WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 3(22)/2008

W numerze:

Od Redakcji   >>>

PRZEMYŚLENIA
Zabawa w ciuciubabkę - Andrzej Bartyński
Wstęp - Piotr Stanisław Król   >>>
Andrzej Bartyński
POEMAT
Na schodkach prowadzących
do hotelu NASZ DOM   >>>

DEBIUTY
Agata Maria Kyzioł (AMK) - poecja   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Piotr Stanisław Król - Portfel Profesora Plato   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane - G. Cagara, A. Chutkowski, K. Łagowska, E. Madej, K. Miękus, I. Pursa, J. Siwmir, I. Stopierzyńska, I. Zielińska-Zamora    >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Zbigniew Gajewski - Fatamorgana, Narvik    >>>

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE
Krasne, między romantyzmem a pozytywizmem - Jan Zdzisław Brudnicki   >>>

NOWOŚCI WYDAWNICZE
Drzewo platanu o podwójnym pniu - Andrzej Zaniewski o tomiku poezji Ali Podrimji "Skradziony płomień"   >>>

SŁOWEM O SŁOWIE
Posługa tworzenia (uwagi o Liście do artystów)
- Irena Stopierzyńska-Siek   >>>


Od Redakcji

„Wielki poeta, prawdziwie wielki poeta
jest najmniej poetycką istotą na świecie.
Ale kiepscy poeci są wprost czarujący...”

(Oscar Wilde)

Foto - Irena Pursa

        Drogi Czytelniku, prawdziwie wielki artysta jest osobą skromną, niezauważalną, chyba że poprzez swoje dzieła - parafrazując słowa motta autorstwa Oscara Wilde'a odniosę je do twórców, o których mowa w kolejnym numerze "Sekretów ŻARu". Bo cóż wiemy choćby o Andrzeju Bartyńskim, Zbigniewie Gajewskim czy o Piotrze Stanisławie Królu, a także innych autorach publikacji, poza skąpymi danymi wynikającymi z notek biograficznych. Cóż wiemy o nich jako o ludziach funkcjonujących w chaosie współczesności, w prozie życia? Tylko to, co napisali - stworzyli, co możemy wyczytać między wierszami wytworów ich wyobraźni, czy może odzwierciedlenia przez nich rzeczywistości poprzez pryzmat ich indywidualności. Melancholią napawa mnie myśl, że przeminą, przemkną obok nas być może nie zauważeni, zagubią się w tłumie. Dobrze, jeśli ich dzieła przetrwają i oby przetrwały.
        Andrzej Bartyński - ciekawa postać, kontrowersyjny poeta. Tyle o nim się dowiemy, co sam powiedział w fascynującym wywiadzie - monologu.
        Zbigniew Gajewski w GOŚCINNYCH ŁAMACH, o którym mało kto słyszał, a warto zadumać się nad tymi okruchami poezji, które Państwu przedstawiamy.
        Ali Podrimja, poeta o którego tomiku "Skradziony płomień" tak pięknie pisze w swoim eseju Andrzej Zaniewski.
        Nasz redaktor naczelny wyciska jak zwykle łzy wzruszenia swoim opowiadaniem. Ale czy prócz nas, jego najbliższych, zna go ktoś naprawdę? Wielcy, a jakże (powtarzam) skromni ludzie. Że nie wspomnę o innych, o których wiemy jeszcze mniej. Tylko wrażliwy i myślący czytelnik przeczyta nasze pismo od pierwszej do ostatniej strony. Teksty, które drukujemy nie zawsze są łatwe w odbiorze. Często wieloznaczne lub wręcz skomplikowane dla nieprzygotowanych. Ale ja wiem, że nasz kwartalnik czytają i zachwycają się jego treściami wierni słudzy literatury, do których jest adresowany.
        Jest schyłek lata, pierwsze podmuchy jesiennych chłodów i pierwsze oznaki zamierania przyrody na zimowy czas. W takiej chwili sięgacie, szanowni nasi Czytelnicy, po "Sekrety ŻARu", aby zgłębiać tajemnice twórców.

Irena Pursa

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

ZABAWA W CIUCIUBABKĘ
Andrzej Bartyński

SŁOWO OD REDAKTORA NACZELNEGO

        Drodzy Czytelnicy, poniższy tekst miał być z założenia wywiadem ze znakomitym wrocławskim poetą Andrzejem Bartyńskim. Przygotowywałem się do niego rzetelnie, sumiennie, wertując wcześniej dane biograficzne, bibliograficzne, uczestnicząc w spotkaniu autorskim z okazji Światowego Dnia Poezji w Warszawie (który poniekąd "popełniłem" wraz z Aleksandrem Nawrockim oraz Teresą Dederko), wydzwaniając co raz do Wrocławia, a to do Polanicy, śląc sążniste e-maile. Pytania sypały się jak z rogu obfitości, na co Poeta spokojnie i z wyrozumiałością patrzył i czekał...
        Aż w końcu posadził mnie na narowistego Pegaza i zabrał w niezwykłą podróż po swoim przebogatym świecie literackim, artystycznym, niezwykłych i pełnych dramaturgii latach młodości, filozofii i refleksji nad oceanem ciemności rozświetlonym niegasnącą zorzą Poezji. A moje redaktorskie pytania gdzieś się rozsypały, pozostały za nami i z dialogu zrobił się Monolog. Niezwykły. Wysłuchałem go i skrzętnie zanotowałem dla Czytelników "Sekretów ŻARu". Andrzej Bartyński tytułował mnie w rozmowach "zacny", co mile mnie łechtało, a zaraz po tym dodawał "radośnie dynamiczny", co z pokorą odczytywałem jako upomnienie za moją redaktorską namolność. Zdarzało nam się buchnąć radosnym śmiechem, bo poczucie humoru nam na szczęście dopisywało, a i Pegaz zarżał wesoło parokrotnie. Bo literackie to były krotochwile, choć czasem bardzo męskie i nie do druku...
        Na koniec naszej owocnej pracy Andrzej Bartyński ofiarował naszemu kwartalnikowi swój jeszcze nigdzie nie publikowany poemat "Na schodkach prowadzących do hotelu NASZ DOM". Piękny prezent! A ja przy okazji odkryłem tajemnicę zdumiewającego zniknięcia pewnego wiosennego popołudnia złocistego trunku z mojego kufla w pewnym warszawskim pubie. Rozmawialiśmy wtedy z przyjacielem o poezji. Widocznie przysiadł się do nas tutejszy, bardzo spragniony Pegaz...
        Zapraszam do lektury tego niezwykłego Monologu. Może Drogi Czytelniku i Ty odkryjesz jakąś swoją tajemnicę, zagadkę? Warto wsłuchiwać się w słowa Poetów.

Piotr Stanisław Król

        Szanowny, zacny i radośnie dynamiczny Panie Piotrze! Aby dać odpowiedź na Pańskie pytania w sposób należyty powinienem się zamknąć w klasztornej celi i napisać księgę o moim życiu i tym naszym świecie, w którym się pojawiamy, istniejemy i przemijamy. Prawdę mówiąc częściowo zrealizowałem to zadanie publikując moją trylogię Taki świat, tom I Poranek, Tom II Południe, tom III Oderwanie. Trylogia jest poprzedzona niezwykłym esejem Piotra Kuncewicza, zdumiewająco przenikliwie obrazującym moją osobowość, moją twórczość, jej źródła, przyczyny, jakość i charakter. Wtedy jeszcze nie znałem Pana ani Pańskich pytań. A więc do dzieła!
        Co spowodowało, że usłyszałem w sobie głos poety? Tu wypada powiedzieć parę słów o moim dzieciństwie. Jakie ono było i co wniosło do mojego życia. Urodziłem się we Lwowie pięć lat przed II Wojną Światową przy ulicy Stryjskiej, gdzie w tym samym bloku mieszkalnym i w tym samym roku co ja urodził się Jacek Kuroń, z którym chodziłem do pierwszej klasy szkoły powszechnej przy ulicy Św. Zofii we Lwowie. Taka historyczna ciekawostka. Nigdy już się później z Jackiem Kuroniem nie spotkałem. Natomiast w latach pięćdziesiątych dwudziestego minionego wieku spotkałem już we Wrocławiu jego ojca Henryka Kuronia, w mieszkaniu pianistki, wspaniałej Sabiny Rapp, mojej późniejszej akompaniatorki. Też Lwowianki. Tu oczywiście trzeba dodać - Lwowianki, która była Żydówką. Właśnie ją, jak mi powiedziała wtedy, uratował od śmierci z rąk hitlerowców Henryk Kuroń, za co mu też groziła śmierć.
        Po II Wojnie Światowej my Lwowiacy w większości zostaliśmy przesiedleni do Wrocławia i dlatego być może uważamy ten Wrocław za nasz drugi Lwów, który jest kontynuowany naszą pracą, naszą twórczością, naszym życiem, kulturą Lwowa, którą przenieśliśmy tu do Wrocławia, stolicy Dolnego Śląska. Przedtem byliśmy blisko narodu ukraińskiego, w pobliżu jego kultury, a dzisiaj jesteśmy na granicy z Czechami i Niemcami. Ciekawe rzeczy, ciągle jakaś granica czegoś z czymś, ale to po prostu Europa, to po prostu historia naszego świata. Ciągle jesteśmy na granicy czegoś z czymś. Ja jestem tego dowodem, obrazem, przykładem. Ja jestem na granicy świata widzianego zmysłem wzroku i świata niewidzianego zmysłem wzroku. A czym widzianego? Widzianego pamięcią, wyobraźnią, rozumem i intuicją.
        Wróćmy do Lwowa, który był kołyską mego patriotyzmu. Gdzie się go uczyłem i w jaki sposób? To zasługa moich rodziców. Ojciec opowiadał mi o wojnach i bitwach Polaków o wolność Polski, a szczególnie o wojnie polsko-bolszewickiej, w której mając lat osiemnaście uczestniczył. Maturę zdawał w mundurze z szablą przy boku. To było wzorem, który zapamiętywałem i chciałem naśladować. Nigdy nie opuściliśmy wojskowej defilady, gdzie widziałem oddziały ułańskie, oddziały piechoty, artylerię, gdzie defiladę otwierała grupa powstańców styczniowych z siwymi brodami, w konfederatkach na głowach. I mówiono - to są polscy bohaterowie. Patrzyłem na ułanów, patrzyłem na żołnierzy maszerujących, którzy w lufach swych karabinów trzymali kwiaty rzucane przez nas, przez widzów, którzy tak podziwiali i kochali żołnierzy. Bardzo często, kilka razy w miesiącu z mamą, z rodzicami, z moją siostrą Halą chodziliśmy na Cmentarz Łyczakowski, gdzie znajdowały się mogiły Orląt Lwowskich. To ci, którzy oddali życie za Lwów. Tak uczyłem się patriotyzmu. Moją świątynią historii była Panorama Racławicka. Widzę ją we wspomnieniach dzieciństwa. Widzę tych kosynierów walczących o Polskę. Tak uczyłem się patriotyzmu.
        Potem efekt był w czasie hitlerowskiej okupacji Lwowa. Działaliśmy w Armii Krajowej. Ja byłem łącznikiem. Zostaliśmy aresztowani. Z tego powodu straciłem wzrok w czasie przesłuchania przez gestapo. Miałem wtedy dziewięć lat. Lwów był tym miastem, w którym się urodziłem jako chłopiec widzący i tym miastem ostatnim, które widziały moje oczy. Co było później to już po niewidomemu.
        Do Wrocławia przyjechałem jako niewidomy chłopiec. Duch Lwowa to duch który unosił się na wspólnych skrzydłach wielu kultur. W polskim Lwowie mieszkali Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi, Niemcy, Holendrzy, Bułgarzy, Węgrzy, Tatarzy. Ci ludzie potrafili się przyjaźnić, współpracować ze sobą i szanować się wzajemnie. W tym mieście znajdowały się kościoły wielu wyznań. Katedry rzymsko-katolicka, greko-katolicka, prawosławna, ormiańska i żydowskie synagogi. Te religie współistniały obok siebie, a dzieci tych narodowości bawiły się wspólnie, bawiły się razem, w łapanego, w chowanego, w ciepło-zimno i w ciuciubabkę. Jakaż to wspaniała zabawa. Zawiążą ci oczy, żebyś nic nie widział, a ty po ciemku musisz złapać tego drugiego, żeby on się stał ciuciubabką. Oni cię otaczają, jeden cię łapie za nos, jeden za ucho, ktoś cię klepnie w tyłek, śmieją się, wołają a ty za nimi biegasz i czekasz na moment kiedy złapiesz, kiedy przestaniesz być w ciemnościach. Zdejmą ci opaskę z oczu i ty będziesz zaczepiać znów ciuciubabkę, żeby się z niej głośno śmiać. Jaka to niezdarna łamaga, jak się przewraca, jak sobie nabija guza na czole waląc o kant szafy. Jaka to wspaniała zabawa! A czasem zdarza się tak, że zabawny los zawiąże ci oczy, żebyś nic nie widział, żebyś nic nie widział przez całe życie. Czy wtedy to też jest wspaniała zabawa?
        To pytanie zadaję samemu sobie, bo los mi zawiązał oczy na całe moje życie. Jeszcze w dzieciństwie, jako trzy, cztero, pięcio, sześcioletni mężczyzna bardzo starałem się o zdobywanie żołnierskich szlifów, ponieważ zamierzałem być oficerem. I co z tego zostało? Moja dusza jest wysoce zmilitaryzowana, gotowa do każdej walki z przeciwnościami losu. Należę do tych Polaków, którzy przeżyli II Wojnę Światową, doznając jej dramatycznych skutków w życiu osobistym i historycznym życiu naszego narodu. Byłem świadkiem i uczestnikiem straszliwej tragedii tych społeczeństw i narodów, które na skalę masową doznały śmiertelnych ofiar ze strony ludobójczych nacjonalizmów i patologicznych ideologii, których siewcami były hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki.
        Już od 1935 roku mieszkaliśmy we własnej willi z ogrodem przy ulicy Pomorskiej na Nowym Lwowie w sąsiedztwie wieży ciśnień, Parku Jordana, kąpieliska Żelazna Woda, Targów Wschodnich i stacji kolejowej Persenkówka. Mieliśmy serdecznych przyjaciół Ukraińców, Żydów i Niemców, z którymi współżyliśmy na co dzień. Zadawałem więc pytanie. Dlaczego tak jest, że Niemcy mordują Żydów i Polaków, a Ukraińcy mordują nas Polaków. Dlaczego tak. Nasz sąsiad pan Hilary Chomiak, którego syna porucznika zamordowali w Katyniu odpowiadał, to nie naród niemiecki i nie naród ukraiński, to są faszyści, to są nacjonaliści, hitlerowcy i banderowcy. To się wszystko kiedyś zmieni - powiadał pan Hilary Chomiak. Posłuchajcie, co mówią przepowiednie. Wyjmował z kieszeni swej bekieszy zeszyt i czytał: "Turecki koń będzie pić wodę z Wisły, a chiński smok dźwignie swe lica. To się wszystko kiedyś zmieni". No i się zmieniło. Zmieniły się granice. Lwowiacy przyjechali do Wrocławia. Chiński smok dźwignął swe lica i organizuje olimpiadę sportową w Pekinie. Polska jest członkiem NATO i weszła do Unii Europejskiej. Polska przyjaźni się z Niemcami, z Ukrainą i z Izraelem. Zmieniło się jak mówił, jak zapowiadał, jak przepowiadał pan Hilary Chomiak. A turecki koń bez przeszkód może się napić wody z Wisły.
        Tu może mnie Pan zapytać, zacny i radośnie dynamiczny Panie Piotrze, czy to właśnie spowodowało, że usłyszałem w sobie głos poety. Wtedy tego głosu jeszcze nie słyszałem. Jednym z ważnych elementów dla rozwoju mojej osobowości była moja obecność w radzieckiej szkole dla niewidomych. Chodziłem tam do czwartej i piątej klasy. Poznawałem kulturę ukraińską i rosyjską. Spotykałem się z wybitnymi artystami radzieckimi, zarówno muzykami, śpiewakami jak i aktorami teatralnymi i filmowymi. Zacząłem recytować wiersze, tam pobierałem lekcje śpiewu i słowa mówionego w języku ukraińskim i rosyjskim. Tak dalece było mi to bliskie, że sny miałem po rosyjsku i ukraińsku. A to świadczy coś o tej bliskości z językiem, którym się człowiek posługuje.
        W maju 1946 roku przyjechałem z moją mamą i z moją babcią do Polski, do Wrocławia, gdzie już byli mój ojciec i moja siostra Hala, którzy jako wieloletni więźniowie hitlerowskich obozów koncentracyjnych przeżyli i doczekali wolności. W tym samym roku zostałem uczniem szkoły dla niewidomych w Laskach. Tu spotkałem mojego przyjaciela Ireneusza Morawskiego. On urodzony w Nowogródku, ja we Lwowie. Dwaj Kresowiacy. Teraz wszystko poszło właściwym traktem. Mieliśmy te same upodobania artystyczno-twórcze, podobne marzenia - stać się człowiekiem wolnym, niezależnym. Przełamać negatywny stereotyp człowieka niewidomego tkwiący w naszym społeczeństwie. Być takim, aby móc realizować swe plany i zamierzenia. I wtedy usłyszałem w sobie głos poety. Miałem czternaście lat.
        A co potem? Z Irkiem Morawskim zdaliśmy maturę we Wrocławiu i ukończyliśmy polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziś w Polanicy Zdroju, siedząc na balkonie w naszym domu, pijąc kawę z naszymi żonami opowiadamy im o Laskach. O tych ludziach, którym wiele zawdzięczamy jeśli chodzi o kształtowanie naszej kultury myślowej i przygotowanie do życia.

- Antoni Marylski - nasz duchowy pedagog. Z nim rozmowy o filozofii, sztuce, kulturze i psychologii, o pracy nad charakterem człowieka jako jednostki i człowieka jako członka społeczeństwa. Niski tubalny głos o miłym brzmieniu i pełen pogodnej nadziei.

- Zofia Morawska czyli Pani Zula - niezawodny finansowy filar dla ośrodka w Laskach, mówiący często po angielsku, gdy było to potrzebne.

- Alicja Gościmska herbu Ślepowron - nasza wychowawczyni. Uczyła nas francuskiego i łaciny. Uczyła nas gry aktorskiej w prowadzonym przez siebie teatrze szkolnym. Była wspaniałym szefem drużyny harcerskiej. Uczyła nas aktywności fizycznej, psychicznej, współpracy grupowej i społecznej. Uczyła nas długodystansowego planowania zamierzonych celów.

- Henryk Ruszczyc - prowadził zajęcia szczególnej szkoły myślenia. Uczył nas rozwiązywania trudnych problemów w oparciu o wieloaspektową analizę powierzonego zadania.

- Zygmunt Serafinowicz - dyrektor naszej szkoły im. Tadeusza Czackiego. Rodzony brat poety Jana Lechonia. Uczył nas matematyki. Zasłynął ze swoistego sposobu opowiadania charakterystycznych co do swego rodzaju anegdot. Chwalił Wrocław i jego zdrowotny klimat. Powiadał, że tylko we Wrocławiu nie napadają go migreny, które go ustawicznie dręczą.

        Nasz świat muzyczny w Laskach to kompozytor profesor Witold Friemann - prowadzący u nas szkolny chór na wysokim poziomie zawodowym i uczący gry na fortepianie.

Bliska też memu sercu Lwowianka Zofia Kozłowska - nauczycielka śpiewu solowego , której byłem uczniem.

Osobliwie ważną rolę w naszym życiu intelektualnym, moim i Irka Morawskiego odegrali - znany dramaturg Jerzy Zawieyski oraz poeta i dziennikarz Mikołaj Roztworowski. Oni nas prowadzali ścieżkami współczesnej poezji, prozy i tego co się dzieje w teatrze.

        Opuszczając Laski byliśmy świetnie przygotowani pod każdym względem do uczestniczenia w życiu społecznym i kulturotwórczym.
        W październiku w roku 1956 we Wrocławiu, w moim mieszkaniu przy ulicy Nowowiejskiej 27 m. 5 założyliśmy z kolegami sławną na całą Polskę Wrocławską Artystyczną Grupę "Dlaczego nie". Skupiała ona poetów, prozaików, artystów plastyków i aktorów. Jeśli chodzi o założenia teoretyczne nie stosowaliśmy kodeksu nakazów i zakazów formalno- artystycznych. Chcieliśmy, aby twórcza pasja autora była konsekwentnie wyrażana jego własną logiką artystyczną. Dążeniem i celem naszej twórczości było osiągnięcie wolności słowa, wolności idei, wolności człowieka i wolności każdego narodu. W kręgach ówczesnej cenzury politycznej zyskaliśmy miano wichrzycieli. Byliśmy nowym głosem młodych, odważnych ludzi tworzących odważną obrazoburczą sztukę, której przykładem niech będzie ten mój wiersz. O dziwo opublikowany w tamtych czasach.

ARTYŚCI

Wbiegli artyści na scenę
jeden ryczał że jest pijany szczęściem
pił tylko wódkę
Drugi zabił prostytutkę młotkiem
chciał zabić sumienie
A trzeci umarł z głodu
płakały idiotki bez powodu
idioci pisali wiersze
na pocieszenie
Leżał socjalizm z długą brodą
w kącie jak szczenię!

        Już ponad pięćdziesiąt lat zajmuję się organizowaniem życia literackiego w Polsce w trosce o podniesienie na wyższy poziom powszechnej świadomości społeczeństwa, stanowiącej kulturę naszego narodu. W roku 2003 z mojej inicjatywy, przy wielkiej życzliwości i finansowym wsparciu władz Polanicy Zdroju: burmistrza Pana Jerzego Terleckiego i przewodniczącego Rady Miejskiej Pana Zbigniewa Puchniaka został zainaugurowany coroczny Międzynarodowy Festiwal Poezji w Polanicy Zdroju "Poeci bez granic".
        W programie tego festiwalu jest przewidziany akcent homerycki. Udział również poetów niewidomych, nie dlatego, że są niewidomi, ale dlatego, że są poetami. Ideą festiwalu "Poeci bez granic" jest obalanie barier i granic dzielących ludzi i narody. Robimy to w imię przyjaźni i równości, które dają możliwość wieloaspektowej integracji naszego świata.
        Istnieje przenośne powiedzenie - on to robi śpiewająco - znaczy, że to coś robi dobrze i biegle. Moim drugim zawodem jest pieśniarstwo, które ostatnio zaniedbałem na rzecz poezji. Dziś jako pieśniarz występuję okazjonalnie. Brakuje czasu na bigamię, chociaż urodziłem się pod znakiem Bliźniąt. W mojej przeszłości miałem okresy bardzo intensywnej działalności estradowej. Komponowałem wtedy utwory wokalne, piosenki, pieśni do moich własnych tekstów. Z moim przyjacielem poetą Henrykiem Gałą powołaliśmy do życia w latach siedemdziesiątych objazdowe pieśniarsko-poetyckie "pudło teatralne" pt. Poeci na estradzie. Istniało ono pięć lat. W tym czasie daliśmy około siedmiuset koncertów. Muzykami, którzy tworzyli "pudło teatralne" wraz z nami byli na początku Kurt Moszny, ale wyjechał do Szwecji, a później już na stałe, pianista, wirtuoz profesor Jerzy Jankowski, jako solista i jako akompaniator. Bardzo mile wspominam jako pieśniarz moje egzotyczne tournee po Królestwie Wielkiej Brytanii, gdy w Polsce rozkwitał socjalizm. Poznałem tam wtedy księżniczkę Annę, córkę królowej Elżbiety. Wymieniliśmy autografy i zjedliśmy wspólną kolację. Jeszcze dotąd nie odwzajemniłem się księżniczce Annie wspólną kolacją w Polsce.
        Od wschodu słońca do zachodu słońca, od wieczora do rana, od słowa do słowa, od obrazu do obrazu płynie czas. Miliony Polaków oglądają telewizję, słuchają radia, czytają gazety. Zaprogramowany strumień śmieci informacyjnych oślepia widzów, ogłusza słuchaczy, ogłupia czytelników. Czy ktoś to odmieni, aby media kształtujące świadomość człowieka służyły jego wszechstronnemu rozwojowi i osiąganiu piękna duchowego? Gdzie tkwi patologia naszego państwa, powodująca erozję kultury? W niskim poziomie wiedzy zbiorowego umysłu, jakim jest polski parlament. Jeszcze trochę a zostanie powołane ministerstwo antykultury i likwidacji dziedzictwa narodowego. Co na to powie minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Pan Bogdan Zdrojewski? Chyba się roześmieje do monstrualnych granic możliwości. A co na to poezja? Czy jeszcze jest, istnieje? A co na to słowo poetyckie i jego twórcy poeci? Czy jeszcze są? Istnieją?
        My ludzie niewidomi i ociemniali. My, którym zabawny los zawiązał oczy na całe życie cieszymy się, że nasz ociemniały kolega, starożytny poeta Homer, przekazując ludzkości swoje poematy Iliadę i Odyseję objawił światu nieśmiertelność poetyckiego słowa i sens jego piękna, żeby życie nasze było piękniejsze, gdy bawimy się w ciuciubabkę. Byłoby dobrze, żeby Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych też przeczytał niewidomego poetę Homera, zrozumiał człowieka i sprawił, by nasze życie było piękniejsze.
        Za parę dni (uwaga red. - tekst napisany został pod koniec lipca), ja z moją żoną Krzysią, z Irkiem Morawskim i jego żoną Helenką wybieramy się na wczasy do Dąbek nad polski Bałtyk, a potem do Polanicy, gdzie jest nasz drugi dom. Zbliża się już piąty Międzynarodowy Festiwal Poezji w Polanicy Zdroju "Poeci bez granic". Trzeba nad tym pomyśleć. Odbędzie się w listopadzie, ale jeszcze przedtem chciałbym, aby się ukazała moja nowa książka poetycka pt. "Piętnaście dni w Dusznikach a nasz dom w Polanicy" ze wstępem Jacka Kajtocha i refleksją Irka Morawskiego.
        Szanowny i radośnie dynamiczny Panie Piotrze! Zapytał Pan mnie, jakiego bym dokonał wyboru powtarzając drogę mego życia. Dokonałbym tego samego wyboru i zrobiłbym to śpiewająco, po to aby ci którzy widzą, ponownie zobaczyli ociemniałego "poetę bez granic". Po to, aby świat jeszcze raz usłyszał moje słowa kantaty "Idzie Pasterz", którą muzycznie unieśmiertelnił Leszek Wisłocki. Aby świat usłyszał moje słowa kantaty Idzie Pasterz, którą witaliśmy we Wrocławiu w 1997 roku wielkiego papieża Jana Pawła II, Polaka i też poetę. Człowieka, który nadal odmienia świat, aby uwolnić ludzi od nienawiści, podłości, chytrości, zawiści i dyskryminacji człowieka przez człowieka, który odmienia świat w imię miłości człowieka dla człowieka. A tysiąc osobowy chór śpiewał. A papież Polak, góral, przymknąwszy oczy słuchał.

IDZIE PASTERZ

Niebo ziemia góry lasy
idzie pasterz owce pasie
Niebo ziemia góry Tatry
idzie pasterz niesie jagnię

Niebo ziemia deszcze słońce
Boży Pasterz pasie owce
Niebo ziemia wiatry watry
Boży Pasterz kocha Tatry

W Wadowicach się urodził
do gimnazjum tam też chodził
Był aktorem gadał wierszem
a wybrali Go papieżem

Siedzi góral na stolicy
rzymskie dzwony wokół dzwonią
a On halny wicher słyszy
i ciupagę trzyma dłonią

Tak Go widzą na Podhalu
jak gazduje w Watykanie
Święty Piotr z polskiego kraju
a światowe miłowanie

Idzie Pasterz Pojednania
idzie pielgrzym dobrej wieści
niesie z Rzymu do Wrocławia
głos nadziei bożej pieśni

Niebo ziemia góry smreki
pokój ludziom poprzez wieki
Pokój ludom - wiara siania
idzie Pasterz Pojednania

Niebo ziemia góry lasy
idzie pasterz owce pasie
niebo ziemia deszcze słońce
Boży Pasterz pasie owce

        Szanowny, zacny i radośnie dynamiczny Panie Piotrze! Ciuciubabka to bardzo pouczająca zabawa. Ciekaw jestem, kiedy ją wymyślono. Czy wie Pan coś na ten temat?
        Serdecznie pozdrawiam. Do następnego spotkania.

NOTA BIOGRAFICZNA

Andrzej BartyńskiAndrzej Bartyński urodził się we Lwowie 25 maja 1934 roku. Podczas drugiej wojny światowej w okresie okupacji hitlerowskiej za czynny udział w ruchu oporu Andrzej Bartyński jako łącznik AK zostaje wraz z całą rodziną aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu na Łąckiego we Lwowie. W czasie przesłuchania dziewięcioletni Andrzej Bartyński traci całkowicie wzrok. Przez dwa lata był uczniem radzieckiej szkoły dla niewidomych we Lwowie. Na skutek układu jałtańskiego w maju 1946 roku opuszcza Lwów i zamieszkuje wraz z rodziną na stałe we Wrocławiu.

W podwarszawskich Laskach kończy z odznaczeniem szkołę podstawową dla niewidomych im. Tadeusza Czackiego. W 1953 roku zdał maturę w I Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu. W 1962 roku ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, pisząc pracę magisterską pod kierunkiem profesora i Lwowianina Jana Trzynadlowskiego. Praca dwujęzyczna polsko-włoska dotyczyła tłumaczenia "Opowiadań rzymskich" Alberto Moravii.

Będąc jeszcze uczniem liceum Andrzej Bartyński został członkiem Koła Młodych Pisarzy przy Związku Literatów Polskich we Wrocławiu. W październiku 1956 roku, w czasie tzw. odwilży, Andrzej Bartyński z kolegami założył sławną na całą Polskę Wrocławską Grupę Artystyczną "Dlaczego nie". Jako poeta debiutował w 1956 roku wierszem "Rapsod o Jesieninie" opublikowanym we wrocławskim czasopiśmie "Życie Uniwersytetu". W 1961 r. został członkiem Związku Literatów Polskich. Dorobkiem literackim Andrzeja Bartyńskiego są następujące tytuły poetyckie: "Dalekopisy" (1957 r.) - Wyd. ZLP Oddział Wrocław, "Zielone wzgórza" (1960), "Komu rośnie las" (1965), "Ku chwale słońca" (1974), "Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie bar Cin-Cin" (1977), "Wojna, wyspa, skarabeusz" (1982) - Wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Wrocławiu, "Wróć bo czereśnie" (1997), "Te są ojczyzny moje" (1999), trylogia poetycka "Taki Świat" (2001) - Oficyna Wydawnicza SUDETY we Wrocławiu. Liczne publikacje prasowe, radiowe i audycje telewizyjne. Andrzej Bartyński jest wielokrotnym laureatem krajowych festiwali poetyckich "Kłodzka Wiosna Poetycka". Dwa razy zdobył I nagrodę: pierwszy raz za utwór "Masz cztery wymiary", jury przewodniczył Artur Sandauer. Drugi raz za utwór "Gwar pieśni biesiadnej". Był stypendystą Rządu Włoskiego, a także otrzymał zagraniczne stypendium Ministra Kultury i Sztuki do Związku Radzieckiego. W 1984 roku otrzymał Nagrodę Miasta Wrocławia za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury.

Drugą profesją Andrzeja Bartyńskiego jest pieśniarstwo. Koncertuje w kraju i za granicą. Odbył wiele podróży artystycznych: Czechy, Węgry, Rumunia, Wielka Brytania, Rosja, Niemcy, Ukraina, Włochy. Jest członkiem Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków. Andrzej Bartyński jest prezesem Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich we Wrocławiu, wiceprezesem Stowarzyszenia Klub Inteligencji Niewidomej RP, którego był pomysłodawcą i współzałożycielem, zastępcą redaktora naczelnego czasopisma "Nietakty", organu Stowarzyszenia KIN RP (również jego współzałożyciel), członkiem Wrocławskiej Rady Osób Niepełnosprawnych. Poświęca wiele czasu aktywizowaniu życia i działalności Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.

W roku 2001 Andrzej Bartyński został nominowany do Międzynarodowej Nagrody FILANTROP przyznawanej tym twórcom i artystom, którzy przekroczyli granice niemożliwości. W roku 2002 Andrzej Bartyński otrzymał prestiżową Nagrodę Październikową Wrocławia "dla najlepszych" przyznaną przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury.

Od 2003 r. pomysłodawca, inicjator i organizator corocznych Międzynarodowych Festiwali Poezji w Polanicy Zdroju "Poeci bez Granic" (listopad). W uznaniu swych zasług otrzymał honorowe obywatelstwo miasta Polanicy Zdroju. Otrzymał wiele odznaczeń, w tym Krzyż Armii Krajowej i Krzyż Partyzancki. W 2005 roku za twórczy wkład w rozwój kultury polskiej i europejskiej został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W lipcu 2006 roku otrzymał nagrodę specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "za nieoceniony wkład w rozwój kultury polskiej". 23 czerwca 2007 r. został laureatem Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. W grudniu 2007 roku otrzymał tytuł IDOLA fundacji "Unia pomocy niepełnosprawnym - Szansa" za wybitne osiągnięcia, zaangażowanie oraz znaczące zasługi w dziedzinie edukacji i rehabilitacji niewidomych i słabo widzących w Polsce.

Andrzej Bartyński
Na schodkach prowadzących
do hotelu NASZ DOM

Wieczorem w Polanicy Zdroju
na schodkach prowadzących do hotelu "Nasz Dom"
usiadła dziewczyna
Zdjęła biustonosz
i obnażyła piersi
a wtedy jej piersi zaświeciły
jak dwie sterczące latarnie
a wtedy koło dziewczyny usiadł
pewien niewidomy poeta
Z rękawa wyjął kartkę
zapisaną pismem brajla
i dotykając palcami
wypukłych punkcików liter
odczytał tekst:
Wieczorem w Polanicy Zdroju
na schodkach prowadzących do hotelu "Nasz Dom"
usiadła dziewczyna
zdjęła biustonosz
i obnażyła piersi
a wtedy jej piersi zaświeciły
jak dwie sterczące latarnie

Skąd pan to wszystko wie?
Przecież pan nie widzi niczego na świecie
Przecież to ja panią wymyśliłem
Po co pan to zrobił?
Po co mnie pan wymyślił?
Po to aby "spieszącym się przechodniom"
i zainteresowanym czytelnikom
zwrócić uwagę
na wielką sprawczą rolę wyobraźni
w intelektualnym rozwoju ludzkości
w rozwoju kultury ducha i cywilizacji
Nigdy! Nigdy!

krzyknęła stłumionym głosem dziewczyna
Nie zgodzę się być czyimś naukowym eksponatem
Wstała z miejsca
i trzymając biustonosz w ręce
szybko pobiegła w dół w stronę parku
Po chwili poeta zszedł z linii tekstu

Droga wolna!
Powiedział recenzent do ministra kultury
który nigdy nie czytał poezji
To coś niebywałego
Jej piersi świeciły
jak dwie sterczące latarnie

powiedział minister
Możemy pójść za nią powiedział recenzent
No to chodźmy powiedziała noc tuląc się do wieczoru
a jej piersi zaświeciły jak dwie sterczące latarnie

Wieczorem w Polanicy Zdroju
na schodkach prowadzących do hotelu "Nasz Dom"
pojawiły się dwa cienie
Cień dziewczęcy usiadł
i zdjął swój nocny biustonosz
Cień męski ukląkł
i wyjął z rękawa swoje nocne serce
przebite strzałą
Dało się słyszeć ciche westchnienie
To coś niebywałego powiedział minister kultury
robiąc krok potknął się
jak niewidomy na niewidzialnej przeszkodzie
i skręcił nogę w kostce
To tylko wyobraźnia powiedział recenzent
robiąc krok potknął się
jak niewidomy na niewidzialnej przeszkodzie
i skręcił nogę w kostce
Cholera jasna! zaklął to tylko przypadek
poprawił swą wypowiedź
A poeta idealny
wsiadł na swego Pegaza
i uniósłszy się w powietrze
poszybował nad dachami

Proszę pana droga wolna!
zwróciła się recepcjonistka
do pewnego niewidomego poety
który stał w holu
i sprawiał wrażenie
że chce wyjść z hotelu "Nasz Dom"
po schodkach w dół ulicą Cichą
do tego wzgórka
na którym w pomnikowej formie
sprawuje "rząd dusz"
na terenie gminy Polanica Zdrój
kolega A. Mickiewicz
Nie dla każdego droga wolna
My niewidomi poeci

powiedział niewidomy jasnowidzący poeta
jesteśmy uwięzionymi ptakami ciernistych krzewów
i ciernistych dróg usłanych różami naszych słów
białymi i czerwonymi różami dla zakochanych Polaków
uczniów i nauczycieli patriotów herosów
i "samotnych żagli"
dla szarej ludzkości
która obchodzi swe święta
w oparciu o alkohol i rogaliki marzeń
nadziewane różaną konfiturą
słodkiej nadziei


To coś niebywałego powiedział minister kultury
trzymając w ręku rogalik marzeń
nadziewany różaną konfiturą słodkiej nadziei
To tylko wyobraźnia powiedział recenzent
i obaj weszli do hotelu "Nasz Dom"
kulejąc i kuśtykając jednakowo
co wszystkim rzuciło się w oczy

"Śpiewaj mi ptaku
silną pieśń bojową
bo serce smutne
nie jest mi potrzebne"

recytowała w myślach recepcjonistka
i nagle zawołała do wchodzących gości
Panowie! co wam się stało w nogi?
Czy to jakiś wypadek może przy pracy?


"Z listków drobnych i wiosennych
z twoich oczu migdałowych
wiersze wschodzą nie zachodzą
ludzi budzą świecą nocą"
To tylko wyobraźnia powiedział minister kultury
i w tej chwili zobaczył
że piersi recepcjonistki zaświeciły
jak dwie kieszonkowe latarki
To bardzo dziwny przypadek pomyślał recenzent
bo w tej chwili zobaczył
że piersi recepcjonistki zaświeciły
jak dwie kieszonkowe latarki
Całe szczęście że nic złego się nie stało
że to tylko wygłupy
uśmiechnęła się recepcjonistka

Świeciło słońce i dzień był złoty
a poeta?
Poeta idealny szybując nad Polanicą
mówił do Pegaza
dwa razy dwa jest cztery
jeden dodać jeden jest dwa

a Pegaz rżał i rżał z radości
wołał ludzkim głosem:
Poeto! Przestań się zajmować słowami
Czyń to co teraz czynisz
Poeto! Ty zajmuj się cyframi
liczbami rzeczywistymi
świat rachunkiem ekonomicznym stoi!


Chodźmy lepiej na piwo powiedział recenzent
O tam widzę wolny stolik
Świetny pomysł
powiedział minister kultury
Cztery dzielone przez cztery jest jeden
trzy razy jeden jest trzy
Poproszę trzy piwa
powiedział recenzent
jasne mocne
Dla kogo to trzecie?
zapytał minister
Trzecie wypijemy na spółkę odpowiedział recenzent
Poeto! Ty zajmuj się cyframi
liczbami rzeczywistymi
rachunkiem ekonomicznym duszy ludzkiej i świata
Wtedy cię odcyfrują
zaliczą cię, zaliczą cię
do największych tego świata
Obwołają wizjonerem!
Obwołają Homerem wszechczasów!

Pegaz rżał radośnie
parskał buńczucznie
wołał rozgłośnie
zataczając kręgi nad Polanicą
aby poecie zawrócić w głowie
tym wieńcem laurowym
całkowicie cyfrowym
rachunkowo światowym
Oto trzy bomby piwa powiedziała seksbomba
piękna Beatka o migdałowych oczach
stawiając trzy pełne kufle
przed oboma panami
W tej właśnie chwili
coś ogromnego zasłoniło niebo
zasłoniło słońce
Mroczny cień padł na stolik z jasnym piwem
Monstrualnie wielki koński pysk
pochylił się nad stolikiem
i trzema mlaśnięciami jęzora
opróżnił trzy kufle piwa
Ponad głowami usłyszano
czyjś homerycki śmiech
i zwycięski łopot gigantycznych skrzydeł
oddalającego się Pegaza
Co to jest? Co to było? krzyknął minister kultury
Tego mogliśmy się spodziewać
Oni tu w Polanicy mają jeszcze
swojego zachowanego Pegaza
rzekł recenzent
Do stolika podeszła
piękna Beatka o migdałowych oczach
postawiła cztery kufle jasnego piwa
To na koszt naszej firmy powiedziała
żebyście panowie nie myśleli
że życie to tylko pieniądze
Jest jeszcze poezja

"Z listków drobnych i wiosennych
z twoich oczu migdałowych
wiersze wschodzą nie zachodzą
ludzi budzą świecą nocą"
wygłosiła tekst stojąc w pełnym słońcu
jak mitologiczna boginka
Jak to dobrze że to nie jest tylko wyobraźnia
powiedział minister kultury
i podniósł do ust kufel piwa
Jak to dobrze że to jest tylko wyobraźnia
pomyślał recenzent
i podniósł do ust kufel piwa
Proszę panów tu są jeszcze słone paluszki
powiedziała piękna Beatka o migdałowych oczach
i spojrzała w niebo
gdzie od tylu wieków unosi się Pegaz
służąc nieśmiertelnej poezji
w naszym świecie tak pięknie
przemijającym w nieskończoność
Czy może coś jeszcze podać?
zapytała piękna Beatka o migdałowych oczach
Bardzo panom dziękuję za towarzystwo
Było mi bardzo miło
powiedział poeta idealny
wstając od stolika
Świeciło słońce i dzień był złoty

I Powrót na górę I

DEBIUTY

ANNA MARIA KYZIOŁ (AMK)

        Publikujemy wybrane przez naszą redakcję utwory utalentowanej poetki Agaty Marii Kyzioł (pseudonim AMK). Nad literackim warsztatem pracuje pod czujnym okiem i ostrym ołówkiem krytyki pana Stefana Jurkowskiego w grupie "Terra Poetica" na warszawskim Bemowie.

MAŁŻEŃSTWO

Nie drżę przed goryczą pojedynczej zdrady,
która obce ciało przypadkiem przygarnie,
lecz boję się tego, kto wiernie przez lata
karmi dni i noce beznamiętnym fałszem.

Milsze mi rozkosze jednej tylko nocy,
choć pożar zostawić może same zgliszcza,
niż dziesięciolecia w papierowym kłamstwie -
nie ogrzeje serca zimnych ogni iskra.

ŚWIECE

Zapaliłeś świecę nadziei.
Jej ciepły zielony płomień
ogrzał samotność.

Zapaliłeś świecę wiary.
Uwierzyłam,
że też mogę mieć skrzydła.
Zapaliłeś świecę miłości.

W jej płomieniu
stopił się wosk obojętności.

Stałam w blasku oczu,
splatając jutro z marzeń.

Zgasiłeś pierwszą świecę.
Przestałam wierzyć
kamiennemu milczeniu.

Zgasiłeś drugą świecę.
Poczułam chłód
niepewnie rzucanych kłamstw.

Chybotliwy płomyk
ostatniej świecy
każe mi czekać na cud.

SAMOBÓJCA

Powietrze spadało długo,
wystraszone
blaskiem księżyca,

Ostrze światła
wbiło się
w prawą komorę czasu.

Powietrze
spadało w milczeniu
nie chcąc,
by ktokolwiek słyszał

jak pękło mu serce.

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA

Piotr Stanisław Król
PORTRET PROFESORA PLATO

        Namierzył go, gdy wychodził z pobliskiej stacji metra, a nie swojej klimatyzowanej bryki z przyciemnionymi szybami. Błogosławił liczne ostatnio remonty warszawskich ulic, które zmuszały tego typu "klientelę" do korzystania z komunikacji miejskiej. Gdy wszedł do pobliskiego banku odczekał chwilę, po czym udał się za nim. Podszedł do Działu Informacji i uśmiechając się do młodej, ładnej panienki zaczął ją wypytywać o promocyjne kredyty wakacyjne. Słuchając szczebiotu blondynki kątem oka obserwował jednocześnie każdy jego ruch. To była zawodowa umiejętność - "oczy dookoła głowy". Widział, jak wyjmuje gruby portfel z wewnętrznej kieszeni marynarki, na nadgarstku przez moment błysnął złoty Rolex. Wyjął zwitek banknotów, szybko i sprawnie odliczył kilka i położył na ladzie okienka kantoru. Po chwili odebrał równowartość w zielonych i pokwitowanie transakcji. Całość wsunął do portfela, który po chwili zniknął znów w bocznej kieszeni. Wydawał się być łatwą do upolowania "zwierzyną". Przyjechał metrem w godzinach szczytu i zapewne tą samą trasą będzie wracał do centrum, do jednego z tych nowych, szklano-betonowych wieżowców pełnych niemal identycznych, zunifikowanych typów, jak ze sztancy. Gdy gość wyszedł już na zewnątrz, uśmiechnął się do szczebioczącej z przejęciem panienki, zerknął wymownie na zegarek, szarmancko podziękował i ruszył leniwym krokiem w kierunku wyjścia.
        Na peronie kłębił się kolorowy, hałaśliwy tłum. Gdy nadjechało metro szybko przesunął się w kierunku namierzonego "celu", Już miał go na wyciągnięcie ręki, gdy ten niespodziewanie cofnął się i nerwowo rozpychając łokciami w ostatniej chwili wyskoczył z wagonu. Po chwili drzwi zamknęły się i wagony z szumem ruszyły z miejsca. Widział jak niedoszła ofiara wbiega po schodach. Coś zapewne mu się w ostatniej chwili przypomniało. A żeby cię pojeba... - nie dokończył w myślach przekleństwa, bo tuż przed nim jakiś facet wyjął z kieszeni portfel, sprawdził zawartość i schował do kieszeni szarego płaszcza. Był metr od niego...

        Z braku laku dobry kit - pomyślał wychodząc na stacji "Politechnika", skręcił szybko w ulicę Nowowiejską, następnie w Polną. W pobliskiej bramie sprawnym ruchem otworzył łup. - No nie, do jasnej cholery...! - jęknął pod nosem trzymając w ręku pognieciony banknot dziesięciozłotowy, jedyny jaki tam znalazł. Już miał zgodnie z doliniarską zasadą wyrzucić ten żałosny, stary i nadpruty portfel do stojącego obok kosza na śmieci, gdy jego wzrok padł na dowód osobisty za przezroczystą przegródką. Ta twarz... Skąd ja go znam... Profesor Plato?! Tyle lat! Profesor Jan Zduński z Rakowieckiej... Cela numer 13... - rozejrzał się uważnie po okolicy i wbrew zdrowemu rozsądkowi nie pozbył się portfela, tylko schował do tylnej kieszeni spodni. Wcześniej wsunął do przegródki na swoje miejsce zmiętoszony banknot. Ruszył w kierunku Placu Zbawiciela i Marszałkowskiej na pobliski przystanek tramwajowy. Wskoczył do nadjeżdżającej czwórki. Za pół godziny będzie na swojej Pradze, na Jagiellońskiej. Na dziś koniec roboty, fajrant... - podjął decyzję. Był zbyt rozkojarzony, podekscytowany. A to w złodziejskim fachu zgubny stan ducha i umysłu.
        - Profesor Plato z Rakowieckiej... Nasz Profcio... - mamrotał pod nosem nerwowo otwierając drzwi do mieszkania.
        - Co tam mruczysz? Co tak wcześnie Maniek z roboty wracasz...!? - z kuchni wyszła niebrzydka, zgrabna brunetka, poprawiając na sobie jedwabny, czerwony szlafrok.
        - Wolne mam dzisiaj Józka! Jeść dawaj mi zaraz, bo mnie w dołku coś z nerw ściska.
        Zajrzał do kuchni. Przy stole siedział listonosz Matusiak i pałaszował grochową, nie odrywając wzroku od talerza.
        - Ty, pocztowy! Zaiwaniaj do roboty! - warknął ostrzegawczo. Józka stała już tyłem krojąc z zapałem pomidora. Następnym razem mordę obiję palantowi! Zupy czy dupy tu szuka?! - pomyślał zerkając na jędrny tyłek swojej kolejnej konkubinetki, jak je nazywał, i które zmieniał dosyć regularnie. Na wierną jeszcze nie trafił. Ale szukał i miał nadzieję, że w końcu ustatkuje się, jak zwierzał się kumplom przy wódce, "w stałem, miłosnem związku uczuciowem, aż po grób".
        Poszedł do pokoju, wyjął portfel z kieszeni i położył na stole...

        Stał w progu celi niepewnie przestępując z nogi na nogę. Przed chwilą klawisz Czubak zatrzasnął za nim drzwi. Na oko około czterdziestki, chudy, zgarbiony, z długimi, lekko siwiejącymi już na skroniach włosami. Rozglądał się dookoła mrużąc oczy.
        - Imię, nazwisko, ksywa, jaki paragraf? - Baryła, zwalisty, łysy bamber z Woli zachęcił go do obowiązkowych w takich sytuacjach zwierzeń.
        - Jan Zduński, nauczyciel historii, ksywa...? Plato na mnie mówią w szkole uczniowie. Za co, paragraf? Za próbę obalenia ustroju, czy jakoś tam... - wyrecytował niepewnie, po czym odchrząknął i mocnym głosem powiedział - Za Solidarność, za wolność, za demokrację! Precz z komuną!
        - Taki chojrak z ciebie, profciu? - to wdrapuj się na górne kojo po prawej stronie. Pamiętał, jak dziś, podszedł do niego i pomógł rozgościć się w celi. - Jestem Maniuś, mów do mnie Kasa, ten gruby łysol to Zdzicho, czyli Baryła. Za co siedzim oba? Za niewinność! - ryknęli śmiechem.
        Był grudzień 1982 rok. Za zakratowanym oknem sypał śnieg. Sypał się też nieuchronnie system polityczny, który w związku z tym ratował się przed upadkiem stanem wojennym. Rachityczny, zgarbiony, pokasłujący co jakiś czas Profesor Plato był najwidoczniej śmiertelnym zagrożeniem dla porządku socjalistycznego. On i Baryła siedzieli w zasadzie za niewinność. Takie tam drobne przewinienia. On sam miał pecha, bo rąbnął w tramwaju portfel oficerowi milicji obywatelskiej po cywilu, który cierpiał na alergiczną, swędzącą niemiłosiernie wysypkę na tyłku i wyczuł delikatny proces opróżniania kieszeni przez mistrza w sztuce doliniarskiej. Zdzichu, będąc w ciężkiej depresji po odejściu narzeczonej z pewnym studencikiem weterynarii, zdemolował po popijawie restaurację "Smok" na Smoczej. Obydwaj otrzymali propozycje podpisania, w zamian za anulowanie kary, deklaracji współpracy z milicją, i obydwaj ją odrzucili. Honorowe były z nich chłopaki. No to siedzieli i czekali spokojnie na proces. Jan Zduński po zatrzymaniu też otrzymał propozycję, ale od oficera SB. Odkaszlnął i powiedział, żeby sobie ten karteluszek wsadził w dupę. SB-ek - wysoki, barczysty blondyn o rybich, zimnych oczach, spokojnie wstał, podszedł do przesłuchiwanego i z całej siły uderzył go pięścią w twarz. Do tej pory miał sinobrunatny ślad w okolicach lewego oka. Za to sumienie miał czyste jak łza.

        Następnego dnia po śniadaniu dokwaterowany został do ich celi mały, rudawy człowieczek. Przedstawił się - Włodzimierz Maślak, piekarz, paragraf za nielegalny skup mąki. Od razu "przykleił" się do Jana Zduńskiego. Gadatliwy był i wciąż o coś go pytał. Gęba mu się nie zamykała. Chudy Plato opędzał się od niego, jak od natrętnej muchy. Baryła przez długi czas uważnie przyglądał się rudemu, skądś go znał... Wieczorem szepnął mu do ucha krótką informację. Po kolacji, gdy Maślak poszedł się wysikać, podsunęli Profesorowi małą karteczkę, na której napisane były dwa słowa - Uwaga, kapuś!
        Gdy Maślak wyszedł zza blaszanego przepierzenia dopinając po drodze rozporek, Zduński z uśmiechem zaprosił go do stołu. - Pytał mnie pan o organizacje niepodległościowe i kontakty? Coś panu opowiem...
        - Profesorze Plato...! - zaprotestował Zdzicho. Ten nie zwracając na niego uwagi kontynuował.
        - Wie pan, w grupie zarządzającej organizacją jest dwunastu, jeden - Isek Judacki się zwie, trzyma maszą kasę...
        - Żydek? Oni zawsze do kasy pierwsi! - stwierdził z przejęciem rudy. - I co ten Isek...? - ponaglał z niecierpliwością do dalszych zwierzeń.
        - Okrada nas drań jeden, kombinuje. I wiesz pan co jeszcze robi?
        - No, co robi ten Isek... Judacki? Tak się on nazywa? - Maślak notował skrzętnie w głowie każde słowo Zduńskiego.
        - Donosi, kabluje, a właściwie, co ja mówię, donosił, skurwiel jeden...
        - Jak to... donosił, to już go u was w organizacji nie ma?
        - Nie ma. Powiesił się! Mimo, że mu dobrze zapłacili. Trzydzieści srebrników! Taki koniec powinien spotkać każdego kapusia, panie Maślak! - Zduński zamilkł i wbił w niego wzrok. Obaj z Baryłą wstali ze swoich pryczy i podeszli do kulącego się niczym spłoszony kundel kablownika. Baryła zerwał i rzucił w kąt celi koc ryżego cedząc cicho przez zęby - Tam będziesz spał gnido, a jutro ciebie tu nie ma, zrozumiałeś?
        W środku nocy obudził ich hałas. Za przepierzeniem, gdzie był kibel słychać było jakieś miarowe, głuche łomoty i zduszone, piskliwe pojękiwania Maślaka. Prycza Baryły była pusta...
        - Kasa, na litość Boską, co się tam dzieje... - zobaczył wychylającą się z górnej pryczy rozczochraną głowę Profesora Plato.
        - Profciu drogi, tu w pierdlu obowiązują pewne niepisane zasady: czasem coś widzisz, słyszysz, a nie widzisz i nie słyszysz... Zrozumiałeś? Śpij...
        Następnego dnia Maślak został wywołany z celi i już do niej nie wrócił. Na jego miejsce przyprowadzony został ciężko wystraszony chłop spod Grójca - Bartłomiej Szuma, aresztowany za nielegalny handel mięsem. Odmawiał na okrągło zdrowaśki i litanie do wszystkich świętych, błogosławionych i pozostałych dobrze ustawionych w Sferach Niebiańskich. A w Wigilię we czwórkę śpiewali razem kolędy i dzielili czerstwym chlebem, bo opłatka nie było. Szuma poczuł się prawie jak w rodzinnej chałupie i na przemian to płakał, to śmiał się powtarzając - Jezusek malusieńki w biednej stajence, a my razem w celi siedzim! Jest sprawiedliwość na tym świecie, prawda panowie?!

        W tamtych czasach nie było w celach, jak dzisiaj: telewizorów, odtwarzaczy, radioodbiorników. Dlatego bardzo cenieni byli "opowiadacze". Tacy, co to śmiertelną nudę, przerywaną cyklicznymi przesłuchaniami, mogli wypełnić opowiadaniem ciekawych historii. Profesor Plato był tutaj prawdziwym skarbem. Przez szarą celę przewijały się wojska napoleońskie, Juliusz Cezar przekraczał Rubikon, chłopi pod wodzą Kościuszki prostowali swoje kosy (przy tej opowieści dumnie pierś wypinał Bartłomiej Szuma), husaria gnała jak wicher goniąc Szweda gdzie pieprz rośnie. Profesor Plato specjalnie dla Zdzicha wymyślał barwne i pieprzne erotyczne przygody Messaliny i za nic nie mógł jej ukatrupić na rozkaz męża Klaudiusza. Baryła nie pozwalał.
        - Profesorze Pluto, ani się waż uśmiercić Messalci, a Klaudiusz niech sobie idzie do jasnej cholery!
        - Profesor Plato... - poprawiali go.
        - A ten Plato, co za jeden? - zapytał kiedyś.
        - Plato, a właściwie Platon, moje urwisy tak go przekręcały, no... z pewnością nie szczekał i nie merdał ogonem - Zduński chciał coś więcej powiedzieć, ale spojrzawszy na Baryłę machnął ręką i dokończył - ...choć może i czymś tam pomerdał i komuś naszczekał, w końcu filozof był! Po czym przeszedł do wymyślania kolejnego łóżkowego wyczynu Messalci, cytując przy okazji fragmenty "Sztuki kochania" Owidiusza. Pamięć miał fenomenalną.
        - Kultura alkowy, jest też sztuką - pouczał słuchaczy, robiąc przy tym bardzo poważną, uczoną minę, co wywoływało zawsze ich wesoły rechot.
        - Czyli jak ja z moją Krychą bara bara robim, to... sztukę uprawiamy, tak? - Baryła z niedowierzaniem kręcił głową, na co Plato poważnie mu przytakiwał robiąc oko do pozostałej dwójki. Wesoło bywało czasami też w tej ponurej celi.
        Z czasem zaczęli edukować Zduńskiego. On sam, czołowy przedstawiciel praskich doliniarzy, wykładał obowiązujący w tej grupie kodeks honorowy, podając za przykład swojego ojca oraz dziadka, którzy do "pracy" szli zawsze elegancko ubrani w garnitury i pod krawatem, nigdy nie okradali biednych i brzydzili się "mokrą" robotą. Zdzichu miał "wykłady" z językoznawstwa z wolskich ulic oraz posługiwania się "scyzorykiem", oczywiście tylko w sytuacjach "wyższej konieczności, w obronie własnej panie Profesorze Plato". A Bartłomiej Szuma w prostych słowach wyjaśniał "jak siać, żeby dobrze rosło" oraz jak "fermentować, aby dobrze procentowało", zapraszając nieustannie i wylewnie na praktyczne pokazy z poczęstunkiem do swojej wsi pod Grójcem.
        Na początku stycznia pierwszy celę na Rakowieckiej opuścił Baryła z wyrokiem sześć miesięcy w zawiasach i nakazem zwrotu kosztów dewastacji "Smoka". Po tygodniu wyszedł Szuma - trzy miesiące w zawiasach. Po nim z wyrokiem dwóch lat więzienia (no cóż, recydywa...) opuścił areszt on sam ze skierowaniem do odbycia kary we Wronkach pod Poznaniem. Długo żegnał się z Profesorem Plato. Obiecywali sobie, że spotkają się wszyscy razem, we czwórkę, po odbyciu kary. Pocieszał go, że wyrok z pewnością nie będzie surowy. Po dwóch miesiącach przebywania we Wronkach otrzymał grypsem informację od kumpla z Rakowieckiej - "Jan Zduński dostał wyrok pięć lat. Siedzi w Braniewie".
        Nie spotkał się już z Plato nigdy. Do dziś.

        Podszedł do kredensu i wyjął butelkę wódki. Nalał pół szklanki i wypił duszkiem. Usiadł i powoli otworzył leżący na stole portfel. Ostrożnie wyciągnął z jednej z przegródek pierwszą z brzegu białą kartkę. Wyciąg bankowy, ostatni przelew - renta z ZUS-u na kwotę 836 zł. Żadnych innych dochodów. Aktualny stan konta - trzydzieści dwa złote. Zerknął na rubrykę z datami - następny przekaz renty dwudziestego piątego, czyli za dziesięć dni.
        - Panie Profesorze Plato... gdzie ta pańska wymarzona wolność, demokracja, sprawiedliwość, do kurwy nędzy, gdzie...?! - uderzył pięścią w stół, drugą ręką zrzucił na podłogę kryształowy wazon, który z hukiem rozprysnął się na setki kawałków. - O taką Polskę walczyłeś? Złodzieje i kombinatorzy lepiej mają niż takie nawiedzone walczaki, jak ty? - z niedowierzaniem pokręcił głową. A ten honor Profciu, o którym tyle nawijałeś? Jakiś czas temu ze zdumieniem ujrzał w telewizji tego rudawego kapusia "Maślaka". Oczywiście pod innym nazwiskiem, tamto to była zapewne ksywka "na potrzebę ubeckich działań operacyjnych". Spasiony, zadowolony, w garniturze od Armaniego, pieprzył jakieś słodkie, przedwyborcze farmazony.
        Po dłuższej chwili znów sięgnął do portfela i wyjął drugą kartkę, To był wypis ze szpitala onkologicznego. Przez dłuższą chwilę wczytywał się w niewyraźne lekarskie bohomazy. Sięgnął do kieszeni i wyjął komórkę.
        - Zdzichu? Trzeba nam się spotkać, muszę, to znaczy... musimy coś ważnego załatwić...

        W mieszkaniu Jana Zduńskiego panował półmrok. Kotary szczelnie odgradzały jego małe, zagracone mieszkanie od gwarnej, pełnej słońca ulicy Madalińskiego na Mokotowie. Ze snu wyrwał go nagle dzwonek do drzwi. Przez dłuższą chwilę nie ruszał się z fotela. Bał się powrotu tego potwornego, przeszywającego bólu. Drugi, trzeci dzwonek, potem głośne pukanie. W końcu z wysiłkiem podniósł się. Przed drzwiami stał kilkunastoletni chłopak. Trzymał w ręku jego... portfel!
        - Pan Profesor Plato, Jan Zduński? - tak kazał zadać mu pytanie facet czekający na jego powrót na sąsiedniej ulicy. Miał dostać od niego za kurierską przysługę niewiarygodną kupę szmalu, aż pięć dych! Skrupulatnie wykonywał zlecenie.
        - Tak... Plato... skąd chłopcze znasz...? - nie zdążył dokończyć, gdyż chłopak wcisnął mu szybko w rękę portfel i zbiegł po schodach jak szalony.
        Trzymał w ręku zgubę, na której już postawił krzyżyk. W zasadzie nie zmartwił się specjalnie stratą. Krzyżyk postawili także na nim lekarze. Miał przed sobą trzy miesiące, góra pół roku życia. Otworzył portfel. W środku wsunięty był gruby plik dwustuzłotowych banknotów, na wierzchu spoczywał pomięty, dziesięciozłotowy, do którego przypięta była biała kartka papieru. Powoli wyciągnął ją, rozłożył i przeczytał:
"Panie Profesorze Plato, bardzo przepraszam. Maniuś (Kasa) z Rakowieckiej, cela nr 13".

I Powrót na górę I

Grafika - wiersze wybrane

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA

Wiersze wybrane


Genowefa Cagara
POWRÓT

Idziesz przez wicher i samotność
Po wąskim promieniu światła.
Po jasnej smudze ciepła,
Która skupia całe dobro i spokój,
ukryty przed światem...
Ramiona nocy nie chcą wypuścić zdobyczy,
Więc wytężasz wszystkie siły, żeby się wyrwać...
By otoczyła Cię wreszcie jasność, pełna ciepłych słów...

GDY ŚWIAT DOJDZIE DO PRZEPAŚCI...

Gdy świat dojdzie do przepaści,
Gdy dojdzie na życia brzeg,
Ogromną pustkę zobaczy -

I poczuje wielki lęk...
Lecz nie stanie, pójdzie dalej
Za przepaści zimnej skraj
A my, tacy biedni, mali,
Polecimy w dół, jak głaz.
Jak mgła zginie całe piękno
Góry, morza, jezior czar
Serc mydlane bańki pękną
I czas tylko będzie trwał...

Andrzej Chutkowski
ŚWIATŁA

Patrzeć by trzeba było nie wiem jak daleko,
być może gdzieś, aż za krąg horyzontu,
by dojrzeć w końcu,
czym jest owo wyniesienie
skałą ponad obłoczną,
czy może strzelistą wieżycą,
Bo przecież światła,
które na jej szczycie płoną,
widać z najdalszych krańców naszego istnienia.
Nie znamy prapoczątków świateł tych zapłonu,
i wiemy, że nie zgasną dokąd żyć będziemy.
Imiona żagwi owych
niezmienne od wieków
na przykład Prawda,
ale taka której wyjaśniać nie trzeba,
albo też Piękno bez żadnych zastrzeżeń,
czy Miłość bez warunków,
albo Sprawiedliwość,
co dzieli zło od dobra jednym cięciem miecza.
Niemało jeszcze świetlnych tych kierunkowskazów,
lecz droga ta wymaga
alpinistów pasji.
Próbuję piąć się po niej,
a gdy się potykam
to każdą dłoń podaną chciałbym ucałować.
A przecież tyle innych blasków i odblasków
tuż obok migających dokoła świetlików,
Rozmigotanych tysiącem kolorów,
słodkowonnych oparów czarowne ogrody
i poszeptów namiętnych
tak obiecujących
naszym zmysłom wciąż głodnym
wielkie nasycenie
pełnię użycia,
uciech
ułudy, choćby szczęśliwostek kroci.
Wystarczy krok zaledwie w stronę tych powabów,
a stopa wnet poczuje miękkość jakże błogą,
bo tym pierwszym stąpnięciem
na piasek się wchodzi,
albo na popiół miałki,
może trzęsawisko?
Im dalej się pójdzie w tę ostroń ponętną,
tym bardziej...
Cóż, wiadomo.
A na końcu ciemność.
Lecz światło tamtych ognisk,
na podniebnej Stelli
rozjaśnia nieustannie szlak prosty,
choć stromy,
prowadzący w tę stronę, gdzie nie ma już nocy.
Każdy sam wciąż wybiera którędy iść zechce.

Krystyna Łagowska
METRO I

Tłum - ułamek całości
szary przyozdobiony barwą młodości
która nie pozwala się ujednolicić codziennością.
Podświadomie czekamy
wiemy, że przyjdzie.
Najpierw lekkie drżenie,
zwiastun tego co nadejść musi.
Dźwięk metalu, preludium,
ktoś subtelnie palcami muska strumy skrzypiec
Dźwięk narasta, koncert, wiele instrumentów
rozhukany żywioł, którego nikt nie okiełzna lejcami
Tłum pędzi przed siebie
by zdobyć wygodne miejsce dla chwili bezmyślności

Zachwycają mnie górskie strumyki
nieprzerwanym pędem.

ASTRONAUTKA

Wyzwolona z kokonu cywilizacji,
pojazdem z nieokreślonych mgławic
wolna jak bezkarna przestrzeń
Rozgarniam świetlistymi ramionami próżnię
kołysząc się na huśtawce wszechświata
nawiązuję znajomości i przyjaźnie
z istotami z gwiazd
rozumiemy się…
Wiruję blaskiem po galaktykach
Naładowana wewnętrznie
jak dziecięcy balonik
czuję miękkość kołyski ziemi,
Niechcący strącam ze stołu
"Teorię snów" Freuda.

Elżbieta Madej
ŚWIAT OSZALAŁ

Świat oszalał
Wulkan zalewa przeszłość lawą
Niebo się zaczerwieniło
Dając przedziwne znaki
Spłoszonym ptakom i zwierzętom

Cisza
Ludzkich odgłosów nie słychać
Nagle się obraz roztoczył
Nad całym horyzontem
Jak na ogromnym ekranie
W nieodgadniony sposób
Zjawiły się losy ludzkości
Oto przepych i zbrodnia
Wiedzy potęga, co piekła sięga
Egoizm, mamona, użycie
rozkazy otępiałej władzy
Wydały jałowe owoce
Więc ma zapanować niepamięć
Zbuntowało się i zgasło słońce
Zakołowała ziemia w czerwieni
Jedna chwila - czas stanął
I nic już nie ma
Jak przed stworzeniem...

WYSPY SZCZĘŚLIWE

Czy tędy na Wyspy Szczęśliwe?
Czy tędy w świat wymarzony?
Czy szukać w myślach pogodnych?
W nieznanych mi jeszcze stronach

Nie znając drogi mej celu
Jakim się wybrać pojazdem?
W jakiej dnia porze wyruszyć?
O świcie? Z wieczorną gwiazdą?

Czy szukać mam wysp tych samotnie?
Czy zdążę w tak krótkim życiu?
Wtem biały ptak siadł na oknie
Radosny niesamowicie

Może nie szukać już owej krainy?
Tylko otworzyć okno?
Bo z wyspy tej
Szczęścia kruszyny
Przyniósł mi biały gołąb
I pozostanie ze mną
Ucząc mnie życie uprościć.

Karina Miękus
* * *

Zaczaruj mnie
Ogarnij swoim ciepłem
Chcę być blisko
Gromadzę sny
Dni płyną wartko
Bo z tobą

SZTALUGI

Sztalugi rozłóż
kochanie
Kolory rzuć rzadziej
w tło
Czerń i biel
będą współistnieć
Harmonia barw
ze szkicem postaci
w głębi
drewnianego obramowania

* * *

Nie przerywaj ciszy
Samotnie tkwij
w prawdzie
Ona jest świadectwem
o twoich ramionach
wokół mnie
Nienawidzę gier
na polu chwalącym
słabość

* * *

Zmięta szmatka
brudny kubeł
Oto wszystko co zostało
po tym przyjęciu
Sililiśmy się na elegancję
Nie pasowały do siebie
cegiełki
Miały stworzyć bramę
do wielkiej budowli
fortecy porządku

Irena Pursa
PEJZAŻ WSPOMNIEŃ

Już miałam zapomnieć
Kiedy zapach przyszedł
zdradliwym odczuciem
połaskotał nerwy
całkiem przypadkowo
Kiedy z dna szuflady
wypadło to zdjęcie
trochę pogniecione
Zapadłam się w fotel
I poczułam nagle tamto drżenie powiek
zamarłe w bezczasie
I zamknęłam się znowu
w kokonie bezsensu
choć to niemożliwe
znów śniłam na jawie
przemykały chwile
dawno już nieznane
spopielałe serce
smakowało ciszę
Świeca dogasała
więc zamknęłam okno
wracałam do dzisiaj

RĘCE II

Niespokojne ręce
Ręce niespełnione
Błądzą wokół rzeczy
Szukają przyczyny
Ręce pomarszczone
W nierównościach całe
Dotykają bólu
Co gnieździ się wszędzie
Chciałyby zapomnieć
Chciałyby zastygnąć
W bezruchu czasowym
Co się ciszą mieni
Chciałyby dosięgnąć
co niedoścignione
Chciałyby zaistnieć
w dzisiejszej przestrzeni
Są rozczarowane
Codziennym błądzeniem
splotły się palcami
aż kostki zbielały
Przyczyn nie dociekły
Tak już pozostały
Złaknione dotyku
ciepłego
czułego
Który by przywrócił
właściwe wymiar

ROZCZAROWANIE

Otworzyłam oczy
poranną godziną
kiedy pies zaszczekał
i zadzwonił budzik
Mgła weszła do okna
zaszumiała woda
szarość się rozsiadła
w fotelu
przy stole
Zwiędłe kwiaty smętnie
opuściły główki
żegnając się z życiem
na początku drogi
Zwlekam się gnuśnie
z pomiętej pościeli
nowy dzień witając
spod przymkniętych powiek
Chciałam widzieć światło
Chwytałam je chciwie
Lecz szarość zasnuła
płonne doczekanie
Tylko gołąb cichy
Tylko pająk w kącie
Tylko lęk nagły
i nierozpoznany
przywrócił mnie prozie
dnia rozpoczętego
Tylko w zakamarkach
rojeń snów zaprzeszłych
można było znaleźć
czego szukać próżno
w każdej lotnej chwili
w każdym biegu zdarzeń
gdy przeczucie pędzi
ku spełnieniu marzeń
choć są nierealne
jak zwykle
jak dotąd
Dzień nastał
na próżno czekając spełnienia
Dzień nastał
i został
Rozwiał urojenia
Dotknęłam ściany
była zimna
obca
Do jutra czy może
tylko do wieczora
Do jutra
do nocy
By zapaść się znowu
w senne majaczenia

Jan Siwmir
WIECZOREK AUTORSKI

mogłam wyjść w krótkiej sukience
albo bez

naturalnie
zatańczyłabym pogo
może nawet z kimś z sali

w tłumaczeniu na język marketingu
byłoby to alternatywnym przekazaniem
wartości poprzez ruch

gdybym się uparła
moje wiersze zawieszone w plastikowej konstrukcji
spuszczałyby się z betonowych rurek
w poprzek pukającej się w czoło
wyobraźni

mogłam wmawiać szanownym gościom
że jestem młoda
i że to też jest sztuka

mogłam
ale i tak nikt by mi nie uwierzył
zbyt wysoki iloraz inteligencji
nieuleczalnie postarza
upartą staruszkę
klasycyzmu

MIT

żółty bucik zazdrości
spadł z łoskotem na ziemię
odepchnięty sługa
rozbił lustro na siedem nieszczęść
i jeden mały kawałek zwątpienia
nagle
drzwi trzasnęły inaczej
załopotały okiennice
podrabiając trzepot rzęs
wchodzącej skromnie dziewczyny
Kopciuszek był pewny
Kopciuszek był cierpliwy
mecenat wróżki od wieków miał dobrą renomę
najlepszą
za jedyne dwa euro od złudzenia
na tacę

BUNT

namawiasz mnie żebym poszła do babci
zapakowany koszyk stoi jak wyrzut sumienia
wciskasz mi w rękę czerwoną bluzę z kapturem

siedzę naburmuszona
łzy płyną
z wściekłości kopię nogą w stół
nie chcę tam iść
wiem jak będzie
połknie mnie duży kosmaty wilk

a co jeśli leśniczy jest tylko tworem wyobraźni

Irena Stopierzyńska
LEŚNE WIERSZOBRANIE

o grzybobraniu pisali
wielcy i mali
lecz o wierszobraniu
nie napisał nikt
w lipcowy skwar nieznośny
gdy trudne oddychanie
z koszykiem pójdź do lasu
a znajdziesz wierszy plik

zanurz się w cień głęboki
wędruj wąską ścieżką
aż dojdziesz do gęstych pomroczy
rozejrzyj i zapisz
co podpowiedzą oczy

sieć pajęczą
na giętkiej leszczynie
i paproć rozłożystą
wyższą niż w ogrodzie
mchu miękki aksamit
a wyżej drzewko jarzębiny
z bogactwem dojrzałych niemal korali

a dalej barykady
z martwych gałęzi
przez wicher połamanych
pokonują je łatwo
mrówki i jaszczurki
lecz nie ty poeto
co lubisz wygody
cóż w lesie jest alegorią
przyjrzyj się sobie
może jesteś gałązką leszczyny
omotany siecią pajęczą
i bezradny śledzisz
jak pająk żarłoczny
uprawia rzeź niewiniątek
czy świadek nie jest wspólnikiem
jeśli sieci z siebie nie zrzuca?

a może jarzębiną wyrosłeś
pogodny i w kiście jagód bogaty
nie chowasz ich dla siebie
wykarmisz nimi ptaki
co przylecą z północy
na nasze dni najkrótsze
i najmroźniejsze noce
patrz i opisuj co w tobie
co pod innymi dachami
poeta bywa sędzią surowym
bywa też adwokatem
poezja jest czymś więcej
niż pięknem krajobrazu
więc zobacz co masz w koszyku
coś przyniósł z wierszobrania
przejrzyj jego zawartość
i wyrzuć banialuki
przez innych będziesz sadzony
za znieważanie sztuki
idąc swoją drogą
nie gardź uważnym spojrzeniem
potrzebne są twojej duszy
słoneczne polany i knieje.

NIE RODZI SIĘ

nie rodzi się wiersz przypadkiem
nie zjawia w komputerze
wibruje najpierw w powietrzu
w oczach zdziwionych pojawia
może już kiedyś widziane
lecz nigdy w ten sposób

rodzi się wiersz w poświacie
myśli ze sobą splątanych
jedna z nich lśnić zaczyna
nadaje ton dotąd nieznany

tylko jeszcze uczucie
co się skrywa, osłania
musi przed szereg wyskoczyć
wyraźnie zabarwić przesłanie

teraz, gdy kartkę wyciągniesz
na łąkach lub rzecznej przystanie
opiszesz wewnętrzny krajobraz
z prawd jasnych i ciemnych utkany
zdziwiony stwierdzisz po latach
poezja była drogą na skróty
by odkryć i opisać
własnego losu sploty.

Iwona Zielińska-Zamora
ZDRADA

dwa cienie spotkały się w gaju
w tle księżyc był i gwiazdy
zaiste zmowa to, czy przypadek sprawił
że pod jabłonią stały się jednością
a ja zazdrością.

SZANSA

gdzieś w samochodowym korku
spotkały się nasze spojrzenia
twoje rzęsy nie dały cienia policzkom
a ja swoim na to pozwoliłam

na skrzyżowaniu zmieniły się światła
maszyny ruszyły ze zgrzytem
odjechałeś...

MODELKA

bywa zaklęta w glinę
a czasem w biały marmur
we wszystkich kolorach tęczy
na płótnie i w świetle witraży
posłuszna dłoniom mistrza milcząca,
dumnie unosi głowę
dzisiaj modelka
po wiekach Madonna.

CZEKANIE

jak pojedyncze krople dżdżu
łzy moje nikomu niepotrzebne
gdzieś wyżej winda
a potem trzasnęły drzwi
i to nie byłeś ty

będę czekać aż do świtu.

* * *

od zawsze
mieszkam w twojej dłoni
bezpieczna
w przestrzeni ograniczonej
kciukiem i palcem wskazującym
czy ja nie mam swobody?
czy nie jestem wolna?

lecz nie otwieraj dłoni
możesz mnie upuścić
i spadnę w otchłań samotności.

I Powrót na górę I

GOŚCINNE ŁAMY

ZBIGNIEW GAJEWSKI

Zbigniew Gajewski

        Z wielką przyjemnością gościmy na naszych łamach poetę Zbigniewa Gajewskiego, zaprzyjaźnionego z Grupą Literacką Poetica. Urodził się 31 marca 1926 r. w Janopolu, pow. Kobryń na Polesiu (obecnie Białoruś). W czasie okupacji niemieckiej ukończył w Przeworsku na tajnym nauczaniu kurs gimnazjalny, a po wyzwoleniu uczęszczał do tamtejszego liceum. Studia lekarskie na Akademii Medycznej we Wrocławiu ukończył w 1952 r. Zaraz po studiach został wcielony do armii jako lekarz wojskowy i dopiero w 1957 r. mógł się z tej służby zwolnić. Z wojskiem trafił do Sochaczewa w 1954 roku, gdzie do 1995 pracował jako lekarz cywilny (pediatra).
        Od lat interesuje się kulturą i życiem sąsiadujących z nami narodów, głównie słowiańskich, a w szczególności Łużyczan oraz Białorusinów i dalszych sąsiadów - Bułgarów. Jest założycielem i długoletnim prezesem ogólnopolskiego Towarzystwa Polsko-Serbołużyckiego. Zna język łużycki. W 1997 r. wydał w swoim własnym przekładzie na język polski Wiersze Łużyckie - Antologia. Jest autorem wielu artykułów prasowych i wykładów o tej tematyce.
        Drugim szczególnie interesującym go narodem są Białorusini. Zna ich jeszcze ze szkoły podstawowej. Dawniej nawiązane przyjaźnie odnowiły się po wielu latach (m.in. Kozicz, Szilihejko). Ostatnio ukazał się tomik jego tłumaczeń na język polski białoruskiego poety Aleksandra Pruszyńskiego (ps. Aleś Harun) pt. Dar Matczyny. W 2007 roku wydał tomik poezji pt. Znasz-li ten Kraj i Lud? (Wyd. Perła, Teresin).
        Zbigniew Gajewski jest założycielem Klubu Inteligencji Katolickiej w Sochaczewie.
        Publikujemy dwa wiersze Autora sprzed kilkudziesięciu lat, w tym Narvik - upamiętniający tamte dramatyczne wydarzenia z historii walk wojska polskiego na frontach II Wojny Światowej.

Zbigniew Gajewski

FATAMORGANA

Samotny - na pustyni wędrowiec zbłąkany,
dookoła niego piasku suche oceany -
straszne, wody spragnione, bezmierne, gorące
i trochę zeschłej trawy spalonej przez słońce.

Wtem w oddali zakwitła oaza zielona,
gdzie palma nad krynicą pochyla ramiona,
nad zielenią zalśniły smukłe minarety -
widać oazę ludną, pałac i meczety.

Lecz daremna twa radość wędrowcze ubogi!
ani twego wielbłąda nie dotrą tam nogi
- ni ty w cieniu nie spoczniesz,
pijąc wodę z dzbana!
wszak to złudne widzenia! to fatamorgana!

Tak złudami mamiona, wśród męki i znoju,
szukając wszędzie szczęścia - tak jak ów napoju,
istota ludzka w końcu - kona przekonana
"Pełnia szczęścia na ziemi - to fatamorgana!"

Wrocław 1948 r.

NARVIK

W dalekie fiordy północnej Norwegii
blask sławy zanieśli z Karpatów
strzelcy z Podhala - wśród wrzawy bitewnej
wśród huku szrapneli, granatów.

Gdzie się angielskie łamały armady
z Francji alpejskie oddziały,
tam krwią swoją brocząc polskie brygady
bój wiodły zażarty, wspaniały.

W krąg na śnieżystą biel fiordów Narviku
krwi swojej rozlały purpury,
by mogła poznać też zorza polarna
męstwa polskiego brawurę.

Ach powiedz, powiedz żołnierzu-tułaczu
co rzuca cię wszakże w te strony?
Matka Ojczyzna - w okowach mnie wzywa
i pęd ku wolności szalony!

1946 r.

I Powrót na górę I

Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

MOJE PODRÓŻE LITERACKIE

Jan Zdzisław Brudnicki
Krasne, między romantyzmem a pozytywizmem

"A mowę naszą sponiewieraną
We wzrastającym ucisku
W sercu tę mowę chowaj Kochana
I przy domowym ognisku."

        Czy domyślacie się kto takie zwrotki pisał? Ja też nie wiedziałem, dopóki nie przeczytałem książki Teresy Kaczorowskiej "Córka mazowieckich równin, czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza". Właśnie tak, to nasza Noblistka, gdy była młodą nauczycielką w Krasnem.
Córka mazowieckich równin – Maria Skłodowska-Curie         Do Krasnego, nieopodal Pułtuska, Ciechanowa zawsze chciałem pojechać, choćby dlatego, że o Muzeum Romantyzmu i Zygmunta Krasińskiego w Opinogórze słyszałem: To nasza Skałka Mazowiecka, choć posiada ona część drugą w Krasnem. Teraz w maju 2008 r. zabrał mnie wietnamsko-polski poeta i tłumacz Lam Quang Mi, który został honorowym obywatelem Krasnego i postanowił się odwdzięczyć społeczności lokalnej w wyjątkowy sposób - ufundował obraz Zygmunta Krasińskiego, portret skomponowany ze startych na proch kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Co za blask tego obrazu, wykonanego w technice znanej na Dalekim Wschodzie. Blask dodaje życia, zwłaszcza twarzy i oczom.
        Lubiany powszechnie Lam zdobył sobie popularność swoją poezją i sposobem życia. Poezję swoją wykonuje za pomocą intonacji, może charakterystycznej dla pierwotnych form i modlitwy. Przekazuje rodzaj mantry, medytacji, zbliżającej słuchacza do przekazu wzruszenia i muzyki, zbliżającej się do owej wszechwiedzy i szczęścia satori. Wszystkim udziela się duchowość Dalekiego Wschodu, gdzieś z mitu Kriszny rodem i chętnie pragną mieć poetę ze sobą i dla siebie. Tym razem też zaprezentował "Lirnik wschodni i mazowiecki" fragmenty wędrówek po świecie duchowym.
        Potem przechodziliśmy z rąk do rąk. Najpierw byliśmy we władaniu wójta Pawła Kułakowskiego. On otworzył zgromadzenie, przywitał gości i radnych i oddał głos młodzieży z Gimnazjum Publicznego w Krasnem, która pod przewodem nauczycielek: Doroty Kucińskiej i Anny Gajek zaprezentowała przekaz słowno-muzyczny poezji Krasińskiego i pieśni patriotycznych. Wówczas wyniesiono obraz wzorowany na sławnym portrecie śpiewaka "Psalmów przyszłości". Był pełen blasku, ponieważ szlachetne kamienie ożywiały całość i wywoływały klimaty w zależności od oświetlenia i kąta oglądania. Zygmunt Krasiński był zwolennikiem czynu, dla poezji proponował rolę przepowiedni przyszłości, budzenia sumień, ożywiania mowy polskiej jako fundamentu Ojczyzny i mobilizacji wspólnoty poprzez solidaryzm społeczny. "Zgińcie me pieśni - wstańcie czyny moje!" - nawoływał. Bogactwo, potężny ród osadzony na europejskich dworach nie dawały mu satysfakcji i wytchnienia. Swoją mądrość określał jako wywiedzioną z cierpienia. W dali wypatrzył ducha Narodu i marzył: "Pragnę bardzo mało, pragnę tylko jednej pieśni, podobnej do tych, które słyszałem na równinach moich, gdy muskały w przelocie złote kłosy i fale zbóż". Tak też był zasłuchany wieszcz na portrecie. Teraz oklaskom nie było końca. A gromkie "Sto lat" poprowadziła orkiestra ludowa kurpiowska, pod przewodnictwem Edwarda Koziałka.
        Po obiedzie przeszliśmy w ręce Darka Załuskiego, majstra od kultury, estradowca, miejscowego przewodnika i gawędziarza. On zaprowadził nas do miejscowego kościoła, pełnego prawdziwych dzieł sztuki, jak wystroje i rzeźby Tylmana. Potem znaleźliśmy się (jakby to Krasiński powiedział) - "wśród cieni bohaterów zmarłych za Ojczyznę". To ta Skałka Mazowiecka. Nagrobki i cienie, jakie wyłaniają się z mrocznych krypt to: Adam Krasiński, duchowy przywódca Konfederacji Barskiej i Jan Kazimierz Krasiński, walczący w czasie potopu szwedzkiego i broniący Modlina kasztelanowie. To kasetony z sercami bohaterów spod Samosierry, pułkowników Dziewanowskiego i Dziewulskiego. Są i przedstawiciele rodów Ogińskich, Jabłonowskich i Czarnkowskich.
Pomnik Zygmunta Krasińskiego w mazo- wieckiej Opinogórze         Ale legenda tutejsza to przede wszystkim wielkie cywilizacyjne i pozytywistyczne dzieło Ludwika Józefa Adama Krasińskiego (1833-1895). Sławna zresztą jest historia jego małżeństwa z Elizą z Branickich, wdową po Zygmuncie Krasińskim, która czuła się na tyle upokorzona w związku z kochliwym poetą, że kazała się pochować w krypcie z drugim mężem, a przeznaczone dla niej miejsce w Opinogórze pozostało puste.
        Czas zamienić przewodnika. Pan dyrektor Lech Kaczorowski prowadzi nas do stadniny założonej właśnie przez Ludwika - koni czystej krwi angielskiej. Najsłynniejszy ogier Ruler, którego hodowli zazdrościły dwory europejskie, ma tu nawet pomnik pamięci i daty 1884-1904. Kto interesuje się wyścigami na Służewcu słyszy o żelaznych rumakach z Krasnego. "Araby to tylko konie ozdobne" - tłumaczy dyrektor. Gaulauter Koch wysadził pałac, wysadził potem swoją willę zapewne bunkrowatą, ale około 50 budowli zabytkowych, administracyjnych i gospodarczych zostało i służy. A były też młyny, cukrownie, krochmalnie, hodowla bydła, nowoczesne uprawy roślin przemysłowych, tereny zmeliorowane. Pozytywiści warszawscy przyjeżdżali tu jak do wzorcowej akademii rolniczo-przemysłowej. Nic dziwnego, że tu ukształtowana Maria Skłodowska zaszła tak daleko. Nie omińcie tej miejscowości, tej okolicy, tej tradycji i tych ludzi. Tam się nic nie zawaliło w trakcie naszych przemian.
        Ale ja w trakcie tych podróży odbyłem też podróż z książką naszego szanownego redaktora. Mam na myśli "Czy tędy na wsypy szczęśliwe..." Piotra Stanisława Króla (Wydawnictwo Komograf , 2008). Autor twierdzi, że to felietony, ale to niezupełnie tak jest, bo są tu opowiadania, gawędy, przypowieści zebrane na drogach, jako że "życie jest drogą". Gdzieś na zapleczu książki snuje się mała epopeja wolności, prywatny bieg ku Wolności, odbyty przez autora przed ćwierćwieczem. A na przystankach odbywa się spotkanie z ludźmi jakoś autentycznymi, nawet gdy są ulicznymi grajkami, tirówkami, amatorskimi twórcami, niepełnosprawnymi wymijanymi przez zapędzonych, szaleńcami, którzy pytają o wyspy szczęśliwe. Nie bez finezji są aluzje do klasyków, do paradoksów historii, do książek, jako nosicieli sprzecznych idei, do internetowych blogów, których autor jest fanem.
        - Mogę odbyć każdą podróż, nie przestając klikać myszką - woła autor. Zapraszam zatem do Krasnego.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

Drzewo platanu o podwójnym pniu
Andrzej Zaniewski o tomiku poezji Ali Podrimji "Skradziony płomień"

"wędruję wśród tłumu
chcę spotkać człowieka..."
Ali Podrimja

        Platanów nie spotyka się w Polsce często. To drzewa południowe, rzadkie w naszych warunkach klimatycznych, a jednak rosną i tu, wspaniałe, cudowne, o potężnych pniach, białej, delikatnej korze i kulistych, kolczastych, zwisających owocach. W wierszu Ali Podrimji "Albańczycy", stąd pochodzi tytuł mojego eseju, kiełkujący platan o podwójnym pniu staje się symbolem - świadectwem sił życia, długowieczności, jedności narodowej, przyszłości... Obraz równocześnie liryczny, subtelny i monumentalny, zrozumiały dla każdego, kto kiedykolwiek zatrzymał się pod szumiącym srebrzystym platanem.
Okładka książki Skradziony płomień Ali Podrimji         W pięknie wydanym tomie "Skradziony płomień" poeta ukazuje nam świat - równolegle - prosty i jednorodny, a jakże złożony, zagmatwany, skomplikowany, świat który jest, "tułaczą planetą" i "błyskawicą", świat żmii i lwa, świat samotnych, a przecież poszukujących... Poezja - literatura wymagają od pisarza uczestnictwa - całkowitego oddania, świadomości i przeznaczenia. Problemy własne, osobiste, najbardziej osobiste nawet intymne, stają się częścią tej obecności w życiu, tym najbliższym - rodzinnym, i tym poza drzwiami domu - narodowym, europejskim, światowym, kosmicznym, gdzie walczą ze sobą Bóg i Szatan, chociaż czasami nie wiadomo kto jest kim. Ból, gorycz, żal, poczucie odosobnienia, a z drugiej strony: miłość, szczęście, zachwyt - zmieniają się w słowa, układają w zdania, poetyckie notatki, wpisują się w struktury języka, będąc zwierzeniami, stają się symbolami, metaforami, alegoriami. Kilku lub kilkunastowersowe utwory nie są łatwe do zdefiniowania, określenia ich charakteru i celu... Oto epika XXI wieku, której narzędzia są liryczne; epika w zapisie zwięzłym, precyzyjnym, doskonałym... Epika krótkich wierszy, niosących wielkie myśli, przez rozległe labirynty współczesności, gdzie cieniem Czarnego Anioła stanie się nie nazwany wprost Minotaur, a "Itaka... to już tylko / Podarta księga". Czytam i wiem, że te wiersze zapisywane przedwczoraj, czy wczoraj, jutro będą tak samo tętnić krwią, cierpieniem, mądrością. Subtelny, delikatny, świadczący o wyjątkowej wrażliwości wzór liryczny, tu - w wymiarze epickim, pozostanie, przetrwa w historii, nie tylko w historii literatury. Jest bowiem przesłaniem adresowanym do przyszłości i świadectwem, że nie byliśmy obojętni. Można godzić się, lub nie z teorią, czy może raczej z tezą, lub opinią o "Europie uśpionej". "Europa jest we śnie" - owszem - lecz sen Europy wypełniają przebudzenia samoistne lub wymuszone, a ponadto koszmary, majaczenia i wizje, o potędze, o wielkości, o wolności, o przyszłości świetlanej i jutrzence... Są to również sny Albańczyków i Kosowian, bo Albania i Kosowo też są częścią tej samej Europy, jak Francja, Grecja czy Rosja..
        "Palę Paryż", ten tytuł powieści Bruna Jasieńskiego powracał do mnie podczas lektury wspaniałego wiersza Ali Podrimji "Za oknem płonął Paryż…". Cóż, Europa zawsze budziła emocje, uczucia zachwytu i przygnębienia, rozgoryczenia i podziwu, zazdrości i zagubienia, i zawsze była egoistyczna, również w swych snach. Tylko punktem odniesienia koniecznie musi być wieża "Eiffla". Z tej wysokości, jak z wieży z kości słoniowej, sny tak zwanych "małych narodów" (co za okropne słowa!) zawsze wydawały mi się niepełne, wynikające z frustracji, niedopracowane... nawet jeśli były to wielkie sny, wielkie nadzieje, najgłębsze cierpienia. O niektórych wierszach (np. "W nowym teatrze", "Testament") myślałem podczas lektury, że pisane były nad przepaścią, na krawędzi, w momencie niepewności i wyjątkowego zagrożenia, jakby Śmierć podążała krok w krok za autorem, prowadząc z nim dziwną grę o wszystko, a więc i o nadzieję.
        Ali Podrimja uczestniczył w tych szaleńczych zmaganiach z losem i historią zawsze z podniesionym czołem i godnością, świadomy "marności ludzkiej", lecz wiedząc, "że można żyć i z pętlą na szyi".
        Rzeczownik GRA powraca wielokrotnie, jest archetypem, kluczem - imieniem określającym moment i sytuację. "Gra w kości", "Niekończąca się gra", "Losy", "Początek od początku"- różne treści, lecz wspólny motyw przewodni - idea drogi, podróży, poszukiwania, tęsknoty, morza, a więc "gdzieś na świecie". Poeta nie musi nas przekonywać, wierzymy mu bez zastrzeżeń, wiemy, że spełnienia są jedynie cząstkowe, że gracz nawet najlepszy wie już w chwili tryumfu, że wygrana jest tylko częściowym zwycięstwem, że pozostaje margines niedopowiedzenia. "Nikt nie odnosi zwycięstwa", a więc zwycięzcy też są zwyciężeni. Pojawia się Skanderbeg, bohater, powstaniec, wódz wokół którego gromadzą się pokrzywdzeni, mściciele, naród. W Polsce postać znana z filmu, a mnie osobiście bliska z medalionu na Złotej Kamieniczce z ulicy Długiej w Gdańsku. U Alego Podrimji to osobowość ponadhistoryczna - "nie zasnął nigdy / ... czuwa wciąż nad Człowieczą głową" - potrzebna i dzisiaj, wędrująca "przez czas" ku przyszłej Albanii.
        Motywy, szczegóły, realia czerpie Ali Podrimja z rzeczywistości "Wyspy Albanii", tej "kropli wody w dłoni spragnionego". To cały świat oryginalny, jedyny, najważniejszy. Tu dzieje się wszystko: zbrodnia i miłość, wojna i chwile wytchnienia, wspomnienie i udręka, cierpienie, rozpacz, choroba i śmierć Lumiego. Wstrząsające są te wiersze pełne dygresji, czułości, goryczy, próśb do Najwyższego, pokory i buntu wobec Losu, rezygnacji i zdławionego krzyku ojca, który widzi jak odchodzi jego syn, i broni się przed tym pożegnaniem, wiedząc, że nie ma wyjścia. Elastyczny, naturalny język opowiada o śmierci, i nie można już tych strof zapomnieć, nie można od nich odejść. Pisze tu o prostocie, która jest najtrudniejsza, o prostocie języka mistrza, mistrza tworzącego współczesny, nowoczesny język swojego narodu. Zwięzłość, błyskawicowe skróty, kontrapunkty, oksymorony, personifikacje, zmienność narracji, zaskakujące pointy; nic dodać, nic ująć z tych pięknych, głębokich zdań, które już podczas lektury zaczynamy uznawać za fragmenty naszych myśli, za prawdy oczywiste, uniwersalne, niepodważalne. Sprzyja temu również kompozycja tekstów, zaplanowana, przemyślana, harmonijna mimo pozorów spontaniczności i momentów natchnienia (używam tu słowa niemodnego, lecz w tym wypadku sprawdzalnego) oraz cech charakterystycznych dla improwizacji, jak inwokacje, powtórzenia, dyskurs wewnętrzny...
        I kogo mogę tu przywołać, jakie nazwiska połączyć z nazwiskiem Ali Podrimji. Kto z nich jest mu bliski sposobem myślenia, formami zapisu, miejscem przy biesiadzie. Czyje cienie pojawiły się podczas lektury "Skradzionego płomienia" - Federico Garcia Lorca, Paul Eluard, Pablo Neruda, Louis Aragon, Salvatore Quasimodo, Konstantinos Kavafis... Z poetów polskich Tadeusz Różewicz i Zbigniew Herbert... Łączył ich i łączy podobny stosunek do Czasów i do Słowa, ich liryka wkraczała w obszary historii, przenikała się z historią, trwała i trwa przez kolejne dekady mijających stuleci, wciąż się samo aktualizując.
        "Czas, który dawno stanął w moim zegarze dygocze w gorączce" - notuje Podrimja w "Posłańcach śmierci", a nieco dalej zapisuje: "Został mi tylko stłuczony zegarek i oko moje otwarte / na Wielką Wodę i Słońce / w zenicie".
        Sądzę, że ten stłuczony zegarek stał się rekwizytem nieprzemijającym, symbolem czasu. I sądzę, że miał szczęście że był zegarkiem wielkiego poety, bowiem dzięki temu na zawsze pozostanie w literaturze.
        W wierszu "Metafora mojego życia" autor utożsamia się ze Słowem. "Słowo bądź zawsze ze mną" - jakby prosił i wyjaśniał jednocześnie sens swego istnienia i pracy. A przecież to życzenie sprawdza się w każdej linii jego wiersza.
        Naród który rodzi wielkich poetów powoli staje się nieśmiertelny. Lecz za wielkość i nieśmiertelność płaci się cierpieniem, wygnaniem, upokorzeniem, bezsennymi nocami i goryczą. Czytelnik może się tylko domyślać jak i dlaczego powstały te wiersze, a jeśli ma bogatą wyobraźnię i świadomość historyczną to wzbogacą go noty tłumacza (również świetnego poety Mazlluma Sanei) i wielce zasłużonego wydawcy "Pogranicza", którzy na pewno chcieli powiedzieć więcej, ale ogranicza ich przestrzeń kartki papieru.
        Ali Podrimja wzrusza, burzy nasz europejski spokój - oczywiście jeżeli nadal jesteśmy spokojni, przerywa nasze sny - o ile nie jesteśmy już przebudzeni, wkracza w nasze życie - w moje życie, i staje się przyjacielem, suflerem, współpielgrzymem, doradcą w drodze, przewodnikiem w podróży, partnerem w grze z Przeznaczeniem, które nie do końca bywa określone. Pomaga mi swoimi wierszami, a to więcej niż dużo, to bardzo dużo.

Ali Podrimja "Skradziony płomień", Wydawca: Fundacja Pogranicze, Sejny 2007, ISBN 978-83-86872-92-3, s. 274

I Powrót na górę I

Foto - Irena Stopierzyńska-Siek

SŁOWEM O SŁOWIE

Irena Stopierzyńska-Siek
POSŁUGA TWORZENIA
(uwagi o Liście do artystów)

        Dobrą okazją do zastanowienia się nad sensem tworzenia jest skierowany kilka lat temu przez Jana Pawła II List do artystów1. Ojciec Święty zwraca się do swoich adresatów w ciepłych słowach, z dużą sympatią i szacunkiem. Podkreśla wagę ich trudu pisząc, iż kieruje swój List..."do tych, którzy z pasją i poświęceniem poszukują nowych "epifanii" piękna, aby podarować je światu w twórczości artystycznej". Sam poznał ten rodzaj twórczego trudu w latach swojej młodości, gdy zamierzał zostać aktorem. Pisał również utwory poetyckie i dramaty, używając paru pseudonimów. Zgodził się na ich wydanie pod własnym nazwiskiem dopiero w czasie swojego pontyfikatu.
        Czytając List... miałam wrażenie, że są w tym tekście zbyt wysokie tony, zbyt wzniosłe słowa, jak na przyzwyczajenia czytelnicze tych, którzy sami tworzą lub piszą o twórczości innych. Ojciec Święty odwołuje się w nim do szczytnych idei, takich jak: służba społeczna, kreatywność w upowszechnianiu najwyższych wartości przy użyciu nowego języka, obowiązek obecności artystów w dzisiejszej kulturze aksjologicznego chaosu, by nie dopuścić do jej degeneracji i degradacji, by ją ratować. "Kieruję do was wezwanie, byście na nowo odkryli głęboki wymiar słowa pisanego i mówionego, teatru, muzyki i sztuk plastycznych, twórcy wykorzystujący najnowocześniejsze środki wyrazu. […] każdemu z was pragnę przypomnieć, że przymierze istniejące między Ewangelią a sztuką […] wiąże się z wezwaniem do wniknięcia twórczą intuicją w tajemnicę Boga Wcielonego, a zarazem w tajemnicę człowieka (s. 35).
Okładka - List do artystów Jana Pawła II         Owe odniesienia i wezwania do ratowania współczesnej kultury są wciąż na czasie. Nie tylko wtedy, kiedy żył, ale i obecnie, w kilka lat po odejściu tego wielkiego duchem papieża. Z łatwością można bowiem natrafić w telewizji, radiu i prasie na twórców i owoce ich twórczości, które żadną miarą na promowanie nie zasługują. Nagłaśniane są "dzieła sztuki" ewidentnie skandalizujące, dyskredytujące wartości uznawane przez wielu za niepodważalne.
        Coraz częściej sięga się bez żenady po terminy ze sfery sacrum, przeinacza się je, ośmiesza, bez względu na tych, dla których dziedzina sacrum jest nadal święta.
        Może niewielu jeszcze artystów decyduje się na udział w desakralizacji wszystkiego i bluźnierczym używaniu symboli religijnych, ale ci, którzy w tym biorą udział są szczególnie promowani w środkach masowego przekazu tak, jak by stanowili wiodący nurt w sztuce.
        A Jan Paweł II tak postrzega zadanie twórcy: "Artysta nieustannie poszukuje ukrytego sensu rzeczy, z wielkim trudem stara się wyrazić rzeczywistość niezmysłową. Nie sposób zatem nie dostrzec, jak wielkim źródłem natchnienia może być dla niego ta swoista "ojczyzna duszy", jaką jest religia. Czyż to nie w sferze religii człowiek zadaje najważniejsze pytania osobiste i poszukuje ostatecznych odpowiedzi egzystencjalnych". (s. 33).
        Obawiam się, że List... czytany przez osoby, dla których język religijny jest językiem obcym, a związana z nim sfera duchowa trudno dostępna, nie będzie w pełni zrozumiany. Jedni powiedzą, że Jan Paweł II "grzeszy" naiwnością, jeśli tak postrzega artystów i ich ambicje twórcze; inni zauważą, że Kościół nadal chce mieć decydujący wpływ na sztukę i pragnie nakłonić "niezależnych" artystów do tworzenia na rzecz Kościoła i pod jego dyktando. Jestem przekonana, że takie intencje są całkowicie obce papieskiemu przesłaniu.
        Jan Paweł II był też filozofem. W innych jego pismach znajdziemy trafną analizę sytuacji współczesnego świata. Nie brakuje mu wiedzy na temat różnorakich nurtów kultury laickiej, także wrogich religii, starających się zbudować "lepszy świat" bez odniesień religijnych, bez Boga. Mimo to nie dzieli twórców na godnych i niegodnych zaufania. Zwierza się im ze swej troski o los chrześcijańskiego orędzia. Zwraca się do wszystkich, jak do swoich: "Aby głosić orędzie [...] Kościół potrzebuje sztuki. Musi bowiem sprawiać, aby rzeczywistość duchowa, niewidzialna [...] stawała się postrzegalna, a nawet, w miarę możliwości, pociągająca. Musi zatem wyrażać w zrozumiałych formułach to, co samo w sobie jest niewyrażalne. Otóż sztuka odznacza się sobie tylko właściwą zdolnością ujmowania wybranego aspektu tego orędzia, przekładania go na język barw, kształtów i dźwięków, które wspomagają intuicję człowieka patrzącego lub słuchającego. Czyni to, nie odbierając samemu orędziu wymiaru transcendentalnego ani aury tajemnicy" (s. 31).
        Autor Listu do artystów ma wielką nadzieję, że kultura współczesna wraz z towarzyszącą jej cywilizacją nie skończy na śmietniku historii, że nastąpi jej odrodzenie, również dzięki twórcom, którzy będą skłonni wesprzeć je swoim wysiłkiem. Na potwierdzenie tej nadziei przywołuje słowa wieszcza, Adama Mickiewicza: "Wyjdzie z zamętu świat ducha".
        Wydaje się, że jego nadzieja nie pozostaje płonna. Wielcy ludzie sztuki, a jest ich wielu, podjęli zadanie posługi tworzenia w duchu Jana Pawła II. Powstały znakomite dzieła muzyczne, znaczące filmy, utwory literackie i poważne rozprawy naukowe. A jak będzie oceniany nasz wkład w tę posługę?

I Powrót na górę I




PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Iwona Zielińska-Zamora - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Chutkowski

Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę