WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

W numerze:

Od Redakcji   >>>

PREZENTACJE - SEKCJA TEATRALNA:
Maskowanie i odkrywanie
wywiad z Andrzejem Chutkowskim   >>>

IV KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ
Irena Pursa
Słów parę... o Literackiej Gali   >>>
* * *
Lista osób nagrodzonych w IV Mazowieckim Konkursie
Małej Formy Literackiej - maj 2004   >>>

PREZENTACJE - SEKCJA LITERACKA
Laureatka IV Konkursu Małej Formy Literackiej w kategorii poezji
Małgorzata Tuora
Sny o świcie   >>>
* * *
Laureatka IV Konkursu Małej Formy Literackiej w kategorii prozy
Iwona Zielińska-Zamora
Peruka   >>>

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Stanisław Stanik - recenzja tomiku poetyckiego
Ireny Stopierzyńskiej „Z koszyka słów wybranych”   >>>

PRZEMYŚLENIA
Ireny Stopierzyńska - Panie Gombrowicz   >>>

IMPREZY I SPOTKANIA
Prezentacje Artystyczne  "Sztuka bez barier"
Ciechocinek, czerwiec 2004   >>>

FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Piotr S. Król - „Przeczytać wiersze nie napisane...”   >>>

OGŁOSZENIA   >>>


Od Redakcji

Foto - Redaktor wydania Piotr S. Król

Tym razem oddajemy do rąk Czytelników 5. i 6. numer naszego Kwartalnika Kulturalnego, który choć może nie objętościowo, ale numerycznie jest wydaniem podwójnym. Mamy nadzieję, że co najmniej zdwojone też będzie zainteresowanie nim naszych Czytelników. Poprzedni numer spotkał się z życzliwą przychylnością. Były słowa uznania, ale też i krytyki. Za wszystkie bardzo gorąco dziękujemy i zapraszamy ponownie na nasze kulturalne łamy, gdzie każdy powinien znaleźć coś interesującego dla siebie.
W 2004 roku, 4 sierpnia minęła setna rocznica urodzin Witolda Gombrowicza, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, prozaika, dramaturga i eseisty. I choć nie ma go już wśród żywych Irena Stopierzyńska postanowiła zadać mu kilka niełatwych pytań. "Panie Gombrowicz, przepraszam..." - tak zaczyna autorka swój tekst. Sądzę, że nie ma za co przepraszać autora Dzienników, Operetki czy Pornografii. Zapewne chętnie zszedł na chwilę z panteonu i z ulgą usiadł znów w rozświetlonej słońcem kafejce w Buenos Aires. Niemożliwe? Czytając tekst autorki widziałem ich tam oboje... Stopierzyńska nieustannie pytała (jak to kobieta), a On siedział i tajemniczo, trochę ironicznie (jak to tylko On potrafił) słuchał, słuchał, słuchał...
Nie wypadało nie zacząć od Gombrowicza, czcigodnego Jubilata. Otwiera jednak ten numer wywiad z Andrzejem Chutkowskim, reżyserem, animatorem i twórcą Teatru "Sekret". Nietypowy to teatr, nietypowy też jest sam Andrzej Chutkowski. Słowo "ŻAR", które jest w nazwie Klubu Twórczości, działającym od lat przy Okręgu Mazowieckim PZN, pasuje do niego, jak ulał. Teatr i sztuka pięknego słowa to jego pasja, miłość i życie. "Maskowanie i odkrywanie" - wywiad, który warto przeczytać.
W tym roku miał miejsce kolejny, już IV Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej. Gala Literacka odbyła się w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w podwarszawskim Stawisku. Irena Pursa nie lubi suchych, sztampowych relacji. W formie eseju opisała to literackie, niezwykłe spotkanie ludzi, którzy zmagają się zarówno z piórem, jak i własną ułomnością. Starała się uchwycić i przekazać choć cząstkę tej niepowtarzalnej atmosfery, jaka panowała podczas Gali. Myślę, że z powodzeniem. Drukujemy prace Laureatek (tym razem płeć piękna była zdecydowanie górą): opowiadanie "Peruka" Iwony Zielińskiej-Zamory oraz jeden z wierszy Małgorzaty Tuory "Sny o świcie".
Co łączy, a raczej, co szczególnego dzieli Sylvię Plath od Grahama Greena, dlaczego w Ciechocinku miała miejsce w tym roku bardzo burzliwa impreza kulturalna, co można znaleźć "w koszyku" Ireny Stopierzyńskiej - o tym także można przeczytać w bieżącym numerze Kwartalnika Kulturalnego "Sekrety ŻARu", do lektury którego w imieniu całej redakcji zapraszam.

Piotr Stanisław Król

I Powrót na górę I

PREZENTACJE - SEKCJA TEATRALNA

Maskowanie i odkrywanie
wywiad z Andrzejem Chutkowskim

Foto - Andrzej Chutkowski, aktor, reżyser, twórca Teatru SekretRed.: Panie Andrzeju, od kiedy Pan się zajmuje "sztuką przedstawiania"? Jak by Pan określił to, czym od wielu lat się Pan zajmuje?
A.Ch.: Wbrew temu, co by się mogło wydawać, odpowiedź na pytanie nie jest dla mnie zbyt łatwa. Inaczej bowiem brzmiałaby, gdybym miał określić, kiedy się to w ogóle zaczęło i jakie były tego pierwsze przejawy, a inaczej, gdybym miał powiedzieć, od kiedy zajmuję się tym w sposób w miarę systematyczny. Wydaje mi się jednak, że najistotniejsza jest odpowiedź nie tyle na pytanie od kiedy, ale skąd się wzięło u mnie właśnie takie, a nie inne zamiłowanie. Nie potrafię odpowiedzieć nawet w sferze przypuszczeń, czy zadecydowały o tym jakieś predyspozycje genetyczne, ponieważ nie posiadam żadnego przekazu, by ktoś przede mną w historii mojej rodziny właśnie tym się zajmował. Jest jednak rzeczą oczywistą, że na kształtowanie się cech naszych osobowości, ma wpływ nie tylko bowiem to, co dziedziczne, lecz również między innymi - wpływ otoczenia. Muszę powiedzieć, że jak tylko sięgam pamięcią, już w pierwszych latach mojego dzieciństwa rodzice i krewni usiłowali rozbudzić we mnie zainteresowania sztuką w różnych jej przejawach. Ojciec, zanim ukończył przed wojną na Politechnice Warszawskiej Wydział Architektury, studiował historię sztuki w Wilnie. Był estetą i pamiętam, jak prowadzał mnie do muzeów, opowiadając dużo o wystawianych tam obrazach, rzeźbach i innych eksponatach. On też pracował nade mną mozolnie, bym zanim pójdę do szkoły, nauczył się czytać, a później uporczywie zachęcał do lektury, podobnie zresztą jak przebywająca u nas często moja starsza kuzynka, już wówczas absolwentka polonistyki.
Pamiętam, jak rodzice lub krewni czytali mi pierwsze książki z kolorowymi obrazkami, jak uczyli mnie na pamięć wierszyków, których deklamacją popisywałem się później na rodzinnych spotkaniach. Pamiętam też, jak często prowadzano mnie na dziecięce spektakle teatralne i jakim mocnym przeżyciem była dla mnie każda wizyta w teatrze. Już w przedszkolu uczono mnie, jak można bawić się w teatr, zwłaszcza kukiełkowy. I pamiętam, że w domu była to również dla mnie ulubiona, popisowa zabawa.
W latach szkolnych brałem również udział w uczniowskich spektaklach. Były to jednak dosyć sztampowe montaże, szykowane na ogół do tak zwanych okolicznościowych akademii. Dopiero moje ostatnie lata w liceum dały mi sposobność do zrealizowania paru małych spektakli według własnego pomysłu, a to dzięki temu, że klasę naszą zaczęła uczyć naprawdę dobra polonistka - entuzjastka literatury pięknej, teatru i tak zwanego "żywego słowa". Zainspirowany mocno przez tę osobę studiowałem później polonistykę, a nawet chciałem przystąpić do egzaminów wstępnych w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Zamiary te niedługo potem zniweczyła ujawniona niespodziewanie choroba oczu. Aby zahamować proces utraty wzroku musiałem poddać się operacji i w efekcie tych wydarzeń przerwałem studia na Uniwersytecie Warszawskim.
Moje zamiłowania pozostały jednak nadal i pozwoliły mi później ukończyć zaocznie trzyletnie Studium Instruktorów Kulturalno-oświatowych. Ponieważ mniej więcej w tym czasie pracowałem już w spółdzielczości inwalidzkiej, ze zdobytymi również kwalifikacjami specjalisty do spraw rehabilitacji socjalnej, usiłowałem w środowisku niepełnosprawnych prowadzić społecznie działalność świetlicową, również z zakresu ulubionego przeze mnie teatru i literatury pięknej.
I to byłby ten pierwszy etap, obejmujący w moim życiu okresy dzieciństwa i młodości, w których - jak bym to określił - zamiłowania moje objawiały się w okolicznościach sporadycznych. Natomiast drugi etap, to już bez mała trzydzieści lat ciągłej, systematycznej pracy, realizowanej w różnych zespołach, jak też indywidualnie. Zaczęło się od działalności kabaretowej z grupą mniej lub bardziej słabo widzących młodych ludzi, absolwentów szkoły przy ul. Koźmińskiej. Prezentowaliśmy przed publicznością nie tylko naszego środowiska, słowno-muzyczne montaże, oparte głównie na własnych tekstach.
Od początku lat osiemdziesiątych zaczyna się mój okres zdobywania wiedzy o sztuce scenicznej i recytatorskiej od wysokiej klasy profesjonalistów. Wśród moich instruktorów było paru bardzo dobrych aktorów, takich jak: Jacek Borkowski, Maciej Rayzacher, Lucyna Suchecka, Barbara Chorawianka, Irena Jung, Krystyna Mazurówna (profesor PWST), Emilian Kamiński, Jacek Pacocha (reżyser), Barbara Bursztynowicz, Maciej Pietrzyk, Stanisław Jaskółka i inni. Wielu z nich prowadziło swoje zajęcia na specjalnie zorganizowanych dla nas warsztatach. Inni wtajemniczali nas w arkana sztuki aktorskiej, prowadząc w naszym środowisku amatorskie zespoły teatralne. W pracach i osiągnięciach tych zespołów uczestniczyłem dość intensywnie przez całe lata osiemdziesiąte i jeszcze później, ale już w teatrze profesjonalnym u reżysera Jacka Pacochy, który zaeksperymentował, wprowadzając na scenę teatralną obok zawodowych aktorów grupkę artystów niewidomych, głównie muzyków. Możliwość wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu była dla mnie z jednej strony wspaniałą przygodą, z drugiej zaś bezcennym uzupełnieniem zasobu uprzednio zdobytych doświadczeń. Praca w zespołach prowadzonych przez profesjonalnych instruktorów, mimo tego, że dawała dużo satysfakcji, w postaci owacji publiczności, jak również zdobytych nagród na różnego rodzaju konkursach i przeglądach, a także dwóch festiwalach międzynarodowych, miała dla mnie jednak tę słabą stronę, że czasami trzeba było pracować nad rzeczą narzuconą, do której nie zawsze miałem całkowite przekonanie. Coraz częściej zacząłem szukać realizacji do własnych pomysłów. Wykonałem kilka scenariuszy monodramów, które później prezentowałem przed publicznością, a także na przeglądach teatralnych. Były to montaże oparte o twórrczość literacką, takich autorów jak: Krzysztof Kamil Baczyński, Josif Brocki, Stanisław Dygat, Rabindrannath Tagore i Constantinos Cavatis.
Już w latach osiemdziesiątych, kiedy jeszcze pracowałem w zespołach prowadzonych przez profesjonalistów, podejmowałem równolegle próby wykonania małej formy teatralnej przez nieduży zespół. I tutaj też udawało nam się od czasu do czasu zdobyć jakąś nagrodę. Foto - Teatr Sekret podczas występów w Ciechocinku, czerwiec 2004Aktualnie mija już czwarty rok, kiedy pracuję z grupą paru zaprzyjaźnionych osób, starając się realizować idee tak zwanego "teatru poezji". Pracę nad spektaklem zaczynam oczywiście od ułożenia odpowiedniego scenariusza. Jest to montaż wybranych fragmentów z twórczości jakiegoś poety. Trzeba to oczywiście rozpisać na role - dialogi lub monologi, dbając jednocześnie, by rzecz tworzyła jakąś zharmonizowaną całość, zawierającą odpowiednie przesłanie. Nasze dotychczasowe spektakle oparte były o twórczość poetycką Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Kazimiery Iłłakowiczówny, Ernesta Brylla i Juliana Tuwima. Do tego ostatniego spektaklu udało nam się wprowadzić kilka piosenek, sporo żartu i elementów kabaretowych. Pracujemy przy Mazowieckim Klubie Artystów Niewidomych "ŻAR" jako sekcja recytatorsko-teatralna, czyli w skrócie Teatr "Sekret". Nie wiem, jak długo będzie istniała nasza grupa, mam jednak nadzieję, że uda nam się kontynuować tę na pewno trudną dla wszystkich pracę, ale wyrazy uznania przez publiczność, dobre notowania na konkursach i zdobyte nagrody, połączone zresztą z profesjonalnymi uwagami, co należałoby jeszcze poprawić, to chyba wystarczająca ilość czynników mobilizujących do dalszej pracy. Należy powiedzieć, że niezależnie od pracy zespołowej, staramy się również indywidualnie doskonalić nasz warsztat recytatorski. Konfrontacje konkursowe są najlepszym tego sprawdzianem, a trzeba powiedzieć, że i tu zdobywamy wiele nagród. Wydaje mi się, że na pytanie postawione we wstępie, od jak dawna ja się tym wszystkim zajmuję, można by odpowiedzieć po prostu - od dawna. Byłoby krótko i na pewno skromnie. Tymczasem można byłoby uznać, że chyba zabrakło mi zwykłego poczucia przyzwoitości, kiedy pozwoliłem sobie na uwicie tak długiej girlandy kolorowych przechwałek, za co przepraszam. Chciałem jednak powiedzieć, że kiedy uczestniczy się bezpośrednio w tak długoletnim ciągu losowych wydarzeń, na których przebieg przynajmniej usiłuje się w jakiś sposób oddziaływać samemu i co z tego kolejno wychodzi, jak silnie objawia się w odczuwanych niewątpliwie przeciążeniach emocjonalnych, to naprawdę trudno mieć pewność, kiedy to się wszystko na dobre zaczęło.
A teraz jak bym to określił? - Wydaje mi się, że o tym wszystkim co robiłem i robię nadal, to właśnie opowiedziałem dosyć szczegółowo. Daleki jestem od tego, by samemu uznać się za artystę, ale praca moja w tej dziedzinie, to na pewno ciągłe poszukiwanie nowych, coraz bardziej wyrazistych form artystycznego przekazu najogólniej pojętej prawdy o ludziach i o świecie, prawdy o ludzkich wartościach. Tworzywem tego przekazu jest żywe słowo. Adresatem - widz i słuchacz, czyli żywy człowiek. Czy da się to wszystko określić jednym słowem? Nie wiem. Może - szaleństwo, może nałóg? Ilekroć udawało mi się dostać do finału Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego organizatorzy witali nas żartobliwie, w odróżnieniu od debiutantów, mianem "recytatorskiej recydywy". Być może w tym coś jest. Powiem jednak, że właśnie potrzeba przekazu innym jakiejś prawdy, objawia się u mnie w sile pasji. Po prostu, jeśli się w miarę możliwości dużo czyta, to tu i ówdzie trafia się na jakiś fragment, na jakiś wiersz, o którym raptem mogę powiedzieć, że przecież autor określił precyzyjnie w słowach właśnie to, o czym i ja myślałem. To jest właśnie ta znaleziona i tak pięknie nazwana słowami literackimi prawda. Czy nie jest to coś jak poławianie drogocennych pereł na głębinie? I wtedy budzi się pasja, żeby podzielić się tą zdobyczą z innymi. Ale zrobić to jak najlepiej, jak najwyraziściej. I tu potrzebny jest właśnie dobry warsztat recytatorski. Bez takich motywacji trudno być dobrym recytatorem, jak zresztą trudno nim być, jeśli się nie czyta lub czyta mało. Niejednokrotnie powtarzam to młodszym od siebie recytatorom.

Red.: W czym tkwi, Pana zdaniem, szczególna wartość uprawiania sztuki teatralnej?
A.Ch.: Kiedy mówiłem, jaką satysfakcję osiąga recytator, kiedy udaje mu się jakąś prawdą uzyskaną w lekturze podzielić z innymi, to znaczy z publicznością, jak również poprzez taką czy inną formę teatralną dokonujemy analogicznego dzielenia się, tyle, że do dyspozycji mamy bogatszy zasób środków artystycznego wyrazu. Jak już powiedziałem, tworzywem, którym posługuję się w swojej pracy recytatorskiej jest słowo - słowo mówione. W spektaklu teatralnym jest nie tylko słowo i rzadko tylko jeden wykonawca. Zdecydowanie częściej cały zespół aktorów. Nie tylko mówiących, ale posługujących się ruchem scenicznym, powodującym ciągłą zmienność żywych obrazów. Ważną rolę w tej grze pełni również starannie wypracowany gest. Dalej - odpowiednia gra rekwizytami. Inne środki to: scenografia i kostiumy, oprawa muzyczna i efekty dźwiękowe, odpowiednio dopasowywane oświetlenie. Nierzadko pojawia się też śpiew, taniec, udział statystów i szereg innych sposobów oddziaływania na widza, po które sięgają reżyserzy i scenarzyści, poszukujący wciąż nowych form przekazu artystycznego. Ważne jest, aby ta lawina możliwości nie zasypała w efekcie zasadniczej treści przesłania do odbiorcy. Dlatego też prawdą jest, że czasami bardzo oszczędnymi środkami i pokazem teatralnym niemal w ascetycznych warunkach, można osiągnąć dużo owocniejszy odbiór widowni. Ważne jest, by w tej ograniczonej przestrzeni scenicznej, tworzącej jakiś skondensowany obrazek ze świata, widz mógł dostrzec jakąś prawdę o życiu, o ludziach, boć może o sobie samym, którą przyjmie lub zaneguje. Ale którego poruszy i wywoła refleksje, która w jakiś sposób wzbogaci jego tak zwane osobiste wnętrze.

Red.: Kiedyś traktowano teatr niemal "jak świątynię". Dzisiaj wielu czyni ze sceny raczej "dom publiczny". W repertuarach wielu teatrów pojawiają się sztuki obsceniczne w języku i obrazie. Co Pan o tym sądzi? Czy teatr powinien odsłaniać czy też maskować brzydotę życia?
A.Ch.: Tym razem spróbuję odpowiedzieć na to pytanie zaczynając od końca. Odsłaniać, czy maskować? Oczywiście zależy co. Natura ludzka jeśli jest zdrowa i nie wypaczona, zawsze nacechowana była skłonnością, by z pewnym wstydem zasłaniać wszystko, co w niej jest - najoględniej mówiąc - nieładne. Nie sądzę, żebym okazał się tutaj jakimś moralistą na wyrost, jeśli uznam za oczywistą rzecz, że człowiek, czyli każdy z nas, nie lubi być oglądany, kiedy jest brudny, a czasami oszpecony. Jakże niechętnie kobieta pokazuje się bez odpowiedniego uczesania lub makijażu. W trakcie wykonywania koniecznych czynności fizjologicznych człowiek szuka odpowiedniego miejsca, a przede wszystkim odosobnienia. Dlatego też naturalną jest potrzeba osłony przynajmniej tych części ciała i narządów, które biorą w tym bezpośredni udział. Naturalnym też jest fakt, że człowiek tylko na określonych warunkach rozbiera się przy kimś. I też w okolicznościach gwarantujących intymność. Może to być ktoś obdarowany szczególnym uczuciem, a zatem i zaufaniem lub ktoś, kto może pomóc. Na przykład w dolegliwościach chorobowych. Dlatego opowiadam się w tym miejscu jako zwolennik poszanowania prawa do intymności osobistej. Rozumiem jednak, że prawda o życiu ludzkim to także prawda o perwersyjnych zachowaniach, o wulgarnym języku, o tak zwanym wolnym seksie, traktowanym coraz częściej jak rodzaj popularnej rozrywki lub sportu, o okrucieństwie i przemocy wobec innych, o najrozmaitszych różnych ohydnych ludzkich postawach. Można by jeszcze długo wymieniać przejawy otaczającej nas brzydoty. I to też jest prawda o życiu. Nie powinna być w teatrze przemilczana lub maskowana. Czy jednak spektakl, który by jej nie osłaniał, musi mieć formę naturalistycznej wiwisekcji, wywołujących u widzów grymas odrazy lub też emocjonalne rozbudzenie najniższego rzędu cech ludzkiej psychiki, czyli instynktów i popędów. Uważam, że dla realizatorów spektakli teatralnych prawdziwym artystycznym wyzwaniem jest właśnie takie pokazanie prawdy o przejawach brzydoty czy ohydy życia ludzkiego, aby była ona pokazana jako pełny i rzeczywisty problem, ale forma tego przekazu nie stała się jednocześnie jakąś obrzydliwością samą w sobie. Uważam też, że jeśli czasem dochodzi na scenie do pokazania jako takiej nagości ludzkiej, ale w formie estetycznej i subtelnej, mającej na celu osiągnięcie jakiegoś artystycznego efektu, a co przynajmniej nie utrudnia odbioru przez widownię zasadniczego przesłania, to jest to jak najbardziej uzasadnione i sprzeciwianie się temu byłoby szczytem pruderii. Prawdziwy artysta, jakiego rodzaju sztuki by nie uprawiał, będzie wiedział, co i na ile powinno być odsłonięte, a co zamaskowane, chociaż między jednym a drugim jest bardzo subtelna granica, którą łatwo nieopatrznie przekroczyć. Przykładowo jest to taka granica, jak między sztuką erotyczną, a pornografią.

Red.: Jak Pan postrzega rolę i zadania dobrego teatru?
A.Ch.: Właściwie odpowiadając na to pytanie, mógłbym wykręcić się odnośnikiem "patrz odpowiedź na pytanie drugie". Przypuszczam, że odpowiadając na pytanie trzecie, też już na ten temat coś powiedziałem. Teatr pełni na pewno rolę dydaktyczną, pokazując w tak zwanych żywych obrazach wyżej już wymieniane prawdy o życiu człowieka, środowisk społecznych, narodu. Teatr powinien też kształtować w ludziach coś, co nazywamy hierarchią wartości. Powinien pokazywać ludziom, jak na przestrzeni wieków wyrastało bogactwo sztuki, jak kształtowała się kultura ludzkości. Powinien uczyć, jak odróżnić prawdziwe piękno od tego, co zachowuje tylko jego pozory. Jak odróżnić naprawdę wartościowe dzieło artystyczne od kiczu. Teatr powinien też uczyć ludzi, co jest dla nich prawdziwym dobrem i w jaki sposób starać się o budowanie wspólnego dobra. Teatr powinien też bawić, dostarczać dobrej rozrywki, żeby śmiech rozlegający się głośno na widowni, wywołany był żartem na poziomie i podany ze smakiem - tak jak to pisał biskup Krasicki: "I śmiech niekiedy może być nauką, jeśli się z przywar nie z osób natrząsa".

Red.: A co decyduje w Pana przypadku o doborze repertuaru teatralnego dla swego zespołu?
A.Ch.: Zabrzmi to może dosyć prozaicznie, ale od razu na wstępie powiem, że szczupła liczba osób uczestniczących w życiu teatru "Sekret" jest zasadniczym ograniczeniem jakiegoś doboru repertuarowego w szerszym zakresie. Aktualnie trzy, może czasem cztery koleżanki (w tym jedna, to moja żona) i nas dwóch mężczyzn - to stan liczebny uniemożliwiający znalezienie scenariusza do takiej sztuki teatralnej, której wymogom obsadowym moglibyśmy sprostać.
W ustaleniach regulaminowych, stawianych przez organizatorów przeglądów na które jeździmy, dopuszczalne są wyłącznie małe formy teatralne - mniej więcej półgodzinne. A zatem gdyby się nawet znalazła jakaś sztuka teatralna, którą bylibyśmy w stanie swoimi siłami obsadzić, mogłaby być to tylko jednoaktówka. Dlatego "Sekret" realizuje się, jak do tej pory, w konwencji teatru poezji. Układając scenariusz - czyli odpowiednio dopasowany montaż fragmentów poetyckich - z drugiej zaś strony znając możliwości i właściwości osobowe moich koleżanek i kolegi, dopasowuję do nich te poszczególne fragmenty tak, aby łączyły się w jakąś całość sytuacyjną. Na scenie wytwarza się jakiś rodzaj dość luźno pojętej akcji, ale pełni ona rolę drugoplanową i stanowi tylko jakby tło dla przekazu zawartej w wybranej poezji treści zasadniczej, czyli tak zwanego przesłania. Wybór natomiast samego materiału do scenariusza powinien oczywiście zawierać te treści, które odpowiadają zasadniczym moralnym wymogom omówionym już przeze mnie w odpowiedziach na uprzednie pytania. I tak przynajmniej wygląda to na dzisiaj. Nie wiem, może w przyszłości znajdą się jakieś nowe rozwiązania, które pozwolą pokonać bariery naszych obecnych ograniczeń. Nie wiem. Zobaczymy.

Z Andrzejem Chutkowskim rozmawiała Irena Stopierzyńska-Siek

I Powrót na górę I

IV KONKURS MAŁEJ FORMY LITERACKIEJ

Irena Pursa
Słów parę... o Literackiej Gali

Foto - Irena PursaReportaż to nie jest mój ulubiony genre (franc. - gatunek, styl). Zmagam się ze sobą i przemagam niemoc. Inną wolę formę, bliższą ciągowi myśli, rzekłabym - eseistyczną. Zatem dobór odpowiednich i rozbudzających wyobraźnię szczegółów; gromadzenie faktów dających obraz tego, co się słucha i ogląda. Zwykły opis rzeczywistości zatrze treści, które chcę przekazać.
Dalej siedzę nad pustą kartką. Jak złapać słowa na haczyk i wydobyć na światło dzienne? Początkiem jest myśl, która tym razem, nie jak w wierszu, będzie określona, nie zaś mglista i ledwie w zarysie. Trudno mi zdobyć się na obiektywizm. Byłam tam bowiem nie jako obserwator, lecz uczestnik, prowadząca, jurorka, trochę jak gospodarz imprezy. Na obserwacje nie starczyło czasu. Uruchomię więc podświadomość i pisanie automatyczne, wczuję w rolę reportera, ale tylko trochę. Posłużę się przy okazji wypowiedziami innych. To mi się wydaje właściwsze niż zwykły słowotok.
Zakończył się kolejny, bo czwarty już konkurs literacki, zorganizowany przez Klub Twórczości ŻAR przy Okręgu Mazowieckim PZN. I kolejna, chyba odpowiednia oprawa finałowej gali - rozdawania nagród, oficjalnych przemówień. O nastroju spotkania świadczą słowa jednego z jego uczestników Piotra S. Króla (laureata II nagrody w prozie). Pozwolę sobie go zacytować:
"Z pewną przekorą mógłbym powiedzieć, że biorę udział w Konkursach Małej Formy Literackiej po to, aby uczestniczyć w finałowych galach. Jest coś szczególnego w atmosferze tych spotkań: naturalność, ciepło serc i za oknem (impreza ma szczęście do pięknej pogody) oraz niczym nie skrępowany duch poezji i prozy. Nie skrępowany koniunkturalizmem i pogonią za aktualnymi trendami i modą. Tutaj słowa przelewane na papier płyną prosto z serca i duszy autorów. To się wyczuwa."
Uroczyste wręczenie nagród laureatom odbyło się w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w podwarszawskim Stawisku. To magiczne miejsce, które zachowało w sobie niepowtarzalność zainteresowań jego właścicieli. Zgromadzone przez nich zbiory są bogatą, liczącą prawie 25 tys. tomów biblioteką, zawierającą też wydawnictwa nutowe i płytowe, zbiory fotograficzne i ikonograficzne, a przede wszystkim wspaniałe archiwa literackie i osobiste patronów.
Dyrektor muzeum i jednocześnie starszy kustosz Oskar Koszutski z miłością i żarliwością oprowadzał zebranych po domostwie - świątyni literatury i sztuki. Wszak w życiu gospodarzy to miejsce było zawsze pełne ludzi. Tradycje owe do dziś są podtrzymywane poprzez urządzane w posiadłości konferencje, spotkania kulturalne, a nawet komercyjne. Bliski kontakt z muzeum w Stawisku utrzymują obie córki pisarza. Dla nich to przecież dom rodzinny, w którym wszystkie przedmioty przywołują wspomnienia. W niewielu domach w Polsce udało się zachować - przez burze i zawieruchy dziejowe - tyle pamiątek rodzinnych. Obok dziewiętnastowiecznych mebli Lilpopów uwagę koneserów przyciąga komplet, stylizowanej na angielską, granatowej porcelany polskiej, obrazy Simmlera, Kostrzewskiego, Malczewskiego, Fałata i Witkacego; sepiowe, nostalgiczne zdjęcia rodziny i przyjaciół, bezcenne bibeloty, będące onegdaj rzeczami osobistymi mieszkańców domu. Na cmentarzu dominuje rodzinny grobowiec, a z parku w Stawisku przeniesiono wielki granitowy kamień na grób Anny i Jarosława.
Wchodzimy po skrzypiących, drewnianych schodach na piętro. Nasze postaci odbijają się w kryształowych lustrach. Na podestach straszą liczne trofea myśliwskie. Z nabożną niemal czcią muskamy palcami klawisze fortepianu, na którym grał Karol Szymanowski...
Oficjalna część ogłoszenia werdyktu Jury była, wbrew swojej nazwie, bardzo rodzinna. Połączyła naszą społecz- ność i zaproszonych gości słowem i myślą twórczą autorów uczestniczących w konkursie.
"To niezwykle budujący fakt, iż osoby borykające się na co dzień z wieloma przeciwieństwami losu, znajdują czas na rozwijanie talentów literackich... Poezja, proza i inne formy sztuki są dla tych osób światełkiem w tunelu (ciemności)..." - mówi Irena Rybak - jurorka.
Prezes Klubu ŻAR Andrzej Roch Żakowski z ogromnym wzruszeniem dziękował zebranym za udział w uroczystości. Na szczególną uwagę zasługiwała wypowiedź jednego z jurorów Zdzisława Brudnickiego (krytyka ze Związku Literatów Polskich) brzmiąca nostalgiczną nutą wspomnień o Jarosławie Iwaszkiewiczu - pisarzu i człowieku, którego duch błądzi po pokojach tego szczególnego domu szeleszcząc nocą kartkami ksiąg. I recytacje wierszy laureatów.
"Ach, jeszcze raz zwyczajne słowo powiedzieć tobie z ust do ust..." (fragment wiersza J. Iwaszkiewicza).
Tak więc usłyszeli obecni w utworach poetów ożywienie powszedniości tego co nie dostrzegane w otoczeniu i być może uchwycili tajemniczą logikę, kryjącą się za zwykłymi, nawet banalnymi sytuacjami, a na pewno poddali się lirycznemu nastrojowi wierszy.
Tomiki poezji rzadko trafiają na listy bestsellerów - to prawda ogólnie znana. Ale warto żyć i tworzyć dla takich chwil, jakie przeżyli uczestnicy uroczystości w piękny czerwcowy poniedziałek 30 czerwca 2004 roku. Przekonali się o tym również oficjalni honorowi goście Gali Literackiej i jej sponsorzy: p. Joanna Damaziak - sekretarz Powiatu Grodziskiego, p. Andrzej Kościelny - burmistrz miasta Podkowy Leśnej i p. Lidia Abramczyk - naczelnik Wydziału Oświaty Starostwa Powiatu Grodziskiego.
Poeci chcą wydawać swoje wiersze i to jest naturalne. Lecz wiersz może docierać do ludzi za pośrednictwem nie tylko oczu. Utwory wielu poetów, w tym tych z naszej specyficznej grupy, trafiają po raz pierwszy do przyszłego czytelnika podczas recytacji. I wiadomo, iż oba sposoby poznawania wierszy są równie ważne, a nawet można powiedzieć, że się uzupełniają, albowiem recytacje wywodzą się oczywiście z ustnej tradycji, która w wielu krajach świata ciągle istnieje, i to bardzo silna. Chcę w ten sposób pocieszyć naszych twórców. Recytując ich wiersze, interpretując je często z podkładem muzycznym, tworzę z nich "poezję deklamacyjną", angażującą widownię swą dramaturgią. To najprostszy sposób nawiązania kontaktu z publicznością i owocuje często wzrostem popularności samego poety. W ten sposób jego utwory są bardziej przystępne i na pewno docierają swymi treściami nawet do nieobytego słuchacza. Potem następuje publikacja, bo czytelnik już został podbity. To wariant optymistyczny. Lecz bez wiary i samozaparcia w dążeniu do celu nie będzie sukcesu. Trzeba w siebie wierzyć. W tym stara się Wam pomóc grupa poetycka, do której należycie. Przed Wami wiele pracy, bo pisarstwo jest poświęceniem ogromnym. Ale warto. I niekoniecznie dla profitów. Tych raczej nie oczekujcie w naszych czasach...
Potem było zaproszenie na poczęstunek w ogrodzie Anny i Jarosława, w słońcu i zapachu kwiatów, pośród uśmiechów i uścisków gratulacyjnych. Kręciłam się między zebranymi oszołomiona i zmęczona, ale też współszczęśliwa z laureatami, zwłaszcza tymi najmłodszymi, którzy spontanicznie wyrażali swoją radość z sukcesu - pierwszego w życiu, lecz na pewno nie ostatniego.

I Powrót na górę I

Lista osób nagrodzonych w IV Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej - maj 2004

KATEGORIA PROZY:
I miejsce - Iwona Zielińska-Zamora (Łódź)
II miejsce: Piotr Stanisław Król (Warszawa), Paweł Kozłowski (Gdańsk)
III miejsce: Jarosław Gniatkowski (Warszawa), Magdalena Radwańska (Wrocław)
Wyróżnienia: Ireneusz Morawski (Kraków), Józef Wawroń (Świecie), Wiesława Buczulińska (Szczecin), Krystyna Konasiewicz (Szczecin), Małgorzata Tuora (Warszawa), Marta Kulesza (Olsztynek), Jadwiga Wodzyńska-Bujak (Radom), Malwina Michalak (Gizałki woj. wielkopolskie), Irena Stopierzyńska-Siek (Warszawa), Grażyna Smalec (Lublin)

KATEGORIA POEZJI:
I miejsce: Małgorzata Tuora (Warszawa)
II miejsce: Jan Polkowski (Kobyłka), Barbara Turajczyk (Łódź)
III miejsce: Magdalena Krytkowska (Opatówek), Hanna Domańska (Sochaczew)
Wyróżnienia: Jadwiga Wodzyńska-Bujak (Radom), Adam Podrucki (Cegłowo), Iwona Rotter (Kielce), Krystyna Łagowska (Warszawa), Anna Kowalska (Żyrardów), Joanna Witkowska (Radom), Czesław Jóźwik (Wrocław)

Wyróżnienie specjalne dla najmłodszego uczestnika Konkursu: Paweł Kozłowski (Gdańsk), laureat II miejsca w kategorii prozy

Prace oceniało jury w składzie: Andrzej Zaniewski (Związek Literatów Polskich) - przewodniczący, Zdzisław Brudnicki (Związek Literatów Polskich), Janusz Orłow (Stowarzyszenie Autorów Polskich), Irena Rybak (poetka), Irena Pursa (Rada Klubu Twórczości ŻAR) - sekretarz

I Powrót na górę I

PREZENTACJE - SEKCJA LITERACKA - POEZJA

Małgorzata Tuora
SNY O ŚWICIE
(Laureatka IV Konkursu Małej Formy Literackiej w kategorii poezji)

Nie pytajcie mnie o sny niewidomych
- są jak czarne tunele bez wyjścia...
Ci, dla których dni podobne do nocy,
Przeciskają się przez nie po omacku,
nasłuchując przeciwności życia.

A, gdy z nagła przyśni im się, że widzą,
Nie potrafią wydobyć z siebie świata...
Ich przestrzeń jest płaska jak zasłona,
Odgradzająca od wszelkich widoków.
Bezskutecznie szarpią ją wyobraźnią,
Aż sen się urwie... I noc powraca.
Noc, co nigdy nie przyniesie świtu.


Warszawa, 2002 r.

I Powrót na górę I


PREZENTACJE - SEKCJA LITERACKA - PROZA

Iwona Zielińska-Zamora
PERUKA
Laureatka IV Konkursu Małej Formy Literackiej w kategorii prozy

Zima 2040 r.

Zima tego roku okazała się wyjątkowo łaskawa dla mieszkańców tej cichej uliczki. Termometr za kuchennym oknem wskazywał tylko minus dwa stopnie, padał drobny śnieg i cichutko okrywał swoim białym puchem dachy, drzewa, trawniki...
Takiej ciepłej zimy od dawna nie pamiętano w tej dzielnicy, którą nazywano w tym mieście dzielnicą starych ludzi. Przed wielu laty, jeszcze u schyłku XX wieku, to maleńkie osiedle cieszyło się bardzo dobrą opinią. Eleganckie kamienice, ochrona, monitoring - były to atuty nie do podważenia. Największym szpanem było zamieszkać w tej dzielnicy, oznaczało to, samo przez się, że jest się człowiekiem zamożnym, że na pewno należy się do elity, jeśli nie intelektualnej, to z pewnością do finansowej. I właśnie tutaj na początku wieku sprowadziły się dwie młode kobiety: dwie przyjaciółki ze swoimi rodzinami. Jakoś tak jedna drugą namówiła do tej przeprowadzki, obie potem tego nie raz - żałowały. Dzielnica była bogata, ludzie niesympatyczni, walka o pieniądze dominowała, można nawet powiedzieć, że zdeterminowała całkowicie ich życie. A obie przyjaciółki troszeczkę odbiegały od kanonu "człowieka z osiedla".
Lata mijały, eleganckie domy wzajem ze swoimi lokatorami starzały się. A że, po okresie względnej prosperity, w mieście było coraz trudniej o pracę, co odważniejsi zaczęli jej szukać poza granicami Polski, emigrowali w poszukiwaniu: lepszego życia, nadziei i straconych złudzeń. Teraz po prawie czterdziestu latach osiedle wyludniło się, a przede wszystkim mocno postarzało. Proces to naturalny, dziejowy: starzenie i umieranie dzielnic, a nawet całych miast. Przykry jest tylko dla bezpośrednich świadków tego upadku. Pozostałym tutaj przyszło już tylko godnie się starzeć i przygotowywać się do tej ostatecznej emigracji, podobno do najlepszego ze światów.

W sylwestrową noc 2040 roku na jednej z ulic tego osiedla panowała idealna cisza, jakby jego mieszkańców nic a nic nie obchodziło przemijanie czasu.
Kamienica, w której bohaterki mojego opowiadania spędzają tę noc, jeszcze nosi ślady dawnej świetności, pomimo tego, że trochę odrapana, gdzieniegdzie odpadł tynk, balustrady dawno już nie widziały świeżej farby, ale i tak wnikliwy obserwator zobaczy, a może tylko domyśli się jej piękna. Cały dom był wypełniony dziwnym zapachem: chyba starości i nostalgii, o ile ta może pachnieć. Tak: trochę był to zapach: staromodnych, chanelowskich perfum, olejku różanego, naftaliny, domowego ciasta - wszystkiego tego, czego dzisiaj już nikt nie używa.
Gorzej jednak z moimi bohaterkami - są stare i pełne zmarszczek, przypominają trochę dwie woskowe figurki. A co z ich urodą? Może nawet, kiedyś... dla kogoś... były piękne, ale dzisiaj to już nie ma najmniejszego znaczenia.
Siedzą teraz na kanapie, takiej z epoki późnego Kwaśniewskiego (wyjaśnienie dla młodych - Kwaśniewski to prezydent naszego państwa na przełomie wieków). Kanapa jest solidna, skórzana i któraż to kobieta z tamtych czasów o takiej nie marzyła. Przeważnie takie kanapy kupowano w kompletach z fotelami i ławą. Ława też musiała być elegancka - połączenie metalu ze szkłem, czasem ciężar blatu dźwigała na swoich barkach szczupła, naga postać kobieca. Tak, takie to były wtedy upodobania młodych Polek. A teraz siedzą na takiej kanapie dwie stare kobiety, na ławie stoi butelka szampana, jedyny dowód na to, że to naprawdę jest noc sylwestrowa.
Zegar jeszcze starszy niż one, wybił magiczną północ i o dziwo! - nie zaspał, a to ostatnio nagminnie się mu przytrafiało.
Pierwsza odezwała się Agata.
- Czy ty Krystyno zdajesz sobie sprawę, ileż to już lat my się znamy, ile przeżyłyśmy wspólnie chwil. Chociaż zawsze byłam słaba z rachunków, to wiem na pewno: męczymy się ze sobą ponad siedemdziesiąt lat!
- Odeszli nasi rodzice, zabrakło naszych mężów, a my ciągle razem.
- I czy wyobrażałaś sobie, że dzień, w którym poszłyśmy pierwszy raz do szkoły, będzie pierwszym z tysięcy już wspólnie spędzonych?
- Mhm, zamruczała sennie Krystyna, bo szampan, który zawsze bardzo lubiła, dawał już o sobie znać.
- A mój wyjazd za granicę? - spędziłam w końcu kilka lat w Berlinie - zapytała jeszcze.
- Ach, nie biorę tego wcale pod uwagę, ostatecznie pisywałyśmy do siebie i dzwoniłyśmy tak często... i było tak, jakbyśmy się wcale nie rozstawały.
- Wiesz Krysiu (Agata znowu się odezwała, jakby nie zauważając senności przyjaciółki), mam pewien plan.
- No, to mów - ponagliła ją Krystyna, zawsze była bardziej energiczna.
Agata obracała w dłoni kieliszek ze złocistym napojem, zwlekała z jego wypiciem( bo ona w przeciwieństwie do Krystyny nie lubiła szampana)... i z odpowiedzią.
- No, co ci wpadło do głowy, mów szybko, to może nie uda mi się jeszcze zasnąć.
Wreszcie odstawiła zdecydowanym ruchem kieliszek na blat ławy i jakby się bała, że nie starczy jej odwagi - Agata zaczęła mówić, szybko i trochę chaotycznie.
- I wiesz, co mi przyszło do głowy, właśnie dzisiaj, kiedy ten cholerny zegar wybił północ, a my jeszcze ciągle żyjemy...
- Już od kilku miesięcy o tym myślę. Bo, widzisz, kiedy siedzimy tu, takie samotne... to może byłoby lepiej, żebyśmy zamieszkały razem w jednym mieszkaniu. Będzie to korzystne finansowo, no i łatwiej będzie umierać, jeśli się wie, że ktoś jeszcze jest obok. Nasze córki są tak daleko, a o naszych wnukach to już lepiej nie wspominać.
- No i co ty na to? - Agata spojrzała na przyjaciółkę nieco trwożliwie.
Krystyna bardzo wolno dopijała swój trunek i milczała... Po przeraźliwie długiej chwili Agata usłyszała jej nieco zmieniony przez wzruszenie głos.
- Pomysł jest wcale, wcale - właściwie nie ma się co nad tym zastanawiać.
- Przeprowadzam się do ciebie - to jest ostateczna decyzja.
Upłynęło tyle czasu, ile było potrzeba na załatwienie wszystkich niezbędnych formalności i zanim minęła zima, mieszkanie Agaty bardzo chętnie przygarnęło jeszcze jedną lokatorkę.

Maj 2041

Pewnego wiosennego wieczoru dwie woskowe figurki znowu zasiadły na tej starej, niemodnej już kanapie.
- Czy słyszałaś Agatko, jak pięknie dzisiaj rano śpiewał nasz kosik, na tej starej wierzbie?
- Jeśli jeszcze raz powiesz do mnie Agatko, to uduszę - powiedziała Agata, jakby odmłodzona, jakby ubyło jej lat.
Wieczór był piękny - majowy, taki zaraz po pierwszym, ciepłym deszczu, a ich ulica, która dzisiaj mogłaby nosić nazwę - Ulica Starych Ludzi - była cicha, nawet słowiki z niej wyemigrowały. I może właśnie ta cisza i brak wiadomości od bliskich skłoniły je znów do wspomnień.
Krystyna podniosła wzrok znad książki, którą czytała; ciągle jeszcze bez okularów.
- Czy pamiętasz? - jak często w takie majowe wieczory, już po powrocie z randki, dzwoniłyśmy do siebie i długo, nieznośnie długo zwierzałyśmy się sobie z naszych sercowych rozterek. Całe szczęście, że telefony jeszcze wtedy nie miały tych różnych wyliczanek sekundowych - bo wtedy nasi rodzice poszliby z torbami; tak to się wtedy, chyba mówiło?
- Tak, ale to było na początku, kiedy jeszcze chodziłyśmy do szkoły. Stopniowo, w miarę upływu lat, coraz mniej się sobie zwierzałyśmy, a najgorzej było, gdy przeprowadziłyśmy się do tego domu! - dodała Agata z nutką irytacji w głosie. Sądzę, że już w umowie Wspólnoty Mieszkaniowej była klauzula milczenia i to paskudne zapożyczenie od Anglików. Zaraz, zaraz jak to brzmi po polsku? O, chyba coś tak - "mój dom, moja twierdza".
- Ale, na szczęście w porę się opamiętałyśmy i nie dałyśmy się zwariować egoistom. A momentem przełomowym był mój list z Berlina - monologowała Krystyna.
Agata nie odpowiadała, wstała już dosyć dawno z kanapy i pochylała się nad otwartą szufladą komody. Czegoś w niej z mozołem szukała. Krystyna uważnie zaczęła przyglądać się sylwetce przyjaciółki, teraz odwróconej do niej plecami. Czy jej się zdaje? Nie! Agata wyraźnie aż dławi się od śmiechu.
- Agatko, co tobie? - zapytała Krystyna.
Agata tym razem nawet nie zwróciła uwagi na pieszczotliwą formę swojego imienia, teraz śmiała się już głośno, jak za dawnych lat, odchylając głowę do tyłu. W dłoniach trzymała jakieś rude, potargane straszydło. To była ruda i równie stara jak one peruka. Teraz i Krystyna zaczęła się śmiać.
- Skąd ty ją wytrzasnęłaś? - Czy pamiętasz jeszcze tę historię z nią związaną? - zapytała Agatę.
- Nawet, gdybyśmy zapomniały, to mam coś, co pomoże nam odświeżyć pamięć.
- I nic się nie martw, powiedziała Agata. Z trudem podnosząc się z klęczek zamknęła szufladę komody i z rudą, wyliniałą peruką podreptała do biblioteki. Sięgnęła do znajomej jej tylko skrytki i z triumfem w oczach wróciła po niedługiej chwili do salonu.
- Wybacz mi Krysiuniu (z wyrafinowanym rozmysłem nazwała przyjaciółkę Krysiunią, choć sama miała alergię, na zdrobniałe formy imion dla dojrzałych ludzi. Ale doskonale znała słabości starszej pani i miała nadzieję, że teraz pójdzie jej łatwiej).
- Wybacz - powtórzyła, ale ja wtedy napisałam opowiadanie o tej historii.
- Zgodnie z daną ci obietnicą, nikt nie dowiedział się o tamtych wydarzeniach, ani też nie poznał treści tego maszynopisu - dodała podając przyjaciółce cieniutką papierową teczkę.
- Przejrzysz te papiery?
- Jakie to dzisiaj ma znaczenie, nikt już z bohaterów tamtych zdarzeń nie żyje.
Krystyna bardzo powoli rozsupływała troczki, w końcu, kiedy się z tym uporała, wzięła pierwszy zażółcony arkusik papieru i drżącym ze wzruszenia głosem zaczęła czytać...

Wiosna 2001 r.

Tego dnia nic się nie układało pani doktor Agacie. W poradni rodzinnej, w której zaraz po reformie służby zdrowia podjęła pracę, od rana szło wszystko jakoś nie tak. Po dwudziestym pacjencie sama już nie miała pewności, czy właściwie zaaplikowała maść na odciski, czy przypadkiem nie dostał jej pacjent, który od dawna próbuje zwalczyć dokuczliwy łupież głowy. I tak dalej, itp.- komedia pomyłek od rana. W rejestracji pielęgniarka pomyliła recepty, komuś wydała bezpłatną, ktoś inny się po tę już wydaną zgłosił... itd. A ponieważ chodziło o receptę bezpłatną, bardzo rzadko wydawaną w tamtych czasach, sprawa nabrała prawie charakteru afery kryminalnej.
Coś niesamowitego - wzdychała sobie Agata, kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja. Prawie nie odrywała już głowy znad biurka, powtarzając monotonnie "następny proszę". Zaraz, zaraz... gdzie ona już słyszała ten tekst - "następny"? Ach! W niedzielę w teatrze, co prawda we francuskiej piosence, a co gorsza w bardziej frywolnym kontekście.
Kiedy w holu zapanowała cisza, Agata uznała, że na dzisiaj już chyba koniec z pacjentami. Wstała od biurka, podeszła do drzwi, wyjrzawszy na korytarz. - Nie ma do mnie już nikogo? - zapytała pielęgniarkę, która właśnie pojawiła się na horyzoncie.
- Tak pani doktor, ostatnia z listy pacjentka dzwoniła i odwołała swoją wizytę.
Uzupełniła jeszcze dokumentację, uzgodniły kilka pilnych spraw na następny dzień.
- No, to ja będę się zbierać - powiedziała Agata.
Po drodze zrobiła jeszcze zakupy w pobliskim markecie, i chociaż wolno, prawie się wlokła, a i tak nieuchronnie zbliżała się do domu, w którym na pewno jest pusto i smutno. Już na klatce schodowej przypomniała sobie o skrzynce na listy, zeszła i z irytacją zauważyła, że nie ma kluczyka, a w jej skrzynce bieleje koperta.
- Jak pech to pech - syknęła przez zaciśnięte zęby, a ponieważ zżerała ją ciekawość, jeszcze raz powlokła się w górę i jeszcze raz w dół... Opłacało się: to był list od Krystyny. Z Berlina!
W mieszkaniu dokładnie tak jak przewidywała, nie było jeszcze nikogo. Justyna miała poważny egzamin i na pewno przed dziewiątą się nie pojawi, a mąż jak to ostatnio bywało, coraz częściej, do późna w nocy przesiadywał w biurze i wykonywał bardzo ważne, zlecone na wczoraj projekty. Czasami nawet podejrzewała, że mąż nie tylko te projekty ma do realizacji. Ale była na tym etapie życia małżeńskiego, że nawet nie chciało jej się dociekać prawdy. Było jej to po prostu obojętne.
No! Rozejrzała się po kuchni, jednym zamachnięciem ręki zrobiła sobie miejsce przy stole i zaczęła czytać list.

Berlin, czwartek, 15 kwietnia 2001 r.
Droga Agatko


- Uff! Ciągle ta Agatka, pomyślała i czytała dalej.

Wybacz mi Moja Droga ten chaos, który znajdziesz w liście, ale muszę Ci to wszystko opowiedzieć zanim się opamiętam, nim zabraknie mi odwagi, albo zacznę się wstydzić. O tym, co dręczy mnie już od kilku lat! A zaczęło się, kiedy Karolina miała iść po raz pierwszy do komunii. Pamiętasz, że osobiście załatwiałam coś w kościelnej kancelarii. I wtedy, to wszystko się zaczęło. Od tamtej pory, mogę śmiało powiedzieć, że już przez wiele lat żyję jak zaczarowana, tak trochę w "błękitnym zamku", kiedyś była to nasza ulubiona lektura, czy nie tak?
Wracając do głównego wątku: w kancelarii za biurkiem siedział - On. Nowy wikary. Był tak piękny, że na chwilę zaparło mi dech i odebrało mowę. Wpatrywałam się w niego i było już za późno, kiedy zdałam sobie sprawę, że on się mi przygląda i, że chyba rozumie, co dzieje się w mojej duszy.


Ładnie się zaczyna pomyślała Agata i sięgnęła do torebki w poszukiwaniu papierosa. Wstała, by włączyć czajnik, postanowiła bowiem, że musi zaparzyć sobie również mocnej i dobrej, takiej prawdziwej kawy.

Nie pamiętam, a może nie potrafię Ci powiedzieć, co się dalej zdarzyło. Coś tam bełkotałam, w końcu chyba załatwiłam sprawę, bo Karolina wzięła udział w Pierwszej Komunii Świętej. A Kościół zyskał w mojej osobie jeszcze jedną bardzo gorliwą owieczkę. I od tamtej chwili biegałam do kościoła z byle jakiego powodu a potem już bez powodu. Chodziłam na wszystkie pogrzeby i msze w rozmaitych intencjach. Tutaj muszę dodać, że ja na wszystkich uroczystościach kościelnych byłam jedyna obecna fizycznie, nie słyszałam o czym mówi wikary, ja po prostu się w niego wpatrywałam i marzyłam, marzyłam... Sam jego głos wprawiał mnie w taką ekstazę, naładowywał mnie taką energią, ach szkoda o tym mówić. Ale Ty, to wszystko rozumiesz, prawda? Moja kochana Agatko! I nieważne dla mnie było, czy to były roraty, nieszpory, czy też Anioł Pański, ważne było tylko, czy On - wikary - jest przy ołtarzu. Wyobraź sobie, że nie opuściłam żadnej mszy, którą On celebrował. Do pracy wybierałam nieco dłuższą drogę, tylko dlatego, że wiodła obok kościoła i domu parafialnego, wszystko w nadziei, że może go zobaczę.
Agata! To było okropne. Nie mogłam sobie z tym poradzić przez wiele lat. Było to tym bardziej dziwne, że moje życie z Rafałem układało się bardziej niż poprawnie. On mnie nigdy o nic takiego nie podejrzewał. Nawet sobie kiedyś zażartował ze mnie i w trakcie, no wiesz czego, powiedział: "ty mi coś odmłodniałaś w kochaniu". A ja nagle cała zesztywniałam, bo jak mogłam powiedzieć Rafałowi prawdę: że dzieją się ze mną dziwne rzeczy. Jak tylko zamknę oczy, to jestem w ramionach tamtego, a bierze mnie złość na cały świat i na mojego poczciwego męża, jak tylko je otworzę.. Reszta rodziny też mnie o nic nie podejrzewała. Owszem, czasami pokpiwano sobie ze mnie w domu, ale raczej chodziło im o moją nadgorliwość w wypełnianiu praktyk religijnych.


- Ja też nie - mruknęła niechętnie Agata, bo już od dłuższego czasu miała wrażenie, że przyjaciółka jej unika, a zachowuje się tak, jakby się bała zostać z nią sam na sam. Od kiedy się to zaczęło? Chyba od chwili, gdy sprowadzili się do tego eleganckiego osiedla. I właśnie z tym faktem Agata kojarzyła, a może chciała kojarzyć dziwne zachowanie przyjaciółki. Teraz zaczynała powoli rozumieć...

To po prostu było rozdwojenie jaźni. Zamykałam oczy i już byłam w ramionach tamtego mężczyzny, który był dla mnie ideałem męskiego piękna: kształt głowy, oczy i ręce; doskonale wiesz, jak bardzo lubię piękne dłonie. Wszystko to wprawiało mnie w jakiś dziwny stan, trudny nawet dla mnie do zdefiniowania. Ale czy tak naprawdę można i czy warto silić się na jakiekolwiek definicje tego, co mi się przytrafiło? I tak biegałam na wszystkie kościelne misteria, czasami widziałam kpinę w oczach członków mojej wspaniałej rodzinki, a w twoich irytację i gniew.
Teraz już wiesz, dlaczego tak długo zwlekałam z wyjazdem do Rafała, pomimo tego, że on mnie ciągle ponaglał w listach, a ja zwlekałam, bo nie wyobrażałam sobie rozstania z Nim!


No, no! - mruczała dalej Agata pod nosem, ładnie się zaplątałaś moja kochana Krystyno. Woda się zagotowała, więc wstała by zrobić kawę, zrezygnowała jednak z ceremoniału jej zaparzania, ot tak po prostu zalała wrzątkiem dwie łyżeczki rozpuszczalnej, bo bardzo jej było pilno dowiedzieć się co dalej...?

Czy Ty możesz sobie wyobrazić, że ja nawet potrafiłam do niego kilka razy zadzwonić, niby to w jakichś tam dla mnie wątpliwych sprawach teologicznych. Pewno jesteś ciekawa, o co tak naprawdę Go pytałam? No, na przykład: zapytałam - czy można nosić krzyż na piersiach, w charakterze ozdoby. Odpowiedział mi, że nie popełniłam grzechu, no wiesz, z tym krzyżem. Nawiasem mówiąc, to ten krzyż, który niedawno kupiłam jest prześliczny! Ale tak naprawdę chodziło mi tylko o to, by usłyszeć Jego głos w słuchawce telefonicznej, bo wtedy mówił tylko i wyłącznie do mnie.
Minęły dwa lata: pierwszy szok przeżyłam, kiedy po niedzielnej mszy, mój wikary pożegnał się z nami parafianami. Na szczęście dowiedziałam się, do którego kościoła został przeniesiony. Jeszcze nie było tak źle. Rafał już wtedy był w Berlinie, więc zawsze znalazłam czas w niedzielne przedpołudnie, by powlec się na drugi koniec miasta i znaleźć się choć na godzinę w moim "błękitnym zamku". Najgorsze stało się jesienią ubiegłego roku. Jakież było moje rozgoryczenie, kiedy w październikowe przedpołudnie ta straszna wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Mojego wikarego znowu przeniesiono, daleko za miasto, na głuchą wieś. Co robić? - myślałam gorączkowo.


- Zmądrzeć - powiedziała Agata sama do siebie i wypiła ostatni łyk mocno zimnej już kawy.

Muszę Ci jeszcze dodać, że kiedy tak jeździłam na drugi koniec miasta, miałam wrażenie, że mój wikary mnie poznaje, a co gorsze rozumie, co dzieje się w mojej duszy.. Czasami miałam wrażenie, że chce się mnie pozbyć, że to właśnie On sam poprosił o przeniesienie, by pozbyć się mnie, jak natrętnej muchy. On chyba uciekał przede mną! Ale nawet te krótkotrwałe nawroty rozsądku nic nie zmieniły. Tak bardzo cierpiałam, straciłam apetyt i wszystko mnie tak denerwowało, że nawet Karolinie się obrywało, a przecież doskonale wiesz, że moja córka jest najgrzeczniejszą dziewczynką pod słońcem. A poza tym ona zawsze była moim oczkiem w głowie. A teraz często padała ofiarą mojego złego humoru.

Biedna Karolina - pomyślała Agata, bo istotnie musiała przyznać rację Krystynie, że jej córka była najłagodniejszym stworzeniem jakie znała.

I powzięłam decyzję: pojadę na tę wieś. Będzie to mój ostatni pobyt w "błękitnym zamku". Aby mnie nikt nie rozpoznał, wzięłam perukę, no wiesz, tę którą kupiłam u nas na bazarku. Zaraz po pracy pojechałam tramwajem do krańcówki, potem autobus.
W zagajniku, tuż przy drodze wiodącej do maleńkiego, parafialnego kościółka, nałożyłam tę rudą perukę na mój głupi łeb i tak uzbrojona weszłam cichaczem do bocznej, mrocznej nawy. Siedziałam chyba w ostatniej ławce. Tylko od czasu do czasu, ktoś z miejscowych parafian posyłał mi zdziwione, a zarazem ciekawe spojrzenie. Tak się zasłuchałam i rozmarzyłam, że nie zauważyłam, kiedy mój wikary stanął obok mnie. Chciałam się zapaść pod ziemię, ale nic z tego. Sosnowa ławka była solidna. A On położył rękę na mojej rudej głowie i powiedział:
- Córko! Udzielam ci rozgrzeszenia awansem! I nawet już nie musisz przychodzić do mnie do spowiedzi.
Nie wiem, jak wyszłam z kościoła. Nie pamiętam w jaki sposób dotarłam do domu... Wiem tylko jedno, najbliższym samolotem poleciałam do Rafała, do Berlina. Czy teraz jest mi lżej? Jest mi po prostu wstyd. I trochę żal, bo rozebrałam swój "błękitny zamek" aż do fundamentów, i myślę, że już nie starczy mi odwagi ani fantazji, aby go kiedyś jeszcze odbudować.


Maj 2041 r.

W pokoju staruszek zapadł już całkowity mrok. Krystyna przerwała czytanie i żywo zaprotestowała.
- O nie! Było chyba trochę inaczej, coś tam poprzekręcałaś, coś niecoś dopisałaś.
- Przecież to jest tylko opowiadanie - dodała ze śmiechem Agata.
- Słuchaj, ale skąd ty, masz tę perukę?
- W tym liście była również prośba, abym zaglądała do twojego mieszkania; no wiesz podlać kwiatki i takie, tam... rzeczy. Tamtego dnia, kiedy tam weszłam, aby spełnić prośbę zawartą w liście, pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, to był właśnie ten wyliniały rudzielec. No muszę przyznać, że wtedy nie była taka wyliniała, nawet stanowiła bardzo ładną fryzurkę. Takiej gratki nie przepuszczę - pomyślałam wtedy i zabrałam ją z twojego mieszkania.
- A ty o niej już jakoś nie wspomniałaś i nie upomniałaś się o nią nigdy - powiedziała Agata.
- Ale, ale... i czym ja się wtedy tak dręczyłam przez całe lata i tak okropnie cierpiałam - zamyśliła się Krystyna. Jednocześnie spojrzały w ciemniejszy kąt salonu, gdzie leżała stara, smętna ruda peruka. I również obie jednocześnie zaczęły się śmiać, jak młode, beztroskie kobiety.
- Po co się tak dręczyłaś? - chyba znam odpowiedź na twoje pytanie.
- Żebyśmy teraz po latach miały się jeszcze z czego pośmiać - powiedziała Agata.
I śmiały się długo, a razem z nimi śmiało się ich mieszkanie, które nagle pojaśniało jakby wróciła mu młodość. Przez chwilę zdawało się nawet, że i peruka odmłodniała i również uczestniczy w ogólnej wesołości, której ten dom od wielu lat już nie pamiętał.

I Powrót na górę I


OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Stanisław Stanik
Recenzja tomiku Ireny Stopierzyńskiej
„Z koszyka słów wybranych”

Jest życie codzienne, upływ czasu, zmiana dekoracji, uczucie takie czy inne, wyrażone w prostych słowach. I jest bohater liryczny, który to opowiada, zdawałoby się banalnie, zwyczajnie, stroniąc od egzotyki i zaskoczeń; a przecież między warstwą zewnętrzną a przeżyciem bohatera tworzy się napięcie. I okazuje się, że istota tych wierszy nie leży na wierzchu, skrywa się w głębi psychiki - więcej, daje nową jakość ze zderzenia rzeczy i przeżycia. Biorę na przykład pod uwagę wiersz pt. „Pies neurotyk”, który zaczyna się banalnie:

nie wiem czym był
staroświecki honor
psów szlachetnie urodzonych
nikomu nie ufa

I wiadomo, że sceną wyjściową jest sytuacja psa, ale od razu da się spostrzec, że nie odnosi się tylko do psa, a może do psa w stopniu bardzo małym.
Tak więc w czytaniu okazuje się, że te wiersze są w całej swojej otoczce zmetaforyzowane, siegają do głębi, która pozwala zmierzyć się ze swoistą filozofią poetki. Jaką rzeczywistość przedstawiają te wiersze na poziomie opisu? Ogródek warzywny, nadmorski pejzaż, program telewizyjny, śpiewanie w chórze, tkanie ściegu... I z tego poziomu wynikają ciekawe przemyślenia, konstatacje, to, co autorka chce przekazać w formie idei, przesłania.
Ale są w tym tomiku, przeważnie w drugiej jego części, wiersze bardziej abstrakcyjne, filozoficzne wprost, słowiarskie. Pisze autorka na przykład w utworze osobistym „Autobiografia” tak:

kreda nie jest biała
tablica nie czarna
ścieram wszystko
i to nowy początek

Zatem i w tym wierszu, jak i w wielu pozostałych z drugiej części tomiku, autorka skrywa się za sztafaż, za obraz umowny. Przypomina to metodę tworzenia Zbigniewa Herberta, z tym że ten „osłaniał” się mitologią, Stopierzyńska zaś - materią życia codziennego. Te wiersze są ciekawe i mądre właśnie przez to, że przemawiają głębią sytuacyjną i choć „mówią” nie wprost, wiele czytelnikowi mówią. O miłości, osamotnieniu, ufności, wierze, sensie życia - na ogół - ze stoickim opanowaniem.

*)  Irena Stopierzyńska, „Z koszyka słów wybranych” Warszawa 2004, Wydanie

I Powrót na górę I


PRZEMYŚLENIA

Irena Stopierzyńska
Panie Gombrowicz

Panie Gombrowicz, przepraszam za tę formę zwracania się do Pana, ale tylekroć Pan ją cytował przy okazji relacjonowania różnych spotkań z przedstawicielami młodej Argentyny, że nasunęła mi się jako naturalna, jako kontynuacja pogwarek przy stoliku tej lub innej kawiarni.
Mamy rok Witolda Gombrowicza. Doczekał się Pan peanów ze wszystkich stron. Czy zasłużył Pan na nie w pełni? Spróbujmy porozmawiać o tym w miarę spokojnie... Skoro jednak będę tym razem mówić tylko ja, posłuchaj Pan cierpliwie mego wywodu.
Witold Gombrowicz na okładce jednego z zachodnich magazynów kulturalnychJako czytelniczka Dzienników byłam poruszona Pana dociekliwością i szczerością. Z uporem drążył Pan istotę własnych relacji z otoczeniem i samym sobą. Była to zapewne szczerość dozowana, ale ujmująca; raz Pan siebie chwalił, innym razem wyrażał swoje niezadowolenie z mizernych rezultatów wysiłku pisarskiego. A opowiadał Pan o tym językiem wyszukanym, a nie fałszującym, językiem odsłaniającym własne bolączki. Nie uprawiał Pan przy tym tak modnego dziś ekshibicjonizmu. Językiem giętkim opowiadał Pan o trudnych do ujęcia - duchowych, a nie tylko cielesnych zawiłościach. Takie pozostało mi wrażenie z dość już odległej lektury Dzienników.
Ostatnio jednak przeczytałam inne Pańskie wynurzenia - Wspomnienia Polskie, pisane jeszcze z Argentyny na zamówienie radia Wolna Europa. Są one pogrupowane w pewne zagadnienia, pisane z dystansu, po iluś latach od notowanych w Dziennikach przeżyć. Tu także zadbał Pan o szczerość i o wiele jaśniej sformułował Pan swoje wczesne zamiary i wysiłki pisarza, prozaika, którego ambicją było "potrząśnięcie" literaturą do tego stopnia, by popękały szwy dawnej wzniosłości i dążeń pisarzy ogólnie uznawanych za wielkich.
Wrzała w Panu ambicja i chęć wybicia się. Przyznał się Pan do świadomego wyboru sposobu pisania w ówczesnej polskiej literaturze prawie nieznanego: choquer le public (choquer w języku francuskim znaczy również: obrażać, trącać, uderzać). Pomysł ten zastosował Pan po raz pierwszy, ale nie ostatni, w Ferdydurce. Powiodło się. Uznano Pana za nowatora i demaskatora. W tamtym czasie nie przyznał się Pan do tego, że nie był Pan uczniem pilnym, przeciwnie, poświęcał Pan czas temu, co Pana interesowało, resztę pozostawiając przypadkowi. Ferdydurke jest w pewnym sensie aktem zemsty ucznia-lenia na okropnych, domagających się szkolnej wiedzy profesorach. Dodał Pan potem inne wątki, co złożyło się na całość druzgocącą system autorytetów szkolnych.
Podobny sposób ujmowania spraw stosował Pan dalej. W Transatlantyku godził Pan we wszystko, co pachniało polskością. Zasada "krzywego zwierciadła" jednych zachwycała, innych oburzała, ale oburzenie cenił Pan sobie bardziej niż pochwały. Znaczyło ono, że osiągnął Pan zamierzony cel.
Wiele niepochlebnego powiedział Pan o własnym kraju. Nie powiem, że całkiem niesłusznie. Wszyscy mieszkańcy tego globu zasługują na krytykę. Chodzi o proporcje, o znaczne ich przekroczenie, o nietolerowanie wszystkiego, co swojskie, własne, polskie... Przyznał Pan, że w Polsce było Panu zbyt ciasno... Niechby Pan "zdzierał skórę" z własnej klasy ziemiańskiej, ze znanego Panu środowiska. Pan jednak czynił to w stosunku do całości, do ogółu, którego Pan nie znał, nie miał jak i kiedy poznać. A najgorsze, że ogłaszając wszem i wobec swoje niesmaki, zadry i podejrzenia, czuł się Pan w prawie być sędzią, uzdrowicielem...
Zanim przypiszę Panu "zasługę" pchnięcia wielu następców po piórze w podobnym do obranego przez Pana kierunku, chcę zilustrować to jednym z Pańskich wynurzeń, które, przyznaję, najbardziej mnie zbulwersowało. Otóż w pewnym momencie pisze Pan we "Wspomnieniach polskich" o napisach, na jakie się Pan natykał w pisuarach. Czytał je Pan uważnie, "studiował", a nawet próbował porównywać ich jakość i rozmaitość w wersji paryskiej i argentyńskiej. I nazwał Pan to literaturą że jakże soczystą, szczerą i obrazującą żywioł ludzkich pragnień i dążeń. Panie Gombrowicz, czy wiedział Pan, co takie stwierdzenie spowoduje wśród wielu młodych Pana wielbicieli, co im ułatwi i usprawiedliwi? Otóż ten język soczysty wyjdzie daleko poza miejsca intymnych czynności, stanie się językiem ulicy, ale i "literatury". Dlaczego w cudzysłów wzięłam ostatnie słowo? Bo tak naprawdę nie uznawał Pan tego za literaturę. Nie stosował Pan wulgaryzmów w swoim pisarstwie. Strzegł Pan norm dobrego smaku, gustu. Nawet jeśli Pan dotykał słowem spraw podobnych, czynił Pan to nie tym językiem, który nie zna omówień, sugestii, dystansu.
Jeśli teraz ktoś będzie odwoływał się do Pana "pionierskich" stwierdzeń na temat literatury, może się uznać za pisarza, znając nie więcej niż trzysta słów, za to wszystkie ze sfery doświadczeń, głodów i doznań seksualnej natury, nie znających drgnień i przeżyć duchowych, może najbardziej ludzkich.
Cóż powiem jeszcze? Jest Pan w najwyższym stopniu niekonsekwentny, bo z jednej strony upiera się Pan przy formie odpowiedniej do rzeczy, jak najstaranniejszej, eleganckiej, dobranej. To forma (ta właściwa, odkrywcza, szokująca) stała się dla Pana synonimem prawdy. Nie zauważa Pan przy tym, że myli Pan porządki: artystyczny z ontycznym - realnym sposobem istnienia. Od postulatu formy doskonałej (za jej brak dostało się wielu), przeszedł Pan do wielbienia "niższości" - formy ledwie zarysowanej, zapowiadającej się, ale niejasno i niepewnie, formy młodej, nie ustalonej, łatwej do formowania, ugniatania. Stał się Pan jej propagatorem, by wyrugować z literatury "wyższość" lokującą się w górnych rejonach kultury i sztuki.
Sądzę, że za wyborem "niższości" kryje się długi pobyt w pięknym, lecz nieokiełznanym kraju Ameryki Południowej, gdzie poczuł się Pan dobrze ze swą własną, nie wypierającą się siebie, niedojrzałością. Mimo całej troski o swoją odrębność artystyczną w literaturze, chciał Pan zlać się, stopić w jedno z żywiołem ludzkim, jakże mało pisarsko czy filozoficznie urobionym. Jako pisarz, bogato i w wielu odsłonach opisał Pan tamtejszych ludzi i naturę.
W Argentynie Pana anonimowość przeszkadzała mniej, w Polsce doskwierała, drażniła, a więc obwinił Pan swój kraj i pokolenie nie tylko o grzechy popełnione, ale i nie popełnione. Czuł się Pan niedoceniony przez polskość, więc wbijał jej Pan bez pardonu szpile w miejsca najboleśniejsze. Już samo słowo "ojczyzna" drażniło Pana, gdyż kojarzył Pan go jedynie z zaściankiem, biedą, kompleksami wobec wielkiego świata, z brakiem wykształcenia i smaku.
Do listy niekonsekwencji, które Panu wytykam dodam i to, że chwaląc swobodną ekspresję "niższości", obrócił Pan kierunkowskaz o 180 stopni i czekał Pan, co z tego wyjdzie. Może "niższość", umocniona w sobie, stworzy nowy kierunek sztuki, literatury. I cóż mamy nowego? Wiele płycizn, w których nie kryją się głębie, a woda w nich mętna. Mamy wulgaryzmy, mamy słabość języka i brak dbałości o sprostanie wymaganiom sztuki. Uderzający przy tym jest brak wyczucia, gdzie są (bo jednak są) granice przyzwoitości i taktu. Sam Pan przyznał, że zniszczył Pan swoje pierwsze próby prozatorskie, gdyż uwierzył Pan paru zaprzyjaźnionym osobom - wytrawnym, dojrzałym czytelnikom, którzy poradzili Panu je spalić. Wiedział Pan, że mają rację. Nie było w nich niczego ze sztuki. Zbuntowany i ambitny, wpadł Pan na pomysł wybicia się poprzez zakwestionowanie hierarchii, idei i społecznie uznanego porządku. Całą uwagę skupił Pan nie na wspieraniu świeżo odrodzonej państwowości, nie na zszywaniu nie zawsze dobrze przystających do siebie materii spod różnych zaborów - jak czyniło to wielu innych pisarzy i poetów - lecz na powiększaniu dziur w tkance wątłej, niejednorodnej, zapóźnionej nie z własnej winy. Wybrzydzał Pan, że to wszystko dalekie jest od pragmatycznego i liberalnego Zachodu - bogatego, bez kompleksów.
Udało się Panu osiągnąć więcej niż mógł Pan przypuszczać. Mamy młode pokolenie, któremu wybito z głowy związki i powinowactwa z własną tradycją, historią, a nawet kulturą. Przykro mi, ale nawet "kultura", jedna z niewielu wartości, jaką Pan wyznawał, także nie jest dziś szanowana. Owszem słowo pozostało, ale jego treść stała się tak wieloznaczna, niejasna, że każdy wpisuje w nie swoje własne pomysły, upodobania i wartościowanie.
Chwalą Pana, jak powiedziałam, ze wszystkich stron. Nawet w kręgu katolickiej inteligencji także Pana chwalą, chociaż był Pan najbardziej cięty na katolicyzm. Tylko niekiedy, jednym słówkiem, stwierdzał Pan, że nie do końca jest najgorszy z kierunków ideowych. Gorszy był chyba jedynie w ocenach Pana hitleryzm i stalinizm. Nie podejmę jednak tego wątku, bo katolicyzm posoborowy na tyle się ocknął, ożywił, odświeżył, że sam się broni. A ci, co Pana chwalą za chłostę, może mają na myśli te obszary kościelnej doktryny, która - jako nietykalna - obfitowała w niezrozumiałe dla współczesnych formuły. Ale już je przewietrzono, wszczepiono w nie myśli nowe, ważne dla współczesności.
A na koniec, chciałabym wiedzieć, czy Pan w pełni akceptuje trendy dzisiejszej, postmodernistycznej kultury i jej "osiągnięcia", czy nic nie budzi Pańskich zastrzeżeń? Jak by Pan teraz o tym pisał? Czy nie poczułby się Pan, mimo wszystko, zniesmaczony owym gromadnym dążeniem wielu twórców mass mediów i organizatorów "życia kulturalnego" do rozbrojenia, ośmieszenia i odrzucenia ostatnich rejonów moralności i wysokiej kultury? Może dziś byłby Pan, Panie Gombrowicz, nowatorem w wyszukiwaniu odpowiednich argumentów dla przywracania powagi powadze, a i pierwszego miejsca temu, co w człowieku wskazuje na rozum - chyba ważny element jego natury.

I Powrót na górę I


IMPREZY I SPOTKANIA

PREZENTACJE ARTYSTYCZNE
"Sztuka bez barier"
Ciechocinek, czerwiec 2004

Ciechocinek to największe i najstarsze polskie uzdrowisko nizinne, o znakomitych właściwościach bioklimatycznych. W 29 sanatoriach leczy się choroby narządu ruchu, reumatyzm, układu krążenia i układu oddechowego.
Najbardziej charakterystycznym peleoidem dla Ciechocinka są solanki (bromowe, jodowe, żelaziste). Na ich bazie zbudowane zostały tężnie, będące urządzeniem mikroklimatycznym - unikatowym w skali świata. Niestety, część z nich jest już nieczynna i oczekuje na remont. Tężnie pozostają nadal wielką atrakcją turystyczną. Ciechocinek znany jest z przychylności jego władz do różnych inicjatyw kulturalnych, w tym także m.in. do Festiwalu Muzyki Niepełnosprawnych, odbywającego się w muszli koncertowej, w pięknym parku zdrojowym.
W sanatorium Polex - Ruch organizowane są cyklicznie kameralne spotkania pod nazwą PREZENTACJE ARTYSTYCZNE "Sztuka bez barier", którym w tym roku patronowały Warsztaty Terapii Zajęciowej z Ciechocinka i Aleksandrowa Kujawskiego.
Prezentacje odbyły się 19 czerwca, a do udziału w nich został zaproszony nasz Klub Twórczości "ŻAR" - Teatr "Sekret". Oficjalnego otwarcia imprezy dokonał Dyrektor Sanatorium, przedstawiciele Burmistrza oraz Urzędu Marszałkowskiego woj. kujawsko-pomorskiego.
Pierwszą część wypełniło nastrojowe spotkanie z poezją Ireneusza Betlewicza. Artysta pisze wiersze oraz maluje piórkiem z pomocą ust, pomimo postępującej choroby (zanik mięśni). Wydał już trzy tomiki poezji, miał wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych. Twórca należy do Stowarzyszenia Artystów Malujących Ustami i Nogami AMUN. Prezentacjom towarzyszyła wystawa prac Ireneusza Betlewicza, Olgierda Turka, Marka Kraussa oraz Mireli Dziedziech. Po wyciszonym, kameralnym spotkaniu z poezją Betlewicza, odbyło się "burzliwe" spotkanie w plenerze, w zaimprowizowanym teatrzyku ogrodowym. Prawie równocześnie z początkiem występu rozpętała się prawdziwa burza z piorunami. Artyści i goście dzielnie przeczekali nawałnicę.
Na osuszonych deskach rozpoczął się spektakl naszego Teatru "Sekret" pt.: "Pod słów zaklęciem czarodziejskim" - program kabaretowy na motywach twórczości Juliana Tuwima. Utwory prezentował zespół w składzie: Barbara Chutkowska, Andrzej Chutkowski, Bogusław Dąbrowski, Zofia Juchniewicz, Urszula Lauferska, Elżbieta Harasiuk, Andrzej Szczygieł (podkład muzyczny). Wyboru dokonał i całość wyreżyserował także Andrzej Chutkowski. Mimo fatalnej pogody występy bardzo się podobały. Szczególnie oklaskiwano aktorskie popisy Andrzeja Chutkowskiego, zwłaszcza w skeczach z Bogusławem Dąbrowskim i Barbarą Chutkowską. Uroczo i bezpretensjonalnie brzmiały teksty starych piosenek w wykonaniu Elżbiety Harasiuk.
Organizatorzy nie mogli przewidzieć, że tegoroczny czerwiec będzie przypominał zimną jesień i zaproponowali miejsce plenerowe na występy naszego teatru. Stąd też wynikała dosyć niska frekwencja. Może w przyszłym roku pogoda będzie bardziej sprzyjająca.
Na zakończenie odbył się występ zespołu Music Duo, czyli: Tadeusz Golachowski - wyśmienity niewidomy saksofonista i jego partner gitarzysta - Janusz Konefał. W repertuarze znalazła się muzyka jazzowa i filmowa.
Artyści uczestniczący w Prezentacjach Artystycznych otrzymali na koniec pamiątkowe statuetki. Ostatnim z punktów programu był uroczysty bankiet.

I Powrót na górę I


Foto - Piotr S. Król

FELIETON

„Przeczytać wiersze nie napisane... ”

Londyńskie metro. Na peronie stoi młody, dwudziestodwuletni mężczyzna. Kolejne pociągi przyjeżdżają i odjeżdżają, zabierając i wyrzucając z siebie tłumy wiecznie spieszących się ludzi. On czeka na swój ostatni pociąg.
Kilka godzin wcześniej otrzymał wiadomość od lekarza, która była wyrokiem. Nie widział przed sobą żadnej przyszłości. Z oddali słychać narastający szum i stukot żelaznych wagoników, pędzących po torowisku.
- Skoczyć, przerwać ten koszmar... - robi krok do przodu i... zatrzymuje się tuż przed krawędzią peronu.
- Jeszcze nie teraz, za chwilę... - podejmuje decyzję już po raz kolejny. Odmawia to jak mantrę, w rytm znikających pociągów w czeluściach mrocznego tunelu. Nagle odwraca się. Powoli, jakby sprawiało mu to ogromny wysiłek, kieruje się w stronę ruchomych schodów i wydostaje się na wyższy poziom...

Tym młodzieńcem jest Graham Green, jeden z najwybitniejszych pisarzy brytyjskich XX wieku. Opisał ów dramatyczny epizod ze swojego życia we wspomnieniach "Wracając do źródeł". Diagnoza lekarska - epilepsja - była w Wielkiej Brytanii na początku dwudziestego wieku rzeczywiście wyrokiem. Schorzenie to klasyfikowano, jako chorobę psychiczną i wielu pacjentów z taką diagnozą "lądowało" wówczas na wiele lat w szpitalach psychiatrycznych. Dwudziestodwuletni pisarz był zaręczony, wkrótce miał się żenić. Padaczka dawała w ówczesnym prawie brytyjskim podstawy do unieważnienia małżeństwa. Kariera pisarska, praca dziennikarska w londyńskim The Times też stawały pod znakiem zapytania. Wszystko to spowodowało głęboki stan depresyjny i próbę samobójczą. Graham Green napisał w swoich wspomnieniach: "...pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały, a ja wkrótce po ruchomych schodach wydostałem się na wyższy poziom". Można to odczytać dwuznacznie, również - jako wydostanie się z otchłani własnej słabości, ułomności i podjęcie wyzwania rzuconego przez los.
Pisarz do końca nie pogodził się ze swoją chorobą. Jej piętno odcisnęło się na jego twórczości, w której zajmował się przede wszystkim problematyką dobra i zła oraz głęboką analizą psychologiczną człowieka. Graham Green powiedział kiedyś (cyt.): "Każdy twórca jest ofiarą, człowiekiem ulegającym obsesji". Można by tutaj dodać - obsesji własnego cierpienia również.
Choroba, ból, dramat odrzucenia i osamotnienie - jaki mają wpływ na twórczość? Czy są czynnikami motywującymi, inspirującymi, wznoszącymi ku wyżynom sztuki? Czy też są ograniczeniem i przeszkodą. Nie odważyłbym się odpowiedzieć jednoznacznie na tego typu pytanie.

Ludwig van Beethoven w wieku trzydziestu lat zaczął tracić słuch, co doprowadziło go również niemal do samobójstwa. Mimo osobistego dramatu (głuchy kompozytor?) "wjechał na wyższy poziom". Poświęcił się wyłącznie pracy kompozytorskiej. A dziś kantata finałowa IX symfonii "Oda do młodości" rozbrzmiewa, jako hymn Unii Europejskiej. O ile uboższy byłby świat, gdyby twórca nie położył ofiary swojego cierpienia na ołtarzu sztuki.
Ucieczka artysty od życia jest na swój sposób aktem szczególnego egoizmu. Wznieść się ponad osobisty dramat i uczynić go narzędziem wspierającym swój geniusz. To o wiele trudniejsze, niż ostateczne zamknięcie za sobą drzwi...
Peter Ustinov, wielki angielski aktor ale także i dramaturg, w jednej ze swoich sztuk umieścił znamienną scenę. Ludwig van Beethoven pojawia się w tajemniczy sposób w domu współczesnego krytyka muzycznego. Nowoczesny, japoński aparat przywraca mu możliwość słyszenia, dzięki czemu ma m.in. możliwość wysłuchania własnych dzieł.
W jednej ze scen toczy się dyskusja mistrza z narzeczoną syna krytyka, który jest początkującym kompozytorem. Na pytanie, czy chłopak obdarzony jest talentem, dziewczyna szczerze odpowiada, że nie wie. Beethoven udziela jej takiej oto rady:
"Pamiętaj, jeśli okaże się, że jest utalentowanym twórcą, bądź dla niego: jędzą, heterą i potworem. Zdradzaj, rzucaj i wracaj do niego i znów porzucaj. Niech cierpi i płacze. Niech tworzy dzieła. Jeśli okaże się, że jest miernym kompozytorem, bądź dla niego aniołem. Otaczaj go ciepłem i bezgraniczną miłością. Niech będzie szczęśliwy..."
Sztukę zapamiętałem tak sobie, ale ta szczególna rada, włożona w usta starego kompozytora przez autora sztuki, utkwiła mi w pamięci. Szczęśliwy miernota lub cierpiący geniusz? Nie jest to jednoznaczne. Coś w tym jednak "jest na rzeczy", jak się to dzisiaj potocznie określa.

Niemal czterdzieści lat po dramatycznym epizodzie w życiu Grahama Greena w londyńskim metrze i jego decyzji "wydostania się na wyższy poziom", 10 lutego 1963 roku, pewna bardzo utalentowana, trzydziestoletnia amerykańska poetka kładzie spać swoje małe dzieci, otwiera okno i zamyka za sobą drzwi. Idzie do kuchni i wkłada głowę do piecyka gazowego. Nazywa się Sylvia Plath.
Poetka stała się legendą i ikoną współczesnych ruchów feministycznych. Więcej niż o jej sztuce mówi się o dramacie kobiety. Tylko tyle. Pozostały białe, nie zapisane kartki papieru. Świat utracił coś znacznie więcej niż życie jednego człowieka.
Do napisania tego felietonu zainspirował mnie film o tej amerykańskiej poetce, który ostatnio wszedł na ekrany kin. To tylko film. A ja bym chciał po prostu przeczytać wiersze, których nie zdążyła napisać Sylvia Plath...

I Powrót na górę I


OGŁOSZENIA

Komunikat Sekcji Wokalno-Instrumentalnej

W Klubie Twórczości "ŻAR" przy Okręgu Mazowieckim PZN działa od ponad trzech lat Sekcja Wokalno-Instrumentalna. W jej skład wchodzą dwa zespoły: Zespół Wokalny, który wykonuje zarówno utwory chóralne, jak i solowe oraz Zespół Instrumentalny.
Nad całością czuwa i doskonali muzycznie p. Jan Czerwiński. Repertuar pieśni i piosenek jest urozmaicony; chór często bywa zapraszany na różne uroczystości, organizowane nie tylko przez Polski Związek Niewidomych, by je uświetnić muzyką.
Spotkania Sekcji odbywają się w siedzibie Okręgu Mazowieckiego PZN, przy ul. Jasnej 22, w Warszawie, dwa razy w tygodniu: w środy w godz. 16.00 - 18.00 i w soboty w godz. 11.00 - 13.00.
Sekcja Wokalno-Instrumentalna zaprasza do udziału w zajęciach artystycznych wszystkich zainteresowanych, którzy chętnie poświęcą tej dziedzinie sztuki trochę czasu, uwagi i zapału.

Warsztaty Klubu Twórczości "ŻAR" Kraków 2004

Informacje i inne materiały związane z pobytem członków Klubu Twórczości "ŻAR" w Krakowie, w dniach od 5 do 11 lipca 2004 r. będą opublikowane w następnym numerze naszego Kwartalnika "Sekretów".

I Powrót na górę I


Adres Wydawnictwa - ul. Wilcza 56/1, 00-649 Warszawa
ISSN 1732-8977
tel.: (0-22) 621 10 47, (0-22) 663 58 39, (0-22) 848 71 64

Kolegium redakcyjne: Andrzej Roch Żakowski (redaktor naczelny)
Irena Stopierzyńska-Siek (sekretarz redakcji)
Piotr S. Król (redaktor prowadzący wydanie, tel.: 0 504 784 316),
Irena Pursa, Andrzej Zaniewski

Współpracownicy: Andrzej Chutkowski, Jadwiga Wodzyńska-Bujak,
Iwona Zielińska-Zamora


Korekta - Irena Pursa

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr S. Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Redakcja techniczna, skład komputerowy, grafika - Piotr S. Król

Uwaga - redakcja nie odsyła nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem "Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę