WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 2(21)/2008

W numerze:

Od Redakcji   >>>

PRZEMYŚLENIA
Być w literackim krwiobiegu - ze Stanisławem Nyczajem, poetą, publicystą, wydawcą rozmawia Stanisław Stanik >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - K. Łagowska, E. Madej, R. Milik, I. Pursa, A. Rodys, J. Rutkowski, St. Stanik, I. Stopierzyńska, J. Wodzyńska-Bujak, I. Zielińska-Zamora   >>>

IMPREZY I SPOTKANIA
Swiatowy Dzień Poezji   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Iwona Zielińska-Zamora - Jesion   >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Włodzimierz Rutkowski   >>>

REPORTAŻ
Nad Szprewą - Bogdan Bartnikowski   >>>

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE
NaGrody - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Literatura i język - Jan Siwmir   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Królewska podróż - Andrzej Zaniewski o najnowszej książce Piotra Stanisława Króla: "Czy tędy na wyspy szczęśliwe..."   >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Niespodziewane pocieszenie - Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Brykajmy sobie, brykajmy...! - Piotr Stanisław Król   >>>

GALERIA
Fotografia - Jan Siwmir   >>>


Od Redakcji

„Przed mądrym człowiekiem stoi otworem cała ziemia.
Ojczyzną szlachetnej duszy jest cały świat.”

(Demokryt z Abdery)

Foto - Iwona Zielińska-Zamora

        Drodzy Czytelnicy. Przed Wami kolejny już numer "Sekretów ŻARu", a przede mną trudny wybór, który artykuł powinnam szczególnie polecić Państwu do przeczytania w ciepłe, letnie popołudnie, bowiem ten numer kwartalnika, tak jak i poprzednie, obfituje w ciekawe artykuły. Zatem jak zwykle zachęcam przede wszystkim nowych Czytelników, bo Ci, którzy czytają nas od dawna, wiedzą, że stałe działy (Poezja, Słowem o Słowie, czy Moje Podróże Literackie) nie wymagają specjalnej rekomendacji. One są po prostu czytelniczymi pewniakami. Dlatego tym razem chciałabym zwrócić szczególnie Państwa uwagę na wywiad przeprowadzony przez cenionego poetę i krytyka Stanisława Stanika z równie cenionym poetą, animatorem życia kulturalnego i wydawcą Stanisławem Nyczajem. O Stanisławie Nyczaju wiele słyszałam, ale znacznie później poznałam Go osobiście. I wszystkie dobre, pozytywne opinie o człowieku i twórcy się potwierdziły. Ponieważ o tym, jakie ma zasługi dla literatury i kultury w szerszym ogólnopolskim wymiarze dowiecie się Państwo po przeczytaniu wywiadu, dlatego ja chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Stanisław Nyczaj od wielu lat jest dobrym duchem literatów wywodzących się ze środowiska osób słabo widzących i niewidomych. Jego fachowa pomoc, zaangażowanie i bardzo ciepły stosunek do nas i niezwykła wrażliwość na nasze poczynania literackie - są bardzo ważne. A ja po przeczytaniu tego wywiadu (wiele się jeszcze nowego dowiedziałam) poczułam się dumna i bardzo dowartościowana, że mam możność częstych kontaktów z tak utalentowanym twórcą i społecznikiem. Sądzę, że nie będzie przesady, jeżeli powiem, iż słowa wielkiego Demokryta z Abdery wypowiedziane przed wiekami idealnie pasują do bohatera wywiadu. A miłośników poezji zachęcam do sięgnięcia po najnowszy tomik "Poezje wybrane" tegoż autora. Tomik ten został wydany przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą w serii "Biblioteka Poetów". Zaś tych, którzy próbują swoich sił na niwie literatury namawiam do zapoznania się z nową książką Stanisława Nyczaja "Metafizyka tworzenia". Znajdziecie tam ważne i cenne wskazówki do dalszych potyczek z poezją.
        Jeżeli jesteśmy ciągle przy poezji, to zajrzyjcie Państwo na "Gościnne Łamy", gdzie tym razem prezentujemy poetę z Łodzi Włodzimierza Rutkowskiego.
        Kończąc to moje namawianie do duchowego obcowania z naszym pismem uważam, że nie sposób pominąć Galerii, gdzie prezentowane są tym razem niezwykle ciekawe fotografie Jana Siwmira. Równie ciekawa jest sylwetka samego Jana Siwmira, którego nazwisko pojawiło się już na łamach naszego pisma.
        To tyle z mojej strony. Pozostaje mi już tylko życzyć Państwu przyjemnej i owocnej lektury oraz pięknych, mądrze spędzonych letnich dni.

Iwona Zielińska-Zamora

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

BYĆ W LITERACKIM KRWIOBIEGU
ze Stanisławem Nyczajem, poetą, publicystą, wydawcą rozmawia Stanisław Stanik

        Stanisław Stanik - We wrześniu 1969 r. ukazała się w "Głosie Nauczycielskim" recenzja z Twojego debiutanckiego arkusza poetyckiego Przerwany sen. Firmował go Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy. Jak zawiązał się Twój kontakt z tym klubem, jak długo trwał, jakie wyniosłeś ze współpracy z nim korzyści?

        Stanisław Nyczaj - Dobrze wspominam tamten okres i mój debiut książkowy w LSW z 1968 roku w serii tzw. witryn poetycko-plastycznych KKMP. Zbiorek był istotnie niewielki, ale - jak na tamte siermiężne czasy - zrobiony gustownie, z edytorskim smakiem, zilustrowany grafikami utalentowanego Zdzisława Chudego. Pamiętam, jak z przejęciem i troską wiozłem te, wybrane przeze mnie spośród wielu, grafiki w dużych formatach nocnym zatłoczonym pociągiem z Opola - gdzie mieszkaliśmy obydwaj - do zreprodukowania fachowego w warszawskim wydawnictwie, mieszczącym się wtedy w "zielonej rotundzie" ZSL na Grzybowskiej. I potem odwoziłem je z powrotem, by nie narażać na uszkodzenie drogą pocztową. Ponieważ wówczas wydawało się książki rzadko, zgody przez cenzurę były skąpo dozowane, każdemu wydawniczemu przedsięwzięciu towarzyszyła jakaś prawie celebra. Na szczęście nie o wszystkim od początku do końca decydował aparat kontroli, raczej przesądzały recenzje, a po tych pozytywnych - życzliwe w sumie kolegia redakcyjne. Recenzentami mojego Przerwanego snu byli Ernest Bryll i Stefan Melkowski, a więc poeta o dużym już w tamtych latach rozgłosie i wyśmienity krytyk literacki, wspierający ruch młodych, podobnie jak Jacek Kajtoch.
        Z KKMP związałem się na dobre w listopadzie 1964 roku, przejmując po Bogusławie Żurakowskim ster w Ośrodku Opolskim. Patronował nam organizacyjnie, bez nacisków ideowych, Zarząd Wojewódzki Związku Młodzieży Wiejskiej. W odróżnieniu od ZMS-u (tj. Związku Młodzieży Socjalistycznej) ZMW gwarantowało luz. Widać to było najlepiej na szczeblu organizacji akademickich. Studiowałem polonistykę w opolskiej WSP (dzisiejszym Uniwersytecie Opolskim), gdzie właśnie Zarząd Uczelniany ZMW zaczął wydawać (to nic, że na powielaczu spirytusowym!) pismo studenckie "Nasze Sprawy", zwiastujące późniejszą odważną "Famę" i w dalszej perspektywie miesięcznik społeczno-kulturalny "Opole". Po radiowych kwadransach poetyckich, właśnie w "Naszych Sprawach", zadebiutowałem dwoma wierszami w roku 1964 i rok później jako krytyk (za duże słowo!) recenzją z Trampoliny Marka Nowakowskiego. W ruchu KKMP najwięcej czasu poświęcaliśmy dyskusjom warsztatowym nad funkcjonalnością metafor, puent, wersyfikacją wolnego wiersza. Rywalizowaliśmy wciąż między sobą w dziesiątkach konkursów, turniejów poetyckich i prozatorskich, wyjeżdżaliśmy do klubokawiarń na zespołowe spotkania autorskie (indywidualne rozpoczęły się dopiero po opublikowaniu pierwszych książek). Wciągały nas w wir artystycznych polemik ogólnopolskie seminaria KKMP w Warszawie na Smolnej 40 czy w Domu Chłopa. Zostałem wybrany do Rady Krajowej Klubu, od 1969 do (o ile dobrze pamiętam) 1977 byłem jednym z wiceprzewodniczących, współpracowałem potem dość długo z KKMP-owskim miesięcznikiem "Okolice", chyba do 1986, kiedy ukazała się, znowuż w LSW, opracowana przeze mnie z obszernym komentarzem 2-tomowa edycja Utworów poetyckich Stanisława Piętaka, otwierająca 5-tomowe wydanie jego Pism.
        Nie czułem się duchowo związany z nurtem wiejskim, niewątpliwe w KKMP preferowanym, dlatego mnie, silnie związanemu z miastem, w nim wychowanemu i zafascynowanemu głównie tradycją Awangardy Krakowskiej, najbardziej odpowiadała ta stworzona przez klub szansa artystycznego wyżycia się i wspomniany wcześniej tolerancyjny dla innych postaw luz.

        Wiele lat mieszkałeś w Opolu...

        ...dokąd w 1946 przywlokła mnie ze Stanisławowa "towarniakami" fala repatriacyjna wraz z rodziną...

        ...ale w 1972 r. przeniosłeś się do Kielc i tam stworzyłeś sobie "małą ojczyznę". Publikowałeś w prasie kieleckiej, w takich tytułach, jak: "Przemiany" czy "Słowo Ludu", a w 1975 roku wydałeś tomik wierszy Gryz naturą. W "Wiadomościach" ukazał się taki zapis: "Spotykamy tu wiersze jakby ściszone, przepełnione refleksją moralną i społeczną". Wynika z tego, że nie debiutowałeś pod znakiem "Nowej Fali", zresztą to zrozumiałe, bo Twoje pierwsze utwory poetyckie, jak wspomniałeś, ukazały się w 1964 roku. Jaki program Ci przyświecał, pod jakim znakiem Pegaza startowałeś?

        Od początku mojej drogi poetyckiej przejmowałem się konfliktami między cywilizacją a naturą oraz między zbiorowością a wrażliwą jednostką. To były dla mnie nie jakieś obiegowe tematy, a przeżywane z narastającym niepokojem problemy, które zaogniały się w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Gdy nastała "Nowa Fala", podzielałem jej głębokie zwątpienie, ironiczno-demaskatorski ton, ale odstręczał mnie nachalnie publicystyczny styl jej poetyckich zmagań. Z trafnym wyczuciem pisał w "Poezji" o tym moim stosunku do "Nowej Fali" nieodżałowany Józef Andrzej Grochowina, a w studium monograficznym z 1999 roku objaśniła Krystyna Cel. Może byłem bliższy poetyce Orientacji "Hybrydy"? Nie dość jasno to sobie uświadamiałem, choć interesowało mnie wtedy wszystko, co działo się w literaturze wokół. Słuchałem w warszawskiej "Stodole" wyważonych polemik hybrydowców ze Stanisławem Barańczakiem (akceptowano diagnozę sytuacji, mniej samą formę poetyckiego opisu), udzielałem się w nauczycielskim ruchu literackim, uwrażliwionym przede wszystkim na sprawy społeczno-moralne.

        Urodziłeś się w Nowicy pod Kałuszem w Stanisławowskiem. Czy miejsce urodzenia, tradycja przodków w miejscu rodzinnym rzutowały na Twój światopogląd, ważyły na wyborach artystycznych?

        Przyszedłem na świat w miejscowości, w której ojciec otrzymał posadę nauczycielską. Posada dawała gwarancję jako takich warunków; mama wyszła z wielodzietnej rodziny cierpiącej na co dzień dokuczliwą biedę. Szybko jednak musiała uciekać stamtąd przed ukraińskimi bandami. Ostrzeżona w porę przez życzliwą "żonie nauczyciela" gospodynię - Ukrainkę, wybiegła ze mną na ręce i z podręcznym pakunkiem w drugiej do lasu, nocą przemknęła ukradkiem do Kałusza i zaraz dalej, do Stanisławowa. Był rok 1943. Mając ledwie sześć miesięcy, w lwowskim szpitalu przy wtórze dywanowych nalotów bombowców przeszedłem operację wrodzonej katarakty obu oczu. Potem nastała wspomniana repatriacja. W tym okropnym rozgardiaszu żadne rodzinne tradycje, a zwłaszcza przemożnej potrzeby kształcenia się mimo biedy, nie mogły do słabo widzącego przemówić. Jak mi opowiadano, życie stało się rozpaczliwą walką o przetrwanie i uratowanie mojego wzroku. Rodzice rozstali się. Ojciec pozostał w Stanisławowie, bał się wyjazdu prymitywnymi wagonami na zachodnie ziemie odzyskane, matka z babką, mną i wujostwem po podróży-gehennie zamieszkała w Opolu. Do 12. roku przeszedłem sześć kolejnych operacji oczu w klinice krakowskiej. Duże koszty wyjazdów na te operacje, pobytu i opieki w szpitalu zmusiły matkę do handlu galanterią na opolskim bazarze, popołudniami chodziła do szkoły, by po maturze móc podjąć pracę w biurze. Stworzyła na tyle dobre warunki, że prócz szkoły podstawowej przez siedem lat mogłem się uczyć gry na fortepianie w szkole muzycznej - i to był jedyny jasny okres w mojej wczesnej edukacji przed polonistycznymi studiami, jakie sobie wybrałem.
        W rodzinie, owszem, wspominano z sentymentem Stanisławów i Lwów. Wuj rozbawiał nas gwarą lwowskich baciarów. Przy stole wyczekiwanym daniem wigilijnym była wspaniała kutia, którą w oryginalnej wschodniej recepturze przeniosłem potem do założonej przez siebie rodziny.
        Przymierzałem się do wejrzenia w odległą przeszłość i w głąb dawnych Kresów Wschodnich na podstawie wspomnień, opowieści, anegdot tych spośród bliskich, którzy spędzili tam dzieciństwo, młodość, nim wygnała ich repatriacja. Sposobiłem się do pokazania straceńczej determinacji ojca, czepiającego się byle pretekstu, żeby pozostać. To, co zastawałem tam podczas rzadkich, utrudnianych przez totalitarny system odwiedzin, było przygnębiające. Przymierzałem się, powtarzam, parokrotnie, oczywiście do prozy, ale za każdym razem brakło mi odwagi. Widać, wciąż nie jestem gotów.

        Przeniósłszy się do Kielc, podjąłeś pracę na Politechnice Świętokrzyskiej w Dziale Wydawnictw, a potem - i to mnie bardziej interesuje - w Instytucie Nauk Społecznych, obejmując kierownictwo Zakładem Filozofii i Socjologii oraz prowadząc zajęcia z wybranych zagadnień kultury współczesnej. Czy czujesz się naukowcem? Jakie masz osiągnięcia w tej sferze działalności?

        Na politechnice pracowałem w sumie 10 lat. Długo. Cały czas jako humanista. Po przejściu z wydawnictwa do instytutu zostałem starszym wykładowcą. Poniechałem jednak dysertacji doktorskiej, choć obszerny komentarz do pełnej edycji utworów poetyckich Stanisława Piętaka, okupiony wysiłkiem kilku lat żmudnej pracy nad rękopiśmiennymi wersjami różnych jego wierszy i poematów, opublikowany wraz z ineditami, być może zadowoliłby wymagającą komisję przy obronie. Ale w samą porę zorientowałem się, że z moim słabym wzrokiem nie mam szans w tych zawodach na dłuższym dystansie. Ale pewien ślad pozostał. Prócz wspomnianego komentarza do edycji opublikowałem kilka artykułów filozoficznych, bądź z pogranicza filozofii i literaturoznawstwa. Wymyślone przeze mnie jako program indywidualny, zaakceptowany przez ministerstwo, zajęcia z wybranych zagadnień kultury współczesnej na piątym roku dla studentów wszystkich wydziałów z wpisywaną do indeksu oceną prowadziłem z werwą i rozmachem, "zarażając" techników filmem, teatrem, muzyką, sztuką i literaturą. Nastrój z tamtego okresu powrócił i wspomagał mnie utwierdzając w celowości przy niektórych rozdziałach wydanej ostatnio Metafizyki tworzenia.

        Dużo czasu poświęciłeś autorowi Alfabetu oczu. Jakie zdobyłeś osiągnięcia w tym temacie? Czy Piętak to już nie martwa przeszłość? Poza nagrodą jego imienia coś ocalało z pamięci o nim?

        Cóż, nie za często powracamy do niego czy Tadeusza Nowaka, prawda, choć to ciekawi poeci. Każdy osobny, aczkolwiek mieszczą się w jednym nurcie wiejskim czy - jak wolą niektórzy pisarze, badacze - chłopskim naszej literatury. Nie powraca się do wielu twórców z tego nurtu. Jakby się dla nas wyczerpał. Odnosi się to też do prozaików. Każda literatura, nawet ta dobrej próby, ma swój czas rozkwitu i znaczenia, porę swego gorącego czytelniczego odbioru.
        Piętak przez to, że wciąż nosił w sobie całą dotychczasową twórczość, "niepokojącą kształtem niepełnym", że ustawicznie przerabiał, poprawiał, skracał wcześniejsze utwory, był dla mnie niezmiernie interesującym przykładem trudu pracy nad tekstem. Pracy, która miała swoją dramaturgię, bo nie zawsze, chcąc udoskonalić, poprawiał na lepsze. Bywało, że - nikt nie jest dość upoważniony do tak surowego określenia, ale użyję je - psuł dawne wiersze. Jak odnotowałem niedawno w Metafizyce tworzenia: przesadnie skracając teksty, ogołacał je z awangardowych metafor (tym samym zubożał obrazowo), tak jakby je obiektywizował, uniwersalizował. Tu i ówdzie próbował okiełznać dawną spontaniczność skojarzeń, osłabiając bądź gubiąc gdzieś tę jedyną w danej chwili zaistnienia niepowtarzalność zaklętego w strofy ekspresyjnego przeżycia. Doznawałem, śledząc ten proces, ambiwalentnych stanów: zaciekawienia porównywaniem rozmaitych wersji tego samego utworu i niepokoju, co z biegiem czasu powstawało w nowej redakcji wbrew Przybosiowskiemu wymogowi "dociągania do ideału". Poznałem ten dramat niejako od środka, przeżyłem osobiście i wiele się na tych przykładach nauczyłem.

        W 1977 roku wydałeś w "Iskrach" tomik wierszy Najcichsza odwaga, a krytyk Stanisław Mijas - bo zdaje się, że on to był - uznał, że głosiłeś w nim prometeizm poety, "którego Pegaz nie buja w obłokach, tylko chodzi po ziemi". Jak zinterpretowałbyś te słowa? Czy rzeczywiście jesteś też tak zawziętym realistą?

        Stanisław Mijas jako dziennikarz-faktograf chciał mnie pochwalić za konkret. A ten konkret w Najcichszej odwadze jest tylko pretekstem. Bez niego nie miałby uzasadnienia kończący tomik cykl Być. Imperatyw do działania "w dowód nadziei", jaki niesie jego przesłanie, zawisłby w czczej pustce. W sumie jednak dominuje chyba refleksja, podszyta gorzką ironią, a nawet kpiną. Bo sam konkret nie może być wystarczającym sprawdzianem. Staje się takim weryfikatorem dopiero w świetle wartości, jakie go uczłowieczają, porządkują i nobilitują.

        Zwróciły uwagę Twoje tomiki wierszy, takie jak Głos w dyskusji (1979), Tęsknota za nadzieją (1983). Pięknie o Twojej poezji tego czasu, wieku lat średnich, Leszek Żuliński tak pisał: "Jego poezja nie grozi pięścią przeciw światu. Jego poezja użala się nad światem, ale zarazem buduje ciche mosty moralnego męstwa". Inni dostrzegali duże uabstrakcyjnienie Twej poezji, co nie szło w parze z poetyką nowofalową. Jak ustosunkowujesz się do tych uwag?

        Wsłuchiwałem się w nie... Jak każdy zapewne poeta, cieszę się, to znów głęboko przejmuję. Nie obrażam się na krytykę. Zakładam, że nikt, osądzając surowiej, nie zamierzał mi dokuczyć. Więc korzystam. Zdarzało się, że nie wychwytywano ironii w wierszach z lekka groteskowych, odbierano całość w jednej płaszczyźnie - serio. Nie wszyscy przepadają za formą lirycznej groteski, jaką - rozmiłowany w aforystyce - wielce sobie cenię. Bo ona najdłużej opiera się druzgocącej krytyce niemiłosiernego - także dla poezji - czasu.

        Ułożyłeś wiersze z różnych swych okresów w poemat dramatyczny Puls. Co Cię do tego skłoniło?

        Chciałem tym poematem - nagrodzonym szczęśliwym trafem w 1968 roku przez "Głos Nauczycielski" - zwrócić uwagę na swoją poezję. Łudziłem się, że wystawi go Wojciech Siemion w Starej Prochowni. Obiecywał, ale próby przerwał mu wyjazd ze studentami PWST do Moskwy i już do wstępnie projektowanej inscenizacji nie powrócił. Zrealizowała to moje pragnienie bardzo pięknie Elżbieta Baran z adeptami sztuki aktorskiej w Ostrowcu Świętokrzyskim. W dobrym tempie, ze świetnie wykonanymi songami, skomponowanymi przez Mirosława Niziurskiego. Młody zespół, niestety, rozproszył się na studia po Polsce. Po latach, gdy dojrzałem do jeszcze ciekawszej koncepcji, Szczęsny Wroński doradził mi rozpisanie Pulsu na mniejszą ilość Głosów. Zrobię jeszcze jedno podejście z dołączonymi nowo powstałymi tekstami i songami brzmiącymi w nowszym stylu. Ta rzecz, traktująca o próbie odnalezienia się wrażliwego człowieka we współczesnym "zawikłanym krajobrazie świata", nie daje mi spokoju. Jeśli tak, to być może, nie powinienem dać za wygraną. Mówię "być może", wszak zdaję sobie sprawę z oczekiwań dzisiejszego, niecierpliwego dla strof odbiorcy, z trudności znalezienia chętnych zagrania poezji z porywem heroicznej romantyczności. By odwołać się do najświeższych postaw: wszyscy podziwiają duchowy hart Dalajlamy, a kto go w gruncie rzeczy wspiera autentycznie? Na oczach świata skrwawiony został bezbronny głos ku sprawiedliwej wolności, wszelako, póki co, muszą wygrać igrzyska. Potrzebuje ich przede wszystkim ekonomia, licząca na rekordy... zysków.

        Doczekałeś się Wierszy wybranych w Wydawnictwie Łódzkim (1964), a ostatnio Poezji wybranych w znanej "Bibliotece Poetów" Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. Jak spojrzałbyś sumująco na swoją twórczość? Jak oceniasz teraz swoje miejsce na mapie poezji? Czy zadowolony jesteś z dowodów uznania?

        Pomiędzy tymi wyborami zdarzyły się jeszcze w Opavie Poezie / Poezje dwujęzyczne, polsko-czeskie, w przekładach Libora Martinka, Ericha Sojki i Wilhelma Przeczka, w układzie i ze wstępem tego pierwszego. Każdy z tych trzech tomów był poszerzany o nowe wiersze, jakby wychylał się ku czemuś dalej. Takim jest i ten ostatni.
        Tworzenie więc jest konsekwencją raz obranej własnej drogi, oświetlanej przez dotychczasowe dokonania, by łatwiej sforsować Nieznane. Niespodzianki czynią ją wędrówką, przygodą, pasmem (że lekko parafrazując, nawiążę do dziennika Marii Dąbrowskiej) "przygód człowieka czującego". Te niespodzianki dowodzą, że przy całej konsekwencji poetyckiego czułomyślenia, każdy wiersz powstaje trochę inaczej.
        Moja poezja jest nieustanną potrzebą określania się wobec współczesności, refleksyjnego odnoszenia wciąż na nowo do jej dramatycznych powikłań. Ale jest też dla mnie pragnieniem wyrażenia siebie osobnego, wyodrębniającego się poprzez własne emocjonalne myślenie, własny sposób obrazowania, poprzez rozpoznawanie. Łącząc te dwie formy kreacji: reagowanie na puls zmian i szukanie własnej, w miarę jednorodnej wykładni - próbuję kształtować swą poetycką domenę, scharakteryzowaną w wyznaniu-credo pod koniec Poezji wybranych w serii "Biblioteki Poetów" LSW. Jednak, choć się staram, nie wiem, czy zaznaczyłem się na mapie współczesnej poezji aż tak, by mieć poczucie niewątpliwej na niej obecności. Mówię to szczerze, uczciwie. Pewne dowody uznania, dające jakąś satysfakcję, absolutnie nie uprawniają mnie jeszcze do dufnej samooceny. Wydaje mi się - podkreślam: tylko wydaje - że niektóre wiersze dzięki antologiom zyskały nieco szerszy obieg. Mógłbym wskazać ich może 20, a zwłaszcza Człowiek, W tym zawikłanym krajobrazie świata, Mój Manhattan, Grobowiec skarbów, Na zamku Hamleta w Helsingor, Sercem pojednania, Drogi na skroś, W potrzasku myśli czy poliptyk Być. To wciąż nie za wiele.

        Jakie zatem masz plany twórcze: poetyckie, krytyczno-literackie, jakie wydawnicze?

        Pracuję nad poematem dramatycznym, będącym kontynuacją Pulsu, ale z jeszcze ostrzejszym wejrzeniem w sytuację poddawanego wielu presjom człowieka, zniewolanego przez media, szantaż marketingowy, układy rządzące się rozbieżnymi celami, wymuszające podporządkowanie. Przygotowuję zbiór esejów i szkiców krytycznych, rozproszonych dotąd jako wstępy, posłowia, recenzje, komentarze. Być może wpierw poszerzy się Metafizyka tworzenia o tomy drugi i trzeci odsłaniające tajemnice warsztatu prozaików i dramaturgów. Stale gromadzę i uzupełniam analizy, refleksje, zwierzenia pisarzy różnych generacji.

        Czy znajdą w tych tomach wyraz, jak w obecnym tyczącym polskich poetów - bardzo interesującym, bo głębokim filozoficznie i mądrym - takie sprawy, jak uduchowienie twórcy, poczucie posłannictwa? Nie są to pojęcia przebrzmiałe, zbyt romantyczne? Czy nie czujesz się Don Kichotem współczesnej literatury polskiej?

        Uduchowienie, czy poczucie posłannictwa, jakie z wielkim patosem eksponował Romantyzm, występują także w innych epokach literackich. Jeszcze na wysokim diapazonie w Młodej Polsce, potem u poetów czasu wojny (głównie Krzysztofa Kamila Baczyńskiego). Ale im bliżej współczesności, tony uniesienia łagodnieją. Po Witkacym i Gombrowiczu uduchowienie i posłannictwo nabierają charakteru zaprawionej sceptycyzmem autorefleksji. W Metafizyce nadmieniam o zbawczym posiewie wątpienia, który powściąga wszelaką donkiszoterię.

        Kierujesz jako redaktor naczelny "Świętokrzyskim Kwartalnikiem Literackim". Co proponujesz, co promujesz i co podwyższasz, w formie dowartościowania, w swoim piśmie?

        Z powodu dotkliwego niedostatku środków numery przeważnie wychodzą co pół roku jako podwójne. Tym bardziej zależy mi na poziomie pisma, by było regionalno-ogólnopolskie, propagowało ciekawą twórczość z komentarzami krytyków spoza świętokrzyskich opłotków. Dzięki plenerom literacko-plastycznym, jaki organizuję od kilku lat z udziałem naszych pisarzy i twórców z różnych stron Polski w Sandomierzu, Górach Świętokrzyskich, Zakopanem, udaje mi się zgromadzić teksty wartościowe. Nie stać nas na honoraria autorskie (zresztą podobnie jak niemal wszystkie periodyki w kraju), toteż udział gości spoza środowiska w plenerach jest przynajmniej jakąś zachętą do współpracy. Z pomocą krytyka sztuki Mariana Rumina, dyrektora kieleckiego BWA, utrzymuję chyba dość komfortowy wystrój graficzny, sporo kolorowych reprodukcji malarstwa. Już wykwintna rozkładana okładka, barwna z obydwu stron jest najlepszym zaproszeniem dla pisarzy-autorów i czytelników. Jeśli treść nie zawodzi, pozyskujemy ich autentycznie.

        Bardzo szczegółowy biogram oraz wszechstronne ujęcie Twojej twórczości przedstawiła w arcyciekawej monografii Ciebie dotyczącej Krystyna Cel. Można się z niej dowiedzieć, że dałeś się poznać nie tylko w środowiskach opolskim i kieleckim, ale wręcz ogólnokrajowym. Czy czujesz się poetą bardziej już uznanym?

        Ta mała monografia Krystyny Cel, poetki i eseistki, wydana przed dziewięciu laty w serii "Sylwetki Współczesnych Pisarzy" AW "GENS", sprawiła mi wielką radość. Wzruszyła sposobem ujęcia, trafnością interpretacji. Podniosła na duchu, że coś tam poezji przyczyniłem godnego uznania, choćby w jej oczach. Nadmienię, że ta sama autorka opublikowała w "Autografie", redagowanym przez wymagającego Andrzeja Krzysztofa Waśkiewicza, dociekliwy esej o ważnym dla mnie wierszu, wspomnianym wcześniej - Na zamku Hamleta w Helsingor. Z wnikliwą uwagą śledzi tok i meandry mojej myśli i wyobraźni. Jest przykładem tzw. krytyki towarzyszącej w najlepszym tego pojęcia znaczeniu.

        Wielu luminarzy kultury kieleckiej nazywało Cię animatorem życia literackiego środowiska świętokrzyskiego, także sandomierskiego, choć w mniejszym stopniu. Jakie zanotowałeś osiągnięcia w tej sferze aktywności społecznej?

        Trudna sytuacja, w jakiej znajduje się notorycznie niedofinansowywana działalność literacka zmusza nas - twórców do pełnienia dodatkowej roli animatorów, menedżerów, redaktorów czasopism i almanachów. Nie ma pieniędzy dla profesjonalistów w tej dziedzinie, więc czynimy to społecznie, jak tylko potrafimy. I ja pośród niemałego grona ambitnych i zdeterminowanych w oddziałach ZLP oddaję się tej roli z pasją. Stąd wziął się "Świętokrzyski Kwartalnik Literacki", stąd plenery literacko-plastyczne, regionalne ogólnopolskie konkursy im. M. Reja, St. Żeromskiego, F. Raka na utwór satyryczny - wszystkie z bogatym plonem edytorskim. Stąd - już w mniejszej skali, choć przecież nie mniej ważnej - nasz udział w inicjowaniu oraz w jury szkolnych konkursów recytatorskich popularyzujących twórczość naszych pisarzy, stąd cykle spotkań autorskich, głównie w szkołach, poświęconych literaturze współczesnej z nawiązaniami do przebogatych w regionie świętokrzyskim tradycji etc.

        Kierujesz od wiele lat wydawnictwem "STON 2". Jakie osiągnięcia zanotowałeś jako edytor? Jak w tej chwili mają się twoje sprawy wydawnicze?

        Jeszcze większą moją pasją, niż ta animatorska, jest edytorstwo. Internet przecież nie zastąpi książki, obcowanie z którą jest przeżyciem innym, szczególnym. Nie da się porównać książki trzymanej w ręku z płaskim tekstem na ekranie komputera. Wciąż wygodniejsza jest niż laptop w podróży. Toteż oddaję się całą duszą także przygotowywaniu książek do druku, czyli ich redagowaniu oprócz konsultacji z autorami, potem nadawaniu im kształtu edytorskiego i dalej najtrudniejszej dziś ze sztuk - spopularyzowaniu. Bez serca dla tego ostatniego etapu niewielu dostrzegłoby nasze książki w ogromie dzisiejszej produkcji ogólnokrajowej.
        Chciałem tym się zajmować już w młodości, w okresie opolskim. Ale dopiero więcej zyskałem we współpracy z Wydawnictwem Łódzkim. Potem usamodzielniłem się tworząc Oficynę "STON" jako spółkę z o.o., a następnie Oficynę "STON 2" z żoną Ireną i synem Pawłem. Od 1994 r. wydaliśmy kilkadziesiąt tytułów: tomów wierszy, opowiadań, aforyzmów, satyrycznych powieści, eseistyki, książek z zakresu wiedzy o literaturze, filozofii, teatrze, filmie, rzeczy o ambicjach albumowych dla młodszych czytelników. Cieszę się, że przynajmniej jedna trzecia tego dorobku jest wciąż w literackim krwiobiegu.

        Bardzo dziękuję za udzielenie tak interesującego i obszernego wywiadu i życzę w imieniu redakcji wielu sukcesów na literacko-wydawniczej niwie.

I Powrót na górę I

Grafika - wiersze wybrane

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA

Wiersze wybrane


Krystyna Łagowska

GWIŻDŻĘ

...choć gwizdać nie umiem
każdy dzień darowany w rozkołysanej skakance
Stąpam po chodniku tabliczki mnożenia
Pomniki twórców matematyki
kurzołapy nie odświeżane od lat
Nie będę witać poranka,
ni żegnać łzami rosy...
Nie przejmuję się prognozami pogody
Nie dręczy mnie chorągiewka wiatru
Głęboko schowam sennik egipski
rozsypujących się kartek

ROZŚWIETLIĆ GWIAZDY

Na odwieczerz dziewczyna biegnie z dzbanem
do źródła Krynicy
zwinna kozica
szybka jak gazela
płocha jak sarna
Pod bosymi stopami
dziewczyna czuje przychylną twardość ziemi
opoka życiodajna
delikatnie stawia dzban z wodą
jest pełna radości i spokoju
Rozsypane cekiny na kurtynie nocy
kamienie, które były kiedyś
świecącymi gwiazdami galaktyk.
Dziewczyna wyciąga dłonie,
My Ziemianie pozdrawiamy
rozumne istoty innych światów.

W telewizji jakiś kłótliwy program
Wyłączyłam oglądalność.

Elżbieta Madej

PRZEMIJANIE

Szkoda czasów minionych,
Dawnych sprzętów i ludzi,
Brakujących już dzisiaj zwyczajów.
Na kukiełce w fontannie
Pozłacanej korony,
I zegara, który ze snu budził.

Z gramofonu muzyki,
Ciepła kaflowego pieca,
Karuzeli przy stacji pociągów
I zakupów z targu
W wiklinowym koszyku,
Cudownych losu obiecań.

Gdzieś odeszły w nieznane
Piękne baśnie i dzieje,
Naturalne przejawy miłości.
I fontanna nieczynna
I kukiełka złamana,
Tylko wiatr obcy w murach się śmieje.

I znów lata przeminą,
Lat dziesiątki być może.
Pokolenia następne powiedzą
Że im czegoś
Przemożnie brakuje,
Szybko płyną godziny...

Romana Milik

PUSTYNIA

Słońce było w zenicie
bliskie spełnienia
i nagle rozsypało się
jak szklana kula
wezbrane morze
utonęło w ciszy
a z ptasich jaj
wykluł się piasek
i rozwinął swe skrzydła
jak ruchome namioty
aż twarze Beduinów pociemniały.

Wielbłądy uciekły
poganiane ostatnim deszczem
w garbach zaszyły
zielone oazy
ziemia zwinięta
jak łuski węża
szczypała w stopy
bezpowrotnie
bezchmurnie
niebo rozszerzyło
swoją źrenicę
aż za horyzont
powstała pustynia...

Irena Pursa

PRZEMIANY

Skróciły mnie o głowę
złe ludzkie spojrzenia
Nie miałam dokąd pójść
Szukałam dróg
niekoniecznie prostych
we wnętrzu
na ogół własnym
choć niekoniecznie
Labirynty i zawiłości
nie zwiodły nieuchronnością
niektórych zdarzeń
Pozwoliły otworzyć się drzwiom
dotąd zamkniętym
Pozwoliły na otwarcie trzeciego oka
Zyskałam dodatkową siłę
Zyskałam wiedzę
niekoniecznie o sobie
Zyskałam spokój
który przedtem
zaistnieć nie chciał
gdy normalność widziałam
gdy czułam normalność
gdy smakowałam prozę codzienności
Teraz dzień każdy
stara się być objawieniem
Dotykam absolutu
w bezsenne noce
Dotykam piękna
tak ulotnego wcześniej
I nie dbam o przyszłość
Bo wierzę w tu i teraz
Ranki są pełne wspomnień
i błękitu czary
Wieczory radosne chwilą zasypiania
Dni trwaniem chwili
Noce zapomnieniem

WCZORAJ TO JUTRO

Wczoraj było jutro
z ulubioną potrawą na stole
bez bólu brzydoty
której nie chcę widzieć
bez cierpienia wspomnień
Pod przymkniętą powieką
kolorowe wiry
kalejdoskop marzeń
odzianych w zwiewne suknie
bez odcisków na stopach
Więc stąpam kołysząc w ramionach
naręcze bzu
Więc domyślam się wiosny
Więc chłonę zapachy
Więc zatrzymuję dźwięki
przez sito je przesiewając
jak obłoki przez błękit
I taką sałatkę chrupię na śniadanie
by wczoraj było niegdysiejsze jutro

Andrzej Rodys

INTERNET

makrokosmos
w roztworze nasyconym
elektroanglistyką
jak klejnot w puzderku
wuwuwu kropka coś tam
warownia enigmy
czy wieża Babel trzeciego milenium
sieć oplata dziwnie
tajemniczo
ale czy możliwe by nie oplatała
kreuje przestrach
zachwyt
dziękczynienie
jest przewodnikiem po strudzonym świecie
encyklopedią
pocztą i gazetą
by więcej nie wymieniać
bo zgubić się łatwo

a jeszcze tak niedawno
kto by to pomyślał

KLIMAT

temperatury
tańczą kontredansa
na parkiecie
świecącym glansem kalendarza
nic nie jest constans
wszystko jakby drwiące
z naszych obaw
z narzekań na te anomalie
wszak modne jest słowo
nieprzewidywalność
to może lepsze
niż rytm do znudzenia
wtłoczony w schematy
czterech pór wyrazistych
jak u Vivaldiego

Jan Rutkowski

MANTRA CISZY

najpiękniej się modlą Anioły
stają w trzepocie swych skrzydeł
jak sady co wielbią Pana prostym
otwarciem kwiatów
a wiatr układa im palce na złotych
harfach milczenia

próbowałem tego języka bez słów
i bez myśli nawet
co choć nie widzi to wie
co choć milczy to mówi

i nie zna swojej barwy
i nie zna swoich granic
i nie zna swojej siły

jak jasność co świeci w jasności
jak noc co tonie w ciemnościach

"Pragnął jedynie towarzyszyć im w trzydniowej podróży,
kiedy to Abraham jechał mając troskę przed sobą, a syna przy boku"
(Soren Kierkegaard)

BOJAŹŃ I DRŻENIE

niełatwo jest być ojcem
i trudno jest być synem

początku i końca drogi
nie da się z sobą powiązać

wędrówka na górę Moria
to nie rodzinna wycieczka
i nawet trzy dni nie starczą
aby przemyśleć drogę

gdy matka poczernia pierś swoją
aby odłączyć dziecię
to tylko pierś się zmienia
lecz matka jest ta sama

gdy ojciec stos rozpala
i nóż nad potomnym wznosi milczy
bo nikt takich słów nie stworzył
którymi przekona syna

nie sposób dziecku zrozumieć
przymus imperatywu

niech milczą więc egzegeci
bo nawet modlitwa dziękczynna
za zesłanie koźlęcia
niczego już nie zmieni

tak się zaciska węzeł
na drogach ojca i syna
nie patrzą sobie w oczy
bojaźń boża i drżenie

Stanisław Stanik

MIŁOŚĆ

jesteś w podniosłym nastroju
rzucasz się w moje ramiona
może kochasz

lecz ja
kochać cię nie mogę

jeśli oddaję się tobie
możesz zrobić co zechcesz

a ja poza swoją miłością
nic nie mam
chyba tylko kilka słów
które i tak nie mają znaczenia

tak są
ode mnie odległe

RADA

jeśli chcesz kochać
idź za podszeptem na dobre i złe
na niebo czyste i niepogodę
w każdej parze kaloszy
włóż w miłość swoje siły
choć ona i tak nie zwycięży
wszystko umiera

lecz przynajmniej twoja energia
może przetrwać
a co dalej
od ciebie i tak nie zależy

WIDOK ŚCIĘTEJ GRUSZY

pień po przejściu piły
u dołu gruszy
nie puszcza krwi

wyrasta
jak kikut
odciętej dłoni
z zabandażowaną korą

widnieją słoje szczezłe na deszczu
w górze tylko ideał gruszy

właściwie nic już nie ma
nie ma ideału

Irena Stopierzyńska

BEZSENNOŚĆ

wskakuje na łóżko
miękko, jak kot
układa się w nogach
i...
ziewając co pewien czas
opowiada o minionym dniu
a ten wymyka się z moich rąk
jak owoc
czasem dojrzały, czasem kwaśny

bezsenność przeciąga się
przewraca z boku na bok
i...
miękką łapą sięga
po jutrzejszy dzień

jeszcze niepewny siebie
bo nienarodzony

odpycham tę niepewność
zaciskam mocniej powieki...

UŚPIONY SAD

okryty lśniącą w słońcu bielą
w wielkiej ciszy trwa uśpiony sad
na tej bieli wpisały się ślady
ścigających się wielu psich łap

nie ustawi się dziś leżaków w ogrodzie
ani stołu z serwetą z frędzlami
nie ożywi nas aromat kawy
w filiżankach z chińskiej porcelany

powrócimy tu z majem pod pachą
pośpieszymy ku starym jabłoniom
one znowu w wiankach różowych
chwalić będą moc wiosny i czar

a dni długie, jak lata minione
chłonąć będą woń mocną i brzęk
noce krótkie miarą skąpca mierzone
wypłoszą z nas zasiedziały lęk.

Jadwiga Wodzyńska-Bujak

WIATR HISTORII

Słucham pieśni ukrytych w kamieniu
Ma on własną duszę
Ucho dotknięte do porowatej,
szarej powierzchni
Mówi sylabami
zaczarowanych słów
- przeszłości
Dotknięty dłonią
- kaleczy - wyrzuca pył życia
niewiadomych melodii
nie odkrytych marzeń
i tragedii istnienia
W historii przyjmuje słowa
wyryte z życia -
ludzkiego istnienia -
pamięci hołdu i chwały -
potomnym
Tajemnicy
co w pancerzu ukrywa
Wiatr Historii!

KWIAT FORSYCJI

Promień słońca łaskocze twarz
Przymrużam oczy
Wśród dywanów - ździebełek
wiosennych traw
Wybucha kaskadą krzak złocisty
Faluje, tańczy, śpiewa radością -
Pomarańczowy kwiat forsycji

Iwona Zielińska-Zamora

ANDRZEJOWI

Mężczyzno z drogi do gwiazd
odległy o cień marynarki
skryty za woalem dnia
siedzisz w fotelu i czytasz gazetę
mężczyzno
raz jeden zaproś mnie tam
gdzie twoje ego
w milczeniu zamknięte

a ja...

* * *

Gdzieś na krawędzi nocy
czuję dotyk twoich ust
oddycham ciepłem twego ciała
i słyszę drżenie powiek
nagle odwracasz się,
wstajesz...
ty odchodzisz?
nie
bez ciebie ten sen
to koszmar
zostań

I Powrót na górę I

IMPREZY I SPOTKANIA

ŚWIATOWY DZIEŃ POEZJI
Spotkanie z poetą Andrzejem Bartyńskim

        Światowy Dzień Poezji (World Poetry Day) proklamowany został w 1999 roku przez UNESCO (United Nations Educational, Scientific and Cultural Organization). Obchodzony jest 21 marca, w pierwszy dzień wiosny. W Polsce Światowy Dzień Poezji zagościł od 2001 roku. Jego podstawową ideą jest promocja pisania, czytania, publikowania i nauczania poezji. Wiele organizacji, instytucji związanych z książką organizuje w tym czasie spotkania autorskie z poetami, ciekawe imprezy kulturalne, które trwają jeszcze wiele dni, a nawet tygodni po tej dacie.
Poeta Andrzej Bartyński z żoną         W br. roku naszego kwartalnika wraz z pismem "Poezja dzisiaj" oraz Biblioteką Centralną PZN aktywnie włączyła się w tę piękną akcję promocji poezji. W dniu 11. kwietnia w Muzeum Tyflologicznym BC odbyło się spotkanie autorskie ze znakomitym poetą wrocławskim Andrzejem Bartyńskim, przewodniczącym Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Urodził się we Lwowie w roku 1934. W czasie II Wojny Światowej został aresztowany wraz z rodziną za czynny udział w ruchu oporu. W wieku dziewięciu lat całkowicie stracił wzrok. Po wojnie wraz z rodziną przeniósł się do Wrocławia. Autor wielu książek poetyckich, w tym m.in.: Dalekopisy (1957), Zielone wzgórza (1960), Komu rośnie las (1965), Ku chwale słońca (1974), Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie bar Cin-Cin (1977), Wojna, wyspa, skarabeusz (1982), Te są ojczyzny moje (1999), trylogię poetycką Taki Świat (2001).
        Autor podczas spotkania porwał wręcz słuchaczy w barwną, poetycką podróż po literaturze, ukazał szeroką panoramę ciekawych postaci ze świata kultury, z którymi się przez lata przyjaźnił, z którym współpracował. Okraszał swoją fascynującą gawędę wyśmienitymi recytacjami swoich wierszy, przednimi anegdotami, które wywoływały na sali salwy śmiechu. Andrzej Bartyński ofiarował Bibliotece Centralnej PZN na ręce Dyrektor Teresy Dederko pięknie wydaną trylogię Taki świat.
        Mamy nadzieję, że Światowy Dzień Poezji na stałe zagości już w Bibliotece na Konwiktorskiej w Warszawie, i że za rok znów będziemy mogli cieszyć się wiosennymi rymami, metaforami, po prostu dobrą poezją.

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

Iwona Zielińska-Zamora
JESION

        W listopadzie 1934 roku "Gazeta Codzienna", która wychodziła w "Ł" donosiła: "Nasze miasto pięknieje. Wiele ulic zmodernizowano, zainstalowano oświetlenie gazowe, przebudowano rynsztoki, położono nowe chodniki i posadzono drzewa. Przykładem może być ulica Jesionowa, na której znalazło swój grunt aż pięćdziesiąt sadzonek młodych jesionów. Jesteśmy przekonani, że mieszkańcy będą zadowoleni z niezwykłej przemiany, jaką przeszła ich ulica w tych dniach".
        Tyle gazeta.

Ilustracja - Za oknem jesiony         W listopadzie tego samego roku w domu przy ulicy Jesionowej numer 15 przyszła na świat dziewczynka. Na chrzcie otrzymała imię Michalina. Jesion, o którym będzie po części ta historia, miał szczęście, bo rósł przed najpiękniejszą kamienicą przy tej ulicy. Właśnie tutaj, przed numerem 15. Zatem... dziewczynka i Jesion byli rówieśnikami. A, że Jesion był bardzo wścibski, chciał wszystko widzieć i poznać, to rósł szybko, ciągle wyżej i wyżej. I wkrótce doskonale się orientował w tym, co też dzieje się ciekawego - nie tylko w izbach za raszlowymi firankami na parterze. Jeszcze nie zdążyła się skończyć okupacja, a on już doskonale orientował się, co też za historie się wyprawiają na wyższych kondygnacjach tej pięknej kamienicy. Jesion był wysoki i bardzo rozłożysty. I to też ułatwiało mu podglądanie innych czynszówek. A było na co popatrzeć. Oj, było!
        Lata mijały.
        Pewnego jesiennego przedpołudnia w mieszkaniu na pierwszym piętrze, w domu pod numerem 15, starszawa już pani Michalina podeszła do okna. Popatrzyła ze smutkiem na drzewo i powiedziała do córki:
        - Wiesz, kochanie - bardzo martwię się o moje drzewo. Ono ma tyle samo lat co ja. - Czy wiedziałaś o tym?
        - Naprawdę? - A skąd ta pewność mamo? - odpowiedziała pytaniem na pytanie córka, która właśnie przyszła w odwiedziny do matki.
        - Kiedyś w czasie remontu wzięłam stare gazety z piwnicy, by wyłożyć nimi podłogę. Tak naprawdę to trochę dziwne, że te szpargały się tam uchowały. Przecież za okupacji było tak trudno o jakikolwiek opał. Ale to chyba zasługa twojego dziadka. Bo tylko on w naszej rodzinie kolekcjonował wszystko. To i chyba te gazety... też?
        - No i kiedy je tak rozkładałam na tej podłodze... Długo to trwało, bo jak zwykle wetknęłam w nie nos - trochę poczytywałam. I wtedy to wpadła mi w oczy ta notatka - o naszej ulicy. I że te jesiony sadzono dokładnie w roku moich narodzin.
        - Może dlatego je tak lubię?
        - Ale zobacz... Michalina przysunęła się jeszcze bliżej okna. Jakiś łobuz ponacinał siekierą korę. Przez takiego drania on chyba niedługo uschnie!
        - Będzie mi bez niego trudno. Już dawno się przyzwyczaiłam, że zawsze mamy półmrok w jadalni!

        I prawie po siedemdziesięciu latach ta sama, ale jakże inna "Gazeta Codzienna" pisała: "Ekolodzy biją na alarm". A zaraz pod tytułem - "W naszym mieście w przerażającym tempie kurczy się drzewostan. Niemały w tym udział mają nadmierne ocieplenie klimatu i stale obniżający się poziom wód gruntowych. Jakby tego nie było dosyć, to stare drzewa są systematycznie okaleczane przez młodocianych wandali! Nasze drzewa umierają stojąc! Ekolodzy biją na alarm".
        Tyle gazeta.

        Wkrótce po tej, jakże dramatycznej notatce w prasie, na ulicy Jesionowej zjawiła się niezwykła ekipa. Jeden facet, który wyglądał na urzędnika wolno przemierzał chodnik i bacznie przyglądał się drzewom... - To... i tamto...
        - O jeszcze i to! Jest już zupełnie do niczego. Samo próchno. Nagle stanął przy Jesionie. To - wskazał ręką - a drugi facet napiętnował drzewo. Białą farbą postawił na nim krzyżyk. Po czym ruszyli dalej.
        - Szefie, to kiedy zaczynamy wycinkę? - spytał ten drugi, co wyglądał raczej na robola.
        - Im wcześniej, tym lepiej. Póki jeszcze zimno. Żeby przypadkiem na wiosnę nie zachciało się im jeszcze odbić - mówił beznamiętnie urzędnik.
        Nazajutrz pojawiła się znowu ekipa, tym razem była to firma specjalistyczna. Poszły w ruch piły spalinowe.
        Jesion zadrżał, nawet nie można powiedzieć, że ze strachu. Bowiem od dawna świadomy był swojej słabości. W końcu - "drzewa umierają stojąc". Kto to powiedział - tego Jesion nie wiedział, ale doświadczał powolnego umierania na własnej korze już od lat.
        - Jeszcze chwilę, długą chwilę - prosił żałośnie. Chciał bowiem pożegnać się ze swoją przyjaciółką. Pech sprawił, że właśnie nie tak dawno pani Michalina wyjechała do sanatorium.
        Chyba to mi się nie uda - pomyślał ze smutkiem Jesion i zaszumiał już prawie martwymi gałązkami. Przy tej okazji spadały na "niby trawnik" ostatnie liście i jesionowe noski. Kto wie? Może, kiedyś wyrośnie z nich nowe drzewo? Mój potomek... - rozmarzył się Jesion. Zrozumiał bowiem, że za sprawą piły spalinowej jego już za chwilę nie będzie... A on - Jesion - miał tyle jeszcze do opowiedzenia.
        - To koniec - pomyślał, gdy usłyszał tuż tuż przy swoim pniu warkot tej straszliwej piły. Podobno ci, którzy się topią, w ostatnich sekundach przypominają sobie całe swoje życie. I z naszym Jesionem było tak samo. Z każdym kawałkiem odciętej kończyny inny fragment i inna historia przesuwała się przed jego zaciągającymi się śmiertelną mgłą oczami.

        Listopad 1934 rok.
        Jesion jest jednym (jak donosiła prasa) z pięćdziesięciu młodych sadzonek na tej ulicy. On miał wyjątkowe szczęście, bo rósł przed tą piękną kamienicą. Chyba najładniejszą przy tej ulicy. Owa posesja numer 15 była nad wyraz okazała - czteropiętrowa, wykładana białymi kafelkami. Każdego piętra strzegła "lwia mordka". Potężna, żelazna brama w stylu secesji, na zwieńczeniu miała inicjały - H.S.
        Henryk Szwarc, bogaty Niemiec, właściciel kilku tartaków i domów w mieście "Ł" - bo to właśnie jego inicjały zdobiły tę urokliwą bramę. Już od dawna nie mieszkał w domu przy Jesionowej 15. Administrowanie posesją powierzył rządcy. Rudy Szubert też był Niemcem. Do niego należało zbieranie co tydzień należności za komorne i załatwianie wszystkich drobnych spraw. I to jego ganiał z siekierą w ręku bezrobotny i jedyny uciążliwy lokator - stary Goździewicz. Ta farsa powtarzała się dosyć często, tak często, jak często był bezrobotnym Goździewicz. A ponieważ ustawa o ochronie lokatorów obowiązywała, to ten drań zwyczajnie z niej korzystał i nadużywał swoich praw.
        A o porządek i czystość dbał stróż, który za niewielkie mieszkanie i bardzo niską tygodniówkę musiał nadzwyczaj solidnie wypełniać swoje obowiązki. W lecie było jeszcze pół biedy. Ale zimą! Kiedy spadł śnieg, to już głęboką nocą trzeba było chodnik do gołego odkuć. Łopata i sztanga nierzadko zakłócały spokojny sen kamienicy. No i jeszcze trzeba było przepychać rynsztoki.
        Latem miotłą, zimą, kiedy zamarzały, odkuwać sztangą. Były nawet zabawne te zamarznięte rynsztoki. Często kolorowe. Jak któraś z bab gotowała buraczki, to wiadomo... albo... jak... zawieruszyła się jakaś kluska... Do obowiązków stróża należało też zamykanie i otwieranie bramy.
        I teraz w godzinie śmierci - jak żywy, jakby dopiero co rzucił miotłę i gumowego węża, którym codziennie polewał trawnik i młode drzewka - stanął w gasnących oczach Jesiona stróż Krysiek. To był oryginał!
        Krysiek przyszedł chyba w 38 do "Ł" z zabitej dechami wsi. O pracę ciecia, jak i o każdą inną, w tamtych czasach nie było łatwo. Jak mawiała mama małej Michasi - "Trzeba było mieć żelazne buty, aby znaleźć robotę". Ten Krysiek przyszedł na Jesionową za protekcją. I musiał wpłacić aż 600 złotych odstępnego. Tak, tak... takie to były wtedy czasy - o pracę było trudno. Trochę jak dzisiaj.
        W jaki sposób zdobył taką forsę? I ile czasu upłynęło, nim uzbierał potrzebną sumę? A kiedy już zapłacił, kiedy już miał tę swoją upragnioną posadę...To był chyba zbyt zdumiony tym, co go spotkało. Bo nie widział różnicy i do wszystkich, nawet tych, najbardziej obdartych i bosych chłopaków (oczywiście ku ich uciesze) mówił - "Paniczu". - "Może panicz pozwoli... Niech panicze nie biegają po dachu...". Tego typu odzywki! Można było pęknąć ze śmiechu - bo jakież to byli panicze! Większość to zwykłe robociarskie dzieciaki. Co było uciechy z tym cieciem, to było!
        Ale po wojnie to zaraz przestał być stróżem. Choć dalej mieszkał w tej swojej służbówce. Tyle tylko, że na drzwiach wejściowych pojawiła się mosiężna wizytówka, a na niej taki oto napis: "Antoni Krysiek - Piekarz". Bo rzeczywiście w latach powojennych pracował w piekarni. A potem jeszcze zapisał się do ORMO i podobno potajemnie handlował wódką. Chyba rzeczywiście tak było, bo często pod osłoną nocy i w dniach wypłaty (w tamtych czasach w te dni, był zakaz handlu alkoholem) ktoś tam do niego pukał. Potem konspiracyjnym krokiem ten i ów wymykał się z bramy. Już nie była zamykana na noc. A co gorsza - niedługo w nieznanych mieszkańcom okolicznościach - znikła też i sama brama. I Krysiek już do nikogo nie mówił - "paniczu". Coś mi się zdaje, że ta posada stróża nie była tak bardzo przez niego wymarzona. Lepiej się czuł, kiedy wypiekał bułki i ratował tych, których nazbyt suszyło.

        Kolejna gałąź obcięta - wraz z bólem przypomniała mu się ta historia o rosyjskiej hrabinie. Kto to jeszcze pamięta? - i kto o tym w ogóle wie? - Jesion lekko poruszył jedną z nielicznych już witek i delikatnie podrapał za uchem swego oprawcę.
        - Nie? - Nie wiesz? - No to posłuchaj! Inaczej nigdy się już nie dowiesz, jak wtedy się żyło.
        - Sprowadziła się niedługo przed wybuchem wojny. Mówili, że to była rosyjska emigrantka. Miała, o tutaj niedaleko, bo na sąsiedniej ulicy fabryczkę czekolady. A ona, znaczy się, ta hrabina... O... tak! Ona była, jak na tę okolicę - wielka, bardzo wielka dama. A jej dwaj synkowie mieli ciężki żywot z tutejszymi urwisami. Codziennie rano gromadka tychże czekała na hrabiczów. Aby ujść z życiem musieli zawsze okupić się czekoladkami. Jakby to się skończyło, trudno dzisiaj gdybać. Zaczęła się wojna i rosyjska hrabina oraz jej dwaj chłopcy gdzieś przepadli.
        - A wiesz pan, dlaczego niektóre parapety były malowane na czerwono? Nie? Nie wiesz? - No, przecież mówiłem, że tylko ja i może... pani Michalina o tym jeszcze pamięta.
        - Naprawdę, pod 15 był taki czerwony parapet. Trzeba przyznać. Dawał po oczach. I po prostu sam naganiał klientów Reginie. Regina, to była taka trochę lepsza prostytutka. Często wysiadywała w oknie, z łokciami wspartymi o ten swój czerwony parapet. I wtedy - zawsze niewiadomo skąd, jakby z podziemi - pojawiał się klient. Potem tylko szybciutko ustalali cenę. Trochę się zawsze targowali, bo tak było trzeba, i...
        W podwórzu tej kamienicy, w nędznej oficynie mieszkało jeszcze kilka prostytutek. Te nawet nie musiały mieć czerwonych parapetów. Bo i po co? Ich okna nie wychodziły na ulicę. Za to na cuchnące wychodki i rachityczny krzaczek bzu, co z rozpaczy przytulił się mocno do muru. Takie towarzystwo nie było miłe rodzicom małej Michasi, ale zanim zdążyli się rozejrzeć za innym mieszkaniem, wybuchła wojna. Niedługo, chyba w pierwszą okupacyjną wiosnę... a może jeszcze zimę, mizerne córy Koryntu znikły jak duchy. Najpierw te najnędzniejsze z nędznych, a potem i po pięknej Reginie ślad zaginął.
        Po kamienicy chodziły słuchy, że Niemcy wywieźli te nieszczęsne kobiety do obozu koncentracyjnego. Tak było z pewnością. Tylko jedna wróciła, ale już nie do kamienicy i nie do swojej profesji. Ponoć została przodownicą pracy na przędzalni.
        - Ojej! Delikatniej! To tak boli - poprosił pilarza Jesion.
        - A ja, ci jeszcze coś opowiem, człowieku!
        - W domu obok była piekarnia. Oczywiście też należała do Szwaba. Nazywał się tak... jakoś. Zaraz... zaraz, jak on się nazywał? O, już sobie przypomniałem. Nazywał się Nyck. Jeszcze za wolnej Polski zrobił się z niego okropny faszysta. Faszysta jak się patrzy. Prowadził tę piekarnię wspólnie z żoną i szwagierką. Obie baby były bardzo brzydkie i nikt, nawet ja, nie potrafiłem ocenić, która z nich była szpetniejsza.
        W czasie okupacji już nie krył wcale swoich prohitlerowskich sympatii. Ubrany w bojówkarski mundur, z łapą wzniesioną w faszystowskim pozdrowieniu, paradował po ulicy Jesionowej. Czasami wzbudzał w jej mieszkańcach lęk. Częściej jednak wywoływał uśmiech lub grymas dezaprobaty a może ironii.
        - A chcesz pan znać finał tej historii? Otóż, kiedy się tym Szkopom pod Stalingradem dostało w dupę i zaczęło brakować mięsa armatniego to nasz dzielny Nyck dostał powołanie do wojska.
        - I wiesz pan, co on zrobił, ten bohater? Kazał wyrwać sobie wszystkie zęby!
        Oczywiście - te zdrowe też! W normalnych warunkach taka bezzębna ofiara losu nie poszłaby w kamasze. Ale w sytuacji, kiedy wojna jest już przegrana... nawet i te niemieckie bachory i takie tchórze "Nyckopodobne" się przydawały. I znowu miał szczęście. Jak szybko poszedł nasz piekarz, tak szybko wrócił z frontu. Daleko nie uszedł. Bo w pierwszej potyczce został ranny. Może znowu sobie sam coś wyrwał, a może coś... odstrzelił? - Trudno powiedzieć. Wrócił, kiedy Ruskie już z "Ł" wyszli. I dlatego czekał go polski sąd. Trochę się najpierw ukrywał, i to pod pierzyną u tej swojej szpetnej szwagierki Helgi. A potem tak jakoś krótko w piwnicy. Niestety, ktoś... komuś, ktoś już spał, a ktoś inny wdział buty i wywlókł Herr Nycka z tej piwnicy. Z jego własnej piwnicy, w której przez wszystkie te lata trzymał ziemniaki i kapustę na zimę. Wyrok śmierci. Inaczej - czapa! I znowu miał więcej szczęścia niż... Znalazło się kilku "dobrych" Polaków co świadczyli za, a nie przeciw. Potem była amnestia i wyjechał pan Nyck z brzydką żoną i chyba z jeszcze brzydszą Helgą na Zachód. Może szkoda, że ten wyrok nie został wykonany, bo podobno on tu niedawno przyjechał. Za czymś węszył...? Wypytywał o starych lokatorów. Ale takich tu już prawie nie ma. I czego on tak naprawdę szukał? A ta jego piekarnia - to jeszcze tutaj do niedawna pracowała. Na trzy zmiany chodziła!

        - Oj, ostrożnie, nie tak mocno. Czy nie mówiłem ci, że to boli, bardzo, ale to bardzo boli. Błagam - trochę wolniej... To może... jeszcze uda mi się opowiedzieć inną historię. Może zdążę!

        Opowiem dokładniej, jak przeżyliśmy na tej ulicy okupację niemiecką. "Ł" należało do Rzeszy. Domy nieco opustoszały. - Rozumiesz - przymusowe roboty, a ci, co zostali pracowali ciężko... Chleb był na kartki... W piekarni Nycka pierwszeństwo mieli Niemcy... a ten chleb... mówili, że był z trocinami i nie wolno go było jeść świeżego... wykrzykiwał Jesion chaotycznie i chyba już nikt go nie słyszał. - Tylko raz urządzono tu wielką łapankę. Wtedy wszyscy żeśmy się bardzo bali. Nad ranem zamknięto ulicę z dwóch stron. A potem... potem metodycznie wywlekali ludzi, którzy w jakiś dziwny sposób zawieruszyli się tej właśnie nocy w domach przy ulicy Jesionowej. Podobno u żony sekretarza z magistratu był niemiecki oficer. Puszczała się, flądra jedna, podczas gdy jej mąż gnił w Oświęcimiu. Długo jeszcze o tym szeptano. Bowiem o takich sprawach ludzie mówili bardzo cicho, bo nigdy nie wiadomo było, kto będzie następną ofiarą.
        Wszyscy jeszcze dobrze pamiętali, ja też - dodał pośpiesznie Jesion - jak zaraz na początku wojny, z Jesionowej wygarnęli wszystkich komunistów. Żaden nie wrócił. Mówili, że Niemcy mieli już gotowe listy, sporządzone jeszcze przed wojną. Piąta kolumna działała w "Ł" bez zarzutu. Komuniści i inteligencja - doskonale pamiętam tego inżyniera z drugiego piętra. On był jedną z pierwszych ofiar. Długo jeszcze po wojnie, na dźwięk otwieranej nocą bramy - niejednemu zabiło mocniej serce.

        - Poczekaj, jeszcze nic nie opowiedziałem ci, Człowieku, o tym, co działo się w kamienicy i tak w ogóle na ulicy Jesionowej przez długie, powojenne lata. Przecież jestem po siedemdziesiątce i bardzo dużo wiem i pamiętam - wykrzykiwał z rozpaczą Jesion, kiedy piła sięgnęła pnia, a jej łańcuch z łatwością wchodził w jego stare, schorowane ciało.
        - Jeszcze chwileczkę - błagam. Przecież ja nic, tak naprawdę nic, nie zdążyłem Ci opowiedzieć o Micha...

        Ekipa kończyła dzieło zniszczenia.
        - No, to potnijcie ten pień na drobno, a gałęzie zmieli ta nasza nowa, piekielna machina - zarządził zadowolony szef.
        Drzewo znikło. Niewtajemniczony nigdy by się nie domyślił, że tak niedawno jeszcze stał tutaj Jesion, który przez lata całe oddychał życiem ulicy Jesionowej.

        Michalina poprosiła córkę, by wyszła po nią na dworzec. Wracała z sanatorium i miała obawy, czy poradzi sobie z ciężką walizką.
        Weszły do mieszkania. Michalina położyła torebkę na stole i rozejrzała się po jadalni. - O, jak tu widno - zauważyła.
        Podeszła do okna.
        - Nie ma już mojego drzewa - ni to spytała, ni stwierdziła. Trochę do samej siebie, a jakby trochę do córki.

        A po kilku dniach, kiedy rozmawiały przez telefon - wyznała z zażenowaniem.
        - Wiesz, kochanie, jakie to dziwne. Wydawało mi się, że ja... na pewno umrę - no wiesz - razem z tym drzewem. Zawsze sądziłam, że ono jest jakby cząstką mojego "ja". A tymczasem - żyję! A Jego nie ma! I co gorsza - nawet zaczynam się cieszyć, że tak jasno zrobiło się w jadalni.
        Po tylu latach!

I Powrót na górę I

GOŚCINNE ŁAMY

WŁODZIMIERZ RUTKOWSKI

        W tym numerze kwartalnika kulturalnego "Sekretów ŻARu" w dziale Gościnne Łamy chcemy zapoznać Naszych Czytelników z twórczością poetycką Włodzimierza Rutkowskiego. Wprawdzie autor prezentowanych wierszy urodził się w Szczecinie, to od wielu lat mieszka, pracuje i tworzy w Łodzi. Pisze wiersze, fraszki i opowiadania. Bierze udział w spotkaniach grupy literackiej Centauro, która działa pod troskliwą opieką Henryka Zasławskiego przy Dzielnicowym Ośrodku Kultury Łódź-Górna. Należy do Koła Młodych przy łódzkim oddziale Związku Literatów Polskich. Włodzimierz Rutkowski nie jest debiutantem, jego utwory były publikowane w wielu czasopismach literackich (Angora, Akant, Tygiel Kultury, W Kręgu Literatury, Magazyn Kulturalny Łodzi i Województwa - Kalejdoskop) i w antologiach (Antologia Poezji Miłosnej, Szczecin 2002, Ogrody Przeobrażeń, Łódź 2001, Praska Przystań Słowa, Warszawa 2003).

Włodzimierz Rutkowski

* * *

Na bulwarze
nie zachodzącego słońca
radosna jak dziecko
gonisz za śnieżynką
bałwana lepisz
i po co
masz go przecież obok
zdziwionego
jakby z księżyca
spadł

ULICZNICA

Jak Boga kocham
nic tylko zakochać się
taka ci ładna
przy tym cichutka
nieco zagubiona
a do tego kamieniem usłana

chcesz czy nie
ogrodami
niczym czarnoksiężniczka
wiedzie w zapomnienie

świadkiem mi
księżyc w stawie
i kot
na płocie

I Powrót na górę I

REPORTAŻ

Bogdan Bartnikowski
NAD SZPREWĄ

        Pociąg Intercity z Warszawy do Berlina mknie "tylko" sześć godzin, jest więc czas na myślenie o tym, jak tam będzie. Program jest mi znany - wiem, że gospodarze wszystko zaplanowali drobiazgowo, ale... co innego stawać przed młodymi znad Wisły, a co innego przed ich rówieśnikami znad Szprewy. Będę im mówił o moich przeżyciach w Berlinie w ostatnich miesiącach wojny. Rety, toż to było ponad sześćdziesiąt lat temu! Czy opowieści starszego pana ich zainteresują? Czy nie stanę przed murem obojętnych twarzy, skrycie lub nawet nie skrycie ziewających? Nie wiem... I prawdę mówiąc, nawet bym się nie zdziwił, gdybym spotkał się z obojętnością. Współczesność jest pewnie dla młodych znacznie ciekawsza niż przeszłość. I to przeszłość wojenna, pełna strachu, głodu, nędzy. Przeszłość o jakiej nie mają, na szczęście, pojęcia.
        Mam więc o czym myśleć w przedziale kolejowym. Prawda, mówiłem o wojennych losach polskich dzieci, o moich własnych przeżyciach, wiele razy. Ale to było tu, u nas, w kraju. Przed trzema chyba laty, gdy w Poznaniu spotkałem się z uczniami szkoły o profilu komunikacyjnym, zaskoczyło mnie pytanie jednego z uczestników spotkania - mówi pan o poezji, a jako dziecko był pan w Auschwitz. I nic pan o tym nie mówi...
        - A czy to was interesuje? - odpowiedziałem zaskoczony. - To było tak dawno...pewnie o Auschwitz dużo wiecie...
        - Tak! Ale niech pan opowie, jak tam było! Czyżby więc po tylu latach trzeba było wciąż wspominać horror wojennych przeżyć? Prawda, one we mnie tkwią. I najczęściej z trudem o tamtych czasach mówię. Ale teraz, w Berlinie? Jadę z książką, z moimi wspomnieniami pierwszy raz wydanymi po niemiecku. I mam je uczestnikom spotkań prezentować. Jako autor. Jako - jak to się dziś pompatycznie nieco mówi - świadek historii.
        Wysiadamy na stacji Berlin-Ost, bo dworzec centralny jeszcze nie działa (podróż miała miejsce w październiku 2007 roku). Przejście do S-bahnu czyli kolejki miejskiej, kilka przystanków i wysiadamy w Schoneweide. Krótki marsz do hotelu. Z okna pokoju mam widok na Szprewę. Inna tu ona niż w Tiergarten, gdzie na przedwiośniu 1945 ładowałem na barkę cegły ze zburzonych domów. Do licha, wciąż mi się tu cisną porównania tego, co jest dziś i tego, co było kiedyś.
        Do ośrodka, gdzie eksponowana jest wystawa o polskich robotnikach przymusowych, z hotelu droga niedaleka. W latach wojny, w prostokącie między ulicami, stały baraki dla rosyjskich jeńców wojennych i robotników przymusowych zwiezionych do Berlina z krajów okupowanej Europy. Walki o Berlin nie zmiażdżyły okolicznych domów ani baraków. Wszystko jest więc tu tak, jak było przed laty.
        Dziwne to dla mnie miejsce. Pomyśleć tylko - o krok, przez ulicę, żyli mieszkańcy Berlina, a tuż obok, w środku dzielnicy, był obóz. Nie, nie taki z drutami ogrodzenia pod napięciem, z wartowniczymi wieżyczkami, z krematorium. Ot, parterowe baraki, a w nich tłum niewolników wyprowadzanych dzień w dzień do pracy w zakładach przemysłowych Berlina. Teraz, w schludnych białych barakach jest centrum upamiętniające tamte lata. I tu właśnie spotkam się z Berlińczykami. Najpierw młodymi, niewiele starszymi ode mnie gdy ładowałem te cholerne cegły w wojennych jeszcze czasach.
        Trochę emocji. Młodzież, no cóż, wiadomo jak to bywa, klasa wstać, wychodzić na spotkanie z pisarzem, bez gadania. Nawet fajnie, bo lekcja przepada, może jakaś klasówka czy groźne odpytywanie. Dla młodych to frajda. Tylko jak oni będą na mnie patrzeć... Zobaczą starszego pana, który będzie im mówił o jakichś strasznie dawnych czasach. I o co będą mnie pytać? Jeśli będą. Ciekawe to będzie. Czy trudne, zobaczymy.
Auschwitz-Birkenau "Z Warszawy do Auschwitz wywieźli Niemcy ponad 13 tysięcy mieszkańców. A wśród nich było około pięciuset dzieci w wieku poniżej 14 lat. [...] jednym z nich byłem ja." Bogdan Bartnikowski - świadek tamtych dni.
        Patrzę na nich, jak gromadnie wchodzą do sali. Chłopaki, dziewczyny. Tacy już prawie dorośli, bo to gimnazjalne klasy. Różni od naszych dziewczyn i chłopaków tym tylko, że wśród siedzących widzę także śniade twarze i krucze włosy. Nic dziwnego, w Berlinie jest obecnie wielu imigrantów z Turcji i krajów arabskich czy azjatyckich.
        Dyrektor z Fundacji "Polsko-Niemieckie Pojednanie" przestawia mnie w krótkim niemieckim wstępie. Potem tłumacz książki czyta dwa opowiadania. Patrzę na salę. Nie, nie przysypiają, nie ziewają, jak to czasem na spotkaniach się zdarza. No i wreszcie mam mówić ja. Chciałoby się mówić tylko o swoich obozowych losach. Ale wiem, że oni właściwie nic nie wiedzą o wojnie w Polsce. Nie ma tego w szkolnych programach. Dla nich powstanie w Warszawie to powstanie w getcie w kwietniu 1943. A Auschwitz, to miejsce holocaustu Żydów. Polacy w Auschwitz? Kiedy? Jak? Po co?
        Tak więc najpierw musi być krótka lekcja historii. O tym, jak się żyło w okupowanej Warszawie. O aresztowaniach, łapankach, egzekucjach. Wreszcie o powstaniu, naszym, polskim, w sierpniu 1944. I o tragedii cywilnej ludności miasta roztartego na proch. O tym, że z Warszawy do Auschwitz wywieźli Niemcy ponad 13 tysięcy mieszkańców. A wśród nich było około pięciuset dzieci w wieku poniżej 14 lat. I że właśnie jednym z nich byłem ja.
        Trudno mówić o miesiącach uwięzienia. O rozdzieleniu z matką. O codziennym głodzie, zimnie, brudzie, o pracy jak dla dzieciaków za ciężkiej. Gdy kończę, jest chwila ciszy. I zaczynają się pytania. O szczegóły obozowego życia. O tym, jak uwięzienie oddziaływało na nasze kształtowanie. I jak przeżycia wpłynęły na mój rozwój. Na mój stosunek do życia. Na mój stosunek do Niemców. Wtedy. I po latach. Zdumiewająco szeroki wachlarz tematów. I duża dojrzałość tych dziewczyn i chłopaków. I zainteresowanie historią. Zainteresowanie przeżyciami człowieka, który w czasie uwięzienia w obozie miał mniej lat, niż oni mają teraz.
        Widzę, że warto było mieć to spotkanie. Że było potrzebne. I im, i mnie. Oni dowiedzieli się czegoś, o czym nikt im nie mówił.
        To oni. A ja? Widziałem zainteresowane, poważne twarze i oczy. I myślę, że przez te blisko trzy godziny spotkania coś pożytecznego zrobiłem.
        Wierzę w to.

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE

Jan Zdzisław Brudnicki
NaGrody

        Zacznę jednak od małego donosu, bo to bardzo modne. Oto trafiły mi do ręki numery wrocławskiego pisma "Nietakty!". Jest interesujące, a podtytuł wyjaśnia resztę. "Pismo specjalne Klubu Inteligencji Niewidomej Rzeczpospolitej Polskiej oraz Związku Literatów Polskich we Wrocławiu". Jak łatwo się domyślić redaktorem naczelnym jest oczywiście Andrzej Bartyński, znany działacz PZN i równocześnie prezes Oddziału ZLP. W numerze (21)2007 znalazłem program poetycki tego uznanego poety. "Ja jestem poetą ociemniałym, który żyje naraz w dwóch światach - widzialnym i niewidzialnym, w republice światła i w królestwie nocy. Nie widząc dosłownie, widzę więcej niż inni. Żyję w dwóch światach naraz, jak kiedyś ów legendarny Homer... Masz wybór, kim chcesz być. Podjąłeś decyzję. Jesteś poetą. Moja ojczyzna jest polskim rymem, jest ona wylśniona...". Chciałoby się cytować więcej, ale się nie da. Odsyłam do numerów.
        W numerze 20 znalazłem też interesujące wiersze i prozę znanej mi poetki Haliny Kuropatnickiej-Salamon. Jest zresztą wiele utworów znanych poetów. Nr 21 w połowie poświęcony jest Markowi Wawrzkiewiczowi, jako poecie, jako prowadzącemu warsztaty we Wrocławiu i jako prezesowi ZLP. A właśnie w połowie lutego ten właśnie poeta i Bogdan Loebl otrzymali od rzemiosła polskiego zaszczytną nagrodę im. Reymonta za całokształt twórczości. Wawrzkiewicz pięknie zresztą obrodził ostatnio erotykami. Oto przykład: "Ślepnę. Ale zdradzieckie dłonie i ciało / Widzą wtedy więcej. Chociaż ja wiem, Pani, / że nie jestem godzien takiego widzenia".
        Bogdan Loebl, podtrzymujący kresową legendę w poezji i w prozie, odważnie piętnuje fanatyzmy i okrucieństwo. Jest legendą pieśni jazzowej, błysnął w czasie wręczania nagrody gorzkim humorem. "Myślę - przemawiał - co mi zostanie po tej nagrodzie? Co mi zostanie po życiu, pytam w wieku 76 lat? Książki przyjdzie zbrykietować i oddać na makulaturę, bo już się ich nie ceni. Co ja zrobię z pieniędzmi, przecież się już nie zabawię, nie upiję, nie użyję w rozpuście w tym wieku. Mógłbym wiersze pisać. Ale przecież wierszy nikt nie czyta.... Może dla wnuków zabezpieczę kilka płyt, na których są odciski palców słynnych rockmanów?". A ja ciągle przypominam sobie wiersz Loebla "Domie mój": "Domie mój / utrudzony naszą całodzienną krzątaniną... / czuję jak kulisz się i zaciskasz pięści / zamków u okien i drzwi / jak wsłuchujesz się w każdy ruch idącego drogą / jak jeży się skóra twoich ścian / i napinają się muskuły cegieł"... Gorzkie, ironiczne słowa poety i przyjaciela, ale jakże prawdziwe!
        W innej atmosferze wręczaliśmy z Andrzejem Zaniewskim i redaktorem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej Stanisławem Grabowskim, który tę nagrodę wymyślił, Nagrodę Literacką im. Jana Twardowskiego w Pruszkowie. Tamtejszy Osiedlowy Dom Kultury czuje się zobligowany do rozwijania tradycji wielkiego poety, jako że ksiądz-poeta był związany pochodzeniem i pierwszą pracą z tą ziemią. Otrzymała ją poetka, rzeźbiarka, obdarzona wieloma talentami, w tym baśniotwórczymi - Ewa Zelenay, za tom "Wiosenne wypalanie traw", Wyd. Klub Sił Powietrznych 2007, jako że autorka wiele lat pracowała jako stewardessa i ikarowe wyobrażenia nie są jej obce. Drugim był ksiądz-poeta Janusz E. Kobierski za tom "Cierpkie wino życia" (LSW 2007). Pogodny, nastawiony filozoficznie Kobierski opowiadał o Twardowskim, którego poezji poświęcił pracę magisterską, którego poznał na tych sławetnych poddaszach sióstr Wizytek, a który podobno był humorzasty i naturalny w obyciu, i ciągle zadziwiony: "To naprawdę mnie czytają?". Laureat natomiast piękne wiersze poświęcił matce. Żarty poetyckie skierował do przyjaciół, którzy nadziwić się nie mogą, że został księdzem. A refleksję roztoczył wobec czasu, przestrzegając: "Nie myśl, że będziesz tu wiecznie. Ostrzega cię rok, Czas, w którym dni twoje giną".
        Ewa Zelenay zbudowała swoje wiersze w poetyce ambiwalencji - żyjemy w pięknym ogrodzie świata, ale ogrodzie chorym okrucieństwem wobec innego życia, nieczuli wobec ludzi, nietolerancyjni, samotni, zagubieni, w życiu i w naturze. Na ogół jesteśmy traktowani wedle statystyki, podług danych dowodu osobistego, schematów historycznych. Symbolem bezduszności jest owo tytułowe "Wiosenne wypalanie traw", "...wszystkie piętra łąki, zanurzone w duszącej osmalonej ciszy / sterczą suche badyle sczerniałe ze zgrozy / jak drabiny do nieba / z nagła rozstawione".
        Pomimo dramatycznych wątków tych poezji i przesłań humanistycznych wieczór był pogodny. Ludzie kupowali tomy, słuchali poezji, żarliwie klaskali (był też mały koncert miejscowej młodzieży recytacji wierszy Jana Twardowskiego). Bo też patrona nagrody nigdy nie opuszczało poczucie humoru. Natomiast organizatorom uroczystości laureackich życzę spotkań udanych, dobrze przygotowanych, pełnych poetyckich i wszelkich innych klimatów.
        A na koniec chciałem przekazać, że miodu na serce wylała mi nasza koleżanka, też kiedyś lauretka, Pani Iwona Zielińska-Zamora. Mianowicie poprosiła mnie o słowo wstępne do tomiku prozy pod roboczym tytułem "Biała droga". Przeczytałem jeszcze raz, bo czytałem te utwory w czasopismach i spłynęły na mnie łagodne powiewy humoru, wyrozumiałości dla ludzi i zwierząt, małych mitów codziennych i regionalnych. Problemy - problemami, konflikty - konfliktami, ale czasami potrzeba nam też współodczuwania. Dedykuję tę uwagę wszystkim piszącym. I nie tylko.

I Powrót na górę I

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Jan Siwmir
LITERATURA I JĘZYK

        O ile rozumiem, że czasami zarówno pięść jak i stół to zbyt mało, aby nas usłyszano, to przecież nie może być tak, że używamy słów w sposób niekontrolowany, bez sensu, li tylko dla ukrycia faktu, iż nie mamy nic do powiedzenia. Jeśli nie mamy nic interesującego do powiedzenia, to nie mówmy. Wulgaryzmy w charakterze protez czy osłonek dla ziejącej pustki sprawiają karykaturalne wrażenie. Język służy do tego, aby przekazywać pomiędzy ludźmi komunikaty. Informujemy o faktach, emocjach, o chęciach i niezgodzie na coś. Podobnych informacji wysłuchujemy.
        Zastanawiam się czy przypadkiem w naszej mowie przecinkoprzerywnikami nie są zwykłe słowa, a komunikatem właściwym wulgaryzmy?
        W pewnych środowiskach wulgaryzmy są swego rodzaju kodem językowym, bez którego nie jest zrozumiała treść wypowiadanych zdań. Jeśli więc chcemy skierować pewne treści do tychże odbiorców, chcąc nie chcąc musimy czasami tego kodu użyć, jeżeli, rzecz jasna, chcemy osiągnąć jakiś efekt. Do takich jednak komunikatów służy proza. Po co mieszać w to poezję, z natury swojej elitarną? Zostawmy w literaturze choćby jeden bastion, który jak oaza na pustyni będzie dawał ukojenie spragnionym.
        Od długiego czasu i ta dziedzina literatury zachwaszczana jest przez ludzi, dla których zbyt trudne jest namalowanie obrazu zwykłymi słowami. Nie potrafią, chcą mienić się artystami, więc szukają elementów, które zastąpiłyby talent. Cóż prostszego? Wystarczy kilka niecenzuralnych słów użytych wprawdzie bez sensu, ale wystarczająco skandalicznie, by ukryć niedostatek talentu. Odpowiednia promocja, nagłośnienie w mediach, zrzeszenie się w grupy podobnych sobie osób utalentowanych inaczej, a sukces gotowy.
        A ja chciałbym w malarstwie wrócić do czasów Rembrandta, w literaturze zaś do czasów Skamandrytów. Wiersze tkane kiedyś były z sensu słów, nie z protez sens zastępujących, a jeśli pojawiały się wulgaryzmy, to w ściśle określonym celu i w precyzyjnie zaplanowanych momentach, nie "zamiast".
        Sztuka umiaru w epatowaniu skandalem w poezji, arystotelesowski złoty środek w połączeniu z unikalnością talentu - oto recepta.
        Problem w tym, że niewiele osób mogłoby wtedy nazwać się artystą.
Smutne.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

KRÓLEWSKA PODRÓŻ
Andrzej Zaniewski o najnowszej książce Piotra Stanisława Króla: "Czy tędy na wyspy szczęśliwe..."

Foto - Okładka książki Piotra Stanisława Króla: Czy tędy na wyspy szczęślowe

        Tytuł książki, będący przecież pytaniem, może wprowadzić nas w błąd. Autor bowiem nie odpowiada i nie wyjaśnia - jak i gdzie odnajdujemy swe wyspy szczęśliwe - a jedynie ukazuje własne, indywidualne odkrycia-odsłony chwil szczęśliwych "na wyciągnięcie ręki", blisko nas, obok, a często są to zachwyty nad spełnieniem i radością innych, nad szczęściem, które tylko podglądamy. A jednak autor - wrażliwy, wyczulony, uważny obserwator rzeczywistości wciąż wierzy, że istnieje recepta, kamień filozoficzny, rozstajna droga, skąd już tylko krok do osobistego szczęścia, które kojarzy i łączy dość ściśle z pojęciem wolności, równie zresztą złożonym, rozchybotanym i wieloznacznym. Czytam znakomicie skomponowane felietony i przeżywam te właśnie uczucia, wrażenia z ich lektury, które Piotr Stanisław Król zaprogramował z pełną przecież świadomością świetnego dziennikarza i pisarza.
        Felietonistów jak wiadomo w Polsce nie brakuje, a każde szanujące się pismo chce mieć chociaż jednego stałego autora, błyskawicznie reagującego na wydarzenia z różnych dziedzin życia, który odpowiada w ten sposób na wątpliwości czytelników. Trzeba tu powiedzieć otwarcie, że Piotr Stanisław Król swym poszukiwaniem drogi na wyspy szczęśliwe wytyczył sam przed sobą zupełnie odrębną mapę poszukiwań, niż większość rodzimych felietonistów, ukazujących w satyrycznej, groteskowej scenerii wady i zalety współczesności. Ich złośliwość, zjadliwość, szyderczy chichot, sarkazm, ironia, chęć zniszczenia przeciwnika - wszystkie te cenione przez niektórych redaktorów cechy aktywnych dziennikarzy w twórczości Piotra Stanisława Króla są nieobecne. A to zjawisko wyjątkowe i przyznam, że nie znam obecnie innego autora felietonów, który podniósłby poprzeczkę aż tak wysoko, rezygnując z ataków, z szyderstwa, z poniżania, z jakże efektownej pogardy wobec myślących inaczej. Sądzę, że wybór takiej właśnie drogi wynika z konsekwentnego założenia etycznego: szukając wysp szczęśliwych nie krzywdź i nie poniżaj innych. To bardzo szlachetna decyzja, wynikająca właśnie z głębokiego poczucia niezależności, wolności i solidarności ze światem. I dzieje się tak, chociaż nasz przewodnik w drodze na wyspy szczęśliwe zatrzymuje się, przystaje, rozważa, niekiedy odpowiada wprost... Cóż, wiemy, że wyspy szczęśliwe znajdują się na wyciągnięcie ręki, lecz jakże trudno niekiedy podnieść dłoń przytłoczoną zakupami, dźwigającą ciężary, bagaże, łupy. A i grunt nie jest pewny, i trudno niekiedy przewidzieć, czy to już wyspa, czy tylko kolejny tęczowy miraż.
        Czytam i zastanawiam się, co odróżnia twórczość Piotra Stanisława Króla od tych felietonów, które czytałem przedwczoraj, wczoraj, dzisiaj w tej olbrzymiej masie pism... A więc... Nie są pisane w celach chwilowych, doraźnych, na zamówienie. Czytelnik zawsze odnajdzie w nich klucz-symbol-pretekst pozwalający dostrzec temat szerzej, uniwersalnie, ponadczasowo. Zachwyca, czy raczej wzbudza szacunek dopracowanie tekstu, pisarska rzetelność, wykwintna i elegancka forma tworząca wrażenia, że ten właśnie felieton został napisany dla kulturalnego, mądrego czytelnika, z wyrobionym poczuciem smaku artystycznego, literackiego, czyli właśnie dla ciebie.
        Treść, fabuła tych drobnych przecież utworów osadzona jest w realnej rzeczywistości, a jeżeli nawet wyobrażonej, to fachowo, konkretnie opisanej. Są to teksty niekoniunkturalne i oryginalne, odwołujące się do przebogatej przeszłości, do dorobku całej naszej cywilizacji. Osoba, fakt, wydarzenie z przeszłości okazują się nagle ważne i dziś, i czytelnik dopowiada sobie sam przesłanie, glossę do swej teraźniejszości, a może i przyszłości.
        Najbardziej jednak przyciąga do tych mini-arcydziełek uczuciowa otwartość ich autora, szczerość w wyrażaniu myśli, autentyzm przeżyć. Bo też Piotr Stanisław Król przeżywa losy swych bohaterów bardzo emocjonalnie, co wyczuwa się od razu już po kilku zdaniach. I w tych jakże sugestywnych opisach odnajdujemy na nowo sylwetki Grahama Greena, Sylwii Plath, Edgara Degasa, Władysława Reymonta i jego zapomnianego dziś lekarza Dobroczyńcy, znanej z Radia Maryja Madzi Buczek lekceważąco potraktowanej przez Kazimierę Szczukę, a także przypadkowo spotkanego w autobusie chłopca z zespołem Downa.
        W swym wyjątkowo żarliwym stosunku do świata autor przypomina mi romantyków, a może i jest w znacznym stopniu romantykiem, ufając, że rzeczywistość stanie się lepsza dzięki intelektualnej pracy pisarzy, poetów, artystów, cudownych i przeważnie biednych szaleńców... Odczytuję te wyznania, zwierzenia, niedopowiedzenia i myślę, że powstały z najgłębszej wewnętrznej potrzeby tworzenia, z konieczności zapisywania myśli i uczuć, z przekonania, że pomogą nam odnaleźć wyraźny, jasny cel - wyspę szczęścia.
        Czytam felieton za felietonem i już wiem: to jest poezja, niektóre z nich pisane są jak wiersze... Uniwersalny narrator prowadzi czytelnika przez pełną ornamentów, cieni i blasków kompozycję aż do pointy, zawsze celnej i efektownie zamykającej utwór. W tych małych dziełach dziennikarskiej i pisarskiej sztuki zwraca uwagę przejrzystość formy, jasność i precyzja wypowiedzi, psychologiczne i socjologiczne umotywowanie wydarzeń. Odczucia czytelników zostały tu zaplanowane przez autora zgodnie ze znajomością psychologii, a także zasad schopenchauerowskiej erystyki. Przypominają mi się dziełka Boya, Hamiltona i ulubionego przeze mnie Alka Wieczorkowskiego.
        I jeszcze jeden punkt ważny, a może bardzo ważny, a bezbłędnie wyróżniający twórczość Piotra Stanisława Króla z pomiędzy setek felietonistów. Pamiętam, doskonale pamiętam niemal każdy z przeczytanych tekstów, a tamte gdzieś poznikały przyprószone pyłem i zasnute mgłą... Na pewno i na szczęście autor nie jest ostatnim romantykiem jakiego znam, zgromadził bowiem wokół siebie wielu nieobojętnych, niezwykłych poetów, prozaików, twórców, którzy wierzą, że chociaż wokół panuje drapieżny kapitalizm, to w ludzkich sercach pozostało dość miejsca na marzenia, tęsknotę, miłość, chęć niesienia pomocy... I to też jest twoje wielkie zwycięstwo Piotrze...
        Przypominam sobie, że przed wieloma laty też nosiłem muszki, a jedna z nich miała kolor "głębokiej butelkowej zieleni". Jak dawno? Nie pamiętam...

Piotr Stanisław Król "Czy tędy na wyspy szczęśliwe...", Warszawa 2008, Wyd. Komograf, komograf@komograf.com ISBN 978-83-85907-55-8, s. 116.

Piotr Stanisław Król        Piotr Stanisław Król - ur. 5 sierpnia 1954 roku w Warszawie, publicysta, prozaik, poeta, tłumacz. Od marca do grudnia 1981 roku redaktor naczelny tygodnika "BIS", wydawanego przez NSZZ Solidarność. Po 13 grudnia 1981 roku publicysta w wydawnictwach drugiego obiegu. W 1983 roku ukazał się jego debiutancki tomik poezji pt.: "Spisywane nocą", dwa lata później drugi zbiór poezji pt.: "Okruchy pamięci" (1985). Obydwie książki wydane pod pseudonimem literackim Stanisław Kossek.
        Publikowany w pismach literackich, almanachach, w tym w wydanym ostatnio: "Mikoła z dworca rajskiego", którego tytuł wzięty został z opowiadania nagrodzonego w listopadzie 2006 roku I miejscem w Konkursie Literackim FSON w Krakowie. Laureat m.in. I miejsca w Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej (2003), wyróżniony w Konkursie Literackim o Pióro Prezydenta Warszawy (2004).
        Redaktor naczelny Kwartalnika Kulturalnego "Sekrety ŻARu" oraz kwartalnika "RETINA". Właściciel i redaktor prowadzący założonego w 2001 roku portalu internetowego RETINA FORUM.
        Należy do Grupy Literackiej "Poetica", członek Stowarzyszenia Autorów Polskich.

I Powrót na górę I

Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

SŁOWEM O SŁOWIE

Irena Stopierzyńska-Siek
NIESPODZIEWANE POCIESZENIE

        Chciałam napisać o sztuce dyskredytowania i ośmieszania wartości, norm i ludzi, w której wprawiają się "specjaliści" od gadania w multimediach. Zamierzałam porównać ich z dawnymi poważnymi publicystami i politykami, którym nie brakowało taktu i dobrego wychowania nawet w debatach z przeciwnikami. Chciałam uczulić na wartości dawnej retoryki, dziś prawie nieobecne w dyskursie publicznym. A grozi nam, że może ich także zabraknąć w życiu prywatnym, bo nieustanna lekcja "rozprawiania się" ze wszystkim, co nie zgadza się z aktualnym trendem "poprawności politycznej", wywiera wpływ na sposób osiągania sukcesu, znaczenia i wyższej pozycji społecznej...
        A jednak nie będę nad tym się rozwodzić. Nie muszę. Odetchnęłam..., a nawet się uśmiechnęłam. Oto przed chwilą odłożyłam świeżo opublikowaną antologię utworów literackich młodych i bardzo młodych twórców. Jest to ładnie wydany przez Bielański Ośrodek Kultury w Warszawie, złożony z najlepszych, nagrodzonych i wyróżnionych w konkursie wierszy i opowiadań, tom poetycko-prozatorski. Życiorysy jeszcze krótkie, twarze na fotografiach - młode, poważne, myślące. Oto jak opisuje w swym wierszu dzisiejszy świat szesnastoletnia Kamila: "każdy chce wygrać, ukazać swą twarz / Wszędzie jest zło i strach /.../ Drzewa wciąż płaczą i gną swe gałęzie / A człowiek w bagnie głęboko grzęźnie /.../". Opis poetycki zwięzły, trafny, oskarżający. Przytoczę też fragmenty z długiego wiersza gimnazjalistki Marty: "to życie prowadzimy bez opieki / i zobaczymy kim będziemy /.../ to ja przeciwko całemu światu /.../ nikt w tym zgiełku nie rozumie / życia, które prowadzę /.../ daj mi prawdę / jeśli nawet mnie to zrani / i jeśli się przewrócę / przyjdziesz i podniesiesz mnie".
        Teksty zaskakują swoją dojrzałością. Czyżby podstępny świat zwichrowanej kultury nie zdołał jeszcze przeniknąć do głębi ich duszy? Czy potrafią się przed nim bronić, czy też chroni ich jeszcze przed jego zgubnym wpływem "niezawiniona niewiedza".
        Przejrzałam tomik. Nie natrafiłam na epatowanie szkaradnym językiem. Może utwory odrzucone z różnych powodów zawierały cząstki forsowanej anty-kultury. Dziś jednak odżyła we mnie pewna nadzieja na lepsze dla młodych czasy, w których niezbywalne dla człowieka wartości powrócą na właściwe sobie miejsce. A do jurorów wszelkich konkursów artystycznych kieruję wezwanie: "pomóżcie kulturze szybciej podnieść się z rynsztoka".

I Powrót na górę I

Foto - Piotr Stanisław Król

FELIETON

Piotr Stanisław Król
BRYKAJMY SOBIE, BRYKAJMY...!

        Ten felieton oddaję tym razem we władanie postaciom literackim, które zgłosiły się do mnie z zażaleniem na kolejnego ministerialnego "edukatora", a ściślej mówiąc "edukatorkę", która postanowiła ograniczyć ich prawo wolnego i nieskrępowanego dostępu do latorośli szkolnej. Powyłazili z kart zakurzonych książek na półkach bibliotecznych... i się zaczęło! Oj, zaczęło...!
        - Chce pan może polizać miodku, ale tylko troszeczkę, błagam... - pierwszy wgramolił się na moje biurko Miś Puchatek trzymając w ręku wielki słój. Za nim powłócząc ogonem podążał Tygrysek. - Cholera, co za czasy, nawet brykać się nie chce - klapnął ciężko na moim notatniku i westchnął smętnie. Po chwili zza grubych tomiszczy Trylogii Sienkiewicza wychylił się Pan Zagłoba, a za nim cała kompanija druhów z wielce ponurymi minami. Tylko Roch Kowalski jakiś rozanielony był i panią Kowalską wywijał nad głową, aż mu w końcu wuj na odlew w łeb przyłożył mówiąc - Schowaj durniu tą swoją chudą babę do pochwy, żałoba ci przecież w narodzie jest!
        Zaraz za nimi ukazali się Romeo Montecchi i Julia Capuletti, kłócili się o coś zawzięcie. On do niej - Właź mi tu zaraz na ten balkon głupia, bo ta mowa miłosna mi ze łba wyleci... Ona mu na to - Sam sobie właź, albo idź się już najlepiej truć, teraz wszystko na skróty w literaturze trzeba nam robić, nie wiesz o tym, głupku jeden!
        Kiedy już wszyscy się zeszli zapadła grobowa cisza, przerywana co jakiś czas odgłosami mlaskania Puchatka zza wielkiego słoja i głuchym postukiwaniem Kowalskiej o blat biurka.
        - A Pan Michał gdzie? - zapytał Longinus Podbipięta, rozglądając się po zebranych. - Pan pułkownik po zagonach się ugania... - doszedł z tylnych rzędów głos Luśni. - Za Tatarzynem? - Nie... za dziewkami, wiosenka w pełni. Pan Michał mówi, że na tą swoją Baśkę to czekać nie będzie, bo mu ją pewnikiem z historyji Pana Henryka ministeryje jakoweś wytną! Do klasztoru też nie ma zamiaru się wybierać!
        - A może byśmy jakiś układ trzymający władzę stworzyli, no... literacką znaczy się? - cicho zapytał Miś Puchatek.
        - Albo może miodkiem przekupić by trzeba ministeryję edukatorską?
        - Do ula chcesz trafić głuptasie?! - Zagłoba zaśmiał się pod nosem. - Do ula?! Jasne, że chcę do ula! Tam miodek jest, tylko te pasiaste cholery tną po tyłku, ale co tam! Chcę do ula! Imć Zagłoba potargał go delikatnie za ucho.
        - W tamtym ulu tną po tyłku pewnikiem, ale miodku tyle co włosów na moim łysym czerepie, głuptasku! - Aaa.., to nie idę... - stwierdził Puchatek i wsadził łepek do słoja, wylizując złociste resztki z dna.
        - Patrzcie no, jakie to czasy nadeszły, teraz tylko ino bryki i bryki w modzie... - stwierdził ktoś żałośnie w trzecim rzędzie. - Bryki...?! - Tygrysek skoczył jak oparzony w górę - Ja kocham bryki, ja brykać sobie cały dzień, Huraaaa! Brykajmy wszyscy, brykajmy! - zaczął skakać jak sprężyna po całym biurku.
        - Weźcie tego kota stąd, bo mu jak nic zaraz ten ogon odstrzelę! - warknął Luśnia. - Albo na pal wsadzę i upiekę na kolację dla wron. Azja Tuhaj-bejowicz zerwał się z miejsca i wrzasnął - Pal ci dla mnie przeznaczon, a nie dla jakiegoś zwariowanego, brykającego mi tu kota, panie Luśnia! A jeszcze zawczasu Panią Basieńkę pomacać mi przyjdzie... - rozmarzył się wznosząc oczy do góry i drapiąc po rybim tatuażu na piersiach.
        - O Baśce to Azja zapomnij, o palu też, choć szkoda, bo czekam na to zawsze z niecierpliwością! W brykach szkolnych, czyli w skrótach ministeryjnych rzec ujmując konkretnie, będziesz pan tylko marnym, nic nie znaczącym literackim epizodem - wyjaśnił Luśnia zerkając łakomie spode łba na dorodnego synalka Tuhaj-beja.
        Co robić, co tu robić... - wzniósł do góry ręce zacny Longinus Podbipięta herbu Zerwikaptur. - Jak ja tych cholernych trzech łbów jednym przepisowym machnięciem na raz nie zetnę, to białki żadnej nie zasmakuję! Przysięgać mi się zachciało, idiocie...! Zerknął z zazdrością na wdrapującego się właśnie na biurko Pana Michała Wołodyjowskiego, który dopinając po drodze swoje hajdawery i wąsem zawadiacko poruszając wrzasnął na całe gardło - Szable w dłoń bracia, szable w dłoń! Ojczyzna nasza wzywa, ministeryje pod półkami nam knują i po zagonach harcują dziewki mi płosząc. Do broni bracia! Wszyscy zerwali się jak jeden mąż i za Małym Rycerzem z wielką ochotą i zapałem podążyli: Roch Kowalski wymachując panią Kowalską nad dorodnym czubem dyndającym mu nad czołem, Luśnia z szablą i palem pod pachą, Longinus cwałując wielkimi susami z ogromnym mieczem krzyżackim, Pan Zagłoba wymachując potężnym kuflem, który przezornie wcześniej opróżnił, Romeo bieżąc chyżo z kawałkiem gzymsu balkonowego, niczym stumetrowiec, być może dopingowany przez Julkę, która podążała za nim z wielką flaszką z jakąś tajemną miksturą, Miś Puchatek ze słojem na głowie, który na amen mu się na niej zaklinował, a między całą tą zacną drużyną brykał radośnie Tygrysek, trzymając przezornie w łapie swój ogon w obawie przed spełnieniem obietnicy Luśni, który chciał mu go jeszcze niedawno odstrzelić...
        Zapadła cisza. Rozejrzałem się po biurku. Obok starego pióra marki Parker stała jakaś zakapturzona postać. Wzniosła do góry chude, kościste ręce i westchnęła - Nie uchodzi, nie uchodzi... Księżulo z półki Pana Hrabiego Fredry tu się pofatygował.
        - To ja ich zaraz zatrzymam - zerwałem się zza biurka.
        - Stój głupcze! - wrzasnął przejmującym głosem ksiądz. - Oni w słusznej sprawie idą bój toczyć i im z serca błogosławię na drogę. Ministeryji edukacyjnej nie uchodzi, nie uchodzi, nie uchodzi... Oddalając się powtarzał te słowa jak mantrę. Po chwili zniknął w ciemnych zakamarkach półek z książkami.
        - Nie uchodzi... - powtórzyłem za nim. I powtarzam to do dziś.

I Powrót na górę I

Galeria

Jan Siwmir











I Powrót na górę I


Ogłoszenie - Konkurs Literacki


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Iwona Zielińska-Zamora - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Chutkowski

Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę