WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Okładka kwartalnika nr 4(23)/2008

W numerze:

Od Redakcji   >>>

VIII MAZOWIECKI KONKURS
MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
Protokół z posiedzenia Jury w dn. 17.10.08 r.   >>>

LAUREACI W KATEGORII POEZJI:
Jan Siwmir (I miejsce), Małgorzata Matera (II miejsce), Łucja Gocek (III miejsce), Lechosław Cierniak (wyróżnienie), Piotr Dudek (wyróżnienie)

LAUREACI W KATEGORII PROZY:
Bogusław Witek - „Bóg się rodzi” (I miejsce), Ewa Kuźniar - „Podwórko” (II miejsce), Elżbieta Kotras - „Obca” (III miejsce), Joanna Zając - „Słodka tajemnica” (wyróżnienie), Zygfryd Dziekański - „Jaskiniowy Eden” (wyróżnienie)

NAGRODY SPECJALNE:
Nagroda Prezesa Zarządu Okręgu Mazowieckiego PZN w kategorii Poezji: Andrzej Rodys; Nagroda Dyrektora Okręgu Mazowieckiego PZN w kategorii Prozy: Monika Łysek

NOWOŚCI WYDAWNICZE:
Krystyna Łagowska - „Powstańcza barykada - Warszawa 1944”   >>>
Irena Komar-Pursa - „Skradzione jutro”   >>>
Karina Miękus - „Stan wewnętrzny”   >>>


Od Redakcji

„Optymistę spotyka w życiu tyle samo niepowodzeń i tragedii
co pesymistę, ale optymista znosi to lepiej.”

(Martin Seligman)

Foto - Piotr Stanisław Król

        Za nami kolejna edycja Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Jest już coroczną tradycją, że kwartalnik "Sekrety ŻARu" publikuje na swoich łamach nagrodzone prace Laureatów. Czynimy to z wielką radością i satysfakcją, mając poczucie wzbogacania literatury nie tylko o kolejne słowa, frazy, poetyckie metafory, ale też w szczególną wrażliwość twórczą poetów i prozaików, których los nie rozpieszcza, którzy pokonują w swoim niełatwym życiu kolejne bariery, przeszkody, nieoczekiwane zakręty i wiraże. Czy łatwiej pokonywać to wszystko z piórem w ręku? Nie wiem... Ale z pewnością nieco łatwiej zrozumieć jest Czytelnikowi tych, którzy tego wszystkiego na co dzień doświadczają. Chociażby to, że cierpienie nie przekłada się w literaturze w linii prostej na tematykę "hiobowego żalu i zawodzenia", lecz ją niepomiernie wzbogaca, uwrażliwia, pobudza do refleksji, a jakże często, co zaskakujące, tchnie duchem OPTYMIZMU.
        Na liście Laureatów tegorocznego konkursu znaleźli się zarówno twórcy już nagradzani w poprzednich edycjach, jak chociażby znakomita poetka i prozaik Małgorzata Matera z Poręby (w ubiegłym roku I miejsce w obydwu kategoriach), jak i nowi, w tym zdobywczyni I miejsca w kategorii poezji - Jan Siwmir (nie, to nie błąd... pod tym pseudonimem artystycznym kryje się urocza kobieta...). Dla mnie zwycięzcami, powtarzam to rokrocznie, są wszyscy uczestnicy tego konkursu literackiego. Choć wiem, że nie wszyscy podzielają mój pogląd... No cóż, za rok następna edycja, czas ostrzyć pióra i stanąć do kolejnej szlachetnej walki o literackie laury! "Optymista znosi lepiej niepowodzenia...". Słowa Martina Seligmana, które wybrałem, jako motto mojego wstępu, przyświecały mi nieustannie w kilkumiesięcznej tegorocznej pracy, jako koordynatora VIII Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Przyznaję, że nie było łatwo... Był już nawet moment, kiedy po dwukrotnie odrzuconych wnioskach o dofinansowanie z puli władz samorządowych Warszawy, milczeniu kolejnych instytucji i firm, do których zwracałem się z prośbą o sponsorowanie, przyszła myśl o zawieszeniu tegorocznej imprezy. Gdybym był pesymistą...
        Z wizji nadchodzącej porażki organizacyjnej, dzięki determinacji zrodził się sukces. Nie pozostaje mi nic innego jak gorąco podziękować w imieniu Organizatorów m.in. Państwowemu Funduszowi Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, Pracowni Optycznej Jacka Sidora z Warszawy, Wydawnictwu Komograf, Związkowi Literatów Polskich oraz wielu osobom prywatnym za znaczące wsparcie finansowe i rzeczowe, za wsparcie duchowe i optymizm. Patronatem Honorowym objął konkurs także i w tym roku Burmistrz Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy Pan Wojciech Bartelski, za co bardzo dziękujemy i mamy nadzieję, że ta wieloletnia już inicjatywa Okręgu Mazowieckiego PZN przy wsparciu Klubu Twórczości ŻAR oraz naszego kwartalnika znacząco wzbogaca życie kulturalne miasta.
        Na koniec chciałbym zaprosić do działu NOWOŚCI WYDAWNICZE, gdzie polecamy trzy tomiki poezji, które ukazały się w ostatnich miesiącach: "Powstańcza barykada Warszawa 1944" Krystyny Łagowskiej, która w kolejnej książce kontynuuje cykl poruszających wierszy upamiętniających Powstanie Warszawskie; "Stan wewnętrzny" - debiut młodej i zdolnej, rokującej duże nadzieje Kariny Miękus; "Skradzione jutro" Ireny Komar-Pursy, naszej redakcyjnej koleżanki, której zasługi dla Klubu Twórczości ŻAR i grupy literackiej Poetica są wręcz nieocenione, a którą to Andrzej Zaniewski z uznaniem określił "mistrzynią tworzenia nastroju".
        Zapraszam serdecznie do lektury i... za rok na kolejny Konkurs i Galę Literacką.

Piotr Stanisław Król
redaktor naczelny
koordynator VIII MKMFL


I Powrót na górę I

PROTOKÓŁ JURY

        W dniu 17 października 2008 roku w siedzibie Okręgu Mazowieckiego Polskiego Związku Niewidomych odbyły się obrady Jury VIII Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej w następującym składzie:
        1. Andrzej Zaniewski - Przewodniczący
        2. Jan Zdzisław Brudnicki - Wiceprzewodniczący
        3. Irena Pursa - Sekretarz
        4. Bogdan Bartnikowski
        5. Stanisław Stanik

        Jury spośród nadesłanych 80 zestawów prac postanowiło przyznać nagrody w następującej kolejności:
W kategorii poezji:
        I miejsce - godło "logika cudu"
        II miejsce - godło "Tropy"
        III miejsce - godło "Asteman"
        Wyróżnienie - godło "Perła
        Wyróżnienie - godło "Liść"

W kategorii prozy:
        I miejsce - godło "Hobbis"
        II miejsce - godło "Sabra"
        III miejsce- godło "Rubin"
        Wyróżnienie - godło "Asiołek"
        Wyróżnienie - godło "Janic"

        Po komisyjnym otwarciu kopert z kartami zgłoszeń uczestników konkursu, Jury ogłosiło ostateczny, pełny werdykt, który przedstawia się następująco:
Laureaci w kategorii poezji:
        I miejsce - Jan Siwmir z Warszawy ,godło "logika cudu"
        II miejsce - Małgorzata Matera z Poręby, godło "Tropy"
        III miejsce - Łucja Gocek z Chojnic, godło "Asteman"
        Wyróżnienie - Lechosław Cierniak ze Słupska, godło "Perła"
        Wyróżnienie - Piotr Dudek z Katowic, godło "Liść"

W kategorii prozy:
        I miejsce - Bogusław Witek z Wrocławia, godło "Hobbis"
        II miejsce - Ewa Kuźniar z Rzeszowa, godło "Sabra"
        III miejsce - Elżbieta Kotras z Bysławia, godło "Rubin"
        Wyróżnienie - Joanna Zając z Gorzowa Śląskiego, godło "Asiołek"
        Wyróżnienie - Zygfryd Dziekański z Kościeliska, godło "Janic"

        Jury stwierdza niniejszym pełną zgodność procedury przeprowadzenia konkursu z obowiązującym regulaminem oraz wybór na jego podstawie ww. Laureatów VIII Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej.

        Organizatorzy postanowili dodatkowo wyróżnić Nagrodami Specjalnymi dwie osoby, których prace zostały wybrane przez Jury Konkursu:

Nagroda w kategorii poezji Prezesa Zarządu Okręgu Mazowieckiego PZN:
        Andrzej Rodys z Warszawy, godło "Oldboy"

Nagroda w kategorii prozy Dyrektora Okręgu Mazowieckiego PZN:
        Monika Łysek z Dąbrowy Górniczej, godło "Żabka"



I Powrót na górę I

Grafika - wiersze wybrane


LAUREACI
W KATEGORII POEZJI


I MIEJSCE
Jan Siwmir

LIŚCIE LĘKU

urodziłam się z drzewem w brzuchu

na początku gdy było małe
myślałam że to ziarenko grochu
uwiera
lecz jest niegroźne

tymczasem ono rosło
pochłaniało mnie od środka
gałęziami pełnymi owoców
podchodziło pod gardło

czasem na krótką chwilę obumierało
a ja strwożoną pustką
starałam się zadeptywać jego ślady

karczowanie
zatapianie
wypalanie
ból
wypalanie
zatapianie
ból
i znowu ból

drżą we mnie liście
nawet wtedy gdy wiatr
przystaje
by zaczerpnąć oddechu

NAUCZYCIEL

ó z kreską niezbyt dobrze wygląda w niektórych wyrazach
samo ż nie lubi rozpychających się literek r i z
nawet bluźnierstwa mają swoje zasady

cierpliwie tłumaczę dlaczego
Jaś nie powinien wydłubywać oczu Małgosi
odznaczam w zeszytach czerwone nitki ścieżek
wybiegających poza powszechną umowę
a wczoraj siedziałem przy najsłabszym z uczniów który stracił ojca
próbowałem wytłumaczyć mu że Bóg często robi błędy
i jego świadectwo też nie miałoby czerwonego paska
zapytał
czy to znaczy że Bóg miał kiepskiego nauczyciela

LOGIKA CUDU

ziarno nie wzejdzie ptakiem
a przecież cuda się zdarzają kuglarze każą wierzyć
w niepokalane poczęcie
w zmartwychwstanie
w rozstąpienie się morza
albo
(co najbardziej niewiarygodne)
w szczęśliwą wieczną miłość

lecz kiedy siedzę pośrodku pola
trzymając za skrzydło samotne ziarenko
szyderstwom i kpinom nie ma końca
kto zatem ma monopol na cud
Bóg czy kuglarze

STAROŚĆ

jak to jest
że patrzysz na kamień
i widzisz kamień

że sznur to sznur
a nie rozmach wzięty od lassa

jak to jest
że mówisz "tak"
nie krzycząc nic ponad to

i tylko jeszcze
pochylasz się smutno
nad małym wózkiem o wielkich oczach

dziwiąc się
wystającemu jak wyrzut
znakowi zapytania

II MIEJSCE
Małgorzata Matera

KSZTAŁTY

W moim kształcie
jest tyle prawdy
ile ciepłych motyli
w środku zimy
szaleje przed świtem

A świt czasem przychodzi
A czasem tylko podgląda

Jest tylko końcem nocy
ze wzrokiem utkwionym
w zamyśle stopy
w zarysie cienkiego palca
(z pomysłem na biżuterię z bladej siatki)
w otwarciu ust
w miodowym cieniu ud

Maluję

bo w moim kształcie
jest tyle prawdy
ile pośpiechu
w geście czułości
plastikowej dłoni

Maluję

bo w moim kształcie
jest tyle prawdy
ile tęczowych barw
w każdym szczerym stuknięciu
kolanem o niemą posadzkę
brudną od comiesięcznych
Zdarzeń.

CZERWONE HALKI

nie rozmawiajmy dzisiaj
o godzinach które mają
czerwone
halki

czerwone halki
potrafią szeleścić
tylko o przemijaniu

chciałabym
rozgrzać Twoje palce
a potem
chciałabym aby
każdy palec
wmasował
ciepło głęboko
pod żebra
głęboko

boję się pozostać
daleko w pokoju
boję się że ślina z moich ust
zabrudzi czerwony dywan
boję się że któryś z kątów
zwiąże mi nogi i nie pozwoli

zbliżać się
boję się czerwonej halki
przy udach
boję się słonego
szelestu w ustach

czerwone halki
nie rozdzielą
kolan od piersi

SPOTKANIE

Wydawało się, że wszyscy czują się
swobodnie i dobrze się bawią. W końcu
będzie musiał wejść między nich. Pozna
i oceni niektórych, a oni ocenią jego,
zaprzyjaźni się z nimi, a oni w zamian
zaprzyjaźnią się z nim.

Jerzy Kosiński, fragment "Diabelskiego drzewa"

podczas upału na spoconej krokami ulicy
a może w parku gdziekolwiek ważne że
obce oddechy drażnią przeczuciem nozdrza i drżąc
czekają na lepkie dzień dobry

podczas upału z krecim spojrzeniem różowe
dłonie rzucają okiem na ciała przychylnych
koniecznie zażywne pośladki pocących się kobiet
z pulchnością błyszczącą od zalet

rzucają okiem na ciała przychylnych i kurcząc
kroki chowają w kaftan nieznajomego bez utrudnienia
sapiąc bliskością.

bo w słonecznym splocie tłustych wydarzeń
najmniejsze obostrzenie niweczy urocze spotkanie
więc sapiąc bliskością uściśnie różową dłoń
w geście przychylnej duchoty
rozpęta otarcie naskórka.

KTO

Nie wiem Kto stworzył miasto
obłapiające moją ulicę
na której mogłyby być
latarenki z secesyjnymi wzorami
alejki nie zadeptane sumieniem wczorajszych panien
skwer pełen tkliwego zamyślenia
ławki nie zdruzgotane niczyim upadkiem
ale ich nie ma
na mojej ulicy nie mieszka hebanowy czarodziej

bo miasto
klei się do stóp
i śliną rozmywa
czułe ślady

nikt tutaj nie mówi mi dobranoc i do widzenia
dlatego nie tęsknię do zapachu drewna

miasto moje - nie moje
nawet zza szyby przy sztucznym świetle
zatrute jest spostrzegawczością
moich sąsiadek moich przyjaciół

przy ulicy mocno zaciskam uda
i czuję się jak lalka
- bo wtedy nic nie czuję

DRWAL
Drwalowi z Annolesia

anonimowy jestem
pośród zbłąkanych dźwięków

szept zaspanych wilgocią Paproci
pozwala mi wsłuchać się w siebie

choć

z dala pomruk bogobojnego Dębu
naucza cudzych historii

Brzozy panienki szemrają wzdychają
kokietki...

jeszcze

pijana rosą Sosna
wierzchołkiem zatacza się bełkocze

i nie przeszkadza jęk wiatru
rozdartego między igiełkami
skowyt i zawodzenie przeczucie egzekucji

bo słowa
wyrastają jak liście
na których zapisuję
wyroki dla Lasu

III MIEJSCE
Łucja Gocek

CZAS CUDÓW

W przedświąteczny czas mnożą się cuda:
Ciocia Jadzia rozwodzi się z kulami
i żwawo pielgrzymuje do okolicznych marketów
Pani Basia chociaż nadal w ciemnych okularach
na pytanie sprzedawcy z mięsnego: "Co podać?"
wskazuje białą laską solidną sztukę schabu
precyzując jasno: "O z tego kawałeczka
proszę mi odkroić mniej więcej połowę"

Dzieciaki Kozłowskich zwolnione z lekcji muzyki
z powodu wrodzonej wady strun głosowych
kilka razy w tygodniu obiegają bloki
wyśpiewując pod drzwiami "Lulajże Jezuniu"
Nawet ich ojciec odporny na cuda
rekwirując skarbonki na dług w barze "Pod Łabędziem"
pod choinkę kupuje wszystkim po lizaku

Pocztowe skrzynki (te blaszane i te wirtualne)
chorują na niestrawność od nadmiaru życzeń
choć twarze adresatów czas dawno oszpecił
blizną niepamięci

Cały świat stroi się w miliardy wielobarwnych girland
i wabi Mesjasza na minowe mola
łudząc się że żadna bomba jednak nie dosięgnie
stajenki w Betlejem

MORZE

byłoby jedynie wodą
żywiołem hulającym w objęciach mierzei i klifów
gdyby nie rozbłysło pełnią
w naszych zapatrzonych oczach
które wyłuskują kolory
i kształty
gdyby szum i huk fal
nie przeistoczył się w uszach
w porywający koncert na muszle i wiatr

więc by rozbłysnąć pełnią
musi się w nas zagnieździć jak płód
i rosnąc w zachwyceniu
pod pancerzem skóry

wreszcie wypłynąć jak perła
szlifowane słowem
w jakimś wierszu i w pieśni
aż zaniemówi z miłości

TY NIE LUBISZ POEZJI

Piątek. Dzień jak każdy inny dobry
na pisanie wierszy robienie konfitur budowanie domu
O tragedii w Biesłanie dowiesz się dopiero
z wieczornych wiadomości albo z porannej gazety
Powiesz : to straszne! malując w tym czasie paznokcie
ale i tak bardziej zmartwi cię że kupiona wiosną sukienka
nie chce dopiąć się w talii i że znowu podrożał fryzjer

Póki co jednak jeszcze o tym wszystkim nie wiesz
Spokojnie zjadasz pizzę w barze tuż za rogiem
gdzie Krzywy Franio - jak co dzień - poluje na resztki
i łasi się do stolików skamląc: da na bułkę...
Potem spróbuje szczęścia na bazarze i przy dworcu
jak dobrze pójdzie południe uczci tanim winem
a kiedy ze śmietnika wygrzebie gazety
może napisze wiersz (jak ten o World Trade Center
który wydrukowano w znanym miesięczniku)
Ale ty nie lubisz poezji i Krzywego Frania
nie lubisz tego miasta gdzie dziesiątki knajp
a tylko kilka sklepów z markową bielizną gdzie nigdy
nie spotkasz żadnego di Caprio.
Pewnie dlatego irytuje cię
Twój Mężczyzna przesiąknięty zapachem pstrągów
który nade wszystko uwielbia konfitury

Przymykasz powieki - pozwalasz wyobraźni rzeźbić świat
jak z kolorowych pocztówek - bez Krzywego Frania
konfitur żebrzących na ulicach dzieci i kolejek
ustawiających się przed budynkiem MOPS-u

Nagle ktoś lekko trąca twoje ramię - jakiś inny Franio
kładzie belkę w oku. Wysupłujesz drobne
i dokładnie otrzepujesz palce z wrażliwości

ZIEMIA I JA. PRZEDZIWNA ZALEŻNOŚĆ

Coraz bardziej nasiąkam tobą
obracam się w glinę
i widzę:

Tak szybko kończą się kolejne wiosny i jesienie
Pierwiosnki - mleczne zęby ziemi - uwodzą swą bielą
a zanim chłód poranków przeżują do końca
już po nich szczerby w ogrodach.
Wiatr przez nie sepleni.
Wkrótce wypełnią je piwonie
róże chryzantemy ale i te w końcu
zamienią się w próchno
liście posypią się z drzew jak nekrologi

Wchodzisz we mnie coraz głębiej
z każdym kolejnym haustem powietrza
i widzisz:

Przekwitła kusa sukienka
zamgliło się zdziwienie w oczach
że biedronka w kropki że korzeń to korzeń
Zwichrzona pierwszym zadurzeniem głowa
ledwie rozmarzeniem pień brzozy objęła
już na serdecznym rysuje obrączkę i kwilenie tuli
Pisklęta zostawiają w gnieździe szczebiot potem pustkę
Wreszcie pozostanie tylko
stukot laski na zmarzniętej grudzie

Kiedy ostatni krajobraz zgaśnie w moich oczach
będę w twoim łonie czekać
na nowe "Stań się" - dla ciebie i dla mnie

WYRÓŻNIENIE
Lechosław Cierniak

JESIENNA IMPRESJA

W pajęczynach czas zamarł
i na bezludnych pokojach echo zaszyte donikąd
Kobiety tylko na ścianach
milczą ozdobnie w ramach
W kącie kołyska bez amplitudy
a w drugim telewizor o szczęściu kłamie
W telefonie sekretarka gwiżdże na prywatny czas
Bieda na ulicy w panoramie okna
drwi z bajek dzieciństwa
Spokorniały muskuły
i krew nie płynie do czynu
a czarne kadry film tworzą
i projekcji nie widać końca

DZIEŃ

Nie żartuj z ani jednego dnia
Był ci w potrzebie życiorysowych uzupełnień
żebyś legendę zostawił
a czy dobrą czy złą
to jak pościeliłeś
tak się wyspałeś
ale dzień był
i kusił do wygrania

SUKNIA ŚLUBNA

Czasy są ciężkie
ale nie sprzedawaj sukni ślubnej
bo już nigdy nie uszyją ci szaty
z tak bezzmarszczkowego materiału
Czasy są ciężkie
ale nie wypożyczaj sukni ślubnej
bo jak można oddać aureolę welonu
wieczną przecież

OPOZYCJONISTA

Nie śpiewał hymnu fanatycznym pieniem
w chórze do wykalkulowanych aplauzów
i w prowizorycznych scenografiach
na drewnianych piedestałach
o losie do zmurszenia
Bez orkiestry
ale defiladowym krokiem
pomaszerował w niepodległe równoleżniki
w bólu od powstańczych ran
nie zauważonych historią
krwawił prawdą
a sanitariusze umyślnie zawiedli

DZIEJOWY EPIZOD

...no i wybuchła sobie wojna
Pogniewano się śmiertelnie na życie
i wystarczyło pieniędzy
żeby nas zrównać z ziemią ciężkim sprzętem
a generałowie nie uważałi
i w płaczu wdów nie zabrakło tonacji
na nowy hymn zrzeszenia sierot
Po uzgodnieniu trzech stron
/dwóch się biło a trzeci skorzystał/
kamienie węgielne zakwitły
ale znowu zapomniano wybudować most
w cztery strony świata

WYRÓŻNIENIE
Piotr Dudek

ZIELONE DRZEWO WIADOMOŚCI

obwiesił niepokój wiatrów
drżący światłem
neonów i żarówek.

Już nie wiem:
miasto to,
czy bajka,
sen, albo kino?

Wizja tele.

Czas patrzy
Wielkim Okiem
Sennego Teleskopu.
Nerwowa jego powieka
to ja.
Mój brat.
Siostra.
Tylu biegnących ulicą.

* * *

Miasta otwarte
na północ
których przedmieścia to
gładka przestrzeń morza
dal wymieciona
przez wiatr
niebieskość tak czysta
że aż bolą oczy

nie dowierzam
tej nagłej bajce
prostych deseni i kolorów

spokojnie je przecina
i sonduje ogon
kaszalota
którego według nas
nie powinno być tutaj

SENNIK SENEKI

Makulaturę mam w ręce.
Złom, czy kruszec
tablic X-ciu przykazań.
Biblię codzienności.
Oczytania.
Gazetę. Do wybrania.

Prymitywny instrument buduję
ze sznurków i drutów.
Brzdąkam. Nucę.
Przytupuję.
Tu mówi to, a to.
Tam to i tamto.

Słońce przelewa się
w księżyc.
Księżyc rozpala się
w słońce.

Na targowisku wieje wiatr
wiatrakami z papieru
sentencji wielkiego męża.
Którą zatrzymasz palcem
ta powie ci kim jesteś.
To kosztuje tylko
parę groszy.
Koszmar Lucjusza
Anneusza Seneki.

* * *

Cisza wystukuje obietnicę.
Jest więc nie dość
cicho jeszcze
skoro słychać jej stukot.

Jakieś lampy.
Jakieś światła.
Szum dalekich samochodów.

Wilgoć i noc
pajęczyny i paprocie
przelewające się stamtąd.

Odwijam kulkę.
Nie ma końca
ta czynność
bo to mi tylko
się śni.

Gdzieś w środku tego snu
jestem ja.
Jak w nocy.
Jak na początku.

* * *

Cisza w szybie,
w zwierciadle nocy,
drzewa i latarni -
doskonalsza.

Przypomnę sobie,
że tonę,
i choć tonę
w chłodnym jeziorze,
to jednak oddycham,
jak ryba z oskrzelami.

Zanurzam się w ciszy
głębokiego jeziora
i patrzę z jego wnętrza i dna.

Kropla morza.
Kropla współczucia
i Kropla Litości.

Trzy Krople
każdego z możliwych
Największych Bogów
Trzy Krople Trzech łez
ocierają mi oko,
policzek, wargę, brodę.
Opadają w serce.
To Królestwo
Złotych Wątpliwości.

Łza na szybie.
Na jeziorze.
Na deszczu.

Potem wiatr.

I Powrót na górę I

Grafika - wiersze wybrane


LAUREACI
W KATEGORII PROZY


I MIEJSCE
Bogusław Witek
BÓG SIĘ RODZI

        Uwielbiał tę pełną radosnego oczekiwania, podniosłą atmosferę Wigilii rodzinnego domu, tę świąteczną krzątaninę, słodkie obrazy utrwalone w dziecięcym umyśle i czule w nim przechowywane, na wspomnienie których człowiek mimowolnie uśmiecha się sam do siebie. Czy można zapomnieć cudowny, żywiczny zapach choinki rozchodzący się po mieszkaniu, chropowaty szelest bombek, cukrowych sopli, łańcuchów i włosów anielskich i innych ozdób wyjmowanych z tekturowej walizki, śpiącej od początku świata na dnie szafy? Pamiętał, że raz jako dziecko po kryjomu zakradł się latem do tej czarodziejskiej walizki, by do niej zajrzeć i natychmiast pożałował tego świętokradczego czynu. Pozbawione swej magii barwne świecidełka nie miały mu na tę chwilę nic do powiedzenia, a wieko walizki ziewnąwszy nieśpiesznie, z cichym skrzypnięciem zamknęło się pod naporem zimowych ubrań. Dopiero w ustalonym przez tradycję dniu, na tle białych szyb ozdobionych mroźnymi ornamentami, budziły się do życia rozkwitając tajemnym blaskiem, szepcząc obietnice spełnienia marzeń, obcowania ze świętością Świąt, uczestnictwa w cudzie Boskich narodzin. Ostatnie godziny przygotowań, pastowanie butów, wkładanie odświętnych ubrań, nakrywanie do stołu, wspólne "Ojcze nasz" i oto rozpoczynała się pyszna symfonia potraw hołdujących wschodniej i zachodniej tradycji rodziców. Karp w galarecie jak zawsze wywalał bezwstydnie marchewkowy jęzor do śledzi w oliwie i złocistych pierożków z kapustą i grzybami, a barszcz i kutia pozostawały w harmonii z gotowanymi ziemniakami skupionymi wokół innych śledzi, dla odmiany w śmietanowej zalewie.
        A potem była ta oczekiwana, zapierająca dech radość z otrzymanych prezentów, której nie mogło nic zepsuć, nawet to, że zamiast upragnionej kolejki elektrycznej był tylko komplet flamastrów lub książka. Czy można zapomnieć skrzypienie śniegu pod butami w trakcie wędrówki na Pasterkę z rodzicami i starszym rodzeństwem, roziskrzoną kolędę wirującą w świetle ulicznych latarni, betlejemską szopkę parafialnego kościoła - figurki Józefa i Marii pochylone nad Dzieciątkiem, postaci pasterzy, i mędrców, torujące sobie drogę między owieczkami i osiołkiem podjadającym ukradkiem siano ze żłobu, aurę migotliwych światełek, wszechobecny, wszechogarniający dotyk Świętości muskający niczym płatki śniegu duszę dziecka, chłopca, młodzieńca...?
        Odkąd ożenił się i wyprowadził z domu Święta, jakby pod wpływem zaklęcia złej wróżki, zostały pozbawione czegoś, co Dickens nazywał "duchem Bożego Narodzenia". Teściowie i żona - ateiści, dla których Wigilia z wszystkimi jej dodatkami była tylko ludowym spektaklem o charakterze tradycyjno-kulturowym a nie czasem narodzin Jezusa - stopniowo przeobrazili dziecięcy Czas Prawdy w czas pustki i hipokryzji, czas kalorycznych wyzwań, kartek świątecznych z bałwankiem i bombką, telefonów i sms-ów. Magia uleciała w mroczną czerń od dawna bezśnieżnych zim, ale wiedział dobrze, że on sam również posiadał swój znaczący, niechlubny udział w jej unicestwieniu. To przez tę swoją skłonność do zbędnego filozofowania, do stawiania hipotez niepotrzebnie zatruwających umysł, dla rozrywki, dla wypełnienia sobie długich popołudni czasu dorastania.. Jego bluźniercze spekulacje nie rozwiewały się jednak, lecz umacniały i trwały w nim na kształt demonów wywołanych z głębi ciemności. Przestawał być dzieckiem.
        Wigilie w swoim nowym życiu spędzał w towarzystwie żony i teściów. Z biegiem lat obserwował z bezsilną rezygnacją, jak jego dzieci nasiąkały tym samym cynicznym, bezdusznym materializmem. Nie miał dość argumentów do przeciwstawienia się tej przewadze laickiej retoryki, dialektycznej dominacji materii nad duchem. Żona w takich razach dobywała swej niezawodnej broni zadając te same, tryumfujące pytania:
        - "Gdyby Bogu chodziło o to, żeby ludzie nie grzeszyli, to dlaczego nie stworzył takich właśnie idealnych, bezgrzesznych ludzi?"
        - "Dlaczego Bóg zamiast zgładzić faraona i powołać jego następcę, który wypuściłby Żydów z niewoli, zsyłał kolejne plagi na Egipt, od których cierpieli niewinni ludzie?"
        - "Dlaczego zamiast zgładzić zazdrosnego o swą władzę króla Heroda, pozwolił mu na dokonanie rzezi wszystkich chłopców do drugiego roku życia?
        - "A Sodoma i Gomora, a potop - czy mamy uwierzyć, że setki niemowląt i dzieci były tak zepsute do cna i grzeszne, że trzeba było je wszystkie wytępić jak robactwo? Bóg Jahwe - sadystyczny, krwiożerczy raptus rozczarowany swym nieudanym produktem do tego stopnia, że postanawia kolejny raz przeznaczyć go na przemiał?"
        Miażdżąca logika w służbie laicyzacji. Niezawodny, stary przyjaciel...
        Podczas tych Wigilii czuł się obco uczestnicząc w sztucznym rytuale wyzutym ze swej magii, wśród ludzi, których szanował, lecz przez których (tak mu się przynajmniej zdawało) traktowany był z dyplomatyczną pobłażliwością, taką, z jaką zwykle podejmuje się zacnego gościa, któremu nie wypada zwrócić uwagi na przypadkiem rozpięty rozporek. Dopóki istniała jeszcze jakaś nadzieja, że zrobi karierę, otworzy własny biznes lub zdobędzie intratne, liczące się stanowisko, rodzice żony traktowali go z umiarkowaną życzliwością i zainteresowaniem jak przystało na ludzi światłych, doświadczonych, którzy osiągnęli już swoje życiowe sukcesy. Gdy z czasem okazało się, że ich zięć nie ma w sobie za grosz przedsiębiorczości, a choroby i nabyta niepełnosprawność pogrzebały jego zawodowe ambicje lokując w gnuśnym kręgu rencistów - ich nastawienie zmieniło się w coś na kształt współczucia z domieszką politowania, pół-ironicznego ostracyzmu manifestowanego w niewinnych, choć przepełnionych troską komunikatach kierowanych ku ich jedynej córce, w programowym nie zgadzaniu się z jego zdaniem, nieodmiennie pozbawionym słuszności i z jego poczynaniami, zawsze niefachowymi i nieporadnymi.
        "Wiesz, kotek - mawiała teściowa do swego dziecka - spotkałam niedawno panią Pupcińską, jej syn, pamiętasz - ten, co chodził z tobą do jednej klasy, właśnie się wybudował na kilkunastohektarowej działce. Syberyjską sosnę na ten dom, sprowadzono dla niego specjalnie spod Archangielska! Ma ponad 1200 m2 powierzchni, ale jego żona stwierdziła, że nie mogą się tłoczyć w takich metrażach i postanowili dobudować drugie tyle! Jest dyrektorem wielkiej, międzynarodowej firmy i jej przedstawicielem na Europę Wschodnią, zna biegle 200 języków, Bill Gates nęka go telefonami w sprawie pracy, a sułtan Brunei przysyła kartki z życzeniami świątecznymi." Znał na pamięć te opowieści o zięciach i synach pań Dupcińskich i Pupcińskich, o tych niegdysiejszych kolegach "kotka", a obecnie facetach robiących oszałamiające kariery, jeżdżących służbowymi limuzynami w służbowe podróże do państw, o których istnieniu nikt dotąd nie słyszał, gdyż powstawały one tylko po to, by powitać ich w swoich granicach. Te wywoływane od niechcenia upiory sukcesu otaczały go szyderczym kordonem przy każdym rodzinnym spotkaniu, nie opuszczały go także w czasie wigilijnych wieczerzy, pusząc się i kpiąc z niego w żywe oczy: "A ty, szaraczku, a ty, niewydarzony, nikczemny wypierdku, żałosny substytucie zięcia, co TY możesz o sobie powiedzieć?". Żona zwykle wymieniała ze swoją mamą zgodne poglądy na temat świata i ludzi, a ściślej na temat tego, że świat jest zarządzany przez ignorantów i głupków, a głupi ludzie, których koniecznie powinno się rozstrzelać, to głównie politycy, księża oraz wszyscy przełożeni i współpracownicy z jej biura.
        Dorosłe dzieci z trudem maskując znudzenie, rozdzielały prezenty piętrzące się pod sztuczną choinką. Oto kulminacja Wigilii i jej spokojny finał. Jeszcze trochę zakazanych delicji - ciasta i cytrusów wiodących diabetyka na pokuszenie i doczesną zgubę, i kurtyna opadała ciepłymi kurtkami na plecy członków rodziny wracającej samochodem do domu.
        Lubił potem udawać się samotnie na Pasterkę. Częściowo dla zaczerpnięcia oddechu, a częściowo, kto wie, może w poszukiwaniu dawnej, świątecznej magii? Oddawał się rozmyślaniom na przemian mrocznym to znów pokrzepiającym, jakby chcąc pocieszyć strapionego duszka Bożego Narodzenia, małego chłopca maszerującego jak kiedyś z rodzicami po skrzypiącym śniegu, a teraz zagubionego w bezmiarze grudniowej nocy. Nie przepadał za teraźniejszymi Świętami, ale przecież darzył je przyjaźnią i sentymentem. Wyobrażał sobie ludzi bezdomnych szukających ciepła w łyku wódki w towarzystwie podobnych im utracjuszy, ludzi przykutych paraliżem do łóżek, ludzi modlących się o śmierć, gdy tymczasem on mógł iść przed siebie, mógł myśleć i rozmyślać, miał bezpieczny dom i czekających na niego życzliwych, najbliższych członków rodziny.
        Na przystanku MPK oprócz niego plątało się troje wyrostków, wyrażających we właściwy sobie, dosadny sposób, zaniepokojenie opóźniającym się przyjazdem autobusu. "Oto przyszli trzej mędrcy" - pomyślał. - "Przyszli" jako czasownik i jako przymiotnik. "Takich mamy mędrców, na jakich zasłużyliśmy i jakich sobie wykształcimy." Ktoś dawno temu już powiedział coś w tym stylu, czy nie był to Jan Zamoyski? Wreszcie nadjechał oczekiwany autobus.
        W kościele panowała atmosfera jak na widowni tuż przed spektaklem, jedynie unoszący się zapach kadzideł zdradzał różnicę miejsca i jego charakter. Na chwilę przed rozpoczęciem misterium zgaszono wszystkie światła. Ciemność spodobała się zgromadzonej u wejścia grupce młodzieży. Wśród pełnych rozbawienia szturchańców dały się słyszeć pobekiwania, piski i śmiechy. "To tylko znajoma sceneria urodzin Jezusa, który dawno temu przyszedł na świat w stajni, wśród podobnych dźwięków" - skwitował filozoficznie, czując się przez chwilę jak stetryczały kabotyn. Donośne akordy organów, światło i pierwsze słowa "Gdy się Chrystus rodzi" - spłynęły uroczystą falą, której dał się ponieść ku jasnemu niebu, ku zastępom anielskich chórów śpiewających "Gloria in Excelsis Deo!". Śpiewał drugim głosem, znajdując właściwą linię melodyczną. "Przybieżeli do Betlejem", "Lulajże Jezuniu". Na chwilę przyszła do niego magia i była z nim, wyczuwalna i obecna jak oblubienica prowadzona do ołtarza. Znów był dzieckiem, aż do pierwszych sformalizowanych mszalnych zachowań: powstawania, klękania, siadania. "Teraz słuchamy, a teraz się modlimy." Był zły na siebie, kiedy łapał się na tym, że porusza machinalnie wargami recytując teksty modlitw, których nie słuchał. Pomyślał o ludziach, zgromadzonych tłumnie w kościele. Czy oni przynajmniej modlą się świadomie, czy tak jak on odpływają w zamyślenie, nie pamiętając, po co tu przyszli? Jak Bóg ma wysłuchać modlitwy, której nawet nie słucha wypowiadający ją człowiek? "Na Boga, skup się człowieku, albo wynoś się stąd!"
        "...i w godzinę śmierci naszej, amen" - zdał sobie naglę sprawę z ostatnich słów wspólnie odmawianej modlitwy. Znów odpłynął. "Godzina śmierci... Kiedy przyjdzie i jaka będzie? Czy w rozdzierającym pisku opon, ryku klaksonu lub dzwonka tramwajowego, poprzedzającego moment krótkiego zaskoczenia, strachu i bólu, zanim sponiewierane ciało znieruchomieje w ruchu ulicznym? W samotności szpitalnych ścian, niemych świadków odchodzenia w nicość, w krzątaninie białych postaci odbitych w krzywym zwierciadle hipoglikemicznego transu, próbujących zbyt późno podać mu dożylnie glukozę? Może też po prostu nie spodoba się jakimś wyrostkom w ciemnym zaułku, trzem "mędrcom", którzy nie znaleźli swego Jezusa..."
        Wzdrygnął się. "Bóg się rodzi" - brzmiała kolęda, a duch Bożego Narodzenia jakby na przekór stawał się coraz bardziej odległy, nieuchwytny.
        Wyszedł jako jeden z ostatnich. Na zewnątrz marznąca mżawka pokryła wszystko szarym, połyskującym szkliwem, po którym szło się z największym trudem. Powierzchnia ulic i chodników przypominała chropowaty metal, pokryty smarem dla lepszego poślizgu. Z kościoła zawsze wracał piechotą. Czas refleksji, czas kontestacji. Niewiele ponad pół godziny, teraz może nieco dłużej, żaden wyczyn, nawet przy nienajlepszym wzroku! Jeszcze jeden zakręt, ostatnia prosta i już błyskają okna jego osiedla.
        Nogi wciąż ślizgały się na oblodzonym, nierównym bruku. Wokół było czarno, cicho i pusto. "Cicha noc, święta noc..."
        - Halo! Proszę pana, proszę pana! - eksplodował nagły głos mężczyzny szybko zbliżającego się w jego kierunku.
        - Tak?
        - Panie! Tam w podwórzu leży jakiś człowiek, chyba bezdomny, a może zasłabł, trzeba coś zrobić, bo zamarznie! - krępy mężczyzna mówił szybko wydychając obłoczki pary. Wyglądał na zdenerwowanego, może i zatroskanego, lecz z pewnością trzeźwego.
        - Ale co zrobić? - spytał niepewnie, chwytając się resztek nadziei, że uda mu się jakoś wyłgać z tej sytuacji, przemknąć obok gościa, którego los postawił mu na kolizyjnym kursie.
        - Nie wiem - kontynuował śpiesznie mężczyzna, ale trzeba koniecznie coś zrobić, bo inaczej on zamarznie! I to jeszcze w taką noc! No, niech pan sam zobaczy! - dodał, zawracając ku czeluściom podwórka, które zdawało się być jeszcze ciemniejsze niż panujący wokół mrok.
        Są takie momenty, w których postępujemy automatycznie, odruchowo, poruszani niewidzialną siłą ku swemu przeznaczeniu. Tak już jest, dość powiedzieć, że pożeglował posłusznie za tym człowiekiem, starając się nie stracić go z oczu i zachowując równowagę na zdradliwie śliskim chodniku. Spowiła go nieprzenikniona czerń, gęsta, niemal namacalna; przez chwilę zdawało mu się, że jest zupełnie sam, w innej rzeczywistości, w obcym świecie Pierwszego Dnia Stworzenia, w którym nie oddzielono jeszcze światła od ciemności.
        - Tutaj! - głos nieznajomego dochodził z boku, jakieś kilka metrów. Wydał mu się teraz inny: wyczekujący, przyczajony. Podszedł tam i zobaczył na ziemi niewyraźny, nieruchomy kształt. Przyklęknął z wyciągniętą ręką szukając gorączkowo rozwiązania, które przyszło samo - nagle i niespodziewanie. Coś jakby bolesny, krótki błysk światła, prąd biegnący w dół od czubka głowy do stóp i powracający słonawo-metalicznym smakiem krwi. Nagły przypływ gorąca i spokoju. "Moc truchleje" - zatliła mu się ostatnia myśl, nim osunął się na kamienne płyty podwórka.


II MIEJSCE
Ewa Kuźniar
PODWÓRKO

I

        To było bezpieczne podwórko. Jego środkiem biegła dojazdowa ulica, ale kierowcy uważali na bawiące się dzieci. Często były to przecież ich dzieci. Na prawo od jezdni znajdował się niewielki ogródek, otoczony niewysokim, drewnianym płotkiem. Teren przylegał do ceglanego muru, starego i poszarzałego, upstrzonego ciemnymi łatami przez czas i pogodę, wysokiego może na trzy metry. Za nim znajdowały się baraki jakiegoś zakładu produkcyjnego. Płotek wychodził wprost z muru, biegł wzdłuż chodnika i zakręcał wzdłuż ulicy. Obejmował trawnik z wydeptaną pośrodku ścieżką i nie zamykał drogi solidnej piaskownicy. To było właśnie królestwo dzieci.
        Pod murem, na wprost piaskownicy, stała ławka. Zresztą w obrębie podwórka było ich kilka. Na ławkach siedziały zatroskane babcie i wynajęte nianie, pilnujące rozdokazywanych dzieci. Obok opiekunek spoczywały foliowe woreczki z bułkami lub kanapkami, pomidorem albo jabłkiem. I butelki z ulubionymi napojami. Babcie śledziły pilnie bawiące się pociechy i rozmawiały żywo ze sobą, wymieniały najświeższe plotki. Czasem tę sielankę przerywały ostre konflikty. Płacz i skargi malców rozsierdzały najspokojniejsze starsze panie, które najpierw rugały małoletniego winowajcę, a potem jego opiekunkę, która czegoś nie dopatrzyła i nie dopilnowała huncwota. Dzieci po kwadransie bawiły się znowu, a babcie boczyły się na siebie miesiącami i nie siadały na jednej ławce. W końcu następowało łagodne pojednanie, bo przecież to niczyja wina, że dzieci są nieznośne.
        Ławki wędrowały często po zakątkach podwórka lub wręcz znikały za przyczyną rozrosłych młodzieńców o męskich głosach i takich samych potrzebach. Żeby wypić piwo, tanie wino, popalić papierosy czy pożartować z dziewczyną, trzeba było mieć gdzie usiąść. Ale babcie nie okazywały zrozumienia, podnosiły raban, wymyślały młodzieńcom od złodziei, sprowadzały przedstawiciela administracji i ławka, ta czy inna, wracała na swoje miejsce. Młodzieńcy nie demonstrowali agresji, patrzyli tylko drwiąco, z wyższością. Przystojni, zdrowi, bez umiaru chciwi na życie, pogubieni. Niejeden z nich trafił na długo do więzienia albo zmarł w młodym wieku z przepicia. Ale wtedy, na podwórku, chronili dzieci, a nawet rozkrzyczane babcie. Kontrolowali obcych, strzegli swych rewirów. Znali tu każdy kąt i chcieli mieć wpływ na bieg wydarzeń.
        Dzieci znały się od zawsze, ale też traciły i zyskiwały towarzyszy zabaw, gdy rodziny wyprowadzały się, a wprowadzały nowe. Większe dzieci podejmowały samodzielne wyprawy na odległe podwórka, poszerzały krąg znajomych. Dobierały się w grupy według wieku, rywalizowały z innymi grupami. Czasem te wspólnoty rozsypywały się, mieszały, tworzyły się nowe związki. Sympatie i antypatie, nagłe przyjaźnie i dramatyczne zdrady - dzieci doznawały doświadczeń tak bogatych, jak dorośli w całym późniejszym życiu. Tylko że dzieci nie przylegały do swoich przeżyć całą siłą ambicji i egoizmu. Uczucia przejmowały je do żywego, ale na krótko. Wyrażone emocje i wypowiedziane słowa nikły, traciły ważność, rozpływały się w powietrzu.
        Rodzice byli tu tylko przechodniami. Spieszyli do pracy, wracali zmęczeni do domów. Mamy dźwigały siatki i torby, wyładowane po brzegi treścią codziennych jadłospisów. W asyście stęsknionych i zaciekawionych dzieci, które przez oka siatek wypatrywały czegoś mniej niezbędnego niż kartofle lub kapusta, znikały za drzwiami klatek. Bywały mamy luksusowe, ale rzadko. Strojnie ubrane, dobrze wymalowane, obwieszone biżuterią, prosto od fryzjera, pachnące - ciągle gdzieś biegły, skądś wracały. Babcie siedzące na ławkach znacząco wzdychały, wymieniały spojrzenia, a potem uwagi. Luksusowe mamy przesiadywały ponoć w kawiarniach bądź u przyjaciółek. A potomstwa doglądała wynajęta niania.
        Dzieci bawiły się różnymi zabawkami, pochodziły z biednych i bogatszych rodzin. Ci całkiem bogaci wyprowadzali się stąd, kiedy już było ich na to stać. Jedna dziewczynka zazdrościła drugiej dziewczynce wózeczka, lalki z ubrankami i mebelków, a jeden chłopiec drugiemu chłopcu - samochodu na baterie i roweru. Kiedy jednak okazywało się, że zabawa gałgankami, tekturowymi pudełkami i patykami tak samo pochłania i pasjonuje - znikały gdzieś te zachcianki i zazdrości, świat odzyskiwał równowagę. Dzieci z majętniejszych domów miały trudniejsze charaktery, były wymagające, kapryśne, chciały o wszystkim decydować. Zamiast poddawać się ich presji, lepiej było odzyskać wolność. Po wielu, wielu latach, w rodzinnych rozmowach wychodziło na jaw, że to rodzice dokładnie pamiętali, jakie to drogie zabawki posiadały ich dzieci.
        Podwórko - gwarna przestrzeń zanurzona w słońcu, jak w miodzie, a nad głową otwarte niebo, błękit bez kresu. A dusza była słoneczna i niebieska, bo tylko wtedy taka mogła być.

II

        Ktoś, kto dobrze znał ten rejon śródmieścia, wiedział, że w blokach wokół placu, przeznaczonego dla dzieci i nielicznych wtedy samochodów, znajdują się klatki przechodnie oraz duża brama wjazdowa. Ta ostatnia mało widoczna, wbudowana w łańcuch budynków - brama dla wtajemniczonych. Czteropiętrowe bloki przylegały do siebie, tworzyły ciąg, który w jednym miejscu załamywał się pod kątem prostym. To było prawe skrzydło podwórka, przytulne, choć elewacja domów nie przypominała słodkich, pastelowych obrazków z dziecięcych bajek. Przechodzący przez bramę lub klatkę przybysz wychodził wprost na ruchliwą ulicę, która wiodła na niedaleki dworzec autobusowy i kolejowy. Ludzie zamiast iść naokoło, obchodzić ten zakątek od zewnętrznej strony, szli na skróty, na ukos, przez podwórko. I tak dwa razy dziennie, rano i po południu, maszerowało tędy dwóch mężczyzn w nieokreślonym wieku. Ubrani byli w długie, szare, znoszone płaszcze, na głowach mieli czarne berety, dźwigali brązowe, sfatygowane teczki pod pachą lub, mniej wypchane, nieśli za uchwyty. Przechodzili spokojnym krokiem, ale rzadko jeden obok drugiego. Zwykle ten niższy, może też i młodszy, wysuwał się naprzód i idąc tyłem gestykulował rękami przed oczami wyższego, który mu w ten sam sposób odpowiadał. Kiedy dyskusja nabierała tempa, a może zapalczywości, przystawali obaj i, nie wydając z siebie żadnego głosu, podwajali szybkość gestów, a przy tym stukali się wymownie palcem w czoło, łapali się gwałtownie za głowy. Dzieci, które z widzenia już dobrze znały mężczyzn, przyglądały się tej pantomimie w milczeniu, zahipnotyzowane misterium ciszy i ruchu. Nawet największe łobuzy nie miały dość odwagi, żeby głuchoniemych zaczepiać albo ich wyśmiewać. Ta inność budziła szacunek, bo oto nie mówią, nie słyszą, a rozmawiają, kłócą się wręcz. Jak to jest możliwe? Zdumione stały, patrzyły. Mężczyźni musieli dojść do zgody, bo przestali gestykulować i znów szli równym krokiem ku wspólnemu celowi. Gdy znikali w bramie lub za węgłem budynku otaczającego podwórko, w zależności od tego, jaka to była pora dnia, dzieci ożywały. Chłopcy stawali naprzeciwko siebie i nie wydając głosu, próbowali niewprawnymi ruchami rąk, mimiką twarzy przekazać jakieś hasła, polecenia. Albo tylko chaotycznie naśladowali nieobecnych. Ale nie uzyskiwali w tym żadnego podobieństwa i to nie dlatego, że byli dziećmi. Ich śmiech, czysty, radosny, głośny śmiech rozlegał się na całe podwórko, odbijał się echem od budynków, powracał, tak samo beztroski, czysty. I dźwięczny.
        Michaś często przechodził chodnikiem wzdłuż drewnianego płotka, który okalał ogródek. Mieszkał przy jednej z pobliskich uliczek. Był niewysokim, krępym chłopcem, już wtedy nastolatkiem, o jasnych, niezbyt gęstych, krótkich włosach. Miał widocznego zeza i nosił okulary z grubymi szkłami. Kiedy szedł, kołysał głową w rytm kroków: w prawo, w lewo, w prawo, w lewo... Mimo woli uśmiechał się przy tym do siebie. Życzliwie zagadnięty, odpowiadał logicznie, prostymi zdaniami. Sam chodził na zakupy. Ale był odmieńcem. Wzbudzał ciekawość i niechęć. Był słaby. Dzieci wiedziały skądś, że Michaś boi się krzyku i nagłych ruchów, więc w grupie i pojedynczo wciąż sprawdzały, czy chłopak reaguje na ich wrzaski. Ale nie biegły za nim daleko, przepędzały go tylko z pola widzenia. Michaś poznawał twarze dzieci i kiedy pokonał pierwszy strach, uśmiechał się łagodnie do tych umazanych, dla lepszego efektu, ziemią i błotem istot. Czasem chodził z mamą, która trzymała go za rękę i chroniła przed całym światem. Dorosły i posiwiały Michał opiekował się mamą, kiedy na starość straciła pamięć. Nie wiedziała, kim jest i gdzie jest, nie pamiętała jego twarzy ani imienia. On chronił ją przed nią samą.
        Mariuszek był zdrowym dzieckiem. Jedno oko uciekało mu lekko, w szkole nosił szkła korekcyjne, ale nie miał kompleksów na tym punkcie. Był silny i walił pięściami kolegów, którzy nieopatrznie chcieli z niego żartować. Musiał tylko podporządkować się starszej siostrze, która ciągle miała go pod opieką. Kiedy znikał z podwórka, to ona ponosiła za to karę. Wkrótce on sam był zobowiązany do opieki nad młodszym bratem i wtedy poczuł w pełni ciężar odpowiedzialności i smak kar za cudze winy. W domu Mariuszka często odbywały się huczne, pijackie imprezy, po których rodzice wszczynali awantury. Matka chodziła posiniaczona i opowiadała każdemu, kto chciał słuchać, jakiego niedobrego ma męża. Dzieci nie interesowały się takimi historiami, przecież do zabawy nie było to potrzebne. Ale dyżurujące na ławkach babcie zgodnie orzekły, że Mariuszek i jego rodzeństwo zejdą na złe drogi. Już widziały w ich postępowaniu przestępcze skłonności. Jednego dnia Mariuszek biegał po podwórku z zeszytem w ręce i, uradowany, pokazywał z wielką dumą piątkę z religii. Niewykluczone, że była to jedyna piątka w jego uczniowskiej karierze. Oczy Mariuszka błyszczały z podniecenia, dłonie drżały, uśmiech nie schodził z ust nawet wtedy, gdy jakiś kolega machnął lekceważąco ręką: eee, z religii... Mariuszek promieniał. Nawet dorośli przystawali i pochylali się nad jego zwykłym, nieoprawionym zeszytem z zagiętymi rogami, który zdobiła duża, czerwona piątka. Mariuszek przejął się tak bardzo, że zamiast bawić się z kolegami, poszedł odrabiać lekcje. Ale czy zdążył? Nazajutrz całe podwórko trzęsło się od plotek po następnej pijanej imprezie w jego domu. Nikomu nie zależało na tym, żeby dobro i radość, które się ujawniły w jego duszy, otoczyć opieką, umocnić, podtrzymać. Mariuszek wydoroślał w ciągu tej jednej nocy. Zmarnowała się jego ufność.
        Podwórko - przestrzeń oswojonego cierpienia.


III MIEJSCE
Elżbieta Kotras
OBCA

        Nigdy by nie przypuszczał, że zrobi coś takiego! On - ostoja zasad moralnych. On - który uważał się za wzorowego męża. On - wierny małżeńskiej przysiędze. On - który nie wyobrażał sobie, by mógł kiedykolwiek zdradzić żonę. On - który potępiał każdy objaw małżeńskiej nieuczciwości swoich żonatych kolegów.
        I nagle... Stało się! Czy to znaczy, że przedtem nie pociągały go - mimo małżeńskiego stanu - inne kobiety? Owszem - pociągały go. Był normalnym, zdrowym mężczyzną. Na ulicy czy w tramwaju, w sklepie czy w kinie jego wzrok biegł ku czerwonym, soczystym ustom, filuternym spojrzeniom, ponętnym biustom widocznym w głębokich dekoltach, odsłoniętym udom, które wprost zapraszały do odkrycia tego, co kryło się wyżej... Ale to były tylko spojrzenia. Oglądanie piękna kobiecego ciała. Delektowanie się tajemnicą, którą kryły mini spódniczki i skąpe bluzeczki, obcisłe dżinsy i ciasno przylegające sweterki uwydatniające każdy łagodny łuk i miękkie krągłości. Nie był koneserem kobiecej urody. Nawet tak o sobie nie myślał. Uważał, że piękno - w każdym tego słowa znaczeniu - to rzecz względna. To, nad czym jedni się zachwycali, dla innych było blade i bez wyrazu. Mimo tych ukradkowych lub bardziej odważnych spojrzeń w kierunku mijanych kobiet nigdy nie posunął się o krok dalej. Żadna z nich nie pociągała go tak bardzo, by złamał małżeńską przysięgę wierności. Czasami myślał, że wynikało to - być może - z braku odwagi. Nie przed tym, by zaproponować kobiecie romans. Raczej przed tym, że mógłby zostać odrzucony. Albo przed tym, co mógłby w wyniku krótkiej chwili zapomnienia stracić... Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiał. Bo i po co? Był szczęśliwy w ich związku. Uważał swoją żonę niemal za ideał. Niemal - bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ideały nie istnieją. Gdyby jednak istniały - jego żona byłaby im bardzo bliska. Była zgrabna, mądra, zaradna i opiekuńcza. Miała swoje zdanie na każdy temat. I swoje wartości, którym była wierna. Uparcie dążyła do raz obranego celu. No i nad życie go kochała! Czegóż chcieć więcej?
        Tak myślał, póki nie spotkał Jej. To była kobieta! Pociągała go, ale nie tak, jak te wszystkie inne o głębokich dekoltach, krótkich spódniczkach czy obcisłych sweterkach. Nie tak, jak te o obfitych biustach, odsłoniętych udach i ramionach. Miała w sobie to coś, co tak trudno było mu nazwać, a co sprawiało, że zupełnie tracił głowę. Bał się Jej i jednocześnie wiedział, że prędzej czy później trafi w Jej ramiona. Każdy dzień przybliżał go do nieuchronnego. Każdą cząstką swego ciała czuł, że chwila, kiedy Ona zawładnie nim całym i na zawsze, jest coraz bliżej. Nic nie mógł na to poradzić - Ona go opętała!
        Starał się wszystko ukryć przed żoną. Czuł jednak, że ta czegoś się domyśla.. Jak słusznie sądził - była bliska ideału i nie było jej trudno dostrzec zachodzących w nim zmian. Czuła, że coś się między nimi zmieniło. O nic nie pytała, nie żądała żadnych wyjaśnień. Czekała cierpliwie, aż sam jej powie. Nie mógł zdobyć się na taką odwagę. Jak powiedzieć ukochanej osobie, że... Właśnie - że co? Że pojawiła się inna? Że bardzo się Jej boi, ale musi z Nią być? Że go opętała, a on nie może się od tego uwolnić? Że tak się po prostu stało? Że on wcale tego nie chciał? Któżby w to uwierzył? W taki stek nieprawdopodobnych bzdur? Nawet jego prawie idealna żona miała granice wyrozumiałości. Tak przynajmniej sądził. Wiedział, że nie jest wobec niej uczciwy. Że po tylu latach spędzonych razem zasługiwała na coś więcej. Tylko jak to powiedzieć? "Normalnie" - podpowiadał rozum - "Po prostu". Nie wiedział, jak to "po prostu" powinno wyglądać. Zwlekał, łudząc się, że następny dzień przyniesie rozwiązanie. Nadchodził jednak kolejny dzień, a on dalej brnął w dziwaczny romans i kolejne kłamstwa. Żona już nawet nie pytała go, gdzie spędzał czas poza domem. To dziwne, ale w jej oczach nie widział wyrzutów. Tylko strach... Nie potrafił tego zrozumieć. Nie umiał sobie wyobrazić, że w sytuacji, w której się znalazł, ktokolwiek oprócz niego może czuć niepokój. Przypisał ten stan tylko i wyłącznie sobie. Sam nie wiedział, czy nie chce się nim z nikim podzielić z powodu owej wyłączności czy dlatego, że chciał innych chronić? Przed zgubnymi skutkami owego romansu...
        W końcu doszło do pierwszego spotkania z obcą kobietą. Wcale nie w hotelu na uboczu, by nikt nie mógł ich zobaczyć razem. Choć miejsce, gdzie się umówili, było tak samo ukryte przed ludzkim wzrokiem jak cichy hotelik. Miejski zaułek nie wydawał mu się zbyt romantycznym miejscem na randkę. Ale tu już nie on dyktował warunki. Wiedział, że nie może się wycofać. Sytuacja wymknęła się spod jakiejkolwiek jego kontroli. Nad niczym już nie panował. Jakby zgodą na to spotkanie przypieczętował całe swoje przyszłe życie.
        Zobaczył Ją w mdławym świetle ulicznych latarni. Już na niego czekała. Czarna atłasowa sukienka dodawała Jej demonicznego wyglądu. W połyskującym materiale odbijało się przygasające światło. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej. A Ona sunęła w jego stronę. Miał wrażenie, że nie dotykała ziemi. Że płynęła ponad trotuarem. "Może to tylko złudzenie?" - pomyślał, dodawając sobie otuchy. Czuł jak mocno bije mu serce. I sam nie wiedział, czy ze strachu czy z pragnienia spojrzenia wreszcie w Jej oczy? Dotknięcia Jej. I poznania wszystkiego, co ze sobą niosła ta znajomość. Wokół niego pulsowała czerń. Wiedział, że musi w nią wejść. Że ona go pochłonie. Że utonie w niej razem z tą demoniczną kobietą. I nic nie mógł już zrobić... Każdym ze zmysłów - oprócz wzroku, który w tej wszechogarniającej ciemności stał się nagle bezużyteczny - wyczuwał, że atłasowa sukienka Obcej rozpływa się w mroku, zespala się z nim, i sam już nie wiedział, gdzie kończy się czerń sukienki a gdzie - zaczyna mroczna ciemność zaułka. Nikt nic nie mówił. Cisza była obezwładniająca. Paraliżowała jego zmysły. Bardziej czuł niż widział, że kobieta jest coraz bliżej. Miał wrażenie, że serce nie wytrzyma szalonego rytmu, który nadały mu emocje i krążąca w żyłach adrenalina.
        Nagle... zapragnął się wycofać. Odejść stąd jak najdalej, nawet gdyby już nigdy nie mógł zobaczyć się z tą kobietą! Uciec i nigdy tu nie wrócić! Ciało go jednak nie słuchało. Nie był w stanie zrobić najmniejszego kroku. Stał tam - bezsilny, sparaliżowany strachem. Kobieta była już tak blisko! Dostrzegł Jej oczy. Wcale nie były pociągające! Były zimne i okrutne! I takie... Puste... Przestraszył się jeszcze bardziej i nagle... poczuł czyjś dotyk. Ciepły. Znajomy. Wiedział, że to nie był dotyk Obcej. Tak dotykała go tylko jedna osoba: jego żona. Wciągnął głęboko w płuca jej znajomy zapach. Wiedział, że to ona. Skąd się tu wzięła? Jak się domyśliła? Jak się dowiedziała? Przecież nic jej nie mówił... Przecież nie chciał jej ranić... Przecież chciał ją chronić...
        Przytuliła go do siebie, a on położył głowę na jej ramieniu i rozpłakał się jak dziecko. Mrok wcale się nie rozproszył. Był dla niego równie gęsty i nieprzenikniony. Nie czuł już jednak strachu. Powoli odzyskiwał władzę nad własnym ciałem. Tama, która w ostatnim czasie trzymała wszystkie jego uczucia na wodzy, nagle puściła. Przelała się przez niego cała niepewność ostatnich dni. Już nie musiał niczego udawać ani niczego ukrywać. Już nie musiał nikogo oszukiwać i przekonywać samego siebie, że tak jest lepiej dla wszystkich. A zwłaszcza dla jego żony. Sam nie wiedział, czy to te łzy czy ujawniona prawda przyniosły mu ulgę.
        "Chodź" - powiedziała do niego - "Wracamy do domu". Dom... bezpieczna przystań dla wszystkich jego słabości. Jakim był głupcem, że w to zwątpił! Jak mógł stracić zaufanie do kobiety, która zawsze przy nim trwała? Dlaczego bał się wszystko jej powiedzieć? Teraz wiedział, że zrozumiałaby. Była przecież prawie ideałem...
        Prowadziła go do domu tylko jej znanymi ścieżkami. Szedł za nią bez obaw. Za nimi - jak cień - podążała Obca, nie przejmując się obecnością jego żony. Jakby inna kobieta nie przeszkadzała jej w zdobyciu kolejnej ofiary... Po drodze żona przekonywała go spokojnie: "Wiem, że nie będzie nam łatwo. Musimy oboje zaakceptować ten trójkąt: ty, ja i ta... Obca.
        Ona zawsze będzie z nami. Wiem, jak bardzo cię opętała. Ale nie pozwolę, by mi ciebie zabrała! Wszystko zależy od ciebie. Musisz pokonać strach! Inaczej - to ona będzie górą. Nie pozwól jej na to, proszę! Zaczniemy wszystko od początku. Nauczymy się. Będzie dobrze. Zobaczysz. Poradzimy sobie. Wiesz przecież, że cię nie zostawię... Nie mogłabym. Jesteś mi taki bliski! Tylko już niczego przede mną nie ukrywaj! Obiecujesz?" Skinął potakująco głową. Nie mógł spojrzeć jej w oczy. Nie dlatego, że czuł ogromny wstyd. Wiedział, że od teraz te oczy będzie widział tylko w wyobraźni. Dziękował jednak losowi, że mógł je zobaczyć i że będzie miał co przywoływać w pamięci - głęboką szafirową zieleń, w której kiedyś utonął... Obca nigdy mu już nie pozwoli w nie spojrzeć. Ale nie będzie miała wglądu w jego wspomnienia. A te - wiele przechowywały. I nie pozwoli nikomu tego zabrać! Nawet - Obcej. Zwłaszcza Jej!
        Obejrzał się. Bardziej czuł niż widział, że była tuż obok. Otaczała go ze wszystkich stron. Ścisnął mocniej ramię żony i podniósł dumnie w górę głowę. Jakby chciał rzucić Obcej wyzwanie: "Nie jesteś w stanie nic mi zrobić! Już mnie nie pociągasz... I już się Ciebie nie boję, Ciemności!"
        Nieudana randka pozostała za nimi. Jej wspomnienie zostawiło ślad w ich życiu. Zaczęli wszystko od nowa, każdego dnia odkrywając świat z innej perspektywy. Innej - nie oznaczało przecież dla nich: gorszej.


WYRÓŻNIENIE
Joanna Zając
SŁODKA TAJEMNICA

        -To tam za rogiem. Sklep z tym drewnianym szyldem. Tutaj na pewno kupimy coś extra.
        - No to chodźmy...
        Jeszcze kilka kroków. Skrzypnięcie drzwi, delikatny dźwięk dzwoneczka... i jesteśmy w środku. A tutaj... słoiczki, flakoniki, jakieś proszki i kolorowe kostki. Właśnie tak wyobrażałam sobie laboratorium średniowiecznego alchemika. Ciekawe, czyżby jedno z nich zachowało się aż do dziś? No dobrze...Trzeba się rozejrzeć. Może akurat temu alchemikowi udało się wyprodukować coś wyjątkowego...
        - Nigdy tutaj nie byłam, więc nie wiem, czego mam tu szukać... Może podsuniesz mi jakiś pomysł?
        - Mydełko... Co ty na to? Ślicznie pachną. Leżą tam. Przy każdym z nich jest karteczka z opisem.. No wiesz... nazwa, skład, właściwości itd.
        Dlaczego ona mi to wszystko tak dokładnie tłumaczy? Nie jestem dzieckiem. Chciałam tylko, żeby mi coś poleciła. Ech! No, ale ma rację...takie oryginalne mydełko będzie wspaniałym prezentem.
        - Świetny pomysł. Rozejrzę się. No i rozglądam się. "Plaster miodu", "Kawa ze śmietanką", "Wiosenny ogród", "Zielony ogórek", "Leśna polana'... O matko! Ile tu tego wszystkiego. A jedno mydełko pachnie ładniej od drugiego... "Jabłuszko z cynamonem"...To jest piękne! Niesamowity ten zapach... Aż mi zaszumiało w uszach. Co za zapach! Ale zaraz... coś mi on przypomina. To nie jest zwykłe jabłuszko z cynamonem... Nie... To przecież... przecież to jest... to tamten zapach tamtego wakacyjnego dnia...

* * *

        Wczoraj przyjechałam do babci na wakacje. Pierwsze moje kroki zaprowadziły mnie do sadu. Tyle tu wspaniałych owoców... wiśnie, śliwki... i te piękne jabłka...Tu jest jak w raju!
        - Babciu, upieczesz mi ciasto z owocami? Ja tak lubię twoje ciasta... Proszę!
        - Dobrze kochanie. Razem upieczemy ciasto, jakiego jeszcze w życiu nie jadłaś.
        - Naprawdę?! Upieczemy razem?
        - Tak. Przyda mi się w kuchni pomocnik taki jak ty.
        - Świetnie! A jakie będzie to ciasto?
        - Zobaczysz... Na pewno pyszne, a reszta to na razie jest moja tajemnica.
        Przez cały dzień nie mogę znaleźć sobie miejsca. Ciągle zastanawiam się, dlaczego babcia nie chce mi powiedzieć, jakie będzie to nasze ciasto. Ech... że też jej się zachciało niespodzianek. No przecież nie wytrzymam...
        I wreszcie nadchodzi ta długo wyczekiwana chwila. Będę piec z babcią ciasto! Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Zawsze tylko zjadałam ze smakiem wszystkie jej wypieki.
        - No dobrze kochanie. Chodź ze mną do kuchni! Zaczynamy!
        Serce bije mi mocno. Czuję jak rumieniec podniecenia pojawia się na mojej buzi. Wbiegam do kuchni. Ojej... Wszystko już przygotowane. Na miseczce leży mąka. Obok stoi słoiczek z cukrem. Dalej leżą jaja, masło... cała góra jabłek... i jeszcze coś... Jakieś brązowe pałeczki. Czy my będziemy nimi czarować? Może to jakieś magiczne ciasto, a moja babcia jest czarownicą? Nie! Czarownicą na pewno nie. Babcia jest raczej dobrą wróżką...
        - Babciu, a co to za pałeczki? Ta brązowe, koło jabłek. Co to takiego?
        - To jest cynamon.
        - Cynamon?
        - Tak, cynamon.
        Hmmmm... cynamon. Taka dziwna nazwa. To na pewno jest jakaś magiczna rzecz... Tak sobie tutaj leży na stole... Ciekawe, co babcia z tym zrobi. To wszystko jakieś tajemnicze... O, i jest jeszcze coś. Jakaś stara księga. W niej na pewno zapisane są czarodziejskie zaklęcia. Ale super! Teraz już jestem przekonana, że moja babcia to wróżka... Uwaga! Otwiera księgę... Będziemy czarować!

* * *

        - No i jak? Znalazłaś coś ciekawego?
        - Znalazłam coś najwspanialszego na świecie! Wspomnienie...
        - A co to za zapach? Nie znam go...
        - To jest zapach moich uczuć. Przypomniało mi się, jak kiedyś piekłam z babcią ciasto z jabłkami i cynamonem. Ono pachniało tak, jak to mydełko... Ech... Rozmarzyłam się i mam już też inny pomysł na prezent. W tym sklepie nie mam już czego szukać. Chodźmy do spożywczego, bo potrzebuję stamtąd kilka rzeczy.

* * *

        Zaraz, zaraz... Jak to było? Od tamtego dnia nigdy nie piekłam tego ciasta. Jajka połączyć z mąką... masło z cukrem. Teraz to wszystko wymieszać i odstawić. Jabłuszka obierać, zetrzeć i wymieszać z tym magicznym cynamonem. Mmm... z cynamonem! Ułożyć wszystko warstwami na blaszce i do piekarnika! Mam nadzieję, że się uda. W końcu to nie jest trudne ciasto. Nie jest? A właśnie że jest! Ono musi przecież być dzisiaj takie jak wtedy!

* * *

        - Dzień dobry, babciu!
        - Witaj kochanie! Jak ty ślicznie wyglądasz! I ślicznie pachniesz...
        - To nie ja tak pachnę babciu. Mam tu dla ciebie coś specjalnego i chyba o ten zapach ci chodzi. Dawno się nie widziałyśmy i tak się cieszę na to nasze spotkanie, że przygotowałam niespodziankę. Zobacz...
        - Mmmm... Wspaniale! To jest nasze ciasto! Jak to możliwe, że pamiętałaś przepis? Przecież miałaś wtedy tylko pięć lat...
        - A widzisz... Pamiętałam. Chyba mnie wtedy ktoś zaczarował i dlatego przepis zapisał się w mojej głowie...
        - Ha, ha, ha...
        - Pamiętam nawet datę. To był 24 lipca.
        - Tak jak dziś?
        - Jak dziś, babciu... A wiesz, że ja wtedy myślałam, że ty jesteś wróżką. Tak bardzo to wszystko przeżywałam. Ten cynamon i ta twoja książka kucharska... To wszystko było jak z jakiejś bajki!
        - Twoje ciasto też jest jak z bajki. Przepyszne!
        - Cieszę się, że ci smakuje!
        Chyba naprawdę udało mi się to ciasto. Super! Babcia się bardzo ucieszyła... To na pewno lepsze od tamtego mydełka, ale i nie wiadomo, czy bez jego pomocy wpadłabym na ten pomysł.
        - Myślę, że w nagrodę mogę ci dać dzisiaj kochana wnuczko coś, co ja kiedyś dostałam od swojej mamy... Poczekaj chwileczkę.
        - Ale przecież ja nie przyszłam tutaj po żadne nagrody. Siadaj i powiedz lepiej, co u ciebie?
        - Zaraz będziemy rozmawiać, ale najpierw weź sobie to. To jest moja książka kucharska. Myślę, że jesteś już gotowa, żeby z niej korzystać.
        - Ojej! Naprawdę? Chcesz mi ją dać? Przecież nigdy nie pozwalałaś mi do niej zaglądać.
        - Ale od dzisiaj możesz z niej korzystać. Proszę. Jest twoja.
        - Dziękuję babciu! Nawet nie wiesz, jak się cieszę!

* * *

        Tutaj nadal pachnie tym ciastem. Ciągle czuję te wspaniałe jabłka z cynamonem... W takim razie to musi być zaczarowane ciasto. A i babcia chyba jednak jest tą wróżką. Przecież nie zaprzeczyła , gdy jej mówiłam o tym. co sobie myślałam w dzieciństwie. I cała ta ceremonia z przekazaniem mi księgi. No właśnie! Zobaczmy co ona w sobie kryje...
        Hmmm.... Jest już na pewno bardzo stara Moja prababka chyba nie była jej pierwszą właścicielką... A co to takiego tutaj na tej pierwszej stronie? Zaklęcie? Niechże sobie przeczytam...

        Założył się Franciszek z Klarą,
        Kto placek upiec się postara:
        Franciszek piekł, lecz żadną miarą
        Nie upiekł. A upiekła Klara!

        Hmmm... jakaś dziwna ta księga.

        Zjadł, otarł usta gzłem serwety
        I rzekł: "O, Panie! Jak to miło,
        Żeś stworzył placki i kobiety,
        Bez których placków by nie było."*

        No tak. I wszystko jasne... Oj, babciu, babciu! Ta tajemnica jest najsłodszą ze wszystkich, które do tej pory odkrywałam...

* Pseudo - Franciszek II, Placki św. Franciszka

WYRÓŻNIENIE
Zygfryd Dziekański
JASKINIOWY EDEN
(Tysiące lat temu)

        Na szczytach gór otaczających dolinę szkliły się jeszcze potężne czapy zlodowaciałego śniegu, a ponad dnem doliny szerokim skrzydłem przelatywał wiatr rodzący dźwięki zieleni na smukłych igłach drzew, unosząc je ponad łanami kosówki ku wyniosłym wierchom. Woda odłupywała skały i z łoskotem toczyła je w dół długimi jęzorami wartkich potoków, szumiących w żlebach, prujących wyniosłą surowość skał i zieleń lasów, aby rzucić je na piargi wokół stawu. Urzekał on malowniczym położeniem, lecz budził lęk ciemną głębią szmaragdowej wody, w której przeglądały się obłoki, z której wynurzały się skały podobne do łbów potworów... Słońce topiło śnieg pod skorupą lodowej zbroi okrywającej szczyty gór, rozlegał się szum wody spływającej do podziemnych potoków.
        Lecz zima z gór odchodziła niechętnie, trzymała się lodowymi szponami mrocznych przepaści... Nad górami zakłębiły się ciemne wały chmur, rozległ się dziki ryk wiatru wdzierającego się w dolinę, którego ciepły oddech dotarł nawet do wielkiej sali i obudził nadzieję ludzi. Pod naporem huraganu na powitanie wiosny drzewa kłaniały się do ziemi, a ze stromych zboczy ciężkie zwały zbitego śniegu z hukiem staczały się w dolinę. Ciszę przerwał ryk niedźwiedzia...!
        Wielka Tatra, bogini z wielkiego imperium zniszczonego wojną bogów, która zrzuciła swoje złote szaty by żyjąc jak zwierzęta w stadzie stworzyć nowe plemię, napisała w Wielkiej Księdze, że po zimie wyprowadziła swoje plemię z ciemnej jaskini na uroczystości równonocy, aby ludzie mogli cieszyć się słońcem i eksplozją płodności. Tatrowie z niepokojem oczekiwali znaku od boga Słońca, kiedy przez skalne okno w sklepieniu jaskini, przez które ulatniał się dym z ogniska płonącego w wielkiej sali, wpadł jasny promyk słońca. Ucieszyli się, że cały świat obudził się z zimowego letargu, a przyroda zmartwychwstała z zimowej martwoty do nowego życia Rozpoczął się czas miłości...
        - Moi kochani!... - starzec Melo, oblubieniec Wielkiej Macierzy rozkładając ręce zwrócił się do Tatrów. - Znowu minął rok odmierzany przez Wielką Matkę cyklami księżyca, a jej syn Słońce obudził świat z zimowego uśpienia. Teraz nastąpi czas obfitych łowów i płodności, aby plemię Tatrów nie zginęło, by zaludniło wszystkie jaskinie... Bo jesteśmy plemieniem wybranym przez Wielką Macierz, która uratowała Wielką Tatrę i jej lud podczas okrutnej wojny bogów.
        Rozjaśniając mrok bladym blaskiem płonących smolnych łuczyw posuwali się do wyjścia i z ciemnego otworu jaskini wyłoniła się żałosna procesja ludzi okrytych włochatymi skórami, kościstych i wyglądających jak duchy, ciemnych od dymu i błota, obrośniętych i wychudzonych...
        - Uaau...! Uaau...! Uaau...! - przeciągły okrzyk radości odbił się echem pośród gór i wzniósł się ku szczytom.
        - Uaau...! Uaau...! Uaau...! Procesja ludzkich duchów ruszyła w stronę wielkiej turni samotnie stojącej w dolinie, z której spływała woda rozbijana kaskadami wodospadów, później płynąca wartkim potokiem przez dolinę. Od wielu dni trwały tam przygotowania do uroczystości powitania wiosny. Zgromadzili wielką stertę drewna rozłupywanego kamiennymi siekierkami, by wystarczyło do rozniecenia świętego ognia. Stały tam również wielkie kloce drewna, którym siekiery Tatrów nadały kształt ogromnych symboli płodności i odradzającego się życia, najmilszego dla Wielkiej Macierzy narzędzia. Duchy gór zaszumiały wiatrem pośród skał, zawtórowały im leśne duszki radosnym świergotem ptaków pośród drzew...
        Za walecznymi kobietami niosącymi płonące łuczywa i groźnie wymachującymi włóczniami mężczyźni nieśli okrytego skórami kapłana Wielkiej Księgi, starca Melo. Wiele lat temu podczas kilkudniowych tańców na powitanie wiosny zatracił się w obłędnym tańcu zapomnienia. I kiedy krew zaszumiała mu w nabrzmiałych żyłach, a oczy przesłoniła mgielna zasłona, w swojej bezgranicznej miłości do Wielkiej Matki upodobnił się do kobiety. Na ołtarzu Wielkiej Matki złożył ofiarę ze swojego ciała i stał się jej oblubieńcem, jej kapłanem, który miał różne wizje i przepowiadał przyszłość, a jego taniec przynosił szczęście. Siedział na tronie z powiązanych żerdzi i gałęzi, i ściskał w dłoniach złotą relikwię ze znakiem imperium zniszczonego wojną bogów. Pogrążony w zadumie z uwagą obserwował otaczający go świat i rodzące się nowe życie... Obok niego w otoczeniu kobiet podążała Masi ubrana w białą skórę, z cudownym diademem Wielkiej Tatry na głowie, szła wpatrzona w niesiony przez kobiety kamienny krąg z wyrytym symbolem Słońca i modliła się w skupieniu. Pomimo podeszłego wieku i siwych włosów dodających jej powagi oraz górskim krajobrazie wyrzeźbionym przez życie na jej twarzy, była okazem zdrowia i rozsądku. Była kobietą najbardziej doświadczoną długim życiem i bystrością umysłu, umiała zadecydować o wszystkim, więc darzono ją nieukrywaną czcią, jak wodza, który mógł zapewnić przetrwanie w czasach naturalnej selekcji eliminującej najsłabszych oraz w zmaganiach z przyrodą. Rozumiała tajemne działania przyrody na człowieka i walczyła z chorobami dręczącymi ludzi od zawsze.
        - Uaau! Uaau! Uaau! Uaau! Uaau! Uaau...!
        Kiedy dotarli pod samotną turnię, starzec zszedł z tronu, uniósł dłoń i nastała cisza, że słychać było brzęczenie przelatujących owadów oraz śpiew ptaków dobiegający z lasu otaczającego polanę.
        - Och wszechmocna Bogini, Matko, która swoim blaskiem rodzisz nowe życie...! - Melo z przejęciem wymawiał słowa modlitwy, kłaniał się słońcu, padał na ziemię i całował Ziemię Matkę. - Dziękujemy ci za to, że jesteś...!
        A Tatrowie wdzięczni Wielkiej Matce i jej najjaśniejszemu Synowi Słońcu powtarzali słowa modlitwy i naśladowali swojego kapłana - kłaniali się słońcu, padali i całowali ziemię by była im łaskawą, rodziła nowe życie i pożywienie...
        - Moi kochani, obmyjcie swoje ciała zgodnie z nakazem boskiej Hima, abyśmy wolni od złych mocy mogli Wielkiej Matce złożyć największą ofiarę.
        Weszli za starcem do potoku i obmywali swoje ciała magiczną mocą wody, która zamykała dostęp złych demonów i duchów niosących chorobę i śmierć, zmywała złe moce, które popłynęły z wodą potoku na kraniec świata. Woda dawała ludziom oczyszczenie ciała i wzmagała siły życia, podobnie jak deszcz, który daje roślinom energię by rosły...
        Kiedy słońce znalazło się w zenicie jeden z mężczyzn wziął śpiące dziecko, przyssane do piersi Dyfe i podał je Wielkiemu Kapłanowi.
        - O Wielka Bogini, nasza Wielka Matko - powiedział Melo wznosząc ręce z dzieckiem w stronę oślepiającego słońca. - Przyjmij, o pani, naszą ofiarę, aby twoja miłość do nas trwała nadal, a syn twój najjaśniejszy oświetlał drogę naszego życia. Przyjmij to, co kochasz najbardziej, przyjmij naszą miłość do Ciebie.
        Bo najważniejszą sprawą dla wszystkich było istnienie plemienia. Musieli Wielkiej Matce ofiarować niewinność najmłodszego chłopca urodzonego tej zimy, aby jej miłość do Tatrów nie uległa zepsuciu, by trwała nadal. Dyfe była dumna, że to właśnie urodzone i wykarmione przez nią dziecko dostąpiło zaszczytu, aby stanąć przed Wielką Macierzą. Ofiara ta składana w dniach równonocy wiosennej miała chronić plemię przed złymi mocami i chorobami, zapewnić im pomyślne łowy i płodność całej przyrody. Wszyscy trwali w milczeniu i wpatrywali się w skałę, na której leżało dziecko, którego płacz niesiony był echem ku szczytom... Nagle od słonecznej tarczy oderwało się wielkie ciemne ptaszysko zwabione płaczem dziecka... Zatoczyło koło nad skałą i porwało płaczące niemowlę w swoje szpony, i uleciało do góry by zniknąć w tle oślepiającej tarczy słońca. Modlitwy ludzi zostały wysłuchane, bóstwa przyjęły ofiarę z niewinnego ciała, z ich krwi i kości...
        - Wielka Macierz wysłuchała nasze prośby - uroczyście oznajmił Melo. - Weselcie się, by w dniach przesilenia wiosennego powitać nowy okres życia...
        - Uaau...! Uaau...! - wznosili ręce w szale radości. - Awow...! Awow...!
        - O...! Jeleń...! Mięso, które zesłała nam Wielka Matka...! - krzyknęła Geda wskazując zwierzę skubiące trawę. - My go zabijemy, my zapełnimy żołądki...!
        Kobiety nie wytrzymały rosnącego napięcia, chwyciły za włócznie i ruszyły w stronę pasącego się na skalnej półce zwierzęcia. Przejęte swoją rolą zdawały się nie czuć krwawiących otarć i zadrapań pozostawionych na gołych ciałach przez sęki, gałązki i kamienie. Otoczyły pasące się spokojnie zwierzę...
        - Łaau! Łaau! Łaau...! - nagle poderwały się i dzikim wrzaskiem wystraszyły jelenia, który odskoczył w bok, potknął się i stoczył się w przepaść... Do jelenia doskoczyły kobiety czekający na dole i w ciele rannego zwierzęcia zatopiły kamienne groty umocowane rzemieniami do włóczni. Nad dogorywającym zwierzęciem odtańczyły taniec radości i śmierci, aby duch jelenia nie mścił się na nich, bo nie zabiły go z żądzy krwi, a jeleń żyć będzie nadal w ich ciałach.
        Po południu wszyscy zajęci byli przygotowaniami do uroczystości. Kobiety i dziewczęta kościanymi grzebieniami rozczesywały mokre włosy, wplatały w nie gałązki drzew, źdźbła trawy i wiosenne kwiaty. Ciała swoje malowały czerwoną glinką, by podkreślić swoją otwartość i poświęcanie się dla innych, szczególnie dla mężczyzn, których musiały wzmacniać by byli silni i odważni. To ich energia pobudzała mężczyzn, aby razem osiągać boską moc. Pielęgnowały uda, gdyż grube uda były symbolem jedności, szczęścia i mądrości, a każda chciała wyglądać pięknie na powitanie wiosny i odradzającego się życia, bo taka była kobieca natura od zarania świata. Przyozdabiały swoje ciała zielonymi gałązkami i długimi źdźbłami różnych roślin upstrzonymi oczkami różnobarwnych kwiatów...
        Do rąk i nóg wiązały kościane grzechotki, kołaczące przy każdym kroku i ruchu. Kiedy dolinę rozświetliła blada twarz Wielkiej Macierzy jeden z mężczyzn zadął w żerdź spróchniałą i pustą w środku, a donośne trąbienie poniosło się daleko i odbijało się echem od otaczających polanę skalnych ścian, by ulecieć do niebotycznych szczytów i obwieścić wielką radość ludzi. Rozległy się też dźwięki kościanych fujarek i zawtórowało im głuche bębnienie.
        - Uaau! Uaau...! Uaau...! - radosny okrzyk przeciął mrok nocy. - Uaau! Uaau! Uaau...!
        Masi podeszła do ogniska, gdyż to ona tańcem starych kobiet musiała oddać hołd Matce Ziemi, karmicielce. Symbolizowała Wielką Matkę i w tańcu często unosiła nogę w znanym wszystkim geście: "Szanujcie miejsce którędy przyszliście na świat". Gładziła dłońmi duży brzuch, rozdęty pasmem przebytych ciąż, to unosiła wydatne piersi symbolizując karmienie odradzającej się przyrody...
        - Oooohh!. Aaaaahh...! Aaaaahh...! Ommmm! Oooooh! - wzdychały podniecone tańcem kobiety, naśladując szept wiatru i szmer potoku.
        Na koniec Masi szeroko rozłożyła ręce i od razu z beztroskim śmiechem podbiegły do niej kobiety wzruszone tańcem o nich samych, chwyciły się za ręce i zaczęły chodzić wokół ogniska. Dołączyli do nich mężczyźni pomalowani w świąteczne barwy, z gałązkami wplecionymi we włosy i przywiązanymi do nóg kościanymi grzechotkami. Wymachując rękami chodzili wokół ogniska i gibając się na boki śpiewali: "Awow! Awow! Awow! Awow!
        Dym z ogniska niósł specyficzną woń drażniącą nozdrza, a rytmiczne uderzenia pałek o puste kłody wprowadzały tańczących w coraz większą euforię. Ludzie zatracali się w obłędnym tańcu, który odpędzał złe moce i oczyszczał ciało, w szalonym tańcu ulatywali świadomością do świata bogów. Nie czuli bólu tańcząc po rozżarzonym węglu ze spalonych szczap, wykrzykiwali niezrozumiałe słowa dyktowane im przez bogów i przenikali mrok nocy. Na twarzach pojawiał się uśmiech i zadowolenie... Z wielu nosów i ust sączyła się krew, nagle zmęczeni padali na ziemię i zapadali w twardy sen, przerywany majakami. Ale potrzeba tańca była ogromna, że leżąc przez sen nadal przebierali nogami, podrywali bezwładne dłonie i wykrzykiwali przytłumione snem "Ałoło!"
        Po kilku dniach świętowania na powitanie wiosny i kolejnego roku powoli wszystko wracało do normalności. Pozostały już tylko wspomnienia po upojnych tańcach, rozmyślania po nadprzyrodzonych wizjach i spotkaniach z duchami mieszkającymi w zwierzętach, drzewach czy wodzie oraz rozmowach pomiędzy światem ludzi i duchów, światem ludzi i niepojętym światem bogiń... Pozostały tylko wspomnienia i tęsknota za następnym świętem. A dni stawały się coraz dłuższe i dłuższe... Aż w końcu nadeszła najkrótsza noc letniego przesilenia, wielkie święto ognia i miłości, do którego przygotowywano się przez wiele dni. Ustawiono kolejny kloc, symbol płodności i odradzającego się życia, który kobiety przyozdobiły wieńcami splecionymi z cetyny i kwiatów. Kobiety znowu w promieniach słońca pielęgnowały swoje uda, wplatały we włosy świerkowe gałązki przyozdobione kwiatami, pękami trawy i piórami ptaków. I kiedy słońce poszło spać po swojej pracowitej wędrówce po niebie, a na rozgwieżdżonym bezkresie zajaśniała blada twarz księżyca, w dolinie zapłonęły ogniska. Rozpoczęła się szczególna noc równonocy, a magia ognia hipnotyzowała i pobudzała moc wróżebną, pozwalała na całkowite zjednoczenie się z bogami i duchami opiekuńczymi. Mocą ognia oczyszczano ludzkie wnętrze, a po hipnotycznej medytacji rozpoczęto skoki przez ogień, by oczyszczającą mocą ognia oczyścić całe ciało, aż coraz bardziej czuć było swąd palonej sierści...
        - Wielka Matko, przyjmij czystość naszych kobiet - Melo uniósł rękę przerywając oczyszczający rytuał, padł na twarz i ucałował wilgotną ziemię... Wszyscy również padli na kolana - całowali wilgotną ziemię, którą pojęciowo łączono z kobietą, gdyż ziemia podobnie jak kobieta była wielką dawczynią życia.
        Tymczasem dziewczęta puszczały na wodę cetynowe wianki. Od kilku dni wykrawały płaty kory z młodych brzózek, które następnie zszywały paskami kory i wsypywały do nich okruszki żywicy. Wiązały fakły do kijów umocowanych do cetynowych wianków ozdobionych kwieciem, świętym ogniem podpalały swoje fakły i spuszczały wianki na wodę. Pragnęły, aby płonący na wianku ogień dotarł w zaświaty i pozwolił im właśnie tej magicznej nocy letniego przesilenia stać się kobietą i uczestniczyć w dalszych obrzędach...
        Od strony ogniska cały czas dobiegały odgłosy zabawy.
        - Ałoło! Ałoło...! Ałoło...! Ałoło...! - wytrwale śpiewali tańczący wokół ogniska. - Ałoło...! Ałoło...! Awow...! Awow...! Awow...!
        Rozgrzanymi ciałami kobiet zaczęły wstrząsać dziwne dreszcze. Przeszywały je dziwne napady bólu, a jęk kobiet rozbudzonych przez prawa natury coraz bardziej zamieniał się w głośny skowyt... Wymykały się do lasu, na oślep biegały wśród drzew, aby zaczerpnąć leśnej energii... Wycie kobiet odbijało się od górskich zboczy i niesione echem niosło się daleko w dolinę, odbijało się od szczytów prężąc ero mężczyzn. Kochano się więc namiętnie i bez opamiętania podczas rytualnych orgii, by zapewnić ochronę bogów, sprowadzić urodzaj, obfite łowy i płodność... Zgodnie z odwiecznymi prawami Wielkiej Macierzy tej ognistej nocy kobiety dziczały w poszukiwaniu zapachu nielicznych mężczyzn, nęciły ich swoim zapachem i zniewalały ich męskość...
        Rozpoczął się czas wyjących kobiet...

I Powrót na górę I

NAGRODY SPECJALNE

NAGRODA PREZESA ZARZĄDU OKRĘGU MAZOWIECKIEGO PZN
W KATEGORII POEZJI

ANDRZEJ RODYS

HISTORIA CYWILIZACJI

od zarania walczą
każdy z każdym o wszystko i o nic
makro mikro
bezkrwawo krwawo
wielkie wojny i małe gry
pranie mózgów
pranie pieniędzy
wojny: zimna-dorszowa-kokosza
bić sąsiada albo zabić drozda
ustawiczny skok na bank po kasę
zamach-protest-superdemonstracja
stos kampanii z girlandami trucizn
zacietrzewień i odczłowieczenia

patrzmy lepiej jak szara kaczuszka
wdzięcznie sunie po skażonej wodzie

MÓJ PRZYJACIEL BÓL

w hotelu zwanym ego
szykuję lokum
dla mego bólu-satelity
bo na nic super-proszki
nadęte telewizyjną glorią
jak snajper trafiające w ból

złączeni dożywotnio
w radosnym współistnieniu
w makabrycznej projekcji
nie podobnej nawet do sensu

lecz w czym właściwie widać sens (?)

PASJANS

zagram wam na srebrzystym czajniku
uwerturę opery mydlanej
najkonieczniej w tonacji as-pik
w tej operze
groźny król kierowy
pomrukuje jak grzywiasty kot
przy wtórze wąsatych waletów
o cokolwiek gotowych się bić
w ostrzach walecich halabard
zalotne odbicia dam
tak pierwszych jak i ostatnich
i pląsawica menuetowata
czerwonych i czarnych
jakby u Stendhala

NAGRODA DYREKTORA OKRĘGU MAZOWIECKIEGO PZN
W KATEGORII PROZY

MONIKA ŁYSEK

CZUĆ TRAWĘ POD STOPAMI

        Czuła. Czuła trawę pod bosymi stopami... To przecież niemożliwe... A jednak - chłodne, soczyste swą zielenią źdźbła łaskotały ją w pięty. Wokół łąka, ozdobiona gdzieniegdzie kwiatami we wszystkich kolorach tęczy, kołysała się miarowo. Barwy kwiatów, w niezwykle spokojnym tańcu, falowały wraz z morzem zieleni. Motyle przysiadając na ich płatkach poddawały się wszechowładniającemu spokojnemu ruchowi, wprowadzającemu w trans. Trawa delikatnie układała się pod jej stopami. Nogi, wokół których okręcała się lniana, różowa sukienka, ledwie muskały ziemię. Ciało samo wirowało, stopy same stawiały kroki, wychodzące gdzieś z głębi jej duszy. Istniało tylko serce i dusza... Reszta, uwolniona z okowów myśli, dryfowała daleko poza nią.
        W oddali przeźroczysto-błękitne niebo całowało kuszącą zieleń Ziemi. Słońce pieszczotliwie, niczym najczulszy kochanek, muskało jej twarz, a ciało samo podążało za muzyką słyszaną w oddali. Czuła się... Sama nie wiedziała, jak nazwać swój stan. To było ekstatyczne szczęście, stan niewyobrażalny, niemożliwy do wypowiedzenia. Prawie frunęła nad łąką, niesiona przez nuty walca "Nad pięknym, modrym Dunajem". Muzyka sama nakazywała ciału, by poruszało się w określony sposób. Stopy same płynęły, delikatnie prowadzone prze nuty. Cała wyglądała niczym nimfa, której życie płynie na beztrosce. Szczęście było tak ogromne, że odbierało jej oddech, ciążąc słodko gdzieś w okolicy serca. W tej chwili mogłaby ucałować cały świat. Tańczyła całą sobą i tylko to się liczyło. Nic poza tym nie istniało, nic się nie zdarzało, nic poza ruchem nowego nie powstało. Płynęła niesiona przez dźwięki klasycznego, wiedeńskiego walca...
        W chwili, gdy miała wykonać kolejny półobrót, ziemia jakby zatrzęsła się pod jej stopami. Spod półprzymkniętych powiek wciąż widziała łąkę, lecz już nieco wyblakłą, mniej kolorową. Trawa straciła swoją soczystą zieleń, a barwy kwiatów i motyli spłowiały. Zacisnęła powieki, chcąc zatrzymać obraz tamtej polanki. Nie udało się; rzeczywistość, niczym podstępna wiedźma z baśni, wpraszała się do jej świadomości... Czarny kudłaty pies, ciepłym, wilgotnym językiem polizał jej rękę. Szybko cofnęła dłoń, chowając ją pod koc otulający nogi. Nadal okrywanie kończyn, które niczego nie czuły, nie reagowały na dotyk, nie broniły się przed kłuciem, czy szczypaniem, wydawał się jej oczywistym nonsensem. Jednak trudno było o tym przekonać najbliższych. Nadmierne nadskakiwanie, wyręczanie, zgadywanie potrzeb zanim zdążyła o nich pomyśleć było po prostu irytujące. Protesty, bunt na nic się zdały, więc wybrała niemy opór, bierność w zetknięciu z otoczeniem, dla którego była tylko niepotrzebnym balastem. Okazało się to najlepszą, choć mocno raniącą, bronią. Trochę czasu upłynęło zanim odkryła, że nie można zmienić tego, co nastąpiło. Nie może już niczego odwrócić, ale zaakceptowanie nowego stanu było o wiele trudniejsze od świadomości niezmienności przeszłości - co już się stało, pozostanie. Mówiąc wprost umrze jako kaleka! Życie, które jej pozostało spędzi na wózku. Kiedy jeszcze leżała unieruchomiona w szpitalnym łóżku ktoś jej powiedział, że zostało jej podarowane drugie życie. Strasznie się wtedy wściekła... Czy ktoś w ogóle pytał, czy chce takie życie?! Wsiadając owego feralnego dnia do samochodu nikt nie zapytał, czy ma ochotę na diametralną, nieodwracalną zmianę swojej egzystencji. To wszystko wydarzyło się poza nią. Była tylko marionetką, szmacianą lalką w rękach losu, a być może Boga, w którego i tak nie wierzyła. Dla niej "drugie życie" brzmiało niczym kpina, najgorsze szyderstwo. Ktoś postawił szklaną taflę na środku jej ścieżki, nie pozwalając powrócić do tego, co było...
        Spojrzała nieobecnym wzrokiem na psa, biegającego wokół jej wózka. Tak naprawdę to tylko on okazał prawdziwą, nie podszytą nikomu niepotrzebnym współczuciem radość, kiedy wreszcie wróciła do domu. Dla niego wciąż była tą samą dziewczyną, bez względu na to, czy stała na własnych nogach, czy siedziała bez ruchu na wózku. Cały ludzki świat traktował ją schizofrenicznie: udając, że nic się nie stało, że wszystko jest tak, jak przedtem, chodził jak wokół jajka, bojąc się najmniejszym gestem czy słowem okazać, że jest inaczej niż było kiedyś...
        Blady księżyc uśmiechał się nieśmiało chłodnym blaskiem, nieco zawstydzony obecnością srebrzystych, chichoczących gwiazd i gwiazdeczek. Nieco speszony ich ciągłym kokieteryjnym mruganiem, przyciągnął delikatną, puszystą chmurkę. Wsunąwszy się pod nią, wyściubił jednak część swojej pulchnej twarzy. Nie chciał bowiem przedrzemać całej, ciepłej, pachnącej maciejką nocy. Tam w dole, mimo ciemności, działy się ciekawe rzeczy. Sowa bezszelestnie przemieszczając się w powietrzu chwyciła w swoje szpony polną myszkę. Gdzieś po dachu miękko przechadzał się dostojny kot, szukając towarzystwa gibkiej i zwinnej kotki. Cały świat otulał leniwy spokój. W dali delikatnie szumiała woda w strużce, opasająca niczym wstęga zieloną łąkę. Księżyc leniwie wodził wzrokiem po swoim nocnym królestwie. Wszystko wydawało się być tak jak powinno - pozorny błogi spokój, pod którym tetniło mocne, nocne życie.
        Wtem, kątem oka zauważył jakiś ruch... Jakby cień przepływający po skropionej nocną rosą łące. By móc lepiej przyjrzeć się temu niespodziewanemu zjawisku odsunął od siebie mięciutką chmurkę. Ta, nieco urażona, odpłynęła na drugi kraniec nieba, do swojej przyjaciółki, malutkiej gwiazdeczki.
        Ten ruch... Pulchny satelita Niebieskiego Globu, wychylił się nieznacznie ze swego miejsca obserwacyjnego. Wreszcie dojrzał. Postać w zwiewnej, powłóczystej sukni, lekko, niemal frunąc tuż nad trawą, przesuwała się po ciemnozielonej plamie. Choć w swoim życiu widział już niejedną tańczącą nocną porą kobietę, to ta w szczególny sposób go urzekła od pierwszego wejrzenia. Było w niej coś niezwykłego... Jakaś szczególna aura emanowała z jej wnętrza powodując, że kto już raz na nią spojrzał, zahipnotyzowany nie potrafił, a może i nie chciał, spuszczać z niej oczu. Patrzeć - oto było jedyne pragnienie każdego, kto ją zobaczył. Miękkimi ruchami, zdawała się płynąć tuż ponad puszystym dywanem trawy. Jej ciało synchronizowało z niesłyszalną dla uszu, ale wyraźnie wyczuwalną muzyką nocy. Jedynie świerszcz w trawie przygrywał cichutko na swoich skrzypkach, idealnie wkomponowując się w nocne dźwięki. Wszystko wokół - rośliny, nawet te najmniejsze, najmarniejsze, owady kochające mrok nocy i zwierzęta, dla których noc jest dniem, powyłaziły ze swoich kryjówek, norek, by patrzeć, chłonąc najmniejszy ruch dziewczyny. A ona tańczyła, stając się tylko ruchem. Jej umysł lewitował gdzieś w chmurach otulających księżyc. Lekka niczym piana morska unosiła się hen, wysoko, stając się integralną częścią nocy. Nie odczuwając niczego, wolna od wszelkich ziemskich trosk. Jej serce zostało przepełnione niewypowiedzianą ekstazą. Szczęście sięgało najwyższego pułapu nieba. Wszystko zamarło w niemym zachwyceniu...
        Nagle ziemia pod stopami lekko zadrżała, jakby przeszyta zimnym dreszczem. Na ułamek sekundy jej krok został zachwiany, lecz nie zburzyło to harmonii ruchu. Wciąż płynęła przez nocną łąkę. Lecz wstrząs się powtórzył. Tym razem był na tyle mocny, że otworzyła oczy i przystanęła. Wszystko wokół się chwiało, jakby za chwilę miał runąć cały świat. Księżyc zbladł, stając się niemal przeźroczysty. Jego kontury rozmyły się na tle czarnego nieba, które niczym atramentowa plama, zaczęło wchłaniać wszystko, co znalazło w jej zasięgu. Szybko cała łąka dostała się do leja czarnej dziury, a ona stała przerażona, nie wiedziała co zrobić. Przerażająco ciemna, lepka nicość zaczęła ją wciągać, pochłaniać, pożerać niczym nienasycony, baśniowy potwór...
        Pies cicho warcząc, ściągał z niej kołdrę. Lekko posapując, tarmosił przykrycie. Gdy zorientował się, że jego pani wreszcie otworzyła oczy, jednym zwinnym susem wskoczył na łóżko. Wciąż jeszcze otulona senną mgiełką poczuła na swojej twarzy wilgotny psi język. Zwierzak nie pozostawił jej wyboru, musiała opuścić krainę nocnych marzeń. Zgrzytająca rzeczywistość bezpardonowo domagała się jej obecności. A ona jej nie chciała! Nie pragnęła zwlec się z łóżka, by usiąść na tym okropnym, znienawidzonym wózku! Nie mogła znieść promienistej jasności dnia. Nie mogła patrzeć na chodzących ludzi... Dla nich stawianie kroków było czymś tak oczywistym, że w ogóle nie zastanawiali się nad tym - po prostu szli... Kiedyś również ona chodziła. Ba! Nie tylko kroczyła przez życie, ale przede wszystkim tańczyła. Taniec był całym jej życiem. Wielogodzinne próby wyczerpywały ją fizycznie, ale jednocześnie jest umysł stawał się wolny od przyziemnych myśli. Chwile spędzone na sali gimnastycznej były najszczęśliwszymi momentami. Tam mogła być sobą, mogła w pełni pokazać siebie... Teraz to wszystko bezpowrotnie minęło... Rozwiało się niczym dmuchawiec na łące.
        Nie mogła, nie chciała, nie potrafiła żyć w ten sposób. To było ponad jej siły. Rozważała swoje położenie na tysiąc sposobów i zawsze dochodziła do wniosku, że jej życie już się skończyło. Teraz jedynie wegetuje... Istnieje, jakby w szklanej bańce, do której nie dochodzą żadne dźwięki, słowa. Nie czuje smaków ani zapachów. Zapomniała, co to jest radość i śmiech. Za to dobrze poznała słony smak łez i przytłaczający ból rozpaczy. Nie mogła żyć w ten sposób...
        Stało się jakoś dziwnie. Jeszcze nie umiała określić tego stanu. Przez chwilę widziała podłogę, a na niej drobne, różowe pigułki, które nagle zaczęły wirować, zamieniając się w różowo-przeźroczyste bańki. Czuła, jak jej ciało staje się niewyobrażalnie ciężkie, opada bezwładnie w dół. Łóżko gdzieś się zapadło, znikając w ciemnej dziurze, do której sama wpadła w chwilę potem. W pierwszej chwili przeraziło ją to. Czuła się, jak ktoś wrzucony w głęboką toń wody. Wokół panowała czarna, gęsta, nieprzenikniona ciemność. Lecz pierwszy strach zniknął, zanim zdążył się przemienić w panikę. W pewnej chwili to nagłe spadanie stało się przyjemne. Cała zanurzyła się w ciepłej, delikatnej piance. Poczuła subtelny, słodki truskawkowy zapach. Lepka substancja unosiła ją niczym spokojna rzeka, przepływająca przez polanę. Jej ciało przestało podlegać sile ciążenia, stając się lekkie niczym puch, a umysł lewitował, odnajdując niespotykany błogostan. Coś niosło ją w dal. Było to dziwne, zaskakujące, ale przestała się bać. Całkowicie poddała się nurtowi. Od czas do czasu tuż obok niej przepłynęła różowa bańka... Przez senny umysł leniwie przebiegła myśl, że ta bańka przypomina... Ech, nieważne już co... Wszystko nagle straciło swój sens i pierwotny wymiar... To, co jeszcze wczoraj zdawało się być istotne, sprawy, które wciągają wszystkich w codzienny, zwariowany wir zwany życiem, po prostu rozmyły się w mlecznym niebycie. Płynęła wciąż dalej i dalej... Cały świat wokół stał się kojąco spokojny. Czuła otulającą błogość i harmonię, których od dłuższego czasu tak pragnęła.... Była wolna, niezależna... Wreszcie należała do siebie samej. Odnalazła niebiański spokój i boską równowagę, których od tak dawna poszukiwała.
        Nagle różowa rzeka plazmy, unosząca ją w dziwnych przestworzach, spiętrzyła się, spięła się w sobie tworząc wysoką, lepką falę. Przez moment stała wysoko, niemal całując się z niebem, przytrzymując na swoim grzbiecie balansujące ciało dziewczyny, po czym łagodnie opadła w dół. Ześlizgnęła się po niej niczym dziecko po zjeżdżalni i stanęła na ciepłym, delikatnym piasku. Jej bose stopy wyraźnie wyczuwały miałkość podłoża. Różowa plazma gdzieś znikła, przemieniając się w niebiesko-zielone, spokojne morze. Z chwilą, gdy dotknęła stopą piasku wszystko, co do tej pory przeżyła, kim była zostało wymazane w Wielkiej Księdze Życia. Nie znała swoich poprzednich smutków, radości, nie pamiętała ludzi, których kochała. Zapomniała o marzeniach mieszkających w sercu i złych myślach drążących mózg... Było tak spokojnie, że można było jedynie tańczyć do muzyki fal.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

Barykada Pamięci...
Piotr Stanisław Król o tomiku poezji Krystyny Łagowskiej
„Powstańcza barykada - Warszawa 1944”

Okładka Powstańczej barykady        Andrzej Zaniewski we wstępie pt.: "Żyjące serce miasta" napisał m.in. takie słowa: "Krystyna Łagowska nie może milczeć, nie chce powstrzymywać słów przemyślanych i potrzebnych, nie umie tylko słuchać opowieści i oglądać spłowiałe zdjęcia... Uważa, że Powstanie Warszawskie wciąż domaga się komentarzy i, że nie wszystko jeszcze zostało powiedziane...". Poetka "nie chce powstrzymywać słów przemyślanych i potrzebnych..." o dramatycznych wydarzeniach, które rozgrywały się w tym bohaterskim mieście przed ponad 60. laty. Czuje w sercu i duszy nieustanną potrzebę przypominania, poruszania sumień, zmusza do refleksji, a i czasem do zażartych dyskusji. "Nie wszystko jeszcze zostało powiedziane..." - czytając wiersze poetki odkrywam ze zdumieniem nowe słowa-klucze, które pozwalają mi, choć wciąż nie do końca, zrozumieć tamten czas, decyzje, postawy ludzi...
        W tytułowym wierszu wydanego przed trzema laty tomiku pt. "Poczta Powstańcza" Krystyna Łagowska pisze o ocalałej w ruinach Warszawy kurierskiej torbie pełnej listów, które nigdy nie dotarły do adresatów. Na rozrzuconych kartkach odczytujemy słowa ze "zrudziałych niczym krew liter", z których jedno jest swoistym kluczem do niniejszego tomiku pt. "Powstańcza barykada - Warszawa 1944" - jest nim krótkie i zdecydowane: WALCZYMY!
        Jesienią 2005 roku byłem na spektaklu teatralnym opartym na podstawie poezji z "Poczty Powstańczej" Krystyny Łagowskiej wystawionym w Mazowieckim Centrum Kultury na ul. Elektoralnej w Warszawie. Współczesna warszawska młodzież symbolicznie wzięła na swoje ramiona odnalezioną w ruinach tego bohaterskiego miasta torbę z listami z roku 1944 i poniosła dalej jego ulicami. W poczuciu misji i z przesłaniem, że pamięć o tamtych heroicznych wydarzeniach musi przekazać dalej, swoim dzieciom, wnukom, prawnukom. Ta WALKA nie może nigdy ustać. Poetka wzywa nas nieustannie na barykady Pamięci...

Krystyna Łagowska "Powstańcza barykada - Warszawa 1944", Wydawnictwo Komograf, Ożarów Maz. 2008, Wstęp - Andrzej Zaniewski, ISBN 978-83- 85907-73-2, s. 52

Krystyna Łagowska - ur. 4 czerwca 1926 roku we Włocławku, od kilkudziesięciu lat mieszka w Warszawie. W 2005 roku ukazał się jej tomik poezji pt. "Poczta Powstańcza", który spotkał się z dużym uznaniem czytelników oraz krytyków. Na jego podstawie powstał spektakl teatralny "Tobie Warszawo", którego premiera miała miejsce w Mazowieckim Centrum Kultury w Warszawie na jesieni 2007 roku. Laureatka wielu nagród i wyróżnień, w tym II miejsca w V Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej w 2005 roku. Należy do grupy literackiej Poetica przy Klubie Twórczości "ŻAR" w Okręgu Mazowieckim PZN, członek Stowarzyszenia Autorów Polskich.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

SKRADZIONE JUTRO CICHO SKAMLE ZA ROGIEM
Andrzej Zaniewski o tomiku poezji Ireny Komar-Pursy "Skradzione jutro"

Skradzione jutro - okładka        Skrót-błysk, pointa pełna filozoficznej mądrości z delikatną nutką ironii, otwiera-rozpoczyna wiersz, czyli zapis przemyśleń o naszym zaistnieniu na Ziemi, a więc o tajemnicy, dotąd nie rozwiązanej, która często staje się obsesją. Między poetą a czytelnikiem jego wierszy toczy się dialog, w którym kartka książki jest w pewnym sensie drogowskazem, tablicą informacyjną, morską latarnią... A umysł czytelnika, o ile jest to umysł chłonny i analityczny, może podjąć wyzwanie... Pierwszy tom wierszy Ireny Komar-Pursy adresowany jest do takich właśnie czytelników - myślących głębiej, wrażliwych i chcących odkrywać rzeczywistość, w bogactwie i złożoności tworzących ją zjawisk, w poszukiwaniu prawd i praw, które o niej decydują.
        Irena Komar-Pursa przez wiele lat niechętnie przyznawała się do tworzenia, oceniała innych z perspektywy pozornie neutralnej, niezaangażowanej, i czyniła to z delikatnością i wrażliwością doświadczonego psychologa. Prowadząc przez wiele lat warsztaty z grupą niewidomych i niedowidzących pisarzy w Klubie Twórczości ŻAR przy Okręgu Mazowieckim Polskiego Związku Niewidomych, i dysponując rozległą wiedzą o literaturze i znaczącym doświadczeniem filologiczno-pedagogicznym autentycznie pomagała tym wszystkim, którzy takiej pomocy oczekiwali. Pytana o "własne pisanie" dyplomatycznie milczała, a jeżeli już potwierdzała, to ze skromnością i pokorą, jakby obawiając się ocen i sądów nie zawsze przecież obiektywnych i życzliwych. Krążyły też o jej wierszach przeróżne opowieści, legendy i plotki, chociaż sama poetka unikała rozmowy na tematy osobiste. Dzisiaj z perspektywy długoletniej współpracy i współuczestnictwa w wielu spotkaniach i dyskusjach sądzę, że rozumiem przyczyny tego narzucanego samej sobie stanu powstrzymywania się przed własną, intymną wypowiedzią poetycką, przed ujawnianiem swych możliwości twórczych i konkretnych przecież osiągnięć...
        Piękny, dojrzały język, obfitość słów i pojęć, perfekcyjne umiejętności stylizacyjne i opanowanie warsztatu, zawsze posłusznego zamierzeniom autorki, metafory oryginalne i głębokie, bogactwo symboli, motywów, szczegółów, zawoalowanych odniesień do różnych miejsc i momentów w literaturze i historii. Dawno nie czytałem równie precyzyjnie przygotowanego debiutu poetyckiego i cieszy mnie, że Irena Komar-Pursa osiągnęła tak wysoki stopień poetyckiego wtajemniczenia... Zastanawiam się jednak jaki był koszt tej pracy nad sobą, bo z wieloletnich obserwacji wiem, że za wiedzę życia, za oryginalną, własną filozofię, za mądrość płaci się cenę niewymierną... I tak na kruchej kartce odbija się los poety, życie w drapieżnej, chociaż pięknej rzeczywistości. Złożone i trudne, a chwilami okrutne zdarzenia przeobrażają się w struktury słów. Można się z życia nawet śmiać, parodiować, czy "iść w ironię", lecz uciec nie można, bo to twoja krew i twoje łzy na kartce lub w komputerowej sieci... "Obłudne uśmiechy / Czcze komunikaty / Przyćmione światła..." otaczają nas szczelnie jak papierosowy, kawiarniany dym... "Czas mija...". Wstrząsające są wiersze o przemijaniu, zmęczeniu, senności, starości. Można nie zgadzać się i zarzucać autorce nadmierny pesymizm, ale równocześnie trzeba darzyć szacunkiem tę wielką rozpacz istnienia, i poczucie krzywdy, które są w tej poezji obecne, bo przecież rodzimy się już z wyrokiem śmierci. Bezdomni, poniżeni, upokorzeni - ich świat dzielony na chwile przez klęski i nekrologi - matki, ojca - jest poetce szczególnie bliski, bo przecież "Jestem na rozdrożu / Błądzę / Odchodzę", a czasami chciałabym "wejść już tylko w sen".
        W tym być może autobiograficznym świecie przebudzenie - łączy się, a nawet rymuje nierozerwalnie - z przerażeniem, a są to nie tylko słowa i pojęcia, lecz znaczenia wywiedzione z przeżyć, realnych, autentycznych doświadczeń i cierpień... I chociaż czytelnik może się poczuć zatrwożony, to na litość, nie domagajmy się optymizmu tam, gdzie go być nie może.
        Irenę Komar-Pursę uważam za mistrzynię tworzenia nastroju... Kilka zgrabnie ułożonych zdań, słów, równoważników i czytelnik poddaje się atmosferze mroku, zmierzchu, mgły, niepewności, samotności, niedoczekania, zagrożenia... W utworze, a właściwie poetyckim rachunku sumienia zatytułowanym "Skamieniałości" "...powoje wiją się zardzewiałą zgrają"... "stukają do okien skrobią pazurami / nękają sumienie dawnymi winami / - że kiedyś zawiodłam / - że kogoś skrzywdziłam / - że zgubiłam klucze / - że się zatraciłam...". Zachwycił mnie ten wiersz swą prostotą, aktualnością, dosłownością i kompozycją. Utrzymany częściowo w poetyce tradycyjnej - z rymem i rytmem - przykuwa naszą uwagę, budzi wspomnienia, skłania do autorozliczeń, również wobec historii, i niespełnionych marzeń, i rezygnacji... Nie wszyscy mamy przecież czyste, przejrzyste źrenice.
        Intryguje mnie w literaturze stosunek pisarzy do Czasu i Historii, do Przemijania i Powracania. W pewnym sensie jest on miarą wartości ich dzieł, a również dowodem wrażliwości, uczulenia na zjawiska, zdarzenia, przeżycia, również intymne. W wierszu zaczynającym się od słów "Ktoś wyrzucił zegarek przez okno..." znalazłem próbę wyjaśnienia, odpowiedź poetki na pytanie, które wciąż sobie zadajemy - dokąd? skąd? i po co? Jest to interpretacja dość szczególna, wyznanie pełne obaw, a równolegle i zgoda na fakty, których zmienić, ani wyminąć nie podobna. Bo chociaż "My / biegniemy / brniemy / czołgamy się / wijemy... / Do samego końca / naszego czasu? / - On jest poza nami". Te słowa wyjaśniają wiele zdarzeń, nie tylko z poezji Ireny Komar-Pursy, ale zapewne i z jej życia. Trudno wyobrazić sobie, aby książka złożona z utworów tak dramatycznych, uczuciowych, momentami gorzkich i smutnych, mogła powstać inaczej. Zresztą wiersze - cały tom - poświęcone zostały "mężczyznom mego życia - Ojcu i Synowi'", a ich delikatnie zarysowane sylwetki towarzyszą nam podświadomie podczas lektury, wyzierając i pojawiając się w różnych momentach. Dedykacja zresztą narzuca nam te poszukiwania...
        "Chciałam widzieć światło / chwytałam je chciwie" - wyznaje poetka i wierzymy jej bez zastrzeżeń. Mówią o tym wiersze zachłanne, drapieżne, gorzkie, chwilami turpistyczne, opisujące losy bez masek i zasłon, świat pełen zwątpienia jak u Orwella... Z jednej strony gorycz i rozczarowanie "Upadła twarzą na dywan / szepcząco przeklinając życie"... A z drugiej zachwyt nad urodą istnienia i wiersze zafascynowane pięknem człowieka, jak chociażby "Ballada o Dłoniach" - "Dłonie / Pamiętajcie że ktoś może / Was kochać". Jeden z najpiękniejszych wierszy o Człowieczeństwie jaki czytałem!
        Zjawiskiem w poezji Ireny Komar-Pursy jest autoreżyseria (przepraszam za wymyślone, lecz chyba nowe określenie) niektórych wierszy, ich filmowość, wiązanie ze sobą odległych pojęć, by przywołać obrazy szczególnie sugestywne i atrakcyjne dla - no właśnie, czy tylko dla pobudzenia własnej wyobraźni i wyobraźni przyjaciół - również poetów - czy może dla słuchaczy przypadkowych i czytelników, nie zawsze przygotowanych do odbioru nowocześnie zapisywanych strof. A jednak nikt nie pozostanie obojętny...
        Smutne wydają się wiersze Ireny Komar- Pursy. Smutne, gorzkie, mądre i emanujące wewnętrznym spokojem. Spokojem, a może tylko chwilowym uspokojeniem, albo obroną przed rezygnacją ostateczną, zrezygnowaniem... To niemożliwe, bo świat, los, przeznaczenie, i my przecież, rzeczywistość, wciąż oczekujemy od niej słów i myśli, które i nam pomogą w naszych zmaganiach. Wielu z nas odbierze przecież te rozważne i wyważone zwierzenia jak opowieść-rzekę o sile przemijania i naszym skłóceniu z losem, nigdy nie układającym się tak jak tego oczekujemy. Nie jest to jednak wiedza przytłaczająca, spychająca w dół lub zwiastująca samozniszczenie, a przeciwnie...
        Chociaż "wrzaski potężniały, drzwi z trzaskiem waliły", chociaż "po nocy bezsennej opadły powieki i cisza nastała, wiatr potargał słowa na strzępy" to jednak "trzeba iść" - wyznaje autorka w wierszu-balladzie "Noc na Trawiastej w Aninie", dodając w zakończeniu bardzo osobiste wyjaśnienie "Już pora / bardzo zapóźniona / chociaż taka śpiąca".
        Są w tomie i wiersze krytyczne, jakby adresowane do określonych osób lub przypisane do spraw i problemów... Są więc doraźne reakcje na poczucie skrzywdzenia, czy odtrącenia, na własne momenty smutku lub sposób bycia przyjaciół, chwilami niesfornych, jak wiersz o poecie, który chciał zmieniać świat, lecz nic w sobie. Czytelnik - oczywiście czytelnik myślący, związany z wyższą kulturą, znający wydarzenia z lat ostatnich - odnajdzie tu środowisko literackie i artystyczne, kawiarnie z Krakowskiego Przedmieścia i ciche sale naszych spotkań z ulicy Jasnej. Zdarzają się też i piękne aforyzmy, ważne sentencje, opisy z kluczem pasujące do faktów o szerszym zasięgu, o znaczeniach społecznych, historycznych, również politycznych. Są i podteksty, dyskretne sugestie, słowa-maski, jak u Achmatowej, Poświatowskiej, czy dziś niemal zupełnie zapomnianej Małgorzaty Hillar. Wymieniam znaczące nazwiska, bo to tej klasy twórczość liryczna. I możesz przekonać się o tym czytelniku otwierając książkę na którejkolwiek ze stron...
        Oczarowała mnie piosenka, pozornie błaha, leciutka, a jakże głęboko w duszę sięgającą. Piórko czy skalpel? Przytaczam ją w całości:

Miałam ci ja
troszkę więcej,
Teraz nie mam nic
Zakręciło
Pokręciło
wpadło w wir
Ale co?
Ale nic
Cicho sza
Pędzi wiatr
chmury gna
Deszcz już pada
Wracać czas
Zmarzły dłonie
Zmarzło serce
Zapadł mrok
Cicho sza
Pędzi wiatr
chmury gna
Nic już nie mam
Miałam troszkę
Zdmuchnął wiatr...

        Pojedyncze wiersze Ireny Komar-Pursy znałem już wcześniej i zawsze zastanawiałem się dlaczego tak dojrzała, fascynująca czytelników autorka, milczała tyle lat, pogodzona z niedostrzeganiem, z obojętnością. Na szczęście ten dość obszerny tom częściowo wyrównuje nam te straty.

Irena Komar-Pursa "Skradzione jutro", Wydawnictwo Komograf, Ożarów Maz. 2008, wstęp - Andrzej Zaniewski, redakcja - Piotr Stanisław Król, ISBN 978-83-85907- 80-0, s. 90

Irena Komar-Pursa

Irena Komar-Pursa - poetka, publicystka, filolog, tłumacz, pedagog. Ukończyła slawistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendystka na Uniwersytecie im. Łomonosowa w Moskwie. Całe zawodowe życie przepracowała jako nauczycielka jęz. rosyjskiego i polskiego w liceach oraz na zajęciach ze studentami. Pracowała także jako tyflopedagog z młodzieżą szkolną z dysfunkcjami wzroku w Zespole Szkół na ul. Koźmińskiej w Warszawie. Przez trzy lata była Inspektorem Oświaty i Wychowania. W latach 80-tych aktywnie działała w szeregach Solidarności Walczącej. Od roku 2000 pracuje jako wolontariuszka w Okręgu Mazowieckim PZN. Współzałożycielka Klubu Twórczości ŻAR (gdzie pełniła do roku 2004 funkcję sekretarza) i grupy literackiej Poetica, którą prowadzi przez wiele lat jako instruktor literacki, opiekun warsztatów pisarskich. Organizatorka i animatorka licznych imprez kulturalnych, wieloletnia członkini jury Mazowieckiego Konkursu Małej Formy Literackiej. Sekretarz redakcji kwartalnika kulturalnego "Sekrety ŻARu". Za swoje zasługi otrzymała honorowe członkostwo PZN oraz została wyróżniona Odznaką Honorową PZN. Publikowana na łamach wielu pism, w tym: "Sekretach ŻARu", "Pochodni", "Dłonie i Słowo", "Świat Ciszy". Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich.

I Powrót na górę I

NOWOŚCI WYDAWNICZE

DOCIERANIE DO UCZUĆ
Stanisław Stanik o debiutanckim tomiku Kariny Miękus "Stan wewnętrzny"

Stan wewnętrzny - okładka        Jakże pięknie ujął w słowa istotę poezji Kariny Miękus, która zadebiutowała tomikiem "Stan wewnętrzny", Andrzej Zaniewski, autor wstępu pt.: "Stan tworzenia drzwi". Napisał mianowicie tak: "Język zasłon, masek, skojarzeń, niedomówień, skrótów ukazuje nam zamyśloną i pulsującą uczuciami twarz poetki". Zamyślenie - nie wiem, poetka raczej jest spontaniczna, aczkolwiek każdy wiersz powstaje z jakiejś nadzmysłowości, opanowania. Uczuciowość - zgoda, każde słowo u Kariny Miękus tętni przeżyciem, gorącym i pulsującym, tylko wrodzona, a może i nabyta kultura nie pozwala pójść sercu samopas. Zawsze ono bije tak, aby odnajdywało swój sens, opanowany rytm.
        Tytuł zbioru poetyckiego "Stan wewnętrzny" zdaje się kierować uwagę na psychikę, osobowość i najczulsze rejestry uczucia. W istocie ten zbiór wierszy kieruje czytelnika na osobę poetki, jej największe głębie, ale myślę - i to od zaraz - że i tu, w tym tomiku stan wewnętrzny podmiotu w pełni nie ujawnił się. Różewicz pisał o wstydzie uczuć, Herbert o postawie wyprostowanej - a tu wszystko na nic, wchodzi w życie nowe pokolenie, między nami mówiąc, już nie takie najmłodsze - i pisze wiersze bez komentarza, bez kontekstu - dopiero trzeba wnikać w ich znaczenia, obiektywną formułę, a i tak pozostanie dużo niewiadomych. Taka jest ta poezja "Stanu wewnętrznego", bez zanurzenia w rzeczywistość społeczną, nawet kulturową, jak w Nowej Fali czy u nowych roczników.
        W jakimś sensie poezja Miękus jest poezją codzienności - jak filozofia codzienności w kreacji Marii Szyszkowskiej. Pojawiają się tu takie elementy, jak: kawa, psy, aleja, dom, szczurzyce, ukazuje mnóstwo akcentów z życia otaczającego, ale przecież nie dosłowność, nie realizm jest domeną tej poezji. Rzeczy konkretne tylko budują otoczkę "stanu wewnętrznego", bo tak naprawdę akcja, sens rozgrywa się w reakcji: ja - ty, kobieta - mężczyzna. To jest główny sprawdzian i rytm "Stanu wewnętrznego". W rozdziale tomiku "Miłosny koncert" jest wiersz - jak zwykle bez tytułu - który brzmi tak:

Głośniej i mocniej zachęcałeś mnie do krzyku
To dziwne ale potrafię ciszej i lepiej
zapomnieć się w rozkoszy
Dzięki tobie nie uda mi się nie pamiętać
dotyku ciebie.

        Cała uczuciowość, cały stan przeżywania siebie skierowany jest na "ja", na podmiot, osoba druga, partner, kochanek stanowią tylko tło. I to jest istota "Stanu wewnętrznego". który zna siebie, skierowany jest ku sobie i o nim możemy dużo powiedzieć - a świat zewnętrzny jakby nie istniał.
        Poetka Karina Miękus wnosi zupełnie nowe tony do poezji miłości. To delikatność "pocałunków" Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej i dramatyczność okryta miłością serca Haliny Poświatowskiej, ekspresja Małgorzaty Hillar, nawet kultura Amandy Fox, wszystko zrodzone jakby w ekstazie - cały obraz sytuacji nakierowany jest na akceptację partnera i jego świata, czasem zimne trochę spojrzenie. To o Michale Aniele bodaj powstała książka "Udręka i ekstaza", myślę, że ten tytuł pasowałby najlepiej jako przesłanie dla tej poetki, Kariny Miękus, debiutantki, której wierszami zachwyciło się kilku redaktorów.
        Jest to poezja uczuć delikatnych, subtelnych. Rozsławia się w swej potędze nie tylko w poruszeniu, ale i w całej otoczce pragnienia i marzenia, czego wyrazem te słowa:

Zamknij oczy i śnij
o mnie
i o tym co było
Nie wiem co będzie
i co ma być ważne

        Tak oto uczucie przechodzi w metafizykę, dalekie perspektywy nad wyborem priorytetów i sensu. To przestrzenie najdalsze, najgłębsze, a oprócz tego poetka, jak z francuskiego Oświecenia, nie bawi się ukolorowanymi małpkami i innymi egzotycznymi zwierzątkami, ale na pewno kocha ślimaka, szczurzycę, suczkę, i to świadczy o jej zawieszeniu między realnością a abstrakcją. Tak jak przystaje na prawdziwą artystkę.

Karina Miękus "Stan wewnętrzny", Ożarów Maz. 2008, Wydawnictwo Komograf, wstęp - Andrzej Zaniewski, ISBN 978-83- 85907-69-5, s. 78

Karina Miękus

Karina Miękus wychowała się i mieszka w malowniczej okolicy na skraju Puszczy Kampinoskiej. Uwielbia przyrodę i podróże. Na co dzień uczy języka angielskiego i francuskiego. Zajmuje się tłumaczeniami. Pisze od bardzo dawna. Współpracuje z RSTK, jest członkiem Grupy Literackiej Poetica w Klubie Twórczości "ŻAR".

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON

Logo PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: 0 504 784 316 (red. nacz.), (0-22) 663 58 39 (z-ca red. nacz.), (0-22) 827 21 30 (sekretariat)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Piotr Stanisław Król - redaktor naczelny
Irena Stopierzyńska-Siek - z-ca redaktora naczelnego
Iwona Zielińska-Zamora - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Chutkowski

Współpraca literacka: dr Małgorzata Czerwińska, Bogdan Bartnikowski, Jan Zdzisław Brudnicki, Stanisław Stanik, Andrzej Zaniewski

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr Stanisław Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr Stanisław Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Małgorzata Zagulska - KomoGraf

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank Millenium 35 1160 2202 0000 0000 8292 5183
z dopiskiem - Darowizna na „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę