1 strona Sekretów     Poezja


Laureat III Konkursu
Małej Formy Literackiej w kategorii - proza

Piotr S. Król

Piotr S. Król

SIEDEM PORANKÓW ALFREDA

PORANEK PIERWSZY

- Alfredzie, ty patentowany leniu, wstawaj! - kobiecy głos rozdarł brutalnie ciszę w poniedziałkowy ranek. Powoli otworzył jedno oko, po chwili drugie. Nad nim stała Kicia.
- Właściwie to, co ona u licha tu robi? Jak to co - nagle oprzytomniał - przecież to twoja żona, kretynie!
Miała na imię Kaśka, ale tak jakoś od samego początku nazwał ją Kicią i już tak zostało. Może dlatego, że miała ostre pazurki i potrafiła się nimi nieźle posługiwać?
- Alfredzie, ja ci zaraz te ślepia wydrapię, jak będziesz się na mnie tak gapił jak baran! Do roboty się zbieraj. Znów rzuciłeś swoje brudne skarpetki w kąt pokoju, czy ty się nigdy nie nauczysz porządku, flejtuchu?
Powoli opuścił nogi na podłogę. Była zimna, jak lód. Odruchowo podkurczył palce. Z jękiem podniósł się z łóżka i ruszył w stronę łazienki.
- Skarpetki! - usłyszał ostrzegawczy głos z kuchni.
- Jakie skarpetki, kochanie? - zapytał drapiąc się po rozczochranej głowie i jednocześnie głośno ziewając. Kicia wyjrzała z kuchni. W ręku trzymała dużą, drewnianą deskę do krojenia i jakoś tak wymownie nią manipulowała, że doznał gwałtownego olśnienia. Podniósł szybko z podłogi swoje skarpetki i pocwałował rączo w stronę łazienki.
Goląc się widział w lustrze faceta, który miał za chwilę ruszyć na podbój świata. Podbijał go tak już od ponad czterdziestu lat. Z marnym skutkiem. Ten świat go przytłaczał, stawiał przed nim zbyt wygórowane cele, wciąż czegoś od niego chciał, żądał. A on pragnął zaznać już trochę spokoju, ciszy, relaksu.
- Alfredzie, relaksu ci się zachciało?! - łomot w drzwi wyrwał go z filozoficznego zadumania. - Spokojnie sobie siedzisz w łazience, a jajecznica stygnie, spóźnisz się do pracy. Rusz się wreszcie!
Od dawna podejrzewał, że Kicia czyta w jego myślach. No cóż, widocznie taka już kocia cecha.
- Czarownica - wymamrotał pod nosem wychodząc.
- Co tam mówisz kochanie?
- Że jesteś aniołem mojego życia, koteczku!
Pocałowała go i potargała delikatnie za ucho. - Ech ty kłamczuszku, zabieraj się za śniadanie.
W życiu Alfreda zaczął się kolejny tydzień.

PORANEK DRUGI

- Alfredzie, mój słodki pieseczku, obudź się... O tej porze tak słodki i przymilny głos Kici mógł oznaczać dwie rzeczy: albo była w nastroju do miłości, albo chciała pieniędzy. Ponieważ była już ubrana w wyjściową, elegancką garsonkę, w grę wchodziła tylko ta druga ewentualność. Niestety.
- Koteczku, widzisz... - starał się przybrać jak najbardziej żałosną i nieszczęsną minę - z pieniędzmi jest ostatnio krucho.
- Alfredzie, krucho to będzie zaraz z tobą! - podniosła głos. - Ja zupełnie tego nie rozumiem, wszyscy dookoła czegoś się dorobili, coś osiągnęłi, a ty co, gołym tyłkiem świecisz?
- Inni, to niby kto na przykład? - zapytał ostrożnie.
- Choćby ten Mamrotek z pod piętnastki! - wypaliła.
- Ten mafios? Ten mięśniak i spec od ciemnych interesów? To on ci tak imponuje? Przecież to moralne i kulturalne dno! - w odruchu obronnym stawiał faceta w jak najgorszym świetle.
- Co ty pleciesz, to bardzo kulturalny i miły pan. Zawsze mówi dzień dobry. W przeciwieństwie do ciebie! - szturchnęła go paznokciem niczym sztyletem w pierś. - Parciakowa z pod trójki skarżyła się na ciebie, że się jej wczoraj nie ukłoniłeś, kulturalnisiu!
- Posłuchaj Kiciu, Mamrotek mówi dzień dobry gościowi łamiąc mu palce. Teraz taki styl w gangsterstwie jest - starał się wyedukować Kicię. Wyraźnie jednak była tego dnia tępa na wszelkie nauki. W końcu chwyciła się ostatniego argumentu - zaczęła głośno i żałośnie płakać. Wyjął z portfela ostatnie trzysta złotych. - Najwyżej nie zapłacę raty za mieszkanie. Mamrotek połamie mi kończyny, dostanę odszkodowanie i zwrócę dług - pomyślał z rozpaczą.
Wychodząc z domu spotkał eleganckiego faceta z pod piętnastki, który uśmiechnął się do niego promiennie mówiąc - Witam szanownego sąsiada, piękny dzień mamy dzisiaj. Wskoczył do swojego srebrzystego Mercedesa i ruszył z efektownym piskiem opon. Alfred zakrztusił się dymem spalin i z rezygnacją poczłapał w stronę pobliskiego przystanku tramwajowego.

PORANEK TRZECI

- Alfredzie, znowu rzuciłeś w kąt twoje brudne skarpetki! Czy ty się w ogóle kiedyś nauczysz porządku?! - ostry i zdecydowany głos Kici przeszył go na wylot i skutecznie rozbudził poranne procesy życiowe.
- Witaj koteczku - starał się ułagodzić wyraźnie wzburzoną Kicię. - Zaraz wrzucę je do pralki.
- Do pralki to możesz wrzucić swoją durną łepetynę - warknęła. - Od miesiąca jest zepsuta, powtarzam ci to codziennie, ale ty mnie w ogóle nie słuchasz! Opiekacz też jest zepsuty, a zreperowane przez ciebie żelazko dymi za każdym razem, jak je włączam. To jakiś twój nowy patent? - jej sarkastyczny ton nie wróżył nic dobrego. Wyskoczył z łóżka, złapał po drodze skarpetki i zatrzasnął drzwi łazienki. Był bezpieczny. Na jakieś dziesięć minut. Z kuchni dobiegały groźne pomruki Kici. Wyraźnie była w złym nastroju.
Wychodząc szybko złapał koszulę z wieszaka. Była nie uprasowana. - Dlaczego moja koszula jest nie upra... - przerwał w połowie słowa. Jezu! Co za kretyn ze mnie! - pomyślał z rozpaczą.
- Co za kretyn z ciebie - usłyszał potwierdzenie z ust Kici. Wyraźnie czytała w jego myślach, czarownica.
- Wymięta koszula będzie dobrze pasowała do twojej wymiętej gęby - stwierdziła. - Po tym wczorajszym pijaństwie, wyglądasz jak półtora nieszczęścia. Trzask kuchennych drzwi ostatecznie zakończył ten poranny dialog małżeński. A więc o to jej chodzi? O te trzy piwa w pubie z Jaśkiem i Małym? - nagle zrozumiał przyczynę wisielczego humoru Kici.
- Tak, o te trzy piwa z tymi twoimi głupimi kolesiami, Jaśkiem i Małym! - usłyszał zza drzwi kuchni. Ta czarownica czyta w moich myślach! - pomyślał z rozpaczą, wybiegając w popłochu z domu. Ma szczęście wiedźma, że nie żyje w średniowieczu. Spaliliby ją na stosie, jak amen w pacierzu!
Pod domem spotkał Parciakową z pod trójki. Ukłonił się jej z uprzedzającą grzecznością. Z czarownicami lepiej uważać - stwierdził w duchu i pobiegł na przystanek.

PORANEK CZWARTY

- Alfredzie, mój mały pieseczku, obudź się... Słodki i przymilny głos Kici mógł oznaczać dwie rzeczy: albo była w nastroju do miłości, albo chciała pieniędzy. Tym razem nie miała na sobie garsonki. Właściwie nie miała na sobie nic. Mimo swoich czterdziestu lat figurę miała fantastyczną. Jej szaro-zielone oczy otaczała drobniuteńka siateczka zmarszczek. Gdy się śmiała, dodawało jej to swoistego uroku. Było w niej coś z kocicy. A więc nie chodzi o pieniądze - pomyślał i odetchnął z ulgą.
- Niech pieseczek zawarczy - poprosiła. Uwielbiała radosne figle w takich chwilach. On też to lubił. Mimo kilkunastu lat małżeństwa, wciąż to ich bawiło i nie nudziło. Bardzo to sobie oboje cenili.
- Wrrrrrrr - zawarczał robiąc przy tym groźną minę. Zachichotała i czmychnęła z udawanym przestrachem w drugi kąt łóżka. Pomrukując rzucił się za nią w pogoń...

Do pracy spóźnił się równo godzinę. Kierownik Misiak, mały i wredny kurdupel, jak go wszyscy w biurze określali, z nieukrywaną satysfakcją obciął mu premię. Alfred przyjął to z uśmiechem, co Misiaka wprowadziło w stan przedzawałowy.
- Życie jest piękne - powiedział mijając kompletnie osłupiałego kierownika.

PORANEK PIĄTY

- Alfredzie, wstawaj leniu! - Kicia robiła na środku sypialni swoją poranną gimnastyczną ekwilibrystykę. Jej znakomita figura nie była dziełem przypadku. - I zabierz te swoje brudne skarpetki z pod okna! - ostrzeżenie dobiegło z okolic podłogi. Była właśnie w fazie głębokiego skłonu. Jej lśniące, czarne włosy zamiatały właśnie okruchy chipsów, które konsumował wczorajszego wieczora podczas transmisji meczu. Pomysłowe - pomyślał z rozbawieniem.
Wstał i rozprostował kości. Rozległ się głośny trzask. Kicia przyjęła pozycję pionową i spojrzała na niego tymi swoimi szaro-zielonymi, kocimi oczami.
- Przeglądałeś się sobie ostatnio w lustrze? - spytała.
- O co ci chodzi koteczku? - czując pismo nosem, rozpoczął przyspieszoną ewakuację w stronę łazienki. Po drodze chwycił z podłogi skarpetki. Nie chciał być zawracany z drogi.
- Masz wyraźną nadwagę pieseczku, brzuszek ci się zaokrąglił, sapiesz z wysiłku a stawy ci strzelają, jak na wiwat.
- Kicia, daj spokój, ja jestem facet po czterdziestce. Mam pełne prawo czasami zasapać, mieć trochę większy podkład tłuszczowy oraz strzelać stawami, choćby i na wiwat - starał się obrócić wszystko w żart i konsekwentnie, krok po kroku przemieszczał się w stronę bezpiecznego azylu.
- Stój! - padła komenda. - Masz się od dziś wziąć porządnie za siebie. Faceci po czterdziestce wyglądają tak!
Rzuciła na stół czasopismo, z rodzaju tych głupawkowatych kobiecych ble-ble-ble, jak je określał pogardliwie. Na zdjęciu prężył się jakiś macho: opalony, umięśniony, bez grama podkładu tłuszczowego, który z pewnością nie sapał i nie strzelał. A jeśli nawet, to nie stawami.
- Wiesz ile on ma lat? - zapytała Kicia.
- Trzydzieści, trzydzieści pięć... - zgadywał ostrożnie.
- Ha! - wykrzyknęła triumfalnie. - Pięćdziesiąt osiem! Ten gość jest od ciebie o ponad dziesięć lat starszy, a wygląda o dwadzieścia młodziej! No i co powiesz pieseczku?
Trzeba przyznać, że lekko go to oszołomiło. Wziął do ręki czasopismo i zaczął czytać.
- Koteczku, wiesz ile ten gość ma szmalu? Dwieście milionów dolarów!
- I co z tego? - odparła wojowniczo.
- Ano to, że gdybym ja miał te jego dwieście milionów, to bym też wyglądał jak on, albo i lepiej! To jest faszerowany chemicznie brojler, z odessaną warstwą tłuszczową, napakowany sterydami, hormonami i nie wiadomo, czym jeszcze! Tylko mózgu mu nie powiększyli, niestety - Alfred triumfalnie przybił Kicię, jak mu się wydawało, argumentem nie do zbicia.
- On ma skończone dwa fakultety, zna biegle pięć języków, jest wykładowcą na kilku uniwersytetach, głupku - wykrzyknęła. - Weź się za siebie, czym prędzej, bo w jego wieku będziesz stetryczałym dziadkiem. O ile wcześnie nie zabije cię zawał!
Powiedziawszy to odwróciła się i zaczęła znów swoje ekwilibrystyczne łamańce. Korzystając z okazji, że nie patrzy, wziął ze stołu czasopismo i czmychnął do łazienki. Tam z uwagą przeczytał artykuł. Potem dłuższą chwilę przyglądał się sobie w lustrze.
- Chłopie, do czego to doszło, ta czarownica nie da ci się spokojnie zestarzeć - powiedział żałośnie do swojego odbicia.
Wychodząc z domu spotkał Mamrotka z pod piętnastki. Opalony, w dresie i adidasach wracał z porannego joggingu. Machnął do niego przyjaźnie ręką i wbiegł bez żadnego wysiłku po schodach. Alfred rozejrzał się uważnie po okolicy, czy ktoś go nie obserwuje i zaczął biec. Na początku szło mu nawet nieźle. Po dwustu metrach nagle stracił oddech, a zbuntowane serce postanowiło wyskoczyć mu gardłem. Parciakowa wracająca właśnie z zakupów, gdy go zobaczyła, zaczęła wrzeszczeć - Ludzie, ratunku! Wezwijcie pogotowie, pan Alfred jak nic, dychawicy śmiertelnej dostał!

PORANEK SZÓSTY

- Alfredzie, wstawaj! - Kicia szarpała go energicznie za ramię. Gwałtownie zaprotestował - Kobieto ulituj się, jest sobota, wolny dzień. Daj mi spać!
- Alfredzie, dzwoniła mamusia. Przyjeżdża do nas po południu z wizytą. Trzeba zrobić porządki w mieszkaniu. Wiesz przecież jak mamusia jest wrażliwa na kurz.
- Mamusia przyjeżdża?! - wyskoczył z łóżka jak oparzony. - Nie za często przypadkiem składa nam ostatnio wizyty? Drzwi się nie zamykają! - protestował, choć wiedział, że stoi i tak na z góry przegranej pozycji.
- Pieseczku słodziutki, mamusia była u nas ostatnio ponad rok temu, nie pamiętasz? No, ale rusz się, trzeba umyć okna i wytrzepać dywan. Wiesz, że mamusia jest uczulona na roztocza.
- Na co, u diabła ma uczulenie mamusia? - zdziwił się.
- Na to, co w nadmiarze siedzi w naszym dywanie - poinformowała go Kicia. - Ostatnio go trzepałeś ponad rok temu. Też przed wizytą mamy.
Po umyciu okien, poszedł na podwórko trzepać dywan. Kilku facetów najwyraźniej podzielało jego pogląd, że godzina dziewiąta w sobotę nie jest porą na likwidację roztoczy. Wychylając się z okien posyłali go do wszystkich diabłów. Walił w dywan jeszcze mocniej. Dopiero Mamrotek przepłoszył go z powrotem do domu, wołając ze swojego balkonu, że mu za chwilę połamie kończyny. Uwierzył.
W domu Kicia poinformowała go, że przed chwilą zadzwoniła mamusia i powiedziała, że jednak nie przyjedzie. Dostała niestrawności i tak w ogóle nie najlepiej się czuje. Bez słowa opadł na fotel. W głowie zaświtała mu nieśmiała myśl, czy przypadkiem nie stał się obiektem podstępnej manipulacji swojego koteczka...

PORANEK SIÓDMY

Obudził go dzwonek do drzwi. Nie otwierając oczu wymamrotał - Kicia zobacz, kogo tam licho niesie! Może Parciakowej cukier się skończył?
Cisza. Po chwili znów dzwonek do drzwi. Otworzył w końcu oczy, rozejrzał się wokół. Kici ani śladu. W rogu sypialni leżały skarpetki. Czekał. Za chwilę ona wejdzie i powie, że jest brudas i flejtuch. Każe mu robić pompki i brzuszki, albo wygoni na poranny jogging z Mamrotkiem. Po piątym, natarczywym dzwonku poszedł otworzyć. Za drzwiami stali Jasiek i Mały.
- Alfred obudź się! - krzyknęłi jednocześnie. - Zabieraj wędki i robaki, jedziemy nad oczko złowić taaaakiego wieloryba! - zarechotali wesoło. - A prowiantu nie bierz, mamy tego, jak dla pułku.
- Chłopaki wybaczcie, że nie otwierałem, ale myślałem, że Kicia już wstała i was wpuści - przepraszał swoich ulubionych kumpli. Ich roześmiane twarze nagle zamarły. Spojrzeli wymownie na siebie, a Mały przystępując z nogi na nogę, pochrząkując co chwila wymamrotał - Alfiku (tak go czasami zdrobniale nazywali) hm, ty ciągle, hm, o niej myślisz. Ale wiesz, czas leczy rany. Taka fantastyczna była z was para. Hm, wszyscy wam zazdrościli, wszyscy, mówię ci chłopie. Ale hm, to już przeszłość, mija rok, jak Kasia, hm, no wiesz, odeszła... Wiem, wiem, mówiłeś nam już to tysiąc razy, że ona jest, to znaczy, hm była czarodziejką i wciąż czuwa nad tobą, ale rozumiesz, to przeszłość... - z przyjazną i szczerą troską patrzyli na niego.
Obejrzał się za siebie. Za chwilę pojawi się Kicia i wytłumaczy chłopakom, że nie mają racji. Że ona jest, czuwa nad nim. Upomni go dobrotliwie - Pieseczku, zabierz z podłogi te twoje skarpetki! A Małemu i Jaśkowi powie, żeby się ciepło trzymali i uważali na siebie. Mimo wszystko lubiła ich, choć nie pochwalała ani łowienia ryb, ani męskich wypadów na piwo do pubu. Nie pochwalała, ale tolerowała. Nasłuchiwał z nadzieją odgłosu jej kroków. Cisza. Nie ma jej teraz w domu - pomyślał. - Ale jutro rano...
- Alfik - głos Jaśka wyrwał go z zadumy - zbieraj się chłopie, wieloryb czeka!

* * *

    Powrót na górę