: "Wpuść mnie pani!". Po dramatycznej i dość długiej, jak mi się wtedy wydawało, szarpaninie, mamie udało się wypchnąć "gościa" na korytarz i zatrzasnąć drzwi. Był to bez wątpienia rzadki przypadek, by Cyganka po wizycie odchodziła uboższa niż przyszła, gdyż drzwi przytrzasnęły jej chustkę, a mama pomimo usilnych nalegań, wyzwisk i gróźb, ani myślała je otwierać. Ta wiedźma jeszcze długo na schodach i potem na ulicy wygrażała i złorzeczyła mamie w swoim dziwnym języku. Oj, mi się też zdrowo oberwało za tę sytuację, choć już nie od Cyganki! Ale czy to była moja wina, przecież otworzyłem, bo usłyszałem "Swój!", skąd mogłem wiedzieć, że ta pani kłamie?
        Odtąd jako dziecko omijałem z daleka przedstawicieli "narodowości romskiej".
        Kiedyś jako młody, lecz już pracujący człowiek jechałem pociągiem w służbową podróż. Nie była daleka, więc postanowiłem przeczekać ją na korytarzu. Zauważyłem dwie młode Cyganki przeciskające się w kierunku "Warsu". Gdy przechodziły koło mnie, uparły się, żeby wróżyć. Zdecydowanie odmówiłem. Niezrażone poprosiły, żebym chociaż zasponsorował im herbatę, a mówiąc to jedna z nich wymownym gestem wskazała na wyraźnie rysujący się brzuch swej towarzyszki. Cóż było robić, wyjąłem z portfela odpowiednią monetę i wręczyłem ją mówiąc, że oto mają na herbatę, ale za wróżenie raczej im dziękuję. Cyganeczki uznały, że połknąłem haczyk i ofiarowały mi się powróżyć za darmo, w podzięce za to, że jestem takim prawym człowiekiem, który ofiarował im pieniądze "z dobroci serca", nie chcąc niczego w zamian. Stwierdziwszy, że inaczej się od nich nie odczepię, przełożyłem w końcu jakąś talię kart, czy dałem dłoń - już nie pamiętam. Po krótkim wstępie, pełnym ogólnikowych dyrdymałów, ciężarna Cyganka zaproponowała, bym na dłoni umieścił banknot w celu "wzmocnienia wróżby". Moja czarodziejka przysięgała na głowę swego nienarodzonego dziecka, że banknotu nie zatrzyma, bo jestem "prawym człowiekiem" i chodzi tylko o zachowanie poprawności wróżebnej procedury. Trauma z dzieciństwa wciąż działała, mnie jednak coś korciło, żeby sprawdzić rzetelność tej nie byle jakiej przysięgi. Położyłem na dłoni banknot (nie taki znów wielki), który znikł natychmiast u czarodziejki kontynuującej swoje niedorzeczne banialuki. W tym czasie pociąg zbliżył się do stacji, na której miałem wysiąść, a wróżbitki poczęły zbierać się do odejścia. "A mój banknot?" - spytałem dla formalności wiedząc, że raczej nie mam po co pytać. Cyganeczka uśmiechnęła się z zadowoleniem i wskazała na swój brzuch: "To dla dziecka" - odpowiedziała. "Ot i masz wartość cygańskiej przysięgi" - pomyślałem sobie w duchu, ale nawet nie byłem zły.
        Na moim osiedlu mieszkają Cyganie. To znaczy, formalnie rzecz biorąc, mieszkają oni w Niemczech i w Anglii, gdzie uzyskali status uchodźców z Polski prześladowanych z powodów rasowych. Za tamtejsze zasiłki wynajmują tutaj mieszkania (w jednym mieszka po kilka rodzin), parkują swoje zagraniczne wozy pod oknami i prowadzą ożywione życie rodzinne na trawnikach. Rzecz jasna za granicą przebywa w tym czasie dyżurny brat, szwagier, czy kuzyn, żeby pilnować kasy. Zresztą kto z tamtejszych urzędników zdołałby ich rozróżnić? Nie wchodzimy sobie w drogę i nawet nie jest to takie trudne - wystarczy uważać, żeby nie porysować ich samochodów.
        Nie, chyba nie przepadam za Cyganami i nie miałbym nic przeciwko temu, żeby któregoś dnia pojedynczo czy taborami wrócili do Północnych Indii, skąd podobno przybyli, gdzie mogliby grać, śpiewać i tańczyć do upadłego, wróżyć, robić patelnie, łatać kotły albo żyć na koszt państwa wedle wyboru. Tylko że Indie nie leżą w Europie Zachodniej, zatem wątpię, żeby ktokolwiek z tych nieustraszonych obieżyświatów marzył o powrocie do ojczyzny swych przodków. Ponadto, żeby do niej trafić, trzeba wiedzieć w jakim kierunku się udać, gdy tymczasem cygańskie dzieci przestają chodzić do szkoły zanim geografia jako przedmiot zdąży pojawić się w programie. Nawet w przychodni zdrowia potrzebują ojców w charakterze tłumaczy, żeby odpowiedzieć na proste pytania lekarza! (Byłem tego świadkiem.)
        Dlaczego miałbym lubić Cyganów, skoro oni sami nie uważają nas za ludzi, w społecznym tego słowa znaczeniu? Nie opowiadam herezji, lecz czytałem coś o tym. W ich mniemaniu jedynie człowiek narodowości cygańskiej jest w pełni człowiekiem, tak zwanym mamunipen, a człowiek zasługujący na szacunek, to Cygan żyjący ściśle według reguł i praw wyznaczonych przez obyczaje obowiązujące w tym hermetycznym kręgu kulturowym, czyli tzw. romanipen. Reszta to istoty człekokształtne. I co tu się dziwić, że Cyganka w pociągu nie bała się krzywoprzysięgać na głowę swego dziecka? Musiała wiedzieć, że taka przysięga złożona komuś, kto nie jest człowiekiem, jest i tak gówno warta!

NO I AMERYKANIE -

        - ich chyba też nie lubię, bo niby za co miałbym lubić? Za nonszalancję, z jaką traktują tradycję i kulturę innych narodów, którym nachalnie eksportują swoją tzw. demokrację i jedynie słuszny, amerykański styl życia? Za wdzięk, z jakim robią nas "w trąbę" jako swoich sojuszników, nie dotrzymując wcześniej złożonych obietnic? Za tandetne, sztampowe gnioty szczelnie wypełniające telewizyjną ramówkę? A może za bezkrytycznie inplantowane u nas reguły zachowania i postępowania w biznesie, całkowicie lekceważące specyfikę naszego języka i odmienność obyczajów? Zawsze krew się we mnie burzy, gdy telefonistka dowolnej infolinii nieodmiennie pyta: "W czym mogę pomóc?" Pomóc?! Pomaga się osobom starszym, niepełnosprawnym albo dzieciom, natomiast informacją się SŁUŻY! Czy nikomu z nowych specjalistów od szkolenia kadr, wyedukowanych na amerykańskich podręcznikach od public relations nigdy nie przyszło na myśl, że angielskie "May I help you?" powinno się tłumaczyć po polsku: "Czym mogę służyć?"

        Mimo wszystko chyba nie jestem nacjonalistą, lecz raczej mentalnym, niezutylizowanym odpadem po poprzednim ustroju, drzewem nie umiejącym się zaadoptować do nagłej zmiany klimatu, facetem o przesadnych i przedwczesnych skłonnościach do robienia rozrachunków z przeszłością i teraźniejszością, bezsilnym wobec przemijania dawnego systemu wartości wpajanego za młodu, a dziś nie pasującego do nowej, kosmopolitycznej Europy.
        I oto ożywa mi w pamięci jeszcze jedno wspomnienie: rok 1981, styczeń, plac apelowy. Świeżo powołani do odbycia rocznej służby wojskowej dla podchorążych rezerwy, stojąc karnie w równiutkich szeregach, ćwiczymy przysięgę wojskową, powtarzając tekst za dowódcą kompanii. Przy fragmencie mówiącym o "obronie socjalistycznej Ojczyzny w sojuszu z Armią Radziecką i innymi wojskami Układu Warszawskiego" wśród szeregów jak na komendę zalega cisza. "Patrz, kurwa, nie chcą powtarzać! - woła nasz dowódca do swego kolegi oficera, a następnie zwracając się do nas
        - "Ocipieliście?!" kwestionuje męskość przyszłych obrońców socjalizmu i sojuszników niezwyciężonej Armii Czerwonej. Potem na zajęciach politycznych już na spokojnie i rzeczowo wyjaśniono nam, że nasz "protest" to dziecinada, gdyż każdy z nas podpisał przedłożony mu wcześniej wydrukowany tekst przysięgi i tylko ten fakt się naprawdę liczy, a nie to, czy podczas uroczystego apelu będziemy powtarzać jak należy, milczeć, czy mruczeć pod nosem godzinki do Najświętszej Marii Panny! Protest został zakończony, ale problem pozostał! Skoro bowiem poprzysiągłem bronić socjalistyczną Ojczyznę przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym wespół z Armią Radziecką i armiami układu Warszawskiego, a dziś nie ma już żadnego z tych podmiotów, to znaczy, że albo z mocy prawa wygasły wszelkie moje zobowiązania zapisane w tej przysiędze, albo... No właśnie! Ja tu robię internacjonalistyczny rachunek sumienia, a tymczasem okazuje się, że mogę być w istocie kimś znacznie gorszym od nacjonalisty: wywrotowcem stanowiącym zagrożenie dla ładu społecznego, anarchistą gotowym w stosownej chwili (w sojuszu czy bez) zamachnąć się na obecny ustrój w celu przywrócenia poprzedniego, którego obiecałem przecież strzec!
        Muszę się nad tym poważnie zastanowić, ale to już może przy innej okazji...

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

Jarosław Gniatkowski
POZIOMKA

        Rozlane mleko tworzyło olbrzymią, śnieżnobiałą kałużę. Lśniła ona na tle żółtych promieni wschodzącego słońca. Nagle biel zmieniła się w łąkę. Rosła na niej gęsto jasnozielona, wiosenna trawa. Ocean trawy ciągnący się falującymi pagórkami aż po horyzont. Ani jednej skazy, równo przystrzyżony dywan płynący w nieznaną dal. Mimo, iż słońce znikło niespodziewanie, wokół panowała atmosfera świeżości, radości i niesłychanego spokoju. Zdawało się, jakby rosnąca trawa emanowała niezwykłą siłą życia, wzrostu, energii i ładu. Tę harmonię zaburzyła mała, różowa plamka, która pojawiła się na środku zielonego oceanu. Punkcik zaczął się powiększać i podnosić na cieniutkiej, prostej nóżce. W zupełnej ciszy i w zwolnionym tempie plamka przekształciła się w pączek. Słońce ponownie obsypało otoczenie milionem promiennych pocałunków. Zrobiło się ciepło i przyjaźnie.
        W tej życiodajnej atmosferze pączek rozwinął się i jej oczom ukazał się prześliczny, skromny, pięciopłatkowy kwiatuszek. Rósł tam spokojnie, dumnie i ochoczo. Zwracał swe piękne oblicze w stronę głaszczących promieni. I nagle poczuła, że ten rodzynek na łące jest jej przeznaczony. Czuła jakąś nierozerwalną więź z nim. Wiedziała, że jest on dla niej, i że to ona ma się nim opiekować. Ruszyła w jego kierunku. Delikatnie, niczym łania wbiegła na łąkę. Bose stopy zapadały się w zielony puch, ale radość z powołania dodawała jej skrzydeł. Wiatr miłości unosił ją i nadawał prędkości. Wtedy ujrzała brązową ścieżkę z lewej strony. Niczym rysa na szkle ciągnęła się od kwiatuszka. Spojrzała wzdłuż niej. Na jej końcu była postać. Wysoka, barczysta, ubrana w białą tunikę z kapturem na głowie. W rękach trzymała kosę i ścinała trawę. Kobieta przeraziła się, że Monstrum chce zniszczyć kwiatuszek. Zerknęła w stronę kochanej roślinki, aby ocenić odległość. Kwiatuszka już nie było. Na jego miejscu leżało niewinne, słodkie niemowlę. Gaworząc coś do siebie bawiło się wyciąganiem rączek i nóżek ku złocistym promieniom. Było takie żywe, spokojne, bezbronne i nieskalane. Nie przeczuwało niebezpieczeństwa, lecz beztrosko oddawało się figlom światła i cieni. I w mgnieniu oka doznała metamorfozy. Zmieniła się z sarenki w lwicę. Lamparcimi susami wskoczyła na ścieżkę, odgradzając dostęp do dziecka. Postać była już blisko. Mogła się jej przyjrzeć. Zjawa nie miała twarzy. Stanęła naprzeciw i wypowiedziała te słowa: "Ceną za grzech jest śmierć!" A echo powtórzyło wyraźnie i dobitnie każdy wyraz. Zrozumiała, że to Monstrum chce zabić jej dziecko. I kiedy w nagłym przypływie adrenaliny gotowała się do ataku, kosa w rękach postaci zmieniła się w długi i ostry miecz. Ciężka, ciemna burzowa chmura przyćmiła słońce. Zrobiło się szaro. Krzyknęła: Nie pozwolę! Ale jej głos był cichy i słaby. Postać uniosła miecz i elektrycznym piorunem strzeliła w przód. Kobieta przeraziła się i natychmiast przemknęło jej przez myśl: "Moje dziecko!" Słyszała bicie własnego serca. Odwróciła się i ujrzała ogromne morze czerwone jak krew. W oddali, na małej zielonej wysepce, niczym na krze dryfowało zalęknione dziecko. "Ratuj!" - Pomyślała. Już miała wskoczyć do falującej czerwonej mazi, lecz wstrzymał ją głos wzmocniony echem: "Wprowadzam nienawiść pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo jej." I struchlała, bo nie umiała pływać, serce wprost wyrywało jej się z piersi, a zielona kra ze skarbem z rosnącą prędkością oddalała się. Nagle przemogła strach, przełamała samą siebie i wskoczyła. A z toni wyrosła wieża kościelna. I poczęły bić dzwony, tak jak na pogrzeb. I zrozumiała, że może jest już za późno. I chciała wykrzyczeć, że jeszcze nie, lecz krew zamknęła jej usta i zaczęła się dusić. Śmiertelna maź zalewała płuca. Wypełniała każdy pęcherzyk, zadając straszliwy ból. A dzwony wciąż biły: Ding, dong...

        - Ding, dong! Ding, dong! - dzwonek wyrwał ją ze snu. Usłyszała własny krzyk: Nie...! Cisza, a po niej niewinny dźwięk dzwonka. Wstała szybko i chwiejnym krokiem podbiegła do drzwi. Uchyliła je i wsadziwszy w szparę głowę rozejrzała się po korytarzu. W słabym świetle małej żarówki ujrzała oddalającą się postać.
        - Kto tam? - zapytała niepewnym głosem. Czarna postać zatrzymała się, odwróciła i w nikłym blasku mogła dostrzec uśmiechniętą twarz.
        - Szczęść Boże. Jestem ksiądz Marek i chodzę po kolędzie - oznajmił spokojnie niski, męski głos - Czy życzy sobie pani wizyty?
        - Ksiądz? - wyrwało się jej z gardła. W tym momencie dostrzegła, że spod krótkiego kożucha wystaje czarna sutanna prawie do samej ziemi - Ależ bardzo proszę - dokończyła już spokojniej i rozwarła drzwi na oścież. Barczysty kapłan w sile wieku zwinnie i z gracją wkroczył do mieszkania. Mijając kobietę skłonił nieznacznie głowę i stanął w progu pokoju.
        - Ależ proszę dalej - zachęciła kobieta zamykając drzwi. - Proszę do pokoju. Przepraszam, że nie otworzyłam od razu, ale przysnęłam i - szczerze powiedziawszy - nie spodziewałam się wizyty.
        Duchowny wszedł do pomieszczenia. Zatrzymał się przy kanapie, zdjął kożuch.
        - Ksiądz pozwoli - wyciągnęła do niego rękę - Powieszę.
        Odebrała okrycie i powiesiła na wieszaku. Gość tymczasem rozejrzał się pośpiesznie po pokoju. Był niewielki i skromnie urządzony. Całe umeblowanie stanowił regalik pod ścianą, małe biurko przy oknie, kanapa, dwa fotele, pomiędzy nimi ława i w rogu stolik ze sprzętem audio i telewizorem. Brakowało choinki, co w polskim domu w okresie Bożego Narodzenia należało do rzadkości. Nigdzie też nie dostrzegł przygotowanego białego obrusa, świec, wody święconej, Pisma Świętego ani krzyża.
        Kobieta domyśliła się, czego poszukuje duchowny.
        - Nie spodziewałam się... - wyrzekła wyraźnie zmieszana - Nic nie przygotowałam. Może... - energicznie podbiegła do regału, wzięła z półki mały, pojedynczy świecznik ze świecą i postawiła go na ławie.
        - Może chociaż świeca.
        Kapłan przyglądał się temu ze stoickim spokojem. Wiele razy obserwował podobne sytuacje i brak przygotowania nie wzbudzał w nim niechęci.
        - Poradzimy sobie. Nie przedmioty są najważniejsze. Jak mówi Pismo: "Gdzie dwaj, albo trzej spotykają się w imię moje, tam ja jestem pośród nich." I to spotkanie z żywym Chrystusem jest tu najważniejsze - łagodnym basem oznajmił ksiądz i zakończył uśmiechem.
        - A tak... - uspokoiła się kobieta i również lekko skrzywiła usta.
        - To zacznijmy od modlitwy - zaproponował kapłan. Kobieta zapaliła świecę, a duchowny zaczął od znaku krzyża. Następnie odmówili Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Pod Twoją obronę, Chwała ojcu, a na koniec po wezwaniach prośby, pobłogosławił ją. Pozostając w pozycji stojącej zamilkli. Kobieta dopiero teraz przyjrzała się gościowi. Niewątpliwie był starszym człowiekiem, znacznie po sześćdziesiątce. Przystojnym, wysokim, z widoczną nadwagą. Okrągły brzuszek napinał z przodu sutannę. Poruszał się dostojnie, ale spokojnie. Srebrne włosy dodawały mu powagi. Okrągła twarz miała wyraz przyjazny. Gęste, białe brwi uwydatniały głębokie oczodoły rozdzielone pulchnym nosem. Rumiane policzki przecinały dwa wyraźne rowki zmarszczek, kończące się wydatnymi ustami. Oczy księdza były koloru brunatnego i emanowały ciepłem i życzliwością. Poruszał nimi spokojnie jakby namaszczał oglądany przedmiot. Spotkał jej wzrok.
        - Może teraz porozmawiamy troszkę - zaproponował i nie czekając na zgodę usiadł. Wziął przyniesioną teczkę, otworzył zapięcie, wyjął etui i plik tekturowych kart. Kobieta usiadła na fotelu. Już czuła się uspokojona. Nie trwożyła się z powodu nagłej wizyty a o strasznym śnie zupełnie zapomniała.
        - Pracuję w tej parafii od dwunastu lat, ale - szczerze powiedziawszy - nie przypominam sobie, abyśmy się spotkali w kancelarii.
        - W kancelarii? - powtórzyła kobieta - Nie, nie miałam żadnej sprawy. Ale w kościele bywam... - urwała w połowie zdania. Chciała powiedzieć, że często, ale uświadomiła sobie, że to niezupełnie prawda. Ostatnio wcale nie chodziła.
        - Mieszkamy tutaj od niedawna - zakończyła znalazłszy lepsze wyjaśnienie.
        - A, od niedawna - powtórzył ksiądz zatrzymując wzrok na jakiejś karcie. Założył okulary i przez chwilkę studiował zapisy. - No właśnie, bo w karcie pod tym adresem widnieje nazwisko samotnego, sędziwego mężczyzny.
        - To pewnie pan, który tu mieszkał przed nami. Zamieniliśmy z nim mieszkania.
        - W takim razie, niech mi będzie wolno serdecznie powitać państwa w mojej parafii. Z ogromną radością witam nowych parafian - rozłożył szeroko ręce w geście powitalnym i uśmiechnął się promiennie od ucha do ucha. - Bardzo się cieszę, że tu trafiliście. To jest bardzo dobra parafia. Wielu głęboko wierzących, wiele różnorodnych kół wzrostu duchowego. Są ministranci, lektorzy, bielanki, kilka wspólnot odnowy, grupy różańcowe i inne służby kościelne. Organizujemy wiele spotkań z ciekawymi ludźmi, sporo pielgrzymek i w ogóle, nie chwaląc się zbytnio, każda spragniona duszyczka znajdzie tu coś dla pokrzepienia siebie. Ufam, że i wy szybko się gdzieś odnajdziecie. A może już coś was zainteresowało? Może Neokatechumenat? Albo Wspólnota Rodzin?
        - Szczerze powiedziawszy jeszcze nie. Przeprowadziliśmy się niecałe dwa lata temu. Nie zdążyliśmy jeszcze... Rozumie ksiądz, musieliśmy się zadomowić, odnowić mieszkanie, wymienić okna, umeblować troszkę. A wszystko to nie przerywając pracy. A potem... - zawiesiła głos i spuściła wzrok na dywan.
        - Ależ nie namawiam na siłę - Pojednawczo podjął ksiądz. - Nie poganiam, ale wy młodzi macie zwyczaj sprawy wiary i ducha odsuwać na starość. A to błąd. Ja rozumiem, jesteście zdrowi, silni, młodzi, zakochani w sobie, pełni energii, świat stoi przed wami otworem. Pragniecie go ogarnąć, odnaleźć swoje w nim miejsce, zdobyć pozycję. I często udaje się. Wtedy zaczyna się wam wydawać, że nie potrzebujecie bożej pomocy. Dopiero na starość przychodzi refleksja. Kiedy jesteśmy już siwi, tak jak ja i entuzjazm nas opuszcza, siły oklapną, a bagaż doświadczeń pokaże, jak człowiek jest słaby, wtedy chcąc nadrobić minione lata zwracamy się do Stwórcy. Niektórzy myślą, że jest to wywołane strachem przed przyszłym życiem, ale to niezupełnie prawda. To mądrość. Wtedy rozumiemy, co i kto jest najważniejszy w życiu. I przychodzi żal za tym, co minęło, bo czujemy o ileż mogłoby być lepiej, gdybyśmy zawsze szli razem z Bogiem. Dlatego przestrzega nas Święty Paweł: "Ducha nie gaście". Nie gderam tu jak zgrzybiały staruszek, ale tak już nasz Pan świat poukładał, aby starsi dzielili się doświadczeniem z młodszymi. Uśmiechnął się serdecznie - No i takie jest moje zadanie. Modlić się, słuchać i pomagać ludziom.
        Zerknął na kobietę chcąc sprawdzić, jak odebrała jego słowa. Zazwyczaj nie zaczynał od filozofii życiowych, ale ten temat ostatnio rozważał i tak jakoś przyszedł mu na myśl. Kobieta wciąż nieruchomo kontemplowała deseń na dywanie.
        - Jeślibyście potrzebowali rozmowy, porady, albo pomocy, to moje drzwi są otwarte dla wiernych i w dzień i w nocy - dodał zachęcająco. A teraz, skoro jesteście nowymi parafianami, to muszę zadość uczynić drobnym formalnościom i wypełnić waszą kartę. To tylko kilka podstawowych danych.
        Wyjął czysty blankiet papieru i długopis. Poprawił okulary, coś starannie wpisał.
        - Jak pani na imię?
        - Magdalena - odpowiedziała po cichu i nieśmiało. - Magdalena Sarniak.
        - Bardzo ładne imię - zauważył ksiądz wypełniając puste miejsca w formularzu. - A szacownego małżonka?
        - Patryk.
        - Patryk - wtórował kapłan szeptem długopisowi. - Oczywiście jesteście po ślubie kościelnym. Kiedy to było?
        - Siódmego września. Cztery lata temu. W mojej parafii Świętej Anny.
        - Aha. Ja też pochodzę z parafii Świętej Anny, ale z zupełnie innego miasta. - zagadywał wpisując i niewinnie dorzucił: - A małżonek w pracy?
        - Nie. W więzieniu... - bezwiednie wyrzuciła kobieta.
        Ksiądz przerwał pisanie i uniósł głowę. Okulary zsunęły mu się na koniec nosa i spojrzał znad nich na Magdę. Dopiero teraz przyjrzał się jej lepiej. Siedziała skulona na fotelu. Ubrana w spodnie i niebieski pulower. Nerwowo przebierała palcami opartych na kolanach rąk. Proste, ciemnoblond włosy otulały małą twarzyczkę. Lecz ta nie przedstawiała radosnego oblicza młodej kobiety. Była zapadła, blada. Drobne usta ledwo zarysowywały swoją obecność. Pod oczami wisiały dwa ciemne worki. Kości policzkowe wystawały niemalże na równi z nosem. Znać było wyczerpanie i smutek. Nie patrzyła już na podłogę. Patrzyła mu prosto w oczy. Wielkie, niebieskie oczy wyrażały przestrach i szkliły się łzami.
        - Za co? - pomyślał kapłan, ale z wrodzonej delikatności spytał inaczej.
        - Od kiedy?
        - Za... - urwała zorientowawszy się, że pytanie dotyczyło czego innego. - Od... Od piętnastu miesięcy. - dokończyła po chwilowym zastanowieniu.
        - To musi...
        - Nie! Wcale nie jest tak, jak ksiądz sobie myśli! - przerwała mu nagłym wybuchem Magda. Każdy, kto usłyszy, że Patryk jest w więzieniu widzi w nim najgorszego zbira. On nie jest łobuzem. On nie jest taki. To porządny człowiek, kochany, i czuły, i delikatny, i miły, i kochający... Normalny. On tego nie mógł... Ja nie wierzę, bo to niemożliwe... Ja go ko... - urwała i nastała długa chwila ciszy. Magda obserwowała reakcję księdza. Nic nie mówił. Po prostu patrzył na nią. Jego oczy nie wyrażały nienawiści, wzburzenia, potępienia ani pogardy, albo fałszywej litości. Raczej patrzyły z uwagą, ze zrozumieniem, ze współczuciem. Dawały sygnał nadziei. Zachęcały swą powagą do zaufania, do wyznania i wyrzucenia z siebie wszystkiego. "Nie bój się, mi możesz powierzyć wszystko. Wysłucham i zrozumiem." To wyczytała ze wzroku kapłana. I wzburzenie opadło. Poczuła się nieswojo, a nawet winną nieuzasadnionej napaści.
        - Przepraszam. - wyrzekła już spokojniej. - Patryk nigdy nie był zły. Ja chyba go najlepiej znam. Poznaliśmy się sześć lat temu w Karwi na wakacjach. To było w smażalni. Kupiłam flądrę i nie miałam gdzie usiąść. On zauważył mnie i odstąpił swoje miejsce. Później, kiedy się zwolnił fotel obok, przysiadł się i zaczęliśmy rozmawiać. Tak zwyczajnie, jak to na wakacjach: o plaży, morzu, statkach i rybach. Później spotkaliśmy się w malutkim miejscowym kościółku na niedzielnej mszy. Poznał mnie i zaprosił na spacer. Był miły, inteligentny, interesujący, bardzo taktowny i kulturalny. Odłączaliśmy się od swoich paczek przyjaciół, aby być razem. Zawsze śmialiśmy się, że będąc z Warszawy, musieliśmy przebyć tyle kilometrów i spotkać się w malutkiej mieścince. Lecz to nie była wakacyjna przygoda. Po powrocie chcieliśmy nadal być razem. I tak zostaliśmy parą. Bardzo dobrze dobraną parą. Szybko się zorientował, jaka jestem i czego potrzebuję. Otaczał mnie czułością, był delikatny, wrażliwy, umiał pocieszyć, podtrzymać na duchu, troszczyć się i wytrwale tłumaczyć. Zabierał mnie do kina, często do teatru, zwiedzaliśmy mnóstwo wystaw i odwiedzaliśmy muzea. Wiedział, że interesuję się sztuką. Nawet grzecznie wysiedział w operze, choć widziałam, jaką to sprawiało mu trudność. Ale nie ziewnął ani razu. W filharmonii poszło mu łatwiej, bo jak twierdził przynajmniej mógł popatrzeć sobie na piękne skrzypaczki. Żartował, nigdy nie interesował się bardziej innymi kobietami niż mną. Zajmował się samochodami. Skończył Politechnikę. I ja też musiałam łazić po wystawach aut, fascynować się nowymi rozwiązaniami technicznymi, o których działaniu nie miałam zielonego pojęcia. Ale on zawsze mówił, że samochód to rzecz męska, służąca do wożenia pięknych żon, więc powinna im dorównywać pięknością i łagodnością działania. Szybko przypadł do gustu moim rodzicom. Mama była zachwycona. Zawsze mówiła, że wygrałam los na loterii, znajdując takiego chłopaka. Nie pił, no troszkę na uroczystościach rodzinnych. Nie palił, nie brał narkotyków. Dbał o mnie i pozwalał opiekować się sobą. Zawsze kulturalny, spokojny, uczynny i nadzwyczaj wrażliwy. Tato też pochwalnie kiwał głową i cieszył się, że przyszły zięć potrafi wskrzesić jego starego Forda. A do mnie ojciec puszczał oko i szeptał, że on daleko zajdzie. Nie pamiętam kiedy, ale w pewnym momencie zauważyłam, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Oboje czuliśmy to samo. Byliśmy pewni, że idealnie do siebie pasujemy, wzajemnie się dopełniamy i że bardzo dobrze nam ze sobą. Ksiądz rozumie, jak dwie połówki pomarańczy. Ja wtedy kończyłam studia. Postanowiliśmy, że ślub weźmiemy po dyplomie. Dwa dni po obronie siedziałam z nim nad Morzem Śródziemnym i wygrzewałam się w słońcu. Uwielbiam ciepło. Tam też mi się oświadczył, na plaży przy zachodzącym słońcu i z palmami w tle. Zgodziłam się bez wahania. Nie miałam żadnych wątpliwości. Kochaliśmy się. Właściwie nie byliśmy zakochani, tylko upojeni, zamroczeni miłością. Zamieszkaliśmy w jego kawalerce, małym pokoiku z kuchnią w przedpokoju. Nazywał mnie swoją poziomką, gdyż byłam taka drobna, delikatna i słodka. Powiedział, że nasz krzaczek, czyli mieszkanko, mogę urządzić tak jak chcę. Nie protestował na błękitny sufit z namalowanymi białymi kłębuszkami chmurek i zielonkawe ściany. To był nasz wspólny raj, bo byliśmy razem nieprawdopodobnie szczęśliwi. Najszczęśliwsi na świecie. Każde z nas było nadal sobą, a jednocześnie darem dla drugiego. Żyłam w atmosferze czułości, delikatności, miłości, uwielbienia, a jednocześnie oddania, służenia i podawania drugiemu ręki. Znalazłam pracę, nic specjalnego, urzędniczka w ZUS, a on pracował przy swoich samochodach. Rozumieliśmy się bez słów, jakby telepatycznie. I życie we dwoje było piękne. Radość pełna, a serca szczęśliwe. Pragnęliśmy rozmnożyć naszą miłość. Chcieliśmy mieć dzieci. Patryk nawet troje, albo najlepiej czworo małych Poziomek. Próbowaliśmy, lecz nie pojawiały się owoce. Patryk zaczął się rozglądać za nowym mieszkaniem. Znalazł to i zapożyczyliśmy się po rodzinie. Zmieniliśmy miejsce zamieszkania, wykonaliśmy remont, ale dzieci wciąż się nie pojawiały. Patryk mnie pocieszał, żebym się nie martwiła, że przyjdzie czas. Lecz ja byłam niecierpliwa. Tak bardzo chciałam już je mieć, być matką, że zazdrościłam innym prowadzącym swoje pociechy. Patrzyłam na place zabaw i marzyłam jak to będzie z naszymi dziećmi. Jak będziemy je tulić, chronić, uczyć i wychowywać. Zabrakło cierpliwości i zaproponowałam żebyśmy się zbadali. Okazało się, że są problemy u Patryka. Ale istniała możliwość leczenia, tylko, że wiązało się to z pewnymi kosztami. Patryk znalazł dodatkową pracę. Później przychodził do domu, był bardziej zmęczony, ale zawsze mówił, że to dla małych Poziomek.
        I wreszcie nadszedł pewien jesienny dzień. Było zimno i deszczowo. Patryk nie wrócił wcale. Początkowo myślałam, że go coś zatrzymało, ale telefon milczał. W nocy postawiłam na nogi nasze rodziny. Nigdzie go nie było. Następnego dnia nie mogłam wysiedzieć w pracy, wzięłam wolne i szukałam go. Nie stawił się w miejscu swojego zatrudnienia. Koledzy nic nie wiedzieli. Obdzwoniłam szpitale myśląc, że może miał wypadek. W jednym nawet przesiedziałam trzy godziny pod salą operacyjną, bo przyjęto tam mężczyznę o nieznanych personaliach i w podobnym wieku. Jak mnie wpuszczono na salę, mało mi serce nie pękło z bólu i radości, że go odnalazłam. Ale to nie był on. Zdruzgotana wróciłam do pustego domu. Pozostała mi tylko policja. I wtedy zadzwonił ten mężczyzna. Oznajmił, że jest adwokatem Patryka, że Patryk jest w areszcie i nie mogę się z nim teraz zobaczyć. Powiedział, że jest podejrzany o morderstwo. Nie rozumiałam, co do mnie mówi. Jakim więzieniu? Za co? Gdzie? Zemdlałam...
        Zamilkła. Martwym wzrokiem wpatrywała się w księdza. Ale nie widziała go. Po policzkach spływały jej błyszczące łzy. Wargi, choć nie wypowiadały żadnych słów, drżały.
        - Pozwolili mi się z nim zobaczyć - zaczęła ponownie powoli i prawie szeptem - po trzech okropnych miesiącach. Mówiłam sobie, że muszę być dzielna, że muszę dodać mu sił. Sala była szara i duszna. Już czekał tam na mnie. Spojrzał i zobaczyłam jego zmęczoną twarz. Bardzo cierpiał, wychudł, zmarniał tak, jakby uszło z niego życie. Powiedział do mnie: "Poziomko". Tak jak tylko to on umiał powiedzieć - czule, gorąco i z miłością. I nie wytrzymałam. Rozryczałam się. On też płakał ze mną. Nie powiedzieliśmy już sobie nic więcej, ale wiedziałam wszystko. On był niewinny. Czy ksiądz mi wierzy? On był niewinny... Opadła na fotel bezsilnie i ukryła twarz w dłoniach. Płakała.
        - Było mi wtedy koszmarnie - opuściła dłonie. Zimno, pusto, beznadziejnie. Wciąż tęskniłam, wyglądałam przez okno sprawdzając, czy nie wraca. Czułam się wybrakowana, osamotniona, odrzucona, wyrwana z raju. Żywcem pogrzebana. I ze mnie życie uszło. Czułam się jak chodzący trup. Bez sensu i celu, jak odrzutek. I te zeznania na policji. Wciąż pytali, wciąż dochodzili, wciąż szukali, szperali, ciągle podejrzewali i nie wierzyli. A ja nic nie wiedziałam. Zupełnie nic, bo to wszystko było nieprawdopodobne. To się nie mogło wydarzyć. Koszmar...
        Niektórzy się odwrócili ode mnie. Inni, przyjaciele - próbowali pocieszyć. Rodzice często dzwonili, przychodzili. Ale ja byłam jak jakiś lunatyk. Obecna nieprzytomna. I wtedy to się stało. Poznałam go przez komputer. Przez Gadu-gadu. Napisał, więc coś odpowiedziałam. Później coraz częściej pisaliśmy do siebie. Był taką odskocznią. Nie znał moich problemów, a mi się spodobało grać inną niż jestem. Taką wirtualnie wymyśloną, którą może chciałam być. Nic złego, po prostu zabawa. Któregoś razu napisałam mu, że nie może być facetem, że mnie oszukuje. Zaproponował telefon, ale ostatecznie umówiliśmy się w kawiarni na mieście. Spotkaliśmy się. Nie wiązałam z tym żadnych planów, poszłam i tyle. Doznałam szoku jak go zobaczyłam. On był tak podobny do Patryka. Jak bliźniak. Wiedziałam, że Patryk nie miał brata. Siedziałam i nie mogłam uwierzyć. Nawet niektóre ruchy i gesty miał Patryka. Tak samo podpierał głowę, poprawiał włosy i uśmiechał się. Głos był inny, ale z tą samą delikatnością i uśmiechem wymawiał zdania. Zamroczyło mnie. Wróciły zamrożone pragnienia. Chciałam, żeby znowu Patryk mnie przytulał, dotykał i rozmawiał ze mną. Zapragnęłam ciepła, które mi odebrano. Nie potrafiłam realnie myśleć. Owładnięta byłam uczuciami tęsknoty, pragnienia dotyku, wrażliwości, miłości i czułości. Chciałam znaleźć się znowu w jego ramionach. I stało się. Nie wiem jak do tego doszło, ale stało się. Znalazłam się z Konradem w łóżku... Ja... Ja nie chciałam... Zdradziłam go... Zdradziłam...
        Wybuchnęła histerycznym płaczem. Zerwała się z fotela i wybiegła do łazienki wyrzucając po drodze - Przepraszam. Ksiądz siedział nieruchomo. rozważał zasłyszane przed chwilą słowa. Nie spodziewał się takiego przebiegu wizyty. Płacz w łazience uspokoił się. Magda wycierając czerwone oczy chustką wróciła do pokoju. Usiadła na drugim końcu kanapy. Nie była w stanie spojrzeć na duchownego, więc patrzyła na fotel.
        - Zaszłam w ciążę - Rozpoczęła drżącym głosem. - Z Konradem. Spotkaliśmy się tylko raz, wtedy i... To nie tak miało być.. Ja nie chciałam tak... Nie dość, że zdradziłam, to jeszcze... Ale ono przecież nie było temu winne. Doznałam szoku po wykonaniu testu. Świat się zawalił. I jak miałam spojrzeć Patrykowi w oczy? Jak jego rodzicom? Podzieliłam się moim problemem z koleżanką w pracy. Teraz już prawie nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Wszyscy unikali mnie jak ognia. Wydawało mi się, że zdradę mam wypisaną na czole. Próbowałam początkowo ukrywać ciążę, ale brzuch rósł i rósł. Nie mogłam usunąć, bo ja chciałam mieć dzieci. Chciałam i pragnęłam być matką. Pragnęłam nade wszystko, ale nie tak... Czułam, że wszyscy zabijają mnie wzrokiem. Poprosiłam o przeniesienie do innego działu. Przeniesiono mnie, a wraz ze mną przeszła etykietka zdrajczyni. Musiałam powiedzieć Patrykowi, ale bałam się, bo... Poszłam na wizytę z już widocznym brzuchem. Przywitał mnie jak zwykle czule, a potem zauważył. Wtedy przeklął strasznie i wyszedł. On nigdy nie przeklinał. Wróciłam do domu i chciałam się... Chciałam odebrać sobie... Ale ono potrzebowało miłości, ono nie było winne.
        Patryka jednak oskarżono o morderstwo. Będzie miał rozprawę. Napisałam do niego długi list. Wyjaśniłam w nim wszystko.. I wyznałam, że tylko jego kocham... Żeby - jeśli może - mi przebaczył... Na następnym widzeniu powiedział do mnie: "Poziomko, przepraszam, wybacz mi, ja nie rozumiałem. To będzie nasze dziecko". Wybaczył mi... Zaakceptował nie swoje dziecko... On mnie kocha...
        Pomyślałam, że może już nie będzie tak, jak dawniej, ale mogłam żyć. Miałam tę miłość, choć za kratami i miałam tę małą pod sercem. Patryk wypytywał się o wszystko. Troszczył się o nas. Urządziłam już pokoik dla dziecka. I było mi lżej... On pisał bajki dla małej... I czułam się matką...
        Zamilkła. Otworzyła usta, żeby coś dalej powiedzieć, ale słowa uwięzły jej w gardle. Wybuchnęła nagle rozpaczą. Padła księdzu w ramiona. Objęła go mocno i wtuliła się. Długo tak płakała, a zaskoczony kapłan odruchowo objął ją ramionami.
        - Wczoraj... - wyrzucała z bólem przez łzy - Wczoraj.. Wróciłam ze szpitala. Urodziła... Urodziła... Urodziła się martwa... Czy... ja... jestem... przeklęta...?
        Ksiądz nie był w stanie teraz nic powiedzieć. Współczuł i po raz pierwszy doświadczył na własnej piersi uczuć ojca syna marnotrawnego. A łzy oczyszczenia wciąż wsiąkały w jego sutannę.

I Powrót na górę I

Grafika - wiersze wybrane

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA

Wiersze wybrane


Hanna Domańska
OBIAD

...cóż
obiad znów nie wyszedł!
pieczeń przypalona
ryż wykipiał
sałatka ma smak dziwny
i jeszcze do tego
...przesolona zupa

To wszystko
przez ten wiersz.
Od wczoraj już
chodził mi po głowie,
obcasami stukał,
pod nosem coś mamrotał
i tak się zapamiętał
że... wpadł do garnka

Siadajmy do stołu
proszę... nie grymaście
dziś mamy na obiad
wierszową potrawkę

Elżbieta Madej
JAK ŻYĆ?

Można żyć
I nie słuchać śpiewu ptaków,
Można żyć
Nie widząc nigdy
Barwy polnych maków

Można żyć
Bez obłoków na niebie
Można żyć
Bez patrzenia przed siebie.

Można żyć
tak z dnia na dzień
Najprościej,
Bez nadziei, wiary i miłości,
Nie całując kiści bzów
O świcie,
Bez radości, lecz
Co to za życie.

Romana Milik
BAZYLIKA ŚW. PIOTRA

Przed bazyliką
świętego Piotra
stoją święci
w długiej litanii
odmawianych intencji
ubrani w marmur
niezłomnej wiary
patrzą bez wzroku
w głęboki
odciśnięty
ślad pielgrzymów
kolumny podpierają
niebo i starą
świątynię Salomona
gdzie piękno aniołów
ściągnięte na ziemię
siłą grawitacji
w obrazach i rzeźbach
obcowanie wszystkich
którzy tędy przeszli.

W południe Bóg
odpoczywa w ogrodzie
złotych witraży
nad kopułą zapala
aureolę słońca
ze wszystkich kościołów
dobiega brzęk
wrzucanych do puszki
z jałmużną - modlitw.

Jerzy Orczykowski
JEST NOC

Zgasł blady
Wieczorny świt
Ściemniało
Zaiskrzyły gwiazdy,
Księżyc wyszedł
Jest noc.
Ciemna jak otchłań
Czarodziejska noc.
Może wkrótce
Zasnę.
Nim zasnę
W gwiazdy
Na niebie popatrzę
W tę cichą
Spokojną noc.
Gdy mnie już w ramionach
Błogi sen zatrzyma
Będę...
Wolny od zmartwień.
Jest noc
Ciemna jak otchłań
W pełni księżyca
Cicha
Czarodziejska noc.

Irena Pursa
* * *

Nie szanujesz rzeczy
często je wyrzucasz
skamlesz że nic nie masz
i prosisz o jeszcze
i znowu wyrzucasz
albo niszczysz
depczesz
na co ci rzeczy? Bezrzecz
też jest miła
nic nie masz
nic nie lubisz
Dobrze być bożkiem
przedmiotów
funta kłaków wartych

* * *

mam serce
zdjęte z krzyża
położyłam je na kamień
zimny i chropawy
tłukłam je młotkiem
aż stało się płaskie
gładkie
jak liść suche i kruche
i... rozsypało się
na miriady nieistnień
spadły one z szelestem
w błoto pod stopami

Andrzej Rodys
MONOLOG
pamięci zmarłych za życia

Moje myśli w niebyt rejterują
emigrują z zaułków pamięci
nie pojmuję
jak to się stać mogło
że w mej głowie wszystko się tak kręci

Zapominam już
jak się nazywam
zapominam
cyfr
liter
symboli
nie poznaję ludzi dookoła
i to bardzo dotkliwie mnie boli

Chciałbym myśli dogonić
pozbierać
porozmieszczać je z ładem i składem
lecz to dla mnie zbyt duży wysiłek
już przegrałem
czuję
nie dam rady
Kiedyś byłem i młody i zdolny
ukończyłem przecież jakieś szkoły
pracowałem
i ręką
i głową
i kochałem
i byłem wesoły

No i stało się w głowie pustkowie
nic już nie wiem
nic nie czuję zgoła
lecz się nie chcę od ludzi odwracać
chociaż nie wiem jak na nich zawołać

Chcę więc prosić
byście mnie kochali
uśmiechnęli się do mnie przyjemnie
i tak czasem mej ręki dotknęli

I tak bardzo nie śmiejcie się ze mnie

Światowy Dzień Choroby Alzheimera
21 września 2006 r.


Jan Rutkowski
PROTOKÓŁ Z PRÓBY KRADZIEŻY
Hermannowi Hesse i panu Binnswangerowi

Moja żona powiedziała mi dzisiaj
że mnie nigdy nie kochała.
Kłamałaś przez czterdzieści lat? - zapytałem
Skinęła głową.
Nagle świat zwinął się w trąbkę jak zwiędły liść
A dopiero co
wschodziły poranki
gdy Bóg na moich oczach
oddzielał na jej skórze światłość od ciemności.

Dlaczego nie wiedziałem?

Dopiero później gdy bezsenną nocą
spoglądając w gwiazdy nabijałem pistolet
dotarło do mnie że one też nie wszystkie teraz żyją.

Wtedy wystrzeliłem na wiwat w powietrze
i zestrzeliłem księżyc.

Zamknąłem go w szufladzie biurka
żeby sobie czasem przy nim trochę powzdychać.
Taki jest wierny opis owej nieudanej próby kradzieży.

UTOPIA

była kiedyś taka wyspa na oceanie
gdzie ludzie próbowali żyć sprawiedliwie
był kiedyś taki ogród w Atenach
gdzie ludzie próbowali żyć szczęśliwie

dlaczego nigdy tam nie trafiłem?
dlaczego nigdy tam nie trafię?

wyspę pochłonął ocean
ogród zarósł kamieniem i cierniem
i tylko bezdomne pragnienie
nie pozwala ludziom spać po nocach

może wszystkiemu winien jest człowiek?
może wszystkiemu winien jest Bóg?

a może nigdy nie było takiej wyspy
i nigdy nie było takiego ogrodu
tylko ślepy drogowskaz

"prawdziwie złota książeczka
równie pożyteczna
jak dowcipna…"*

Wybrane wiersze Jana Rutkowskiego, laureata I nagrody w konkursie im. Zbigniewa Herberta w 2007 roku. Autor zdobył m.in. III miejsce w VI Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej w 2006 roku.

*Cytat z Thomasa Morusa brzmi: "Libellus verte aureus nec minus salutaris quam festivus de optimo reipublicae statu, deque nova Insula Utopia" - "Prawdziwie złota książeczka, równie pożyteczna, jak dowcipna, o najlepszym urządzeniu republiki i o nowej wyspie Utopii"

Irena Stopierzyńska
CIEŃ

jeśli smutek jest cieniem
to mój cień jest długi
kiedy się poruszam
on wlecze się za mną
i palcem mi wskazuje
że coś się przybliża
i wkrótce się stanie...

przystanęłam, nasłuchuję
w horyzont się wpatruję
jakaś ciemność i dymy
pożogę zwiastują
coś do nas powraca
sprzed paru tysiącleci
o czym dziś donoszą
agencje światowe
zabijają chrześcijan
i płoną świątynie
z zamkniętym we wnętrzu
krzykiem i rozpaczą
może kres się przybliża?
cień niemy potakuje
więc ostatni, jak pierwsi
zginą chrześcijanie?

tak dopełni się historia
jej sensem - zmartwychwstanie
błogosławieni, którzy uwierzyli
w Królestwo bez cieni

Iwona Zielińska-Zamora
ANDRZEJOWI

dla twoich mrocznych oczu
dłoni co obietnicą są pieszczoty
dla wspólnych chwil
gdzie w zakamarkach nocy
przycupnęła słodycz

warto było
dla ciebie stracić głowę!

MAŁŻEŃSKIE ŁOŻE

i na cóż ono teraz nam
to łoże jak ocean
i niemożliwe do ogarnięcia
stopa kilometry prześcieradeł
na próżno przemierza
a wyciągnięta dłoń w palce
cierpką ciemność chwyta

jej tam nie znajdziesz
choć zda się królewskim
miłość w nim nie śpi.

* * *

Twoja miłość zawsze
w cieniu mego życia
na skinienie niepokoju
w granatowe noce czeka

twoja miłość zawsze niema
słowa kocham nie używa
łzę co na rzęsie zamieszkała
dłonią pieści
zaognione rany zszywa
i do raju nam obojgu
wydeptuje ścieżki.

I Powrót na górę I

GOŚCINNE ŁAMY

ANNA JUREK
Młoda (18 lat), bardzo zdolna poetka, debiutowała na łamach naszego kwartalnika [Nr 4(15) /2006] wierszem bez tytułu [dramat milczących ust...]. Od tamtego czasu jej utwory poetyckie publikowana były w pismach: "Nasz Głos", "Własnym Głosem" i "Radostowej".

* * *

jestem nienormalna
żołnierz walczący
z wiatrakami własnej świadomości
poeta szukający
wyzwolenia przez piekło
miłości - do nieba
anioł zaklęty
w skorupie kamienia
(parszywy śmiech)

jestem niekochana
piękno konające
w trędowatym ptaku
zapach morskiego
zachodu słońca
tam gdzie niewidomi tańczą
baletnica bez nogi
pośród miss świata
(śmiech histeryczny)

jestem bo jestem
tak po prostu proszę pani
jak pies
mam cel jeden -
śmierć w bujanym fotelu
nie muszę być stara
(bez śmiechu)

JAN SIWMIR Poeta, prozaik, autor tekstów piosenek. zadebiutował w sierpniu 2007 roku powieścią obyczajową z wątkiem kryminalnym pt. "Żabeł Trojański". Pod koniec 2007 roku ukazał się jego pierwszy tomik poetycki zatytułowany "Różnopławy" (wstęp - Stanisław Stanik). W dniu 9. lutego 2008 roku uzyskał 1. nagrodę w "Turnieju Jednego Wiersza" podczas 10. Wieczoru Literackiego z cyklu "Na strychu w Łomiankach".
Autor jest postacią dosyć tajemniczą i intrygującą, pisze o sobie m.in. tak: "Siwmir jest dwuosobowy. Składa się z części żeńskiej jing oraz części męskiej jang. Czasami odwrotnie. Dlaczego zdecydowaliśmy się na pseudonim? Tylko i wyłącznie z jednego powodu - żeby móc zaczynać każde zdanie: 'My, Jan Siwmir...'.
My, Jan Siwmir, projektujemy wnętrza, biżuterię i stroje, namiętnie fotografujemy wszystko, co się rusza (z wyjątkiem ludzi). Rzeczywistość dojadła nam już w taki sposób, że jedynym wyjściem jest ucieczka w literaturę..."
Więcej (choć nie do końca...) można dowiedzieć się na stronie internetowej autora: www.jansiwmir.com.

PÓŹNO

kazano mi patrzeć w dół
przez całe życie
pochyloną głową dotykałem
chłodnych ścian
palce w ziemi unurzane
cierpły z bólu
a daleko gdzieś słyszałem
- fagot grał
kiedy w końcu oczy wzniosłem
aż do nieba
brak sufitu żal wyzwolił
nieprzebrany
było niebo
czyste niebo
z marzeń niebo
lecz na gwiazdy
ten niewolnik co tkwił we mnie
był

nieprzygotowany

METODA

zupełnie irracjonalnie
założyłam sobie że będę szczęśliwa

brzytwą wycinam nie pasujące fragmenty życia

trzeba wielkiej determinacji
aby uwierzyć
w skuteczność tego sposobu

ale podobno niewierzącym
też się sprawdza
zamknięcie oczu na rzeczywistość

Ockham był szczęśliwy

tylko czy na pewno...

I Powrót na górę I

Okładka książki - Dzieciństwo w pasiakach

PRZEMYŚLENIA

Bogdan Bartnikowski
PRZYPOMNIENIE O AUSCHWITZ-BIRKENAU

        27 stycznia 1945 to data pamiętna. Wtedy właśnie do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau weszli radzieccy żołnierze. W obozie zastali kilka tysięcy więźniów, a wśród nich blisko dwieście dzieci. Większość z nich były to warszawskie dzieci - dziewczęta i chłopcy - uwięzieni w obozie po Powstaniu Warszawskim. Byłem jednym z nich, choć wywieziony do Niemiec kilka dni wcześniej, musiałem na wolność czekać jeszcze długie cztery miesiące.


PRZED ŚCIANĄ ŚMIERCI
Papieżowi Benedyktowi XVI

Sam
krok za krokiem
w krzyczącej ciszy.
Ceglane ściany bloków
ściskają ramiona i serce
tłucze się ciężko aż boli.
Krok za krokiem
a każdy trudniejszy
bo coraz bliżej ściana
na której rozpostarła się śmierć.
Sam
krok za krokiem
dźwigając milczące brzemię
nieludzkiej przeszłości
kiedy tu, pod jedenastym blokiem
szalały bestie
a Bóg był bardzo daleko.

CEGŁY

Cztery cegły ze stosu dźwignąłem
z rampy obok Bramy Śmierci
i niosę je drogą za długą
rozpyloną cierpiętnym dreptaniem.

Cztery cegły piękne, czerwone
równiutkie dobrze wypalone
ręce od nich coraz dłuższe się robią
a droga i świat w oczach wiruje

Cztery cegły a moc ich trzeba
by pod chmury dom dźwignąć
wspaniały albo kościół najeżony
wieżami, teatr czy też może kino.

Nasze cegły nie na gmach ogromny
choć ułożą się hen wysoko
w komin nowy przez który prowadzi
jedyna stąd droga na wolność.

Bogdan Bartnikowski - ur. 1932 w Warszawie. Dziennikarz, poeta, prozaik. Podczas Powstania Warszawskiego łącznik-ochotnik w oddziale por. "Gustawa" - dowódcy "Reduty Kaliska". Po upadku reduty wywieziony do obozu Auschwitz-Birkenau (nr obozowy 192731). Absolwent OSL w Dęblinie. Wydał 23 książki prozą: opowiadania, powieści, reportaże. W 1969 roku ukazał się zbiór opowiadań o polskich dzieciach w Auschwitz-Birkenau pt. "Dzieciństwo w pasiakach" (Wyd. Nasza Księgarnia). Książka została przetłumaczona na język niemiecki przez Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie, jej promocja odbyła się w 2007 roku w Berlinie. W listopadzie tegoż roku Bogdan Bartnikowski został uhonorowany za "Dzieciństwo w pasiakach" nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE

Jan Zdzisław Brudnicki
KIELECKIE WARSZTATY „KUŹNIA”

        Myślę, że były to udane spotkania. Połowa września 2007 to pora dojrzała. Łowi się jeszcze końcówkę wakacji. Boczne boiska na stadionie "Korony" Kielce wypełniają się młodzieżą szkolną, która z zapałem goni piłkę i próbuje naśladować dorosłe gwiazdy. Z pobliskiego wzgórza majaczą zielenią i błękitem pasma Posłowickie, Zagórskie, wzgórza Karczówki i Telegrafu. Kadzielnia, słynna Skała Geologów, to uporządkowany "salon skalny", pięknie wieczorem oświetlony. W parku pierwsze wzory jesieni i dojrzewanie jarzębin i głogów.
        Niewiele jednak mieliśmy czasu na spacery, bo zajęć i prezentacji było huk. Jako sekcja literacka miałem też niemało wrażeń. A przecież sekcje plastyczne, recytatorskie, muzyczne przy posiłkach komunikowały się o dalszych wrażeniach w Centrum Kultury PZN i innych miejscach. No może do anegdoty przejdzie próba nagrań, zwana sesją, która nijak nie mogła dojść do skutku, a złośliwość losu osiągała wyczerpanie się dobrych manier uczestników - wobec złych manier tej pierwszej.
        Muszę przyznać, że się wiele nauczyłem od uczestników prezentacji, dyskusji, gawęd i ustnych reportaży. Pewnie za sprawą ich postawy. Otóż są oni solą środowisk, a nawet regionów. A jako ludzie utalentowani literacko potrafią przekazać swoje doświadczenia. "U mnie za stodołą to całe pasmo Łysogórskie widać" - żartował Lech Łysak, obdarzony niebywałą inwencją gawędy gwarowej, świętokrzyskiej właśnie. Natchnął zresztą naszego gospodarza Stanisława Nyczaja, tutejszego wydawcę i lidera, który otwierał nam Kielce w wielu aspektach, był przewodnikiem po galeriach, kościołach, placach - do zaprojektowania książek gawędowych z paru gniazd folklorystycznych. Bo tak to było, że pojawiały się pomysły, próby i plany wydawnicze, prezenterskie, i to całkiem realne.
        Z Teresą Jarosz z Zabrza dyskutowaliśmy o regionaliźmie w dobrym i niedobrym tego słowa znaczeniu. Pięknie się dzieje, gdy regionalizm inspiruje i tworzy środowisko odbioru, gdy jego instytucje są glebą rozwoju kultury, wzrastania duchowego mieszkańców. Ale co zrobić, gdy zaczyna separować, dzielić? I zaczęło się o Śląsku... Nie daruję wam tej nocy, bo brak miejsca.
        Marek Michał Kołbuk z Krakowa stwarzał Mrożkową aurę swoimi miniaturami dramatycznymi i monologami. Co za groteska! Co za okazja warsztatowa, żeby zastanowić się nad rolą humoru, żartu, komedii, parodii - w tekście literackim! Mieliśmy bardzo dojrzałą pisarkę Iwonę Zielińską-Zamorę z Łodzi, bardzo dramatycznie nastrojoną Irenę Kaczmarek z Lublina i posługujących się ulotnymi formami: Zbigniewa Orubę, Eugeniusza Brzozę, Elżbietę Kotras, Ewę Wojtasik. Wpadali inni uczestnicy. Byli redaktorzy, jak Renata Olszewska, która wydaje profesjonalne pismo "Oko", firmowane przez Okręg Kujawsko-Pomorski PZN. Oni mogli podzielić się doświadczeniami, jak zorganizować redakcję, zdobyć środki, a przy okazji - zdobyć materiały do druku. Nie da się wymienić wszystkich, za co przepraszam.
Foto - Okładka almanachu - Jesteśmy Nr 6        Od uczestników dosta- łem z podpisami almanachy "Jesteśmy" nr 5 i 6. To pokłosie kolejnych warsztatów "Kuźni" i całego "kombinatu" Arkadiusza Szostaka. Ozdobione pracami plastycznymi i fotosami z przedstawień teatralnych. Firmowane przez Krajowe Centrum Kultury PZN, opatrzone podtytułem "Małe formy literackie". Lektura tych publikacji przynosi charakterystyczne odcienie stylu. "Czas... pisał pamiętnik wokół ich oczu" - zanotowała Hanna Domańska. Pies "przyjaciel czterołapny" - to ładne i dowcipne określenie. "Gawrony... nad czymś debatują" - wpisuje się dobrze w nasze rozgwary metafora Ireny Stopierzyńskiej-Siek. "Wyrywaj ciszę spójności wewnętrznej" znalazłem u Marii Wojtyłko. "Słuchać śpiewu ziemi" zaleca pisarz o dużym dorobku - Maksymilian Kozłowski Bart. "Po domu krąży Bach, zagląda do serca" - to Halina Kuropatnicka-Salamon, a "Puste strony na kartkach czasu" znalazł Jan Polkowski.
        Stworzony ad hoc kabaret "wyświetlił" na ekranie telewizyjnym całą rzeczywistość. Wreszcie udało się odkryć układ, a nawet układy i poznać do głębi, a nawet osądzić, seksaferę.
        Zainicjowany zaś konkurs fraszki dał plon nadspodziewany. Dostało się wielkim Kielczanom - Szostakowi i Nyczajowi, i mnie - chudemu literatowi. Sam jednak nie wytrzymałem i ułożyłem fraszkę na dwanaście zalet naszego opiekuna, z których dwie były i są takie:

        Nyczaj ci poprawi wiersze,
        Nyczaj wyda jako pierwszy...
        A gdyby cię smutek trwożył
        Środowisko ci otworzy...


        Dobrą szkołę twórczości dał nam dyrektor Galerii BWA Marian Rumin. Te parę godzin zwiedzania i dyskusji na wystawie sumującej roczny dorobek środowiska świętokrzyskiego i konkursu uświadomił nam jak świat, a w tym plastyka, idą z postępem, sięgają po techniki komputerowe, które tworzą nowe prądy - jak iluzjonizm, abstrakcja, naturalizm, eksperymantatorstwo. Wszystko to nie tylko ma miejsce w plastyce, ale też w literaturze. Miłość, erotyzm, przemijanie, zostawiony ślad po sobie - to źródła twórczości. Mówił i pokazywał nam na obrazach, kazał wyczuwać na rzeźbach, jakże rozumny i wrażliwy nasz przewodnik!

I Powrót na górę I

DEBIUTY

WIESŁAWA ŻELAZIK

DZIKIE KONIE

pędzą konie w step zielony
wiatr im w grzywach
pieśń stepową gra
nie dogonisz dzikich koni
szybsze są niż wiatr

dzikie konie, wolne konie
prężą mocną pierś
głowy dumnie podniesione
grzywy wiatrem rozwichrzone
jakże piękne w biegu dzikie konie są

tętent kopyt w stepie dzwoni
że aż ziemia drży
przyłóż ucho do tej ziemi
a usłyszysz tabun koni
jak szerokim stepem gna.

LAS

czy byłeś kiedy w lesie o świcie?
czy obserwowałeś
budzące się w nim życie?
ptaków nawołujący śpiew
jak pośród drzew przemyka
do wodopoju zbudzony zwierz
czy przyjrzałeś się
mrówek znojnej pracy?
to jest tętniące życie lasu
ile ci potrzeba czasu
by wsłuchać się
w serca jego bicie?
powiem ci - całe życie!

Wiesława Żelazik jest osobą, której poezja pozwala przetrwać najcięższe życiowe doświadczenia, chorobę, cierpienie, ból. Od kilku lat praktycznie nie wychodzi z domu. Fizycznie - gdyż duchowo niezwykła wyobraźnia poetycka pozwala wędrować jej po bajecznie rozkwieconych łąkach, wznosić się nad dywanami lasów i borów, gnać w szalonym pędzie wraz ze stadem dzikich koni... W jej poezji jest niezwykła siła i magia, pozwalające powstać, unieść się w najtrudniejszej sytuacji ponad marność i ułomność kruchego, słabego ciała. Kwartalnik "Sekrety ŻARu" udostępnia autorce swoje łamy na debiut poetycki i życzy siły i wytrwałości, także w trudnej sztuce pisarskiej.  (psk)

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

KAMYKI WSPOMNIEŃ
Piotr Stanisław Król o tomiku poezji Rachel Schancer
"Na marach pamięci"

Foto - Okładka książki Rachel Schancer - Na marach pamięci

        Otwieram tomik poezji Rachel Schancer i odnajduję takie oto poruszające wyznanie autorki: Położyłam mały kamyk na Jej mogile / Kamyk choć niemy przemawiał do mnie / Zamilkłam zasłuchana / Wpatrzona w jego szorstkie twarde oblicze / serce waliło jak młot zagłuszając myśli / Żal palił jak pustynne słońce / Szarożółty kopczyk ziemi rozdmuchiwany przez jesienny wiatr / Jest moją Golgotą.
        OPodczas mojego spotkania z poetką miałem okazję poznać jej dwie osobowości - przystojną, energiczną, światową kobietę i... delikatną, trochę zagubioną dziewczynę, córkę, wspominającą z niezwykłą, gorącą miłością zmarłą Matkę, której w całości poświęciła swoją książkę "Na marach pamięci". Tytuł jednoznacznie wskazuje, że jest ona formą liryki żałobnej, wspomnieniem bezpowrotnie utraconej najbliższej sercu osoby. Czytam ze skupieniem kolejne wiersze i odnajduję w nich... pochwałę życia! Życia pięknego, spełnionego, mądrego, które doświadczone zostało tragizmem Holocaustu, utratą najbliższych, i wyszło z tego piekła przepełnione miłością, umiejętnością przebaczania nawet tym, którym przebaczać najtrudniej. Poetka pisze o Matce: "...wypłakane oczy, / Podkrążone farbami wojennych przeżyć, / Opuchnięte głodem, wypalone żarem po bliskich / Patrzyły z miłością, jakby w kartach kabały czytały. / Dlaczego? / Widziały zbyt wiele, aby już przebaczyć...".
        A więc są granice cierpienia, poniżenia, upadku, poza którymi jest już tylko wybaczenie, miłosierdzie, umiejętność odnajdywania w bliźnim tego, co najcenniejsze, mimo jakże często ohydnej, odrażającej skorupy zewnętrznej.
        OPorusza i skłania do głębokiej refleksji wiersz, który można odczytywać także metaforycznie, wieloznacznie: "Trąd / Bez stóp, bez dłoni, / Bez nosa, uszu, powiek, / Ślepi, wtopieni w zakamarki uliczek Mombasy / Bezgłośnie proszą o Twoje spojrzenie, / Jak o prawo do życia. / Patrzysz wzruszona, bez obrzydzenia. / Zaczynasz się modlić, / Bo wierzysz, że każdy człowiek ma duszę, / A ciało chore, umęczone, ślepe / Jest tylko maską". Trądem XX wieku było ludobójstwo, Holocaust, eksterminacja narodów: cygańskiego, ormiańskiego, polskiego i wielu innych. Jak łatwo nienawidzić, jakże trudno przebaczać...
        ORachel Schancer opłakuje najdroższą jej sercu osobę - Matkę, ale z tego "kopczyka kamyków pamięci" podnosi i niesie dalej przez życie małe, cenne diamenty. Wspomina: "Umiała rozszerzać horyzonty, / Otwierać myśli, / Udało się Jej / Utrzymać mnie na kolanach / Przed biednymi, chorymi, słabymi. / Nauczyła mnie dostrzegać boskość / W igiełce świerku i gałązce oliwnej. / Jej zawdzięczam człowieczeństwo. / Czy można mieć więcej szczęścia?".
        "Prof. Szewach Weiss, członek Knesetu, prezes Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, były ambasador Izraela w Polsce, który zrobił niezwykle dużo dla pojednania polsko-izraelskiego, na kartach tej poruszającej książki pociesza nie tylko jej autorkę, ale i nas wszystkich: "Nie przekwitają i nie zwiędną kwiaty malowane cierpieniem, żalem, rozpaczą po utraconych bliskich. Bo pamięć to nasze sumienie, echo minionego czasu."         Po przeczytaniu ostatniego wiersza Rachel Schancer mam wrażenie, jakbym znał już osobiście jej niezwykłą, mądrą Matkę. Czuję niemal jej obecność, dostrzegam w wyobraźni jej ciepły uśmiech. Zamykam książkę i w myślach kładę z szacunkiem mały kamień pamięci na jej grobie...

Rachel Schancer urodziła się w Polsce, jednak większość swojego życia spędziła za granicą. Jest dziennikarką. Studiowała pedagogikę i resocjalizację. Zna kilka języków. Pisze od dawna. Pierwsze utwory skierowane były do Mamy. Spisane uczucia, radości i smutki gromadziły się w szufladzie. Wiersze, krótkie opowiadania, felietony drukowała w prasie. Niezwykle wrażliwa na cierpienia, szczególnie dzieci. Działa w organizacjach charytatywnych. Mama dwóch dziewczynek. Dom dzieli między Polskę a Izrael.
Rachel Schancer w swej wyjątkowej, oryginalnej i przemyślanej książce poetyckiej poświęconej pamięci matki otwiera przed nami rozległą panoramę przeżyć, uczuć, doznań i... możliwości twórczych. Są to wiersze nie tylko wyrażające ból i żal po stracie osoby najbliższej, najważniejszej i kochanej, są to wyznania, skargi i oskarżenia, pytania i szepty, przywoływanie zmarłej i wizje jej powrotów, rozmowy z pamięci i parareporterskie notatki z różnych miejsc świata, od cmentarza przy Okopowej w Warszawie i ulicy Lompego w Katowicach, po pustynię Negew, Mombasę w Afryce i wybrzeża Oceanu Indyjskiego...
(fragment Przedmowy Andrzeja Zaniewskiego)

Rachel Schancer "Na marach pamięci", Toruń 2007, Dom Wydawniczy DUET, s. 170, ISBN 978-83-89706-98-0


NASŁUCHIWANIE ECH
Stanisław Stanik o najnowszej książce Ireny Stopierzyńskiej
"Powolne zmierzchanie błękitu"

Foto - Okładka książki Ireny Stopierzyńskiej - Powolne zmierzchanie błękitu        W wierszu "Kobieta w oknie", otwierającym najnowszy tomik Ireny Stopierzyńskiej "Powolne zmierzchanie błękitu", kobieta patrzy przez szybę okna i dostrzega objawy bujnego życia przyrody. Życie jest bujne, lecz widziane poprzez przedmiot, choćby nawet przezroczysty, sprawia wrażenie czegoś mechanicznego, automatycznego. Jakżeż pięknie z tego obrazu wyprowadza wniosek poetka: "kobieta wsłuchana / w mowę prostą i tajemną / jednostajnie podniosłą / jedno ma wciąż pytanie / czym jest to wszystko dookoła / a czym jest jej własne trwanie." Słowem - obraz otwiera zagadkę, jaką jest logika świata, który przemija, jak i jego sens?
        Ale przecież nie tylko okno, także naturalne receptory - oko, ucho, dotyk - nie pozwalają ująć istoty rzeczy, rzeczy samej w sobie, stąd potrzeba dociekania, czasem chwytania sedna. I w tym owładnięciu mija czas. Czas kobiety ma rozmaite odcienie - nie tylko patrzy ona przez okno, ale otwiera je, zamyka. Zmieniają się widoki, doświadczenie kobiety narasta. I przychodzi świadomość, że jest się w okresie "powolnego zmierzchania błękitu.".
        Czy autorka jest w takim okresie życia - nieważne, dość, że przedmiot jej refleksji ukazany jest w takim naświetleniu.
        Irena Stopierzyńska pisze o dojrzewaniu kobiety, o krajobrazach, które widziała, o Bogu w "Zamyśleniach nad Księgą", o sztuce, która skłania do namysłu, o zapisywaniu pamięci świata, która uczy mądrości i wiedzy życia. Słowa ostatnie w tym tomie zwrócone są do Maryi, jak i do zwyczajnego człowieka. Są to słowa optymistyczne: "a jednak nienadaremnie / i nie całkiem na próżno / pracujesz / źdźbła nowe pospiesznie rosną / a drzewa w rozległym sadzie / znów owocują."
        Autorka w niektórych utworach daje wyraz coraz większej dojrzałości twórczej i poświadcza, że jest poetką naprawdę, a nie tylko magistrem filozofii KUL i Uniwersytetu w Louvain.

"Powolne zmierzchanie błękitu" jest trzecim tomikiem poetyckim Ireny Stopierzyńskiej. Wcześniej ukazały się: "Z koszyka słów wybranych" (2004), "Doskonałość Twą odgaduję" (2006). Autorka tomiku przez lata zajmowała się publicystyką. Brała też udział w licznych konkursach literackich, w których wielokrotnie nagradzano i wyróżniano jej utwory. Urodzona na Litwie, w ramach repatriacji, znalazła się w 1946 roku z całą rodziną na Warmii. Po ukończeniu szkoły średniej, mimo słabego wzroku, podjęła i ukończyła studia na Wydziale Filozoficznym KUL. Po kilku latach pracy w Klubie Inteligencji Katolickiej w Warszawie otrzymała stypendium i wyjechała na dalsze studia na Katolickim Uniwersytecie w Louvain w Belgii. Studia te ukończyła, przedstawiając pracę magisterską na temat semiologicznej analizy języka informacji. W 1981 roku przyjęła propozycję pracy w Redakcji miesięcznika "Więź". Trzy lata później, po przejściu na rentę, zajęła się tkaniną artystyczną, a także malarstwem i rysunkiem. Swoją twórczość plastyczną prezentowała na wielu wystawach. Od kilku lat aktywnie działa w Klubie Twórczości "ŻAR" przy Okręgu Mazowieckim PZN. Jest członkiem kolegium redakcyjnego kwartalnika Sekrety ŻARu. Działa w Sekcji Literackiej Poetica.

Irena Stopierzyńska, "Powolne zmierzchanie błękitu",. Warszawa 2007, s. 127, ISBN 978-83-923885-1-7

I Powrót na górę I

Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

SŁOWEM O SŁOWIE

Irena Stopierzyńska-Siek
ARIERGARDA/AWANGARDA

        Wielu twórców, szczególnie młodych, jawnie lub skrycie marzy o znalezieniu się w awangardzie. Znalezienie się w awangardzie jakoby nobilituje twórcę. Dlatego w swej twórczości literackiej, teatralnej, plastycznej, filmowej, a nawet muzycznej stawiają sobie za cel przekraczanie wszelkich granic estetycznych i moralnych, odrzucanie tradycji i bogactwa wartości klasyki. Nagromadzenie wulgaryzmów, obsceniczności w języku literackim i sztuce wydaje się wielu nie dziwić i nie razić. Awangarda jest krzykliwa.
        A ariergarda?1 Czy słyszeliście o ruchu zapoczątkowanym przez ludzi światłych, wykształconych, którego celem jest przywracanie godności zanegowanym we współczesnej kulturze wartościom? Jeszcze nie? Nic dziwnego, bo my go dopiero stworzymy, jeśli spełnimy jeden tylko warunek - pozbędziemy się strachu przed opinią postmodernistycznych autorytetów.
        Oni wprawdzie głoszą relatywizm wszelkich pewników, wyborów i ocen, sami jednak twardo trzymają się własnych teorii o bezwartościowości wszystkiego, co wchodzi w zakres nieuznawanej przez nich filozofii, sztuki i religii. Jedynie swoje przekonania uznają za niepodważalne, dające im glejt na wypowiadanie swobodnych opinii na dowolny temat. Specjalizują się w mieszaniu wszystkiego ze wszystkim, przeinaczaniu znaczeń, niweczeniu podstaw logiki i zdrowego rozsądku. Działają bezkarnie, a w wielu ośrodkach opiniotwórczych gloryfikuje się poczynania "proroków" i "magów" ponowoczesności.
        Czy nie nadszedł więc czas na opór i jawny protest? Czy nie nadszedł czas na przemodelowanie modnych tendencji kulturowych? Czy nie jest to pora na przywrócenie wartości rozumu i troski o ład moralny w różnych dziedzinach życia jednostkowego i zbiorowego? Ogłośmy program ratowania kultury, która nie może się obejść bez jasnych kryteriów wartości, umocowanych w czymś donioślejszym od niej samej. A w dodatku miejmy się na baczności przed nieustannie pojawiającymi się nowymi awan-awan- awangardami
        Nazwijmy nasz ruch terminem często ośmieszanym i wzgardzanym - ariergardą. Niech ariergarda stanie się awangardą, zacznie mówić głośno to, co sama myśli i co czują tysiące pozbawionych odwagi i głosu. Odrzucimy wszelkie formalności - statuty, prezesów, diety, zjazdy i nagrody. Małe kręgi przyjacielskie są w stanie skuteczniej przywracać i ożywiać najwyższe idee ludzkości, które z niejasnych powodów zostały zdegradowane.
        Ariergarda nie musi bezrefleksyjnie sięgać po gotowe wzory dawnej kultury wysokiej. Te same wartości dają się wyrazić w nowych, niezużytych kształtach, zaskakujących swą głębią, prawdziwością, autentycznością i pięknem.
        Żaden czas nie jest zdeprawowany sam w sobie. Może więc ta "resztka" gotowych do podjęcia trudu stawienia czoła globalnemu wytracaniu duchowych wartości w kulturze stanie się zaczynem w dzieży, w której będzie rosło ciasto na pożywny, smaczny chleb.

1 Dawniej w wojsku "tylna straż" ochraniająca tabory z zapasami amunicji, żywności, z kuchnią i lazaretem.

I Powrót na górę I

Foto - Piotr Stanisław Król

FELIETON

Piotr Stanisław Król
SZTUKA NASKALNO-NAŚCIENNA

        Pierwsze moje zetknięcie się z literaturą naścienną miało miejsce w wieku cielęco-pacholęcym. Nabazgrałem na murze wołami: "Koham Borzenkę" (korektę proszę o pozostawienie oryginalnej pisowni). Chciałem jeszcze coś dopisać, ale nakrył mnie na tym procederze dozorca - Gruby Bolo. Złapał za kark i wywrzeszczał w ucho - Zliżesz to gówniarzu własnym jęzorem! Ponieważ nie przepadałem za zaprawami-potrawami wapienno-piaskowymi wywinąłem mu się z rąk jak piskorz i dałem dyla. Umiłowanie do joggingu mam do dziś, literaturę naścienną na dłuższy czas porzuciłem. Tym bardziej, że na drugi dzień pojawił się obok napis mojego konkurenta w zalotach do pięknej koleżanki z blond kucykami: "Głópi Piotrek, kawał gnoja, a Borzenka i tak moja!" (korekta - jak wyżej). Przebił mnie drań poetycko. A Bożenka dała nam obu kosza i robiła wielkie, maślane oczy do pewnego mięśniaka-dryblasa z piątej klasy, starszego o trzy lata.
        Dwie dekady później podczas stanu wojennego, po doszlifowaniu umiejętności w zakresie ortografii, powróciłem na jakiś czas do sztuki naściennej, ale kierowała mną tym razem idea opozycyjno-rewolucyjna. Kiedyś wymalowaliśmy nawet z kumplem na całą szerokość pewnego bloku na warszawskich Bielanach: "Orła wrona nie pokona - Solidarność". Następnego dnia zrobiło mi się trochę głupio, gdy tutejszy "Gruby Bolo", klnąc pod nosem, w pocie czoła zmywał napis pod czujnym, groźnym okiem dzielnicowego. Od tego dnia skupiłem się wyłącznie, jako redaktor i publicysta, na zapisywaniu kolejnych ryz papieru na starej maszynie Olivetti, którą przechowuję do dziś, jak cenny skarb (gdy komputery padną albo nastąpi kryzys energetyczny, to odkurzę swoją wierną towarzyszkę).

        Czy uwiecznianie naszych myśli, pozostawianie graficzno-malarskich śladów na ścianach, murach, skałach jest formą sztuki, czy - jakby to z pewnością określił "Gruby Bolo" - wandalizmem? Zanim odpowiemy na to pytanie, trzeba by sięgnąć do sztuki naskalnej pozostawionej przez naszych dalekich przodków. Analizując rysunki, malowidła sprzed tysięcy lat odkrywane w licznych jaskiniach, zastanawiałem się nad pierwszym, dziewiczym pociągnięciem palcem, a może patykiem, na skalnym, chropowatym podłożu. Co skłoniło naszego praojca, by wieczorem (tak to sobie wyobrażam), po spożyciu upieczonego nad ogniem udźca (czyjego, lepiej nie wnikajmy) i dokonaniu aktu prokreacji z towarzyszką lub towarzyszkami życia (dzięki czemu możemy dzisiaj uganiać się po jaskiniach-hipermarketach za udźcem w puszce w super promocji) - w końcu wstał, podszedł do ściany i nakreślił pierwszy znak, następnie drugi, trzeci i kolejne. Za tym poszły eksperymenty z barwnikami z roślin, purpurą, błękitem, karbonem... Przetrwały do dziś. Sztuka to czy wandalizm? A może po prostu odwieczna potrzeba wyrażania myśli, wewnętrznej ekspresji, refleksji nad otaczającym nas światem za otworem jaskini, za oknem - wyjścia poza stały schemat rządzący ewolucją: "konsumpcja - wydalanie - rozmnażanie".
        W jednej z jaskiń malowidła podpisane są... odciskami dłoni artysty, czy też artystów. Przetrwały tysiące lat, można dzisiaj zbliżyć do nich dłonie, dotknąć, nawiązać szczególny, wręcz metafizyczny kontakt z naszymi praprzodkami. Może nasza dzisiejsza potrzeba rysowania, pisania, pozostawiania śladów na ścianach, murach, skałach - to odruch atawistyczny?
        Tego typu napisy charakteryzują się, podobnie jak w innych "środkach masowego przekazu", zróżnicowanym poziomem intelektualnym. Obok rynsztokowych, kloacznych są i takie, które zapadają głęboko w pamięć, a nawet inspirują, jak choćby reżysera Krzysztofa Zanussiego do nakręcenia filmu pod tytułem wziętym niemal dosłownie "ze ściany" - "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową".
        Kilkanaście lat temu, jadąc szarym świtem miejskim autobusem, przeczytałam na brudnym, liszajowatym murze napis: "Przepraszam, że się urodziłem. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy!". Pierwszą myślą, która przemknęła mi przez głowę było sarkastyczne - "Nie jest to wyznawca reinkarnacji". Później przyszła zaduma i refleksja - co skłoniło tego człowieka, by wyjść z domu i uwiecznić na ścianie tę myśl, pozostawić rozpaczliwe wołanie w szarej przestrzeni miasta? Kim jest? Czy jest...? A może był...? Znak, jak ten odcisk dłoni w prastarej jaskini... Tajemnica ludzkiej egzystencji, skryta w zimnej, szorstkiej, szarej płaszczyźnie...
        Temat sztuki naskalno-naściennej rozważałem jakiś czas temu z moim przyjacielem. Kiedy wspomniałem mu o tych szczególnych "przeprosinach za życie" zainteresował się, w którym dokładnie to było miejscu. Kiedy zlokalizowałem precyzyjnie budynek, pokiwał z zadumą głową i powiedział - Tam obok jest teraz siedziba dużego banku... cholera! Znam to miejsce. Milczał przez jakiś czas, w końcu wycedził przez zęby - Wiesz co, zakradnę się tam w nocy i "wykrzyczę" na całe miasto taki napis: "Przepraszam, że wziąłem tutaj kredyt! Obiecuję, że więcej się to nie powtórzy!".

        Miałem sen - za dwieście, trzysta lat homo sapiens z dużą głową, wyłupiastymi, przekrwionymi oczami, długimi górnymi kończynami zakończonymi pająkowatymi palcami, zapadniętą klatką piersiową - wstaje od komputera. Z trudem odrywa się od wszechpotężnej wirtualnej sieci oplatającej wszystkich i wszystko, gdzie słowo jednostki w zapisie cyfrowym jest tylko nic nie znaczącą mikrokropelką w oceanie bełkotu. Wychodzi ze swojej betonowej dziupli i rozgląda po okolicy. Udaje się do pierwszej lepszej jaskini daleko za miastem. Rozpala ognisko, zagryza zmodyfikowanym genetycznie udźcem, dokonuje prokreacji przez klonowanie (jego strata), następnie bierze patyk, zanurza w popiele i zamyślony podchodzi do dziewiczej, szarej ściany...
        Obudziłem się... Ciekawe, co napisał...?

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Iwona Zielińska-Zamora - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Chutkowski

Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę