WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Sekrety Nr 3/2003

W numerze:

Od Redakcji   >>>
PREZENTACJE - SEKCJA LITERACKA - POEZJA:
Hanna Domańska   >>>
Irena Grzymała   >>>
Krystyna Łagowska   >>>
Jan Polkowski   >>>
Irena Stopierzyńska-Siek   >>>
Jadwiga Wodzyńska-Bujak   >>>
Iwona Zielińska-Zamora   >>>
Andrzej Roch Żakowski   >>>
PREZENTACJE - SEKCJA LITERACKA - PROZA:
Piotr S. Król   >>>
PRZEMYŚLENIA - ZAMIERZENIA
Porozmawiajmy o literaturze
wywiad z Andrzejem Zaniewskim - prozaikiem i poetą   >>>
OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Stanisław Stanik - recenzja tomiku poetyckiego
„Nie tak...” Iwony Zielińskiej-Zamory   >>>
Irena Stopierzyńska-Siek - IX „Święto Słowa”, Kielce 2004   >>>
FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Piotr S. Król - „Siła impresji”   >>>
OGŁOSZENIA   >>>


Od Redakcji

Zapraszamy do lektury czwartego numeru naszego pisma, które w ambitnym zamierzeniu redakcji ma ukazywać się obecnie co kwartał. „Ubrane” w nową szatę graficzną, jest kontynuacją i jednocześnie początkiem - mamy nadzieję - pomyślnie rozwijającego się pisma kulturalnego.
Do wydania pierwszych trzech, pionierskich numerów przyczynił się szereg osób, którym należy wyrazić podziękowanie za pomoc i wsparcie. Są to: Małgorzata Drzewińska, Irena Pursa, Irena Rybak, Marzena Kubacz, Renata Nowacka-Pyrlik i literaci - Stanisław Stanik i Andrzej Zaniewski. Bardzo Im dziękujemy.
Numer, który Państwo otrzymujecie, jest numerem okolicznościowym. Ukazuje się w związku z kolejną edycją konkursu literackiego naszego Klubu (IV Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej), stąd dominuje w nim poezja, proza i problematyka literacka. Czytelnicy znajdą tutaj utwory, w tym również te nagradzane na poprzednich konkursach.
Następne numery będą poświęcone w znacznie większym stopniu także innym sekcjom naszego Klubu. Powiemy o pracy Sekcji Wokalno-Instrumentalnej, o osiągnięciach Sekcji Recytatorsko-Teatralnej, skupionej wokół Teatru „Sekret”, o konkursie i wystawach członków Sekcji Plastycznej. Wszyscy bowiem uczestnicy zajęć klubowych są niezwykle aktywni i mają swoje osiągnięcia artystyczne.
Prezentacja pracy i osiągnięć Klubu jest jednym z zadań, jakie sobie stawiamy. Może nie wszyscy wiedzą, jak wspaniałą formą rehabilitacji osób niepełnosprawnych jest własna ich twórczość. O jej skuteczności mógłby zapewnić niemal każdy z biorących udział w działalności klubowej. Ja również jestem tego świadkiem. Dziękuję więc wszystkim, którzy ułatwiają rozwój artystyczny każdego z nas. Pomagają nam w ten sposób żyć normalnie, a nawet lepiej, bo twórczo. Zapraszam do lektury naszego pisma i do kontaktów z nami.

Andrzej Roch Żakowski

I Powrót na górę I

SEKCJA LITERACKA - PREZENTACJE
POEZJA

Hanna Domańska
NIEŚWIADOMOŚĆ

Jak dobrze jest jeszcze wszystkiego nie wiedzieć
I jeszcze... się dziwić
Zachwycać się nawet maleńką biedronką
łzą nocy na liściu, czerwienią błyskawic.
Jak dobrze jest jeszcze wszystkiego nie wiedzieć
iść ufnie przed siebie
a w dłoniach nieść serce odkryte,
nie zmięte pod płaszczem
nie szukać złych cieni
w zaułkach źrenicy,
i jeszcze... móc wierzyć
i jeszcze... móc kochać
jak dziecko.

I Powrót na górę I

Irena Grzymała
TATRY

Niezwykłe olbrzymy... dzieło natury,
We mgle i śniegu skryły się ich szczyty,
Tak niedostępne ich twarde granity,
Wysokie Tatry, te potężne góry.

Ich doskonałość niepokój wciąż budzi,
Płyną strumyki, wartko z czystej wody,
Ta egzotyka niezwykłej przyrody,
Przyciąga bardzo zwykle młodych ludzi.
Śniegi na szczytach nie giną i wiosną,
Różnych wypadków bywają przyczyną
Kiedy to schodzą z potężną lawiną.
Przyroda czasem jest bardzo zazdrosna,
Jeśli zapragniesz przeżywać przygody,
To z przewodnikiem, przyjacielu młody.

I Powrót na górę I

Krystyna Łagowska
W SKORUPIE KAMIENIA

Chciałabym w skorupie kamienia
zamknąć wszystkie troski
kłopoty, zmartwienia
i móc się opancerzyć
tą głazu twardością
przed okiem ludzi ciekawych
i własną słabością

Mądry żółw, co w skorupie własnej
zamyka się pancerzem
w swoim własnym domu
chowając swoje zmartwienia
przed natrętnym tłumem
i o swoich przeżyciach
nie mówi nikomu.

(Kobylin, 01.04.03)

I Powrót na górę I

Jan Polkowski
NA KRAWĘDZI

Gdy przekroczysz granicę myślowej tolerancji
już nawet nie wiesz czy istniejesz naprawdę
czy to tylko wirtualny obraz
z pogranicza wyobraźni
Chciałbyś zgłębić myśl niezrozumiałą
w rozbudzonym odruchu doskonałości
dotknąć materii nie zmaterializowanej
Chwilę pomyśl w obrażonej miłości odwiecznego świata
bo im mądrzejszy jesteś od mędrców
pośród siewców prawdy
tym bardziej maluczki

I Powrót na górę I

Irena Stopierzyńska-Siek
TREN NA ŚMIERĆ ARTYSTY

jak się ma gramatyka do życia?
jak się ona ma do śmierci?
życie to czas teraźniejszy
z wlokącym się tuż za nim
czasem przeszłym
i pędzącym ku zamierzeniom
- przyszłym niedokonanym

kiedy kurczą się formy gramatyczne
do czasu przeszłego
kiedy powtarza się jedynie
trzecia osoba
liczby pojedynczej -
„tworzył sztukę odrębną”
„poszukiwał nowego wyrazu”...
wiemy, że stało się nieodwołalne

umarł artysta
jego dokonania stanęły w pół kroku
z godziny na godzinę
z miesiąca na miesiąc
stygną, twardnieją
w gładki obelisk
aż go po latach
- w wielkim mieście -
ustawi się na skwerku

(wiersz napisany po wysłuchaniu wiadomości
o śmierci Czesława Niemena)

I Powrót na górę I

Jadwiga Wodzyńska-Bujak
WSPOMNIENIE

Jesteś moim marzeniem - znikłeś - odszedłeś jak - SEN!
Jak powiew wiatru jak wczorajszy dzień
zostało mi tylko WSPOMNIENIE!
tylko to coś, co nie da ująć się w dłoni
Jak pył, jak dym ze spalonej świeczki
Po którym nie pozostaje nic
Po którym pozostaje tylko lekko
muskająca nozdrza WOŃ!

I Powrót na górę I

Irena Zielińska-Zamora
(trzy wiersze z tomiku „Nie tak...”

NIE TAK

Za mało mnie kochasz miły
a może nie tak jak bym chciała
szepczesz do mnie tak cicho
chyba, żebym nie słyszała
mówisz, że to zbędne gesty
gałązka bzu w styczniu
trochę śniegu w maju
pocałunek w strugach deszczu
uścisk dłoni w samotnym tramwaju
mówisz, że to nie wypada
nie godzi się tak
dojrzałej miłości
zatem spraw
bym uwierzyła
że jest
i mieszka w nas jeszcze
a nie tylko w mojej wyobraźni.

*   *   *

FLIRT

Na peronie zostały:
błękitne spojrzenie
dziwna wilgoć
może mgła
zapach perfum
i smak kobiety
półszepty
słowa na wiatr
popełnione, rozkoszne fo-pa
nie zdążyłeś nawet
Powiedzieć - do widzenia
skończona
czy już wiesz
jak się nazywa ta gra?

*   *   *

ZAPACH

Czy pamiętasz?
jak pachniały w Inowłodzu maje
zapachem wilgotnej ziemi
mgły co się w ogrodzie skryła
konwalii, trawy jedwabistej i dymu z komina
czy pamiętasz?
jak rzeka cichutko z księżycem
cichutko gadała
a jabłonie jeszcze takie młode
całe stały w kwieciu
i śmiały się do nas
tylko do mnie
i tylko do ciebie
przyszłość niewiadoma
teraźniejszość we mgle
dobrze było żyć.
Minęło lat wiele
maje pachną już inaczej
i mgły są nie takie
tylko księżyc ciągle gada
niestety
też już z inną rzeką
a jabłonie?
nie wiem - czy do mnie
czy ze mnie się śmieją.

I Powrót na górę I

Andrzej Roch Żakowski
WĘDROWIEC

Kto ciebie nauczył niepodległej miłości we mgle?
Wziąłeś w dłonie laskę łez i niepokojów,
by ponieść ku Stwórcy ślepotę jak dar ofiarny.
Wywiodła Aktywność niepokornych ze spalonej Warszawy,
a ciebie spośród Powstańców wezwała, byś szedł jak Mojżesz
do obiecanej krainy wiary
w człowieczeństwo.
Czy odnowisz pamięć Powstania pod niebem ciszy i ciemności?
Ty wiesz, skąd biją żywe wody patriotycznych prawd!
Umiłowanie wolności spoczęło na twoich dłoniach,
więc nieś je jak latarnię przez ciemną dolinę Europy
Dlaczego się nie skarżysz na wielkie niezrozumienie
Pewnie chciałbyś, jak zawsze, podnieść całą niepokorność Warszawy
ku prawnukom, choć sam upadasz pod jej ciężarem.
Im bliżej Muzeum Powstania
ją podnosisz, tym mniej młodzieńcy
oddychają blaskiem nadziei.
Uproś niebiosa, by dały ludziom siłę
Wskrzeszania kamieni z Pawiaka mówiących słowa prawdy
nawet innym światom.

I Powrót na górę I


SEKCJA LITERACKA - PREZENTACJE
PROZA

Piotr S. Król
KRZYŚ

Marek był zdolnym, dobrze zapowiadającym się dzieckiem. Rodzice byli z niego bardzo dumni. Zapewniali mu wszelkie warunki rozwoju, wysłali do najlepszej szkoły, na kursy językowe. Gdy miał dwanaście lat przyszedł na świat braciszek. Marek był strasznie dumny, wszystkim dookoła o tym rozpowiadał i snuł marzenia, jak to będzie go uczył kopać piłkę, jak pójdą w tylko jemu znane miejsce nad rzeką, gdzie najlepiej biorą ryby. Gdy przyszedł do szpitala, zobaczył na korytarzu ojca. Obok stał lekarz w białym kitlu i coś do niego mówił. Gdy podszedł bliżej, usłyszał
- Niech pan mi wierzy, to nie ma sensu, lepiej go oddać do specjalistycznej placówki. Nie dacie sobie państwo rady.
Gdy wracali do domu, ojciec nic nie mówił. Płakał.
Po dwóch tygodniach wróciła mama. Bez braciszka. Płakała przez cały czas. Pytał, co się stało. Rodzice powtarzali, że braciszek na razie pozostanie w szpitalu, bo są jakieś komplikacje i żeby się nie denerwował, bo najważniejsza jest jego nauka. Był dużym, mądrym chłopcem. Nie chciał zadręczać pytaniami zrozpaczonych rodziców, którzy z jakiś powodów starali się odsunąć od niego złe wiadomości. Przykryli go szklanym, ochronnym kloszem. Uważali, że tak będzie dla niego lepiej. On tak nie uważał.

Pewnego dnia nie poszedł do szkoły. W tajemnicy przed rodzicami udał się do szpitala. Odnalazł lekarza, którego widział wcześniej z ojcem. Rozmowa trwała długo. Bardzo długo. Wieczność.
Wrócił do domu późnym wieczorem. Usiadł obok milczących rodziców i powiedział - Kocham Krzysia, jest moim bratem i chcę by tutaj z nami był. Gdy rodzice gorąco zaprotestowali, on odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju.
Kilka tygodni później Marek na własnych rękach wniósł braciszka przez próg domu. Rodzice myśleli, że po jakimś czasie sam się przekona, że to nie ma sensu. Krzysiem zaopiekują się wyspecjalizowane służby, a oni Markiem, który przecież tak dobrze się zapowiada. Bo przecież, czy jest w ludzkich siłach wytrzymać z dzieckiem, które nie widzi, nie słyszy, jest na wpół sparaliżowane i prawdopodobnie nie przeżyje nawet pięciu lat? Czy warto poświęcać na to swój czas i energię?

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Rodzice wciąż wierzyli, że Marek w końcu zrezygnuje. Przecież jest taki zdolny. Musi się uczyć, pracować nad sobą, przed nim życie.
Marek pokochał Krzysia całym sercem. Każdą wolną chwilę spędzał przy nim. Przewijał, mył, karmił. Opowiadał, co w szkole, jak pobił się z kolegą z podwórka, bo nazwał go głupią siostrą miłosierdzia. Gdy mama zwracała mu uwagę, że na próżno mówi, bo Krzyś przecież nie słyszy, gwałtownie protestował - Krzyś może nie słyszy, ale pragnie słuchać, rozumiesz mamo? Nie rozumiała.
Wciąż czekał. Wiedział, że choroba braciszka jest nieuleczalna. Że nie ma żadnych szans. Łudził się, że znajdzie się jakiś cudowny lek. Potem i on stracił nadzieję. Czekał tylko na jedną, jedyną rzecz - uśmiech brata. Tak bardzo chciał zobaczyć jego radosną buzię. Czekał na próżno.
Wszyscy wokół: rodzice, nauczyciele, koleżanki i koledzy powtarzali wciąż to samo: to nie ma sensu. Zamykał się w sobie i coraz więcej czasu poświęcał Krzysiowi. Kosztem były kłopoty w szkole, coraz mniejsze grono przyjaciół, brak zrozumienia, a czasem wręcz wrogość. W tym swoim poświęceniu był przecież taki inny, taki nieracjonalny, nieżyciowy.

Mijały lata. Pięć, dziesięć, piętnaście. Wbrew zapowiedziom lekarzy, Krzyś wciąż żył. Może trzymała go przy życiu miłość brata? Rodzice odeszli wcześniej. Tragiczny wypadek samochodowy. Do końca nie mogli zrozumieć decyzji i determinacji Marka. Gdy zdarzyło się to nieszczęście był na drugim roku studiów. Brak pieniędzy zmusił go do podjęcia pracy i porzucenia nauki. Profesor, który wiązał z nim wielkie nadzieje, długo z Markiem rozmawiał. O sensie, a właściwie braku sensu, w tym jego uporze i determinacji w opiece nad kalekim bratem. Przecież jest taki zdolny, tyle może jeszcze w życiu osiągnąć. Musi tylko całkowicie poświęcić się nauce. Stypendium zagraniczne czeka już tylko na podpis dziekana. Marek zapytał - A kto zaopiekuje się Krzysiem? Mądry, stary profesor nie odpowiedział. Racjonalna nauka nie znała odpowiedzi na tak trudne problemy, przed jakimi musiał na co dzień stawać jego ulubiony student.

W wieku 18 lat Krzyś zmarł. Nie uśmiechnął się do samego końca, choć tak bardzo czekał na to brat. Gdy wrócił do pustego domu, przez krótką chwilę przeszła mu przez głowę myśl - czy to miało sens? To było pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie zadawał sobie tego pytania. Zadawali go za to nieustannie wszyscy wokół.

Jakoś ułożył sobie życie. Ożenił się. Skończył nawet wieczorowo studia. Na zrobienie kariery było już za późno. Niewielka pensja nauczycielska, małe mieszkanko i coraz częstsze kłótnie z żoną o brak pieniędzy, że zmarnował sobie życie, że jego koledzy zaszli tak daleko, a on przecież mógł tak wiele osiągnąć, taki był zdolny. Podczas kolejnej awantury żona zdjęła ze ściany zdjęcie Krzysia i rzuciła w kąt pokoju. Stłukło się szkło, połamała ramka. Następnego dnia na nowo oprawione zdjęcie powróciło na swoje miejsce na ścianie. Żona wyszła. Nie wróciła już nigdy. Odchodząc powiedziała
- Twoja miłość do brata zniszczyła nie tylko nasz związek, ona zniszczyła przede wszystkim całe twoje życie. Wtedy po raz drugi przyszła ta myśl - może jest w tym racja, może nie miało to sensu? Trwało to tylko przez moment.

Ciężko zapadł na zdrowiu około pięćdziesiątki. Lekarze długo zmagali się z jego chorobą. On jednak nie walczył. W końcu usłyszał od jednego z nich - Dlaczego pan nam nie pomaga? My robimy wszystko, co możliwe. Ale pan musi nam pomóc, pan musi chcieć żyć! Odpowiedział
- A dla kogo mam żyć panie doktorze?
- Nie ma pan nikogo bliskiego? Dzieci, rodzice, żona...
- Nie, nie mam. Widzi pan to zdjęcie - wskazał ręką na fotografię postawioną na szpitalnej szafce - to jest Krzyś. Gdyby żył, moje życie miałoby sens...
Lekarz przez dłuższą chwilę przyglądał się skurczonej, schorowanej sylwetce chłopca na fotografii. Był medykiem, szybko, fachowo ocenił jego stan. Spojrzał na Marka, chciał go o coś zapytać, ale jego pacjent miał zamknięte oczy. Odwrócił się i wyszedł bardzo cicho zamykając za sobą drzwi.

Miesiąc później Marek odszedł. Podobno przed samą śmiercią promieniał radością i powtarzał - Krzysiu, ty się śmiejesz! Kochany łobuzie, ty się śmiejesz!

I Powrót na górę I


PRZEMYŚLENIA - ZAMIERZENIA

POROZMAWIAJMY O LITERATURZE
wywiad z Andrzejem Zaniewskim - poetą i prozaikiem

Foto - Andrzej Zaniewski - poeta i prozaik

Andrzej Zaniewski (1940, Warszawa), poeta, prozaik, autor tekstów piosenek. Z wykształcenia historyk sztuki. Debiutował w 1958 roku jako poeta (był zwią- zany z Orientacją Poetycką Hybrydy). Jego powieść „Szczur”, przełożona na wiele języków jeszcze przed polskim wydaniem, stała się światowym bestsellerem.

Red.: Czy pamięta Pan, kiedy po raz pierwszy poczuł się Pan pisarzem i poetą?

A.Z.: Dzisiaj, patrząc wstecz, trudno mi określić moment, kiedy dla siebie samego stałem się pisarzem... Oczywiście poetą czułem się wcześniej, moim zdaniem, to dużo łatwiejsze dojrzeć w sobie poetę... wystarczy napisać wiersz, lepszy lub gorszy, lecz życzliwie oceniony przez najbliższych, i już. Dzieje się tak również dlatego, że poeci, ci początkujący niemal zawsze, łączą się w grupy, związki, kluby, skupiają się przy redakcjach i stowarzyszeniach, dyskutują, obserwują i sprawdzają, konkurują ze sobą rywalizują i zwalczają często, poniżają się i wywyższają, inaczej mówiąc tworzą wokół siebie atmosferę poetyckiego wtajemniczenia, zachwytu nad własną wrażliwością i wiedzą. Proszę pamiętać, że poetów zawsze jest więcej niż pisarzy, posługujących się wieloma formami...
Poetą czułem się już w szkole po pierwszych wierszach pisanych w parku w Brzeźnie i w naszym mieszkaniu w Nowym Porcie... Poetą czułem się po pierwszych wygranych konkursach, też przecież poetyckich, i nawet kiedy w Almanachu Poeci Pomorscy ukazały się moje wiersze, odczuwałem wewnętrzne samozadowolenie. Sprawdzałem się, zderzałem z czasem, rozmawiałem... Dopiero po latach, ten sposób widzenia siebie samego wydał mi się jakby groteskowy, sztuczny, pompatyczny, nawet śmieszny... Przecież chciałem mówić wprost, inaczej, będąc poetą, chciałem być równocześnie filozofem, czarodziejem, twórcą bardziej uniwersalnym...
Debiutowałem wierszami w roku 1958, wtedy w pewnym sensie widziałem w sobie młodego poetę. Pisarzem poczułem się dopiero później, kiedy pisząc „Szczura”, „Cywilizację Ptaków”, „Cień Wysypiska”, „Cień Szczurołapa”, „Sagę Commedia dell Morte”, stanąłem wobec otchłani, milczenia, przekory i nadziei. Pisarz jest sam i próbuje spisywać przesłanie. To właśnie jest pisarstwo, literatura, tworzenie, obejmujące również poezję. Minęło wiele lat zanim zrozumiałem dlaczego chcę pisać... Wiem, że moje wyznania detronizują poezję, ale próbuję być szczery.
A moment kiedy uświadomiłem sobie, że jestem pisarzem?... Lata 1977-79, okres w którym przygotowywałem się do pisania „Szczura” oraz kilku innych powieści i bardzo mroczny i ciężki czas w moim życiu. Wtedy!

Red.: Jest Pan uznanym pisarzem i poetą. Co sprawia, że z poczynionych notatek raz powstaje wiersz, innym razem materiał do powieści?

A.Z.: Nie ma tu wyraźnie zasad... W moim zrozumieniu powieść jest najbardziej uniwersalnym gatunkiem literackim. Wykorzystuję w niej wszelkie moje doświadczenia i spostrzeżenia... Nawet sonet mogę rozpisać na dialogi, lub rozpisać na kilka akapitów. Często publikuję wiersze, które następnie wprowadzam do powieści. Wszelkie notatki, w tym również liryczne, impresyjne, sentencje i aforyzmy – wszystko to może stać się wierszem lub też drobnym fragmentem większego utworu prozą. Zależy to od mojego pomysłu, zamiaru, a niekiedy po prostu kaprysu.

Red.: Coraz więcej osób sięga po pióro, czynią to coraz młodsi. Mamy do czynienia z zalewem tekstów. Wiele z nich zapewne trafia na Pana biurko. Z jakich powodów jedne z nich jest Pan skłonny uznać za teksty literackie, inne odrzucić?

A.Z.: Sądzę, że potrzeba zapisywania i notowania jest zakodowana w umysłach większości osób myślących, a więc liczba sięgających po pióro mniej więcej utrzymywała się na tym samym poziomie... Zalewu nie dostrzegam, rozumiem natomiast konieczność spowiedzi, zwierzenia się, opowiedzenia o sobie. To normalne i dobrze, że tak wielu chce mówić w miarę pełnym głosem. Czy to jest wartościowe? Moim zdaniem również słabe, lub nawet złe teksty mają prawo istnieć, jeżeli ich autorzy koniecznie zapragnęli zostać autorami... Czy muszę to czytać? Niekoniecznie... A kryteria? Wybieram teksty, w których odnajduję coś czego wcześniej nie znałem, ważny jest ten posmak nowości, innego zestawienia słów, ciekawego aforyzmu, który mnie poruszył, dotknął, uderzył, a może i zachwycił. Istnieje też kryterium niebanalnego piękna, piękna odkrywczego, a równocześnie niespotkanego wcześniej.
Bardzo lubię utwory prowokujące, obrażające, eksperymentalne, bo z nich powstają następne, rodzi się kolejna autorska filozofia... A właśnie posiadanie własnej filozofii tworzy wielkich artystów, również pisarzy... Osobiście staram się rozumieć i poznawać, a nie odrzucać ostatecznie.

Red.: Czy można w czasach postmodernistycznych mówić jeszcze o dobrej i złej literaturze? Kiedy ma Pan do czynienia ze zbiorem utworów, co decyduje, że jedne z nich ocenia Pan jako wyróżniające się, inne - jako dobre, jeszcze inne - jako mierne?

A.Z.: Sądzę, że na to pytanie odpowiedziałem już w poprzednich wyjaśnieniach. Mogę tylko dodać, że istnieją utwory wielkie, bo odczuwamy ich wielkość, i mierne, bo wydają się nudne, banalne i obojętne. Literatura budząca w nas nieobojętność jest przeważnie literaturą wartościową... Są również utwory młodych pisarzy, przed którymi jest wiele dróg i odkryć, trzeba uważać aby pochopnymi ocenami nie wyrządzić im krzywdy. To bardzo ważne.

Red.: Czym różni się, Pana zdaniem, współczesna twórczość literacka od innych sposobów „używania pióra”? Czy można jeszcze sensownie wytyczyć granice między pisarzem, publicystą, felietonistą, reporterem i krytykiem?

A.Z.: Nie widzę różnic tak drastycznych w tym zakresie między teraźniejszością a przeszłością. Twórczość literacka, ta wartościowa i mająca szansę przetrwania, zawsze istniała obok, jakby w cieniu tekstów powstających doraźnie, na zamówienie, utworów rozrachunkowych, politycznych, satyrycznych, różnorodnych proroctw, przypowieści, apokryfów, itp. itd... Tak było, a dzisiaj literatura - ta nonkonformistyczna proza i poezja istnieją równolegle, obok twórczości typowo komercyjnej, na którą jest po prostu ogromne zapotrzebowanie.
Pytanie zawiera zbyt wiele wątków aby odpowiedzieć na nie szczegółowo i analitycznie... A jednak wyróżniam felietonistów, których lubię i cenię, od których mogę wiele się dowiedzieć i nauczyć, od tłumu też felietonistów, którzy po prostu odrabiają wierszówkę. Jest wielki Hamilton, świetny Wieczorkowski i... tu zaczynają się schody i hierchia... Podobnie w twórczości reporterskiej - jest Kapuściński, a po nim wielu innych... I tak jest właściwie z każdą dziedziną. Dla mnie kryteria są wyraźne, dla innych być może zamglone, a może są to po prostu różne kryteria. Krytyka literacka to rozdział osobny i bardzo, bardzo smutny. Polska krytyka literacka przez cały wiek XX szamotała się w uścisku polityki, wojen i przeróżnych ideologii. Stała się tendencyjna, nietolerancyjna, jednostronna... Krytycy często unicestwiali, niszczyli, zamiast oceniać, osądzać, pomagać, prowadzić... Być może w przyszłości pojawią się młodzi krytycy i rozliczą współczesną polską krytykę literacką. Oczywiście mam swoich krytyków, których twórczość eseistyczną chętnie czytam = Andrzej Gronczewski, Dariusz Lebioda. Maria Janion, Inka Winsor Comulich... Nie zmienia to jednak przykrej atmosfery istniejącej od dawna, której przyczyny mają charakter pozaliteracki. Być może na tych gorzkich ocenach zaważyły moje własne przeżycia i uprzedzenia, związane chociażby z jakże mozolną wędrówką SZCZURA do polskich oficyn wydawniczych.
A pisarza i poetę poznamy zawsze po jego głosie.

Red.: Proszę wyznać na koniec, co sprawia, że jest Pan niezmiennie od lat życzliwym krytykiem naszej twórczości? Czesław Miłosz w jakimś wywiadzie szczerze powiedział, że poeci nie lubią poetów. A Pan nas trochę lubi?

A.Z.: Przywiązałem się do Was, cenię wasze spostrzeżenia, uwagi, niekiedy przekorę, milczenie, które czasami sporo ukrywa. Klub ŻAR, to miejsce szczególne, wyizolowane, a równocześnie jak w soczewce skupia się tu całe niemal spectrum współczesnej poezji... Jesteście grupą skrajnych indywidualności, które połączył los. Wyraźnie zarysowane charaktery poetyckie, sprecyzowane zamierzenia, szeroka wiedza, nie tylko życiowa, a równocześnie głęboka pokora, poczucie niepewności, stała potrzeba sprawdzania samych siebie. To wyróżnia was spośród innych literackich grup, kręgów, klubów. Dlatego jestem z Wami, a nawet więcej - potrzebuję być z wami.
Sądzę, że w przyszłości odnajdziecie własne miejsca we współczesnej literaturze polskiej. Tego wam życzę.

(Z Andrzejem Zaniewskim rozmawiała Irena Stopierzyńska-Siek)

I Powrót na górę I


OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Stanisław Stanik
Recenzja tomiku poetyckiego
„Nie tak...” Iwony Zielińskiej-Zamory

Jak Iwona Zielińska-Zamora traktuje sztukę, konkretnie poezjowanie, będąc człowiekiem doświadczonym przez los, odpowiada lirykiem „Bez tytułu”:

„jeśli mnie będzie bardzo bolało
to napiszę ten wiersz
i ukryję się, schowam
ucieknę w jego treść
w tym wierszu będę znów młoda
i ładna urodą pierwszej młodości
i może trochę naiwna...”

Wynika z tego, że poetka boi się otwartości, wybiera skrytość schowaną w wierszu, nie wyznaje prawdy przed ludźmi, jak to było w dzieciństwie, we wczesnej młodości, gdy jeszcze można było pozwolić sobie na naiwność. Poetka musiała wiele doświadczyć, jeżeli wybiera taką postawę.
Prawdziwy dramat ujawnia w wierszu „Moje oczy”, który zawiera takie sformułowania:

„Moje oczy
nie wiem dlaczego
choć zawsze szeroko otwarte
tak naprawdę
nie widzą niczego”

Tak ma się kondycja poetki, stąd bierze się pesymizm i wadzenie się o nadzieję i sens życia.
Nie jest ten debiutancki tom wierszy Zielińskiej-Zamory monotematem o jej dolegliwości. Zaczyna się pięknymi obrazami z dzieciństwa, radością bycia młodej, uciechą zdrowej, a przecież wobec tego, co spotkało poetkę, na innej płaszczyźnie lokuje się radość. Pisze Zielińska- Zamora:

„jest późno
za oknem już...
świt do nocy mówi - witam
siedzę przy biurku
i czytam i czytam i czytam
palcem po wypukłym druku wodzę
jaka radość, co za szczęście
teraz o wiele łatwiej
ze swoim losem
się już godzę^”

Wiersz nosi tytuł „Pochwała Brajl'a” i w świetle tytułu wszystko wydaje się jasne o losie poetki.
Nie do końca w jej utworach przewija się smutek i poczucie osamotnienia. Przecież Poezja to piękna i ułudna Pani, ona może zabrać ze sobą ludzi zagubionych, rozbitków. I tak się dzieje. Pochwala poetka nie tylko konieczność trwania, ale i naturę, zwłaszcza tę z inowłodzkich łąk widzianych w dzieciństwie, a także kamienne miasto Łódź, które wydało poetkę na świat, a które też nie pozwala panoszyć się depresji i pesymizmowi. Stąd płynie pochwała dla uporu, dla chęci do walki o trwanie i o zauroczenie światem. Iwona Zielińska-Zamora pisze ciekawe, ładne wiersze i należy się spodziewać, że nie zabraknie jej ochoty na podołanie swemu natchnieniu.

* Iwona Zielińska-Zamora, „Nie tak...” Warszawa 2002, Wydawnictwo Nowy Świat

I Powrót na górę I


Irena Stopierzyńska-Siek
IX „Święto Słowa” w Kielcach

Bocheniec jest dobrze znanym miejscem dla uczestników różnych imprez organizowanych przez Krajowe Centrum Kultury PZN w Kielcach. Od wielu lat odbywają się tam różnego typu zgrupowania, warsztaty, plenery, prezentacje, konkursy. Bywałam tam kilkakrotnie i mogę powiedzieć, że zarówno budynek „Wiernej”, jak i otoczenie zmieniło się w ostatnich latach zauważalnie wypiękniało.
Uczestnicy i organizatorzy „Święta Słowa” mogli być zadowoleni z warunków, jakie im zapewniono. A powodem spotkania w Bocheńcu ponad siedemdziesięciu osób była tym razem fascynacja słowem, po które recytatorzy i aktorzy sięgnęli do tekstów poetyckich, prozatorskich i sztuk teatralnych. Pojawiły się też prezentacje własnej twórczości poetyckiej i gawędziarskiej.
Program kilkudniowego spotkania (od 2 do 5 kwietnia 2004 r.) był zróżnicowany i bogaty. Słuchaliśmy tekstów poetów starożytnych, staropolskich i współczesnych. Wymienienie nazwisk wszystkich autorów, jak też przedstawienie każdego z wykonawców „Koncertu Słowa” zajęłoby w naszym skromnym piśmie zbyt wiele miejsca. Poza tym z braku szczegółowych materiałów informacyjnych o przebiegu „Święta”, których nie przygotowano, obawiałabym się pominięcia czegokolwiek lub kogokolwiek. Napiszę więc o swoich uogólnionych wrażeniach, a także przedstawię pewne wnioski, które mogą być użyteczne dla organizatorów.
Całość programu dzieliła się na kilka sekwencji. Pierwsza: „Sacrum w literaturze” była dość skąpo prezentowana, co nie znaczy, że nieciekawie lub nazbyt po amatorsku. Przypuszczam, że było tak dlatego, iż tematyka związana z „sacrum”, a więc religijna, od niedawna jest obecna w programie „Święta”. Kolejne sekwencje konkursowe nazwano: „Interwały w poetyckim rytmie”, „W literackim kręgu poezji i prozy” oraz „W literackim kręgu”. Wyraźnie wyodrębnionymi częściami imprezy były prezentacje teatralne i gawędy.
Jury konkursowe miało niełatwe zadanie we wskazaniu najlepszych. W każdej z wymienionych sekwencji występowali prawdziwi mistrzowie i mistrzynie recytacji, a wielu z nich rywalizowało w kilku konkurencjach. Były też słabsze występy, ale jest to zjawisko charakterystyczne dla wszystkich imprez konkursowych. Sala, w której odbywała się impreza wypełniona była przez samych niemal znawców, gdyż większość słuchaczy stanowili uczestnicy konkursów. Obeznani dobrze z materią konkursową, nagradzali gromkimi brawami, każdy zasługujący na to występ. Jedynie przed ogłoszeniem wyników konkursowych prezentacji wyczuwało się silne napięcie. Przyznano, jak zwykle, skromne nagrody, wyróżnienia i dyplomy uczestnictwa. Najważniejsze jednak dla uczestników zmagań konkursowych były tzw. „nominacje” uprawniające do udziału w konkursach recytatorskich dla najlepszych, organizowanych w innych ośrodkach. Padały nazwy takich miast jak Kołobrzeg, Słupsk i Włocławek.
Relacja o występach Sekcji Recytatorsko-Teatralnej, którą kieruje Andrzej Chutkowski, inaczej - aktorów Teatru Sekret - zamieszczona zostanie w następnym numerze naszego pisma, który w dużej części poświęcony będzie tej właśnie sekcji. W tym miejscu wspomnę jedynie, że występy Teatru Sekret zostały docenione, nagrodzone, a Zespół nominowany do udziału w innych konkursach, zresztą nie mogło być inaczej.
Pewien kłopot uczestnikom konkursowych zmagań sprawiał brak podstawowych, bardziej szczegółowych informacji, zapowiedzi o tym kto i czyje utwory recytuje. Jeśli organizatorzy konkursów mieli nadzieję i założyli, że wszyscy uczestnicy wszystko czytają i sami domyślą się i odgadną nazwisko recytatora i tytuł recytowanego utworu, to popełnili poważny błąd. Uczestnikami imprezy w większości byli niewidomi i niedowidzący, głównie amatorzy, z trudem docierający do informacji, chociaż niektórym z wykonawców kunsztu recytatorskiego mógłby pozazdrościć niejeden profesjonalista. Wprawdzie niektóre teksty lub fragmenty utworów mógł rozpoznać prawie każdy uczestnik. Nie brakowało jednak „składanek” z fragmentów różnych utworów, a nawet różnych autorów. Obok Kochanowskiego, powszechnie znanego, recytowano Horacego i Petrarkę, zapewne mniej znanych i trudniej rozpoznawalnych bez zapowiedzi. Może nie było potrzeby zapowiadania Gombrowicza, ale czy na pewno słuchacze byli w stanie bez informacji rozpoznać autorów obcych, niedawno tłumaczonych na język polski? Szkoda, że z wielkim nakładem sił i talentu przygotowane recytacje tekstów, takich między innymi autorów jak Wierzyński, Tuwim, Iłłakowiczówna , Brandstaetter, Różewicz, Rodziewiczówna, Konwicki, Czubaszek, przynajmniej dla części słuchaczy były anonimowe, bo nie były zapowiedziane. Z tego powodu, jedni stracili, być może, okazję przypomnienia sobie autorów i tytułów już kiedyś poznanych, inni zaś sposobność poznania nowych, jeszcze sobie nieznanych.
Program „Święta” w Bocheńcu przewidywał parę dodatkowych punktów. Mieliśmy więc spotkanie autorskie z poetką, p. Ireną Hryncewicz-Chlebną i okazję zapoznania się z wydanym niedawno tomikiem jej wierszy pt. „Ślady niezapomnienia”. Przy okazji promowano też parę innych książek wydanych przez Oficynę Wydawniczą STON 2 z Kielc.
Mieliśmy też okazję obejrzenia i zapoznania się z najnowszym sprzętem specjalistycznym i podstawowym służącym rehabilitacji i wspierającym aktywność zawodową osób niewidomych i niedowidzących. Sprzęt ten - najczęściej bardzo kosztowny - prezentowała firma „Impuls” z Lublina. Firma zapewniała, że na zakup niektórych urządzeń można uzyskać dofinansowanie z PFRON-u.
„Świętu Słowa” sprzyjała też wyśmienita pogoda. W niedługich przerwach między konkursami wychodziło się na spacery po okolicznych łąkach, leżących po obu stronach leniwie płynącej, krętej rzeki. Jeszcze bliżej Ośrodka był las. Wystarczyło więc wyjść tylko na zewnątrz, by odetchnąć zapachem sosnowego igliwia.

I Powrót na górę I


Foto - Piotr S. Król

FELIETON

„SIŁA IMPRESJI”

Zawsze ciekawił mnie i intrygował sposób przedstawiania otaczającego nas świata przez artystów malarzy. Nie bez powodu dodaję tutaj określenie - artystów, gdyż malarzem, jak mawiał mój znajomy, może być każdy, ale artystą to już tylko wybrany. Nie wystarczy bowiem idealnie odwzorować fragment natury, bo to jest tylko powielanie rzeczywistości. Musi być jeszcze to COŚ - błysk geniuszu.
Impresja, czyli wrażenie, to dobre określenie dla wypowiedzi artystycznej. Widzieć i odbierać świat nie tylko zmysłem wzroku, ale również całym swoim duchowym wnętrzem, sercem, przez pryzmat niepowtarzalnych i ulotnych zdarzeń. Doskonale uwieczniali takie chwile np. impresjoniści, którzy starali się głównie utrwalać bezpośrednie wrażenia zmysłowe. Wśród nich był jeden, trochę nietypowy przedstawiciel tego kierunku. Nazywał się Edgar Degas. Nietypowy, gdyż właściwie nie zerwał nigdy całkowicie z tradycyjnym klasycyzmem, choć był gorącym orędownikiem nowego trendu w malarstwie i wiele jego cech znajdowało odbicie w jego obrazach. Jednak, w przeciwieństwie do Maneta, Renoira czy Moneta, nie preferował malarstwa plenerowego. Malował sceny rodzajowe, głównie we wnętrzach. Szczególnie ukochał sobie i pozostał mu wierny do końca - balet. Malował też portrety, akty, ale także i proste praczki w paryskich suterynach. Ktoś może w tym miejscu zapytać - dlaczego piszę o sile impresji akurat właśnie u tego artysty? Co go wyróżniało z plejady wybitnych, francuskich malarzy XIX wieku? Otóż wyróżniał go jeden istotny szczegół - Edgar Degas u szczytu swojej sławy, w momencie największego rozkwitu talentu, zaczął błyskawicznie tracić wzrok. Czy właściwie można sobie wyobrazić większy dramat dla artysty malarza?
Nikt by się specjalnie nie zdziwił, gdyby w tej dramatycznej sytuacji życiowej Degas popadł w skrajną depresję, rzucił pędzle i sztalugi w kąt, rozpaczał z butelką absyntu w ręku nad niesprawiedliwym losem, który tak brutalnie się z nim obszedł. I zapewne tak by się stało, gdyby był tylko malarzem, wiernie odwzorowującym otaczający świat. Ale Degas był wielkim artystą. Zmysł wzroku był tylko jednym z narzędzi, niezbędnych w artystycznym przekazie. Jednym, ale nie jedynym.
Przeglądając chronologicznie kolejne prace tego artysty, widać wyraźnie zmianę sposobu malowania. Jego wczesne obrazy, jak np.: „Żebraczka z Rzymu” (1857), „Rodzina Bellellich” (ok. 1858-1861) to piękne, wystudiowane, ujęte w klasycystyczny sposób portrety rodzajowe. Wyraźnie widać w nich dbałość o szczegóły. Sprawnemu oku malarza nie umknęły nawet takie drobiazgi, jak realistyczna, niedojedzona kromka chleba leżąca koło żebraczki, czy kwiecisty deseń tapety widoczny w tym drugim dziele.
Obrazy z okresu, gdy był on u szczytu sławy, a szczególnie sceny rodzajowe z paryskiego baletu, jak: „Dwie tancerki na scenie”, czy słynna „Lekcja tańca” (1874) - to arcydzieła, które poruszają atmosferą, szczególnym ujęciem kadru, który jest jakby wycinkiem opowiadanej przez artystę historii, a nie historią zamkniętą w sobie. Daje się w nich odczuć wyraźnie wpływ ducha impresjonizmu, który zalecał chwytać życie na gorąco, poddawać się nastrojowi.
W okresie, gdy powstawały te obrazy, na początku lat siedemdziesiątych XIX w., zaczęły występować u Degasa pierwsze symptomy choroby oczu, która najpierw powoli, a później bardzo szybko powodowała coraz większą utratę widzenia.
Przeglądając kolejne prace artysty, widać wyraźnie zmianę sposobu malowania. Szczegóły zlewają się, postaci są czasami lekko rozmazane. Degas eksperymentuje z kolorem, efektami fakturowymi, pastele zastępują coraz częściej obrazy olejne. Powstają dzieła niezwykłe, jakby choroba zamiast niweczyć możliwości artysty, stawała się jego siłą i inspiracją. Dbałość o szczegóły zastąpiona zostaje niedomówieniem, powiewem tajemnicy, a skończona forma - zwiewną ulotnością czasu i rzeczy.
Podziwiając obrazy z czasów, gdy choroba czyniła spustoszenia w jego oczach, nie mogę wprost wyjść z podziwu nad genialnym wyrazem artystycznym w jego dziełach. Nasuwa się nieodparcie myśl, że właściwie czerpał on z niej jakąś niezwykłą moc. Być może, a nawet można być tego pewnym, okupione zostało to wielkim, osobistym dramatem, samotnością, bólem, zmaganiem się wzlatującej ku wyżynom muzy z oporem ułomnego ciała. I spod jego ręki wychodzą kolejne dowody geniuszu, jakby na przekór wszystkiemu, choćby „Wielka arabeska” (1880), namalowana w niezwykły sposób tancerka, istny poemat piękna i gracji, cała seria scen rodzajowych, jak: „Prasowaczki” (1884), „Dżokeje w deszczu” (1886), obraz, na którym padający deszcz przedstawiony jest w tak sugestywny sposób, iż widz mimochodem sięga po parasol.
Około 1899 roku, na wpół niewidomy Edgar Degas, maluje obraz niezwykły - „Niebieskie tancerki”. Obraz, który porusza z dwóch powodów. Po pierwsze, bo jest po prostu genialny - niezwykła kolorystyka, tajemnicza i trochę nierzeczywista wizja, po raz kolejny namalowanych, ukochanych przez artystę tancerek. Jakże jednak odmienne są one od tych uwiecznianych dwadzieścia, trzydzieści lat wcześniej. Duże, wycieniowane postaci wypełniają cały kadr obrazu, chłodny, niebieskawy, niepokojący koloryt, jakaś szczególna wibracja. Drugi powód, to wpisany w niego dramat człowieka, dramat choroby i cierpienia. Tak właśnie odbierałem „Niebieskie tancerki”, znając historię życia i schorzenie oczu artysty. Okazuje się jednak, że obraz kryje w sobie pewną zagadkę. Otóż jego styl jest zadziwiająco zbieżny z pracami: Cezanne'a, Gauguina, van Gogha - artystami, którzy nie mieli żadnych problemów z oczami! Ten ostatni miał pewien dramatyczny problem ze swoim uchem, ale to całkiem inna historia. A więc na ile był to świadomy wybór artysty, a na ile wpływ samej choroby? Krytycy sztuki spierają się o to do dziś.
Edgar Degas - wielki malarz, któremu kalectwo nie odebrało możliwości wyrażania swoich artystycznych wizji. Jego słabością były gasnące oczy, a mocą? Skąd czerpał światłość mocy? Może właśnie z tego szczególnego pierwiastka duchowego - siły impresji, chwytania na gorąco wrażeń, uciekającego czasu, niepowtarzalnych chwil, uwieczniania w kadrze obrazu tajemniczej wizji tancerek, w niebieskiej poświacie...

I Powrót na górę I


OGŁOSZENIA

KONKURS RECYTATORSKI

Klub Twórczości „ŻAR” przy Okręgu Mazowieckim PZN zaprasza wszystkich miłośników pięknego słowa do udziału w KONKURSIE RECYTATORSKIM.
Do recytacji konkursowej należy przygotować fragment prozy i utwór lub utwory poetyckie. Czas prezentacji - około dziesięciu minut.
Zgłoszenia należy kierować na adres: Klub Twórczości „ŻAR” przy Okręgu Mazowieckim PZN, ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa z dopiskiem „Konkurs Recytatorski”, do dnia 15 września 2004 r.
Dodatkowych informacji o konkursie i konsultacji będzie udzielał w siedzibie Okręgu Mazowieckiego PZN p. Andrzej Chutkowski (tel. prywatny: 0-22 835-31-77), po wcześniejszym ustaleniu daty i godziny spotkania.
Do udziału w KONKURSIE jeszcze raz serdecznie zapraszamy!

„OTWARTE ŁAMY”

Kwartalnik Kulturalny „Sekrety ŻARu” jest pismem, które oprócz przedstawiania twórczości osób związanych ze środowiskiem PZN, ma także w swoich założeniach promować i publikować twórców, którzy ściśle i stale nie są z nim związani.
Przełamywanie wszelkich barier dzielących niepełnosprawnych od tych „sprawniejszych” jest zadaniem obustronnym, powszechnym. Twórczość kulturalna jest zjawiskiem uniwersalnym, ponad wszelkimi podziałami. Podstawową ideą redaktorów naszego pisma jest promowanie kultury ponad wszelkimi barierami.
Na naszych łamach będziemy prezentować i upowszechniać wszystko to, co najlepsze w twórczości kulturalnej Klubu „ŻAR”, a także zapraszać gości, dla których zamierzamy, już od następnego numeru, otworzyć dział „Gościnne Łamy”.
Poezja, proza, sztuka artystyczna - to wszystko wymyka się z wszelkich ram, ograniczeń, często wręcz klaustrofobicznych, sztucznych „kloszy”.
My wybieramy twórczą otwartość. Udowadniamy to na co dzień: pisząc, malując, śpiewając, recytując, wystawiając sztuki teatralne. Zapraszamy na „Otwarte Łamy”.

I Powrót na górę I


Adres Wydawnictwa - ul. Wilcza 56/1, 00-649 Warszawa
ISSN 1732-8977
tel.: (0-22) 621 10 47, (0-22) 663 58 39, (0-22) 848 71 64

Kolegium redakcyjne: Andrzej Roch Żakowski (redaktor naczelny)
Irena Stopierzyńska-Siek (sekretarz redakcji)
Piotr S. Król (redaktor prowadzący wydanie, tel.: 0 504 784 316),
Irena Pursa, Andrzej Zaniewski

Współpracownicy: Andrzej Chutkowski, Jadwiga Wodzyńska-Bujak,
Iwona Zielińska-Zamora


Korekta - Irena Pursa

Redakcja techniczna, skład komputerowy, grafika - Piotr S. Król

Uwaga - redakcja nie odsyła nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr S. Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Powrót na górę