WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

W numerze:

Od Redakcji   >>>

WSPOMNIENIE O...
Czesław Miłosz (30.06.1911-4.08.2004)   >>>

OPOWIADANIE WIGILIJNE
Piotr S. Król   Mikoła z dworca rajskiego   >>>

PREZENTACJE
Wieczór literacko-muzyczny poświęcony 60-tej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego - poezja: Krystyna Łagowska Powstańcza poczta; Irena Stopierzyńska Zapisywanie pamięci; Andrzej Roch Żakowski Kto dziś pamięta...; proza - Piotr S. Król Mały chłopiec z Podwala   >>>

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY
Jan Zdzisław Brudnicki - Poznańska poezja słowa, „Barwy ciemności” Stanisława Machowiaka   >>>
Irena Pursa - Recenzja tomiku wierszy Ireny Grzymały
„Polowanie wilków”   >>>

IMPREZY I SPOTKANIA
Warsztaty Klubu Twórczości „ŻAR” - Wybrane utwory poetyckie   >>>
Małgorzata Woźniakowska - Wieczór autorski Andrzeja Rocha Żakowskiego
w Krakowie - 8 lipca 2004 r.   >>>

GOŚCINNE ŁAMY
Stanisław Stanik - wiersze: „fascynacja”„w późnym wieku”   >>>

FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Piotr S. Król - Bolero na bruku   >>>

OGŁOSZENIA   >>>


Od Redakcji

„Gdzie się podziała nasza mądrość, którą zastąpiła wiedza, gdzie się podziała nasza wiedza, którą zastąpiła informacja.” (Thomas S. Eliot)

Foto - Irena Stopierzyńska

     Z nadzieją, że w kolejnym już siódmym numerze „Sekretów ŻARu” odnaleźć będzie można, oprócz „wiedzy” oraz „informacji”, także szczyptę „mądrości”, chciałabym krótko przedstawić jego zawartość. Składają się na nią, jak zwykle, poezja, proza, recenzje i omówienia.
     Tym razem publikowane wiersze wiążą się z dwoma wydarzeniami z życia naszego Klubu: z uroczystym wieczorem poświęconym 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, który został zorganizowany 19 września 2004 r. w Muzeum PZN w Warszawie oraz z pobytem członków Klubu Twórczości „ŻAR” w dniach od 1 do 11 lipca br. w Krakowie. W numerze zamieszczono jedynie wybrane utwory poetyckie oraz fragment opowiadania - poświęcone Powstaniu Warszawskiemu, spośród tych, które recytowano i czytano w czasie wspomnianej uroczystości.
     Kilkudniowy pobyt w Krakowie, podczas którego doskonalono nie tylko warsztat literacki, lecz także muzyczno-wokalny i teatralny, zaowocował między innymi kilkoma wierszami, dla których znalazło się miejsce w numerze. Dodać tu jeszcze wypada, że oprócz udziału w warsztatach, niemało czasu poświęcono na zwiedzanie krakowskich zabytków i wizyty w muzeach.
     W dalszej części numeru Irena Pursa przekonywująco zachęca do sięgnięcia po tomik wierszy Ireny Grzymały: „Polowanie wilków”, Jan Zdzisław Brudnicki omawia ostatni tomik poezji Stanisława Leona Machowiaka pt. „Barwy ciemności”, a Małgorzata Woźniakowska zdaje sprawę z udanego spotkania autorskiego poety Andrzeja Rocha Żakowskiego z licznym audytorium osób głuchoniewidomych w ich krakowskiej siedzibie. Autor tłumaczonych na język migowy wierszy jest osobą dobrze znaną w tym środowisku.
     Poetycką zawartość numeru dopełniają zamieszone na „Łamach gościnnych” dwa wiersze znanego poety i krytyka - Stanisława Stanika, który, co warto w tym miejscu dodać, od początku istnienia Sekcji Literackiej Klubu Twórczości „ŻAR” darzy ją sympatią i zainteresowaniem.
     Do przeczytania felietonu Piotra S. Króla: „Bolero na bruku” zachęcać nie trzeba, gdyż ma on swoich wiernych czytelników. Jego autorstwa jest też otwierające numer opowiadanie: „Mikoła z dworca rajskiego” - wzruszająca przypowieść wigilijna, która sygnalizuje nadchodzące święta Bożego Narodzenia.
     Święta skłaniają do złożenia w imieniu Klubu Twórczości „ŻAR” najlepszych życzeń: niech czas Bożego Narodzenia dodaje nadziei, rozświetla otaczające nas mroki, niech pokój obiecany ludziom dobrej woli będzie naszym udziałem na stałe.

Irena Stopierzyńska

I Powrót na górę I

WSPOMNIENIE O...

Foto - Czesław Miłosz

Czesław Miłosz
(30.06.1911-4.08.2004)


Nie ma już wśród żywych Czesława Miłosza; 14 sierpnia br. odszedł wielki poeta i pisarz, który wiele razy próbował poważnie zdać sprawę ze swego życia i pisania. Niech fragment jego wiersza* ożywia naszą pamięć i skłania do wdzięczności za dzieło, które nam zostawił:

O Najwyższy, zechciałeś mnie stworzyć poetą,
i teraz pora, żeby złożyć sprawozdanie.
Serce moje jest pełne wdzięczności, choć poznałem
niedole tego zawodu. (...)
Którym co dzień i o każdej godzinie i roku włada
urojenie. (...)
Z urojenia bierze się poezja i przyznaje się do swojej
skazy.
Jakże się więc to dzieje, że z tak niskich początków rodzi się
wspaniałość słowa?
I słodko jest myśleć, że byłem kompanem w wyprawie,
która nigdy nie ustaje, choć mijają wieki. (...)
Jakże więc mógłbym nie być wdzięczny, jeżeli wcześnie
byłem powołany i niepojęta sprzeczność nie odjęła
mego podziwu?
Za każdym wschodem słońca wyrzekam się zwątpień
nocy i witam nowy dzień drogocennego urojenia.

* Sprawozdanie, w: „Na brzegu rzeki”, Kraków 1994, Wydawnictwo „Znak”

I Powrót na górę I

OPOWIADANIE WIGILIJNE

Piotr S. Król
Mikoła z dworca rajskiego

     Nikt nie miał pojęcia skąd przyszedł, ani jak się nazywał. Nawet siostra Klara, która podobno wiedziała wszystko o mieszkańcach tego schroniska. Czasami nawet więcej, niż oni sami. Był stary, miał długą siwą brodę i opadające na ramiona srebrzyste włosy. W przeciwieństwie do większości mieszkańców tego przybytku odrzuconych był zawsze czysty i schludny. Choć ubranie na nim było sprane do granic możliwości. Wielkie, czarne buty miały różniące się sznurowadła - jedno niebieskie, a drugie jasnozielone.
     Charakterystyczne było w nim to, że wszystko, co nosił na sobie miało jakiś defekt: koszula naderwany kołnierzyk, spodnie wiecznie odrywającą się łatę na kolanie, sweter był przetarty na łokciu, a lewy but wyglądał, jakby był wiecznie zaspany i ziewał, opuszczając dolną szczękę podeszwy. Siostra Klara wielokrotnie chciała to wszystko pozszywać, połatać, pokleić. Nie pomagały żadne perswazje. Delikatnie zabierał z jej rąk przybory do szycia i odkładał bez słowa na miejsce do wielkiej, czarnej komody.
     Gdy dostał kiedyś od niej nową, piękną flanelową koszulę w czerwono-niebieską kratę, następnego dnia miał ją już na sobie wiecznie kaszlący Chudy Franek, któremu wycięli prawe płuco. A on znów paradował w swojej koszuli z oberwanym kołnierzykiem. W końcu wszyscy przyzwyczaili się do jego dziwactw. Nawet siostra Klara, choć przyszło jej to z dużym trudem. Bardzo lubiła starego.
     Nie tylko ubranie na nim miało liczne uszczerbki. On sam też miał pewien defekt - nie mówił. Nikt nie słyszał, żeby powiedział choć jedno słowo. Chociaż kiedyś Pokrzywiony Bolo przysięgał na wszystkie świętości, że słyszał przez drzwi rozmawiających starego z siostrą. Ale nikt mu nie wierzył. Bolo był trochę pomylony i często zmyślał różne niestworzone historie.
     Stary nie mówił, ale pomrukiwał czasami pod nosem i patrzył tymi swoimi dużymi, szarymi, dobrymi oczami spod krzaczastych brwi. Było w nich coś, co rozbrajało nawet największych hulaków ze schroniska. Kiedy ktoś wrócił z miasta w stanie upojenia alkoholowego, siostra Klara robiła piekielną awanturę i wyrzucała biedaka bez litości za drzwi. Trzymała się ściśle reguł spisanych na wielkim, pożółkłym kartonie, który wisiał na ścianie korytarza. Punkt o zakazie spożywania alkoholu miał dla niej znaczenie szczególne. Problem w tym, że mało kto umiał tutaj czytać. A jeśli nawet umiał, to udawał, że tego akurat nie przeczytał. W nocy zziębnięty i przerażony wygnaniec wracał tylnymi drzwiami, wprowadzany po cichu przez starego. Przygotowywał też rano biedakowi wielki dzban herbaty, co budziło w siostrze Klarze podejrzenia, że najwyraźniej przesoliła zupę. Skutek był taki, że przez kilka następnych dni jedli ją wszyscy nie dosoloną. Ale nikt w takich wypadkach nie protestował. A gdy skruszony wygnaniec pojawiał się w stołówce, nieunikniona w takich wypadkach erupcja gniewu siostry gaszona była przez starego, który kładł delikatnie wielkie dłonie na jej ramionach i powoli kręcił głową, patrząc jej prosto w oczy. Skutkowało za każdym razem. Choć jej trzaskania rondlami było później słychać chyba trzy ulice dalej.
     Kiedyś podczas kolacji Karcioch, postać spod ciemnej gwiazdy, który wylatywał ze schroniska już kilka razy i tyleż razy był ratowany przez starego, powiedział - Wiecie, on jakiś niedokończony jest. No wiecie, o co mi się rozchodzi? Wszyscy zamilkli i słuchali, co też za chwilę powie. Nawet siostra Klara zatrzymała się w pół kroku z koszykiem pełnym świeżo pokrojonego chleba. Stary także podniósł głowę znad talerza i patrzył z oczekiwaniem na Karciocha.
     - No, wiecie - kontynuował - dobry może z niego jest i gościu, ale kurna, niedończony jakiś... Taki Mikołaj niedorobiony. Nazwijmy go Mikoła! - zawołał głośno. - Wybrakowany Mikołaj. Co wy na to?
     Spojrzeli na starego. A on zaśmiał się od ucha do ucha wydając gardłowe pomruki i klaskał radośnie w dłonie. Wszyscy ryknęli śmiechem, nawet siostra Klara. I tak już zostało.

     W tym roku mijały już trzy lata, jak Mikoła pojawił się w schronisku. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i stary znów zaczął swoje dziwactwa, jak określali to zgodnie wszyscy mieszkańcy. W tym czasie Mikoła znikał na wiele godzin. Wracał przynosząc z sobą najprzeróżniejsze zabawki. Skąd on je brał, wiedział tylko on sam. Z pewnością nie były to jednak zabawki z tego nowego supermarketu w centrum. Były one takie, jak i on sam - z defektami. Kolejka z brakującym jednym kołem, okaleczone misie, samochodziki po wyraźnych wypadkach losowych, lalki, które wymagały pilnie nowych peruk, a czasem i brakujących kończyn Karcioch pukał się wymownie w czoło i mówił - Znów Mikole odbiło. Popatrzcie, kto te rupiecie będzie chciał wziąć. Mikoła z Bożej łaski, cholera...
     Inni też nie pozostawali w tyle i dokuczali staremu, tak jakby im niczego nie brakowało, jakby byli kompletni. A nie byli. Może dlatego tak ich to wyprowadzało z równowagi. Mikoła tylko się dobrotliwie uśmiechał pod nosem i dalej robił swoje. Wieczorami czyścił, malował, reperował i sztukował swoje znaleziska. Siostra Klara zawarła z nim jakiś cichy pakt, bo aktywnie pomagała mu w tych czynnościach. Czyściła i prała pluszowe przytulanki, czesała odświeżone lalki, sztukowała braki. Jednak nie do końca. Mikoła postawił jeden warunek. Każda zabawka musiała mieć pozostawiony wyraźny ślad swojej przeszłości. Przepiękna kolejka lśniła, ale nadal brakowało jej jednego koła, lalka była śliczna i ubrana w nowe fatałaszki, ale brakowało jej jednej ręki, wielki kangur znów był, jak nowy, ale zwichnięcie lewej nogi nie zostało usunięte. I tak było ze wszystkim zabawkami. Siostra Klara zrozumiała to, gdy kiedyś przez pół godziny toczyła cichy spór o królika. Była to przepiękna, pluszowa zabawka. Królik był jak żywy, trudno było od niego oderwać oczy. Został wyprany i wymoczony w płynie o zapachu sosnowego igliwia. Siostra uważała, że taki zapach będzie jak znalazł dla tego pluszowego stworzonka. Kiedy jednak wyjęła z komody pudełko z nićmi, aby przyszyć naderwane ucho i doszyć guziczek w miejsce brakującego oczka, stary delikatnie, ale zdecydowanie zaprotestował. Schował nici i igły do pudełka i zaniósł je z powrotem na miejsce. Nie dała tym razem za wygraną. Ponownie pudełko wylądowało na stole, a ona ze skupieniem zaczęła szukać odpowiedniego guziczka. I znów sytuacja się powtórzyła. Pudełko wylądowało w szufladzie komody. Za trzecim razem zrozumiała. Królik pozostał niedokończony. Jak kolejka, samochody, lalki, misie, Mikoła oraz wszyscy mieszkańcy tego schroniska.

     Pojawił się na dworcu około południa. Na głowie miał wełnianą, kolorową czapkę z wielkim pomponem, a na szyi czerwony szalik. Pożyczył mu go Karcioch, zaznaczając przezornie, że zaraz po powrocie ma go zwrócić. Czapkę wcisnęła na głowę w ostatniej chwili siostra Klara, i to z takim impetem, że oparła się dopiero na jego wielkim, kulfoniastym nosie. Śmiechu było z tego, co niemiara. Radośnie zaczął się tegoroczny dzień wigilijny. Trochę to było niezwykłe, gdyż był on w schronisku raczej mało lubiany. Przywoływał w mieszkańcach nostalgię oraz wspomnienia zdarzeń z przeszłości, do których trochę tęsknili, a w większości przypadków chcieli od nich jak najdalej uciec.
     Mikoła wszedł na peron dźwigając na plecach wielki worek zabawek. Rozejrzał się dookoła. Prószył drobniutki śnieg, a spomiędzy chmur wyglądało słońce. Dzięki za tą pogodę - pomyślał patrząc w górę, w okolice dworcowego zegara, a może jeszcze wyżej.
     Na dworcu było gwarno i tłoczno. Jedni wyjeżdżali, inni wysiadali na tej stacji, od lat nazywanej w mieście - rajska. Kto ją tak nazwał? Nikt dzisiaj właściwie nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Może było to wtedy, gdy upadła fabryka, a setki pracowników wylądowało na bruku? Od tego czasu zaczęto mówić, że to miasto nie ma już przyszłości, że życie tutaj jest piekłem. A każdy, kto stąd wyjeżdża, zmierza ku lepszemu, że wszędzie jest raj w porównaniu z tą dziurą.
     A może nazwali ją tak młodzi narkomani, którzy pojawili się mniej więcej w tym czasie, gdy rodzice wylądowali na głodowych zasiłkach dla bezrobotnych, gdy zamknięto ostatni dom kultury oraz szkołę przyzakładową? Słyszało się w mieście, jak mawiali między sobą: „idziemy do rajskiego, czas na odlot.", albo: „byłeś w raju? Jesteś na haju!".
     Walka z dilerami, którzy mieli swój punkt właśnie w tym miejscu, była tak beznadziejna, jak beznadziejna była sytuacja tutejszych mieszkańców. Dwa miesiące przed świętami jeden z chłopaków zmarł z przedawkowania. Znaleziono go tuż za semaforem. Ksiądz podczas mszy pogrzebowej wspominał coś o piekle, jakie stwarza sobie sam człowiek na tym padole. Wszyscy przytakiwali mu ze zrozumieniem. Wielu pomyślało w duchu, że jeden z nich właśnie się z niego wyrwał.
     Mikoła usiadł na jedynej wolnej ławce. Położył obok swój wielki worek i uśmiechnął się od ucha do ucha. Kochał ten dzień. Czekał na niego caluteńki rok.
     - Popatrz, że też nie zrobią porządku z tymi włóczęgami - powiedziała z nieskrywaną złością starsza, elegancka pani do młodzieńca, który trzymał ją pod rękę. - Tylko miejsce zajmują na dworcu i choroby jeszcze roznoszą!
     - Mamo, daj spokój, zaraz przyjedzie pociąg - powiedział chłopak. - Nie musisz siadać, odpoczniesz sobie w przedziale. Oddalili się tak szybko, że stary nie zdążył nawet poderwać się z ławki, aby ustąpić miejsce. Posmutniał, chociaż właściwie powinien się już dawno przyzwyczaić do takich sytuacji. Nie potrafił, a może po prostu nie chciał.
     Powoli rozwiązał worek i wyjął kilka zabawek z wierzchu. Lśniąca lokomotywa z czerwonymi kołami, wielki brzuchaty miś, stary model czarnego Forda z chromowanymi kołami, malowana lala z rudymi włosami do pięt, w sukience z koronek.
     - Tato, tato, jaka super koleja! - kilkuletni chłopak wrzasnął tak głośno, że stary aż podskoczył z wrażenia. Mikoła uśmiechnął się, wziął lokomotywę i podał ją chłopcu. Gdy ten już miał ją wziąć do ręki, ojciec szarpnął go gwałtownie do tyłu.
     - Zostaw to! - ostry zdecydowany głos przeszył powietrze. - To jest jakiś obdartus, pewnie chce pieniądze za tę połamaną zabawkę. Wstydu nie ma.
     Stary powoli podniósł głowę i spojrzał ojcu prosto w oczy. Trzymał jednocześnie dalej lokomotywę w wyciągniętej dłoni. Chłopiec chciał ją chwycić, ale rodzic trzymał go mocno metr od zabawki. - Pan nie ma wstydu, żeby w taki dzień... - nie dokończył zdania. Spojrzenie starego przeszyło go na wylot. Elegancki mężczyzna zmieszał się na moment i stracił pewność siebie, której mu dotąd nigdy, w żadnych okolicznościach, nie brakowało. Sięgnął szybko po portfel i wyjął dwadzieścia złotych.
     - Proszę, masz - powiedział ze wzgardą. - Przecież po to tu przyszedłeś...      Trzymał banknot w wyciągniętej dłoni. Stary nawet nie drgnął. Chłopiec zaczął płakać i coraz mocniej dopominać się o zabawkę. Ojciec energicznie szarpnął syna do tyłu, a banknot rzucił na ziemię. Dwudziestozłotówka, zataczając kręgi, opadła tuż obok wielkiego, czarnego buta z jasnozielonym sznurowadłem, który najzwyczajniej w świecie ziewał odklejoną podeszwą. Mikoła nawet nie spojrzał na banknot. Dalej patrzył ojcu prosto w oczy. Ten znów się zmieszał i spuścił wzrok.
     - Kup sobie coś, wypij... - mruknął pod nosem i odwrócił się tak gwałtownie, że chłopiec o mało nie upadł. Rozległ się głośny płacz.
     - Nie rycz. Zobaczysz, co ci Mikołaj dzisiaj przyniesie pod choinkę. Prawdziwe zabawki, nie jakieś stare rupiecie! - Ale ja chcę taką koleję! - wrzeszczał na całe gardło malec. Za chwilę zniknęłi w tunelu prowadzącym do miasta.
Mikoła posławił lokomotywę obok brzuchatego misia i malowanej lali.
     - Hej, stary ramolu! Tobie chyba te pieniądze nie są potrzebne? Mikoła tuż przed oczami ujrzał kościstą, odmrożoną dłoń trzymającą banknot, który przed chwilą leżał koło jego buta. To był Negro, miejscowy ćpun. Podejrzewano go też, że jest dilerem. Wszyscy się go bali, nawet dworcowa policja. Od dnia, kiedy w szale biegał po terenie dworca ze strzykawką z jakąś brunatną cieczą, stał się nietykalny.
     Mikoła nie zareagował na zaczepkę. Spokojnie układał zabawki na ławce, tak jakby ten prawie dwumetrowy, śmierdzący potem i jakąś nieokreśloną chemią facet był powietrzem. Negro powoli schował banknot w kieszeni spodni, a na odchodne kopnął worek.
     - Zabieraj stąd te swoje śmieci, głupi dziadu! - warknął i oddalił się powolnym, leniwym krokiem.
     - Widziałaś? Ten młody obdartus okradł tego żebraka! - oburzony głos eleganckiej pani aż dygotał ze zdenerwowania. - Takie to już teraz czasy, moja droga... - odpowiedziała jej towarzyszka podróży. - Takie czasy, teraz nawet żebraków okradają.

     Zapadał zmierzch. Stacja powoli pustoszała. W świetle dworcowych latarni błyszczały, niczym drobne diamenciki, opadające płatki śniegu Mikoła powoli szedł po białym dywanie, którym przykryty był peron. Skrzyp, skrzyp, skrzyp - rozlegał się odgłos spod jego wielkich, czarnych butów. Niósł na plecach worek, a w nim wszystkie zabawki, które w południe zabrał ze schroniska. Było kilkoro jeszcze dzieci, które bardzo chciały je wziąć. Ale kończyło się to zawsze podobnie, jak w wypadku eleganckiego, pewnego siebie ojca chłopca, który tak bardzo chciał tę przepiękną lokomotywę z czerwonymi kołami. Jeszcze dźwięczały mu w uszach epitety oburzonych podróżnych: „brudny obdarciuch", „pewnie chory na gruźlicę, nie zbliżaj się do niego, Basiu...", „skąd ten bezdomny wziął te rupiecie, ze śmietnika?". Gdzieś z oddali, z pobliskich domów, rozeszły się dźwięki kolędy.
     Na peronie była jeszcze jakaś młoda, skromnie ubrana kobieta z małą dziewczynką. Wysiadły z ostatniego pociągu, który zatrzymał się tutaj kwadrans temu, Najwyraźniej na kogoś czekały.
     - Ciocia zaraz po nas przyjdzie, Moniczko - usłyszał z oddali głos kobiety.
     - Ciocia Tosia zawsze się spóźnia, pewnie liczy swoje koty - radośnie zaśmiała się dziewczynka. - A pamiętasz mamo, jak ostatnio zginął jej Buras? Pół miasta na nogi postawiła, a on siedział schowany za wielkim garnkiem z kompotem w spiżarce i zjadł jej pół karpia!
     - Tak, to chyba jedyny kot na świecie, który lubi karpia w galarecie! - kobieta zaśmiała się głośno.
     Mikoła powoli szedł w ich kierunku wzdłuż metalowej barierki, odgradzającej zejście do tunelu dworcowego. Miał zamiar wracać do schroniska. Już słyszał ten pogardliwy głos Karciocha, wyśmiewający jego dziwactwa wigilijne. Siostra Klara nie powie nic. Ale swoje pewnie pomyśli. Użali się nad nim i zacznie karmić dwunastoma potrawami z takim zapałem, jakby to miało mu wynagrodzić porażkę. Uśmiechnął się pod nosem na tę myśl. Siostra Klara, kochana, dobra Klara - zadumał się.
     - Mamo, mogę sobie pobrykać? Jak tygrysek od Kubusia Puchatka? - usłyszał pytanie dziewczynki.
     - Możesz, Moniczko, tylko trzymaj się tej poręczy i uważaj!
     Dziewczynka złapała jedną ręką poręcz barierki i ruszyła w podskokach przed siebie. Głowę miała opuszczoną, jakby przyglądała się swoim czerwonym bucikom, spod których wzbijały się obłoczki świeżego, sypkiego śniegu.
     Mikoła zatrzymał się i czekał, aż dziewczynka go minie. Wszystkie dzieci zręcznie go omijały i biegły dalej przed siebie. Ona jednak pędziła prosto w jego kierunku. Zanim zdążył zareagować, z impetem wpadła na niego. Zachwiał się i całym swoim ciężarem usiadł na ziemi, aż rozległ się zdwojony jęk. Jęknął stary peron i nieszczęsny Mikoła. Worek zsunął się z jego ramienia, a część zabawek wyleciała na ziemię.
     - Och, przepraszam! - zawołała przestraszona. - Ja nie chciałam, ja tylko sobie tak brykałam... Była bliska płaczu. Mama natychmiast ruszyła w ich kierunku.
     - Nic się panu nie stało? Wie pan, ona jest...
     Mikoła spojrzał na nią swoimi szarymi, dobrymi oczami spod krzaczastych brwi. Położył palec na ustach i powoli pokręcił głową w prawo i w lewo. Kobieta uśmiechnęła się niepewnie, a po chwili pokiwała do niego przyzwalająco głową. Nie zaczęła go wyzywać, nie było w niej widać strachu, obrzydzenia ani pogardy. Była dzisiaj pierwszą osobą na tym dworcu, u której dostrzegł życzliwość oraz nutkę zaciekawienia.
     Spojrzał na dziewczynkę. Jej wzrok skierowany był gdzieś w bok. Miała martwe, nieruchome źrenice.
     - Nic się panu nie stało, nie gniewa się pan? - zapytała z troską w głosie, który znów się płaczliwie załamał.
     Pogłaskał ją delikatnie po głowie i wydał pomruk. Taki trochę, jaki zapewne wydają zadowolone niedźwiedzie. Dziewczynka wyczuła pod nogą coś miękkiego. To był królik. Ten, o którego taki bój toczył z siostrą Klarą.
     - Och! Jaki przemiły pluszak! - zawołała dziewczynka, podnosząc go z ziemi.
     - I jak pięknie pachnie... lasem. Mamo, pachnie jak w lesie za domem cioci Tosi!
     - To jest królik, Moniczko - podpowiedziała jej mama. - Prześliczny! A może on rzeczywiście jest z lasu za domem cioci Tosi? - mrugnęła porozumiewawczo w kierunku Mikoły. Uśmiechnęli się oboje.
     Mała powoli i uważnie obmacywała włochate stworzonko. - Och, królik ma chore uszko! - zawołała. Jej ręka troskliwie dotykała naderwanego, długiego ucha. - I chore oczko! - jej ręce wymacały brak jednego guziczka.
     - Biedne maleństwo... - wyciągnęła ręce z futrzakiem w kierunku starego, chcąc mu go oddać. Mikoła ujął dłonie małej w swoje wielkie ręce. Delikatnie i powoli przycisnął je do piersi dziewczynki i tak przytrzymał przez dłuższą chwilę.
     - Mogę go wziąć? Naprawdę, mogę go z sobą wziąć?
     - Hmyhm - wydał z siebie pomruk.
     - Dziękuję panu! Ja się nim zaopiekuję, będzie mu u nas dobrze. A mama z ciocią zaraz go wyleczą. Naprawią ucho i oczko i będziemy razem sobie brykać! - wołała uszczęśliwiona, ściskając z taką siłą futrzaka, że chyba nikt nie zdołałby go jej wyrwać z objęć. Nawet sam Negro, postrach rajskiego dworca.

     Szedł powoli tunelem dworcowym. Panował tutaj wieczny półmrok. Kilka ocalałych świetlówek migotało niebieskim, nieprzyjemnym światłem pod łukowatym sufitem. U wylotu tunelu jarzyło się jasne światło latarni. Padał coraz gęstszy śnieg. Przy chodniku stał samochód, a na jego tle widać było trzy sylwetki. Jedna z nich obejrzała się i przez dłuższą chwilę patrzyła w głąb tunelu. Potem nachyliła się do małej, drobnej dziewczynki i obie zaczęły machać rękami. W ręku Moniczki radośnie fruwał królik. Jego długie uszy zataczały koła na tle śnieżnego puchu, iskrzącego się w świetle latarni. Mikoła zatrzymał się i odwzajemnił pozdrowienia. Jego wielka jak łopata dłoń wzniosła się wysoko do góry, potem opadła w dół, a następnie powędrowała do lewego ramienia i powoli przemieściła się w linii prostej w kierunku prawego.
     Gdy samochód zniknął już za zakrętem ulicy Mikoła ruszył powoli w stronę wyjścia. W połowie tunelu znajdowała się wnęka. Stał w tym miejscu wielki, metalowy kosz na śmieci. Stary zauważył tam zarys jakiejś postaci. Było tutaj prawie zupełnie ciemno, ale na tle ciemnoszarej, brudnej ściany odrysowywała się czarna sylwetka. Położył worek i podszedł bliżej. Na ziemi siedział bez ruchu, z opuszczoną na piersi głową - Negro. Kolana miał podciągnięte pod samą szyję. Jego czarne, długie włosy zakrywały twarz. Obie ręce rozrzucone miał na boki.
     Mikoła długo przyglądał się chłopakowi. Usta starego, co jakiś czas bezgłośnie poruszały się, jakby z kimś prowadził niemy dialog. Rozpiął dwa ocalałe guziki przetartego w kilku miejscach kożucha. Dawno temu szmuglowano takie hurtowo zza sowieckiej granicy. Były wówczas szczytem elegancji na polskich ulicach. Czarne baranie futro pod spodem i beżowo-biały skórzany wierzch. Szyk i szpan tamtych czasów. A teraz, to zimowe okrycie Mikoły, stanowiło chyba ostatni używany egzemplarz. Lubił je nosić, bo było bardzo ciepłe. Kożuch był od siostry Klary, która wyciągnęła go kiedyś ze strychu Oddawał go innym w schronisku kilka razy, ale zaraz miał go z powrotem. Był może i ciepły, ale mało wygodny w noszeniu.
     Zerwał się wiatr, a przeciąg w tunelu przywiał aż tutaj obłoki śniegu. Ciemna, skulona sylwetka wzdrygnęła się, jakby przeszedł przez nią prąd. Mikoła ostrożnie przykrył chłopaka kożuchem, a ręce wsunął pod okrycie. Następnie zdjął z głowy wełnianą czapkę z wielkim pomponem i wsunął mu na głowę. Negro poruszył się i spojrzał do góry. Jego na wpół otwarte oczy wpatrywały się w zarys potężnej sylwetki, odcinającej się na tle migoczących, dworcowych świetlówek.
     - Kim jesteś, czego chcesz? - wybełkotał.
     Stary podsunął mu kożuch wyżej, pod brodę, po czym poszedł w kierunku leżącego opodal worka. Zarzucił go na plecy i jeszcze raz obejrzał się w kierunku skulonej sylwetki. Negro rozpoznał go.
     - A to ty, stary pokręcony ramolu. Spadaj stąd! - podniósł głos, ale dalej pozostawał na swoim miejscu. Kożuch i wełniana czapka powoli rozlewały w jego wyniszczonym ciele miłe ciepło.
     Mikoła patrzył mu prosto w oczy. Przenikliwy wzrok spod krzaczastych, siwych brwi przeszywał chłopaka na wylot. Nie mógł już tego wytrzymać. Opuścił głowę.
     - No, co tu tak stoisz? Stało się coś? - wymamrotał cicho.
     - Bóg się rodzi, moje drogie dziecko - powiedział głośno i wyraźnie Mikoła, a jego potężny, tubalny głos odbił się echem od sklepienia tunelu i rozszedł po okolicy - Bóg nam się rodzi!

I Powrót na górę I


Wieczór literacko-muzyczny poświęcony
60-tej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

Wybrane utwory literackie członków Klubu Twórczości „ŻAR” zaprezentowane 19 września 2004 r. w Muzeum PZN w Warszawie



Krystyna Łagowska
POWSTAŃCZA POCZTA

Po latach w ruinach
Ktoś znalazł torbę
Nie cała zetlała
Wiatr szeleścił
Papieru kartkami

...Myślami jestem przy was
Sercem jestem z wami...
...Nie martw się Mamo...

Zrudziały litery,
Jak krew
Co wsiąkła w ruin
Tych zwaliska.
W innym liście

...Na zawsze pozostaniesz
Droga mi bliska - żono
Nawet śmierć nas
Nie rozłączy
Tylko z sobą zbrata...

...Nie widziałam Was
Jakby przeszły lata...

...Walczymy!
Niedługo będziemy
Bez broni...

Moi Dro...

Może pióro wypadło
Ze stygnącej dłoni.

* * *

Irena Stopierzyńska
ZAPISYWANIE PAMIĘCI
(3) Palimpsest stołecznego miasta

Widok na miasto z góry,
z lotu ptaka -
wąwozy ulic ku Centrum biegnące
coraz to wysoką skałą wypiętrzone
gładką i błyszczącą, wypolerowaną...
Banki to i hotele, banki i biurowce
w słońcu lśnią, a w nocy pięknie
oświetlone...
Turysto nie miej złudzeń
to nie nasze dzieło!
To Zachód chce mieć
nad Wisłą kawałek Brukseli
bo nie pamięta wcale, że kiedyś nas zdradził
że to za jego cichym przyzwoleniem
popioły i zgliszcza wyznaczały pole
poświęcone zemście obydwu sąsiadów.
Wyrzuty sumienia Zachód skreślił
jednym twardym orzeczeniem:
Powstanie było błędem i było
szaleństwem...
Słysząc to - sami zacieramy ślady...
Tych parę pomników - dla weteranów i dzieci...
bo wypada święcić niektóre
rocznice...
Warszawo-Stolico nie trać skarbów ducha
nie wstydź się, że w tobie
dużo jeszcze szarości i biedy
ceń sobie wolność
własną niezależność
czoło noś wysoko
nie bądź kurtyzaną!

A tych, co
pamiętają tamten głód i dumę
Bóg i koledzy, którzy już pomarli
przyzywają na zbiórkę, od nowa się grupują...
a my spisujmy dzieje, nam
pamiętać trzeba.

* * *

Andrzej Roch Żakowski
KTO DZIŚ PAMIĘTA...

Młodzi i starzy myślą
Kto dziś jeszcze pamięta
Krople deszczu czy łzy wzruszenia
opadały na ziemię czy przeznaczenie
Płomień w kominku powoli umiera
sierpień lipca ślady zaciera
bukietami rocznicy się pyszni
i tańczy medali blaskami
głos złotej trąbki
na apel poległych
Szarych Szeregów
zamęt w sercu i ryk silnika
„KUBUSIA”
stoisz jeszcze nos wycierasz
kto dziś pamięta...
i mocujesz się z naglą pustką.
Młody czy stary?
Jednako wychodzą
naprzeciw nocy
Naprzeciw siebie.

* * *

Piotr S. Król
MAŁY CHŁOPIEC Z PODWALA
Fragment opowiadania p.t.  „Okruchy pamięci”

Foto - Pomnik Małego Powstańca przy ul. Podwale

     Stoi nieruchomo tuż obok czerwonego muru obronnego, okalającego najstarszą część Starego Miasta, wzdłuż ulicy Podwale. Opuszczona lekko głowa, smutna twarz. Aby się z nim spotkać, trzeba zejść w dół, w obrośniętą trawą fosę.
     Mały Powstaniec. Wszystko na nim za duże: niemiecki, zdobyczny hełm, buty z cholewami, zbyt obszerna kurtka, opięta wojskowym pasem. Mały, drobny chłopiec, którego historia postawiła przed dramatem zbyt wielkim nawet dla wielu herosów tego świata. On jej sprostał. Stoi teraz trochę na uboczu, samotnie. Wokół zawsze pełno świeżych kwiatów. Jego drobna twarzyczka przemawia do każdego z ogromną siłą. Mimo, że jego usta zastygłe w milczeniu, słychać dramatyczne wołanie, które niesie się w przestworza, ponad spadziste dachy okolicznych domów. On milczy. To krzyk naszego serca, rozdartego w rozpaczy i bezgranicznym zadziwieniu - jakież to miasto, za które z takim poświęceniem walczyły i ginęły nawet dzieci?
      Kim jesteś? - pytam w myślach. Może tym jedenastoletnim Witkiem Modelskim, pseudonim Warszawiak, o którym wielokrotnie czytałem we wspomnieniach żołnierzy Starówki? Był łącznikiem bojowym, roznoszącym meldunki. Jego bohaterstwo i poświęcenie było tak ogromne, że został, mimo młodego wieku, awansowany przez kpt. Gozdawę na kaprala czasu wojny i odznaczony Krzyżem Walecznych. Wielki heros - ukryty w ciele małego, drobnego chłopca.
      Był bohaterskim żołnierzem, ale nadal pozostał dzieckiem. Wzruszające i jakże wymowne było wydarzenie opisywane we wspomnieniach z tamtych czasów. Jedna z łączniczek przyniosła skądś cukierki dla dzieci ludności cywilnej. Kapral Warszawiak przyłączył się wówczas do dzieciarni i oświadczył zdecydowanym głosem, po żołniersku: „Melduję posłusznie, że od samego rana nie miałem żadnego cukierka w ustach...”.
     Na głowie za duży hełm, za pasem granat i ta wyciągnięta ręka z prośbą o chwilę słodkiego zapomnienia - atrybutu beztroskiego dzieciństwa. Dzieciństwa, którego został tak brutalnie i bezwzględnie pozbawiony. Jedenastoletni, mały kapral, pseudonim Warszawiak, odznaczony Krzyżem Walecznych. Heros z cukierkiem w ręku...
     Zastygła, smutna twarzyczka dziecka-żołnierza, małego warszawskiego Dawida, który stanął naprzeciw barbarzyńskiego, brunatnego Goliata. Zawsze, gdy jestem w tym miejscu, szukam usilnie odpowiedzi na dręczące mnie wątpliwości i pytania. Mały chłopiec milczy.
     Czasem tylko nadlatują tutaj słowa poety-powstańca - Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc,
i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut - zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką,
czy to była kula synku, czy to serce pękło?

     Są takie miejsca przedziwne. Pamięć w nich zamknięta w zarysie materii, jest wyrzeźbiona niezatartym reliefem w twoich myślach, sercu. Mały Powstaniec ze Starówki nie pozwala zapomnieć o czasach minionych. Zbiera okruchy pamięci i rzuca je nam do stóp. Trzeba się tylko schylić, głęboko pokłonić...

I Powrót na górę I

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Jan Zdzisław Brudnicki
Poznańska poezja słowa „Barwy ciemności” Stanisława Machowiaka

     Stanisław Machowiak używa słów oszczędnie. Ale dokłada wszelkich starań, żeby je dowartościować, żeby były konieczne: w wierszu, w sentencji, w poszukiwaniu nowego skojarzenia i sensu.
     Żeby miniatura była udana wiersz musi być dobitny i błyskotliwy. I taki na ogół jest. Przynosi też czytelnikowi satysfakcję, zaskakując go paradoksem i antytezą. Można zauważyć, że nie jest to tylko literatura, tylko tekst. To też głębsze wyznanie pozasłowne, rodzaj wyznania wiary życiowej, gdzieś nawet nazwane „przejściem między życiem a śmiercią”. Posiada nieraz walor równania matematycznego, gdzie wynikanie jest jednoznaczne i niepodważalne.

„Słońce w środku lata / kołysze polanę / stokrotek na dnie morza skrzypi / zatopiony statek / światła / tylko ja zostaję / na wyspie niewidzenia”

     To wiersz „Sam w sobie”. Motyw statku pijanego, to wątek niezrozumianego artysty. Ale to też równocześnie próba porozumienia się za pomocą starych i nowych symboli użytych po nowemu. Są one nieraz bardzo oryginalne. Wystarczy przywołać tańczące żywioły, skamieniały język, wieczną świeżość ziemi, pełną wymowy ciszę, ofiarę ze światła, słońce nocy, kamienne ziarno ziemi, pojemność chleba mieszczącego nasz dzień codzienny i Boga. Przekaziciel tej liryki nazywa ją „obrazami ziemi / wysłanymi do Boga / na adres człowieka”.
     Wiersz nazywa gdzieś kielichem. Jeśli tak, to napełnia go światłem, świtem, słowem, miłością i czymś w rodzaju antyświatła. Nie da się wyminąć tematu, który zresztą wszyscy recenzenci eksponują, nie na zasadzie sensacji, ale istotnej cechy, która ma wartość waloru. Poeta należy do artystów niewidzących. Toteż słowo zastępuje mu obraz widzialny. Jest też ono na różne sposoby przebóstwione. Spełnia taką rolę, jak w świętych księgach, kiedy było przekaźnikiem Boskich racji. Posiada liczne walory moralne, humanistyczne, mistyczne, o których inni poeci zapomnieli. Ale przede wszystkim posiada cechy rzeczy. Cennej rzeczy. Narzędzia. Najważniejszego narzędzia. Czucia i bezpośredniej rozmowy. Niejako: zgaszenie światła i świtu to początek obrazu w słowie i słowa w obrazie.
     Żeby przywołać pokrewieństwa i fascynacje, to należy wymienić „nurt franciszkański” w poezji polskiej. Oczywiście najbardziej widoczne są powinowactwa z Janem Twardowskim. Boska, zawstydzona pokrzywa - mieszka i tu i tu. Ale też z tego repertuaru są dziękowanie Bogu milczeniem za łaskę, utożsamianie się z ogrodnikiem słów, samotnym wspinaniem się na szczyty gór, dążeniem do Boga przez ziemską Golgotę. Ziemia zresztą w całości jest wielbieniem najwyższego: kwiaty oswajają ziemię, dłonie ocalają niebo, byle kto z dworca też jest człowiekiem...
     Machowiak posiada wiele, wiele książek. Ten tom jest tłumaczony na obce języki. Przekładów możemy się dopatrzeć aż na pięć języków. Oczywiście w wyborze. To poetom jest obecnie potrzebne przy kontaktach międzynarodowych. Niewidomi szczególnie wykorzystują tu esperanto. Resztę wykonują kasety, płyty, przekazy internetowe. Poeta ma wielki dorobek w pracy kulturalno-oświatowej, pedagogicznej, w kontaktach i upowszechnianiu poezji. Toteż jego tomik posiada solidny serwis informacyjny. I może być wykorzystany dla potrzeb sceny i estrady.

* * *

Stanisław Leon Machowiak, „Barwy ciemności”, grafika okładki - Andrzej Pawlak. Poznań 2004, Wyd. nakład własny. Wstęp - Lech Konopiński, s. 196.

I Powrót na górę I


Foto - Irena Pursa

OPINIE - RECENZJE - GŁOSY

Irena Pursa
Recenzja tomiku wierszy
Ireny Grzymały „Polowanie wilków”

„...Tobie błyszczy rosa, tak jak kryształ czysta.
Dla Ciebie mój synku ta ziemia
ojczysta...”

(„Dla Ciebie synku”, s. 48)

     Tomik „Polowanie wilków” dedykowany jest ukochanemu synowi autorki, a strofy w nim zawarte cechuje melancholijna nostalgia związana z przemijaniem, nieuchronnym upływem czasu.

„...Co odeszło nie powróci,
co się stało, nie odstanie
i dlatego tak nas smuci...
Przemijanie, przemijanie...”

(„Przemijanie”, s. 54)

     W innych strofach jest jednocześnie ogromna nadzieja, bo poetka kocha przyrodę i przemiany w niej zachodzące poprzez pory roku. Dostrzega piękno w najskromniejszej roślinie, w ptakach, zwierzętach, wschodach i zachodach słońca, w smudze księżyca spływającej po firance w bezsenną noc. Życie blisko natury i w zgodzie z nią - oto główne przesłanie całej twórczości poetki.

„Jaki ziemio czar posiadasz,
że tak łatwo sercem władasz.
...pokochałam lasy, role,
wydmy, wierzby i topole...”

(„Ziemia”, s. 22)

Sztandarowym będzie tu wiersz „Długowieczna", a w nim strofy:

„I tak tam żyje w polu i lesie,
dziewiąty krzyżyk na plecach niesie,
Popija zioła, grzeje się skórą
i długo żyje w zgodzie z naturą.”

(„Długowieczna”, s.30)

Foto - Okładka tomiku wierszy Polowanie wilków

     Irena Grzymała pisała od zawsze, tylko przeważnie „do szuflady”. W druku ukazały się dopiero niedawno trzy tomiki jej wierszy: „Nasza rzeczywistość pospolita” (1999 r.), „Dla ciebie mamo i tato” (2000 r.) oraz „Za co kochamy” (2001 r.) - wszystkie wydane w Krakowie przez Drukarnię LEYKO
     Poetka ma w swoim dorobku Nagrodę Starosty Sochaczewa. Bierze udział w licznych imprezach kulturalnych regionu Mazowsze. Należy do Klubu Twórczości „ŻAR” przy Okręgu Mazowieckim PZN.
     Pisze wiersze proste, lekkie i przyjemne w odbiorze, które w większości mogą posłużyć za dydaktyczne historyjki dla dzieci, ale i dla dorosłych. Łatwo je zrozumieć i zinterpretować. Pointy mają niezwykle czytelne. Choć poetka posługuje się niemodnymi obecnie rymami, jest w stanie wyrazić w tej formie głębokie prawdy życiowe, mogące posłużyć za motto dla wielu. To wiersze stricte epickie z przejrzystą metaforą przeznaczoną dla czytelnika nie obeznanego z poetyką i trafiające w związku z tym prosto do serca, przemawiające do wyobraźni. Mogłyby być razem zamieszczone w podręcznikach szkolnych, są bowiem łatwo przyswajalne przez pamięć, którą dzieci powinny ćwiczyć od zarania swojej edukacji kulturalnej. Autorka osiągnęła w tym względzie mistrzostwo, jej utwory, w dosłownym sensie, trafiają „pod strzechy”.

I Powrót na górę I

IMPREZY I SPOTKANIA

Grafika - Kraków 2004 - warsztaty

Warsztaty Klubu Twórczości „ŻAR”
Wybrane utwory poetyckie

Jarosław Gniatkowski
* * *

Jeśli już nie...
Jeśli już nie
promyk brzasku w wieże mariackie
wpleciony
Jeśli już nie
prawda życiowa
w Tryptyku zdjęciem drewnianym
uwieczniona
Jeśli już nie
radosny uśmiech
przez sukienniczą przekupkę sprzedany
Jeśli już nie
wdzięk kamieniczek
tańcem Lajkonika wyczarowany
Jeśli już nie
narodu kopiec
stemplem granitu potwierdzony
Jeśli już nie
królewska komnata
zdobnym arrasem posłana
Jeśli już nie
smocza potęga
ogniem historii zamknięta
Jeśli już nie
wawelski zamek
na wzgórzu Wisłą otulony
Jeśli już nie...
to może Ty, tak Ty
nad moim mrokiem z miłością pochylony
(Kraków 08.07.2004)

* * *

Irena Grzymała
WAWEL

Postawiono zamek wysoko na górze
to Zamek Królewski, aby przetrwał burzę
Wisła też go strzegła, od wroga chroniła
i niejeden najazd, razem z nim przeżyła.

Płynie Wisła, płynie, wrogów się nie boi
a Zamek Królewski na skale wciąż stoi.
Nie zmogły go bomby ani też armaty
i nadal są piękne królewskie komnaty.

Wawel nam króluje,
aż po wszystkie czasy
zdobią go tu meble, obrazy, arrasy
Żaden też najeźdźca Wawelu nie zmoże
...może także Króla darujesz nam Boże?

A Kraków Warszawę poprosi o rękę
i zakończą razem tą długą udrękę
Dynastia Królów długo się przedłuży
bo Królewskie łoże temu się przysłuży.

* * *

Krystyna Łagowska
SZŁA ROZPACZ

Oniemiała
Skupiona
Milcząca
Bez łez - bez krzyku
Co krtań zaciska
Bez splendoru korony
Jak zwykły człowiek
W żalu pogrążony
Gdy odejdzie osoba bliska
Szedł
Ścieżek poplątanych
Szedł
Kłaków kurzu drogi
Szedł
Za miłości marzeniem
Szedł
Za ulotnym cieniem
Szedł
August za trumną Barbary

* * *

Jan Polkowski
W POSZUKIWANIU PRAWDY

Nie wiem czy wierzę Panie
ale na pewno
potrzebuję Twego wsparcia
cicho prosząc o pomoc

Czasem buntuję się
przeciw Tobie
a jednocześnie poszukuję
drogi zbawienia

Światła wśród ślepców
echa pośród głuchych
stojąc w tłumie martwych słów
czekam na apokalipsę

A Ty pochylony na de mną
wspierasz mnie miłością
pozwalasz przeżyć
małe zmartwychwstanie.
(Kraków 11.07.04)

* * *

Irena Pursa
ALKOWA

Pod kopułą materii gwiazd
łoże śmierci
(tej za życia i tej prawdziwej) Kilimy, szkice
Akwarele...
blaski
cienie
półcienie
-Nic-
Przeszłość skrzypi deskami
podłóg zmurszałych
Szafy lśnią sztucznie polerowane
bezcielesne mary
przemykają chyłkiem
krużgankami domu
który kiedyś
dawno temu
był jego schronieniem
(Kraków 08.07.2004)

* * *

Irena Stopierzyńska
KRAKÓW ROZDWOJONY

Dwie siły, dwa sferyczne kręgi
są tu wyraziste i niemal widzialne:
z jednej strony święci pańscy -
biskup i królowa
profesor Jan Kanty i brat Albert - malarz
z drugiej strony czarnoksięskie kręgi
obracali alchemicy dawni
i dziwni konsyliarze
dziś wróżki, magicy i sprytni
zwodziciele...
więc nadal się dzieją cuda w Krakowie
lub sztuczki, opętania i chore umysły.
Święci łagodni, jak krople miętowe
leczą miejską niestrawność
i skurcze wymiotne.
Drudzy, z chęci posiadania
stosują hipnozę, opium i haszysz
zaludnić chcą podziemia, czeluście
i odmęty
których - wiadomo - pod miastem
nie brakuje...
Nie znikły mimo starań bogobojnych wieków.
Walka jest nierówna, bo święci
nie znają biłlboardów, ani megafonów
spokojnie jaśnieją w ciemnościach,
jak świece...
Kraków, jak nigdy, w sobie podzielony
coraz więcej w księgarniach
ksiąg o czarnej magii
i podręczników z Dalekiego Wschodu...
Czy nie na próżno w bieli
Ojciec Święty
prosi dla miasta o deszcz łaski Bożej?
Za każdą z Jego zachęt
nauk i napomnień
ktoś inny wbija sprzeciw
w słabą tego ludu pamięć
dobre chęci skrzywia,
a stałość wytrąca...
Tak będzie do kresu miasta
bo dziś także zło się spiera
o każdego z osobna człowieka.
Patrzmy końca, wyczekujmy końca
bo zwycięską będzie
tylko jedna sfera...

I Powrót na górę I


IMPREZY I SPOTKANIA

Małgorzata Woźniakowska
Wieczór autorski Andrzeja Rocha Żakowskiego w Krakowie
8 lipca 2004 r.

     Jeśli postawimy inicjał nazwiska „Żakowski” przed inicjałami imion „Andrzej” i „Roch”, powstaje nazwa „ŻAR”. Gdy do tego żaru dołożymy drewna, wybuchnie on wesołym, żywym płomieniem. Jest to też metafora, która określa coś, co - na podobieństwo ognia - ma dać czemuś początek, by następnie rozwinąć się. To dlatego Andrzej Roch Żakowski, mieszkaniec Warszawy - z zamiłowania publicysta i literat - w listopadzie 2000 r. utworzył Klub Twórczości „ŻAR”. Należą do niego osoby zajmujące się pisarstwem różnego rodzaju.
Foto - Andrzej Roch Żakowski     Dom Kultury PZG w Krakowie w dniu 8 lipca 2004 r. miał zaszczyt i przyjemność gościć członków Klubu „ŻAR”. Andrzej Żakowski był „duszą” tego spotkania. Pisze nie tylko prozą, ale i wierszem już od połowy lat 90-tych. Niejeden raz prezentował swoje reportaże na łamach „Świata Ciszy”, „Dłoni i Słowa”, „Pochodni”. Jest m.in. inicjatorem i organizatorem konkursów Małej Formy Literackiej, w których biorą udział osoby niesłyszące i niewidome. Był wielokrotnie wyróżniany i nagradzany w kategorii prozy, poezji, fotografii. Między innymi zdobył II miejsce w 2003 r. w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim, organizowanym przez Stowarzyszenie Autorów Polskich oraz został finalistą w konkursie Prezydenta m.st. Warszawy z okazji 60-tej rocznicy Powstania Warszawskiego.
     Od 1999 r. stale uczestniczy w spotkaniach artystycznych, organizowanych przez Krajowe Centrum Kultury Polskiego Związku Niewidomych w Kielcach. Rzeźbił także w glinie, uczestnicząc w warsztatach i wernisażach w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Pełni liczne funkcje społeczne, co wskazuje na jego niezwykłą aktywność życiową. Jest prezesem Rady Klubu „ŻAR”, przewodniczącym Zarządu Koła PZN Warszawa - Śródmieście, redaktorem naczelnym kwartalnika „Sekrety ŻARu”, współpracuje z Towarzystwem Pomocy Głuchoniewidomym, PZG, Stowarzyszeniem Autorów Polskich, Związkiem Literatów Polskich.
     Kim jest Andrzej jako człowiek? Jest jednym z nas, niesłyszących, dodatkowo ma uszkodzony wzrok. Dotknięty został tzw. zespołem Ushera - stopniową utratą wzroku i słuchu. Ale ma w sobie ów „żar”, którym zapala innych. Mówił do nas, głuchych, zebranych w świetlicy DK, przez swoje wiersze, wiersze pełne ciepła, miłości, zachwytu nad pięknem otaczającego nas świata. Często przewijał się w nich także motyw niepełnosprawności, z którą Andrzej walczy.
     - To niecodzienne w poezji, rzadko ktoś podejmuje ten trudny w istocie temat. Ale takie publikacje zmieniają nastawienie innych ludzi do nas i pozwalają im nas poznać - mówił Andrzej Zaniewski, krytyk i literat, członek Klubu „ŻAR” i przyjaciel Andrzeja Żakowskiego.
     Dlaczego Andrzej pisze, publikuje? Skąd czerpie tematy? - Widzę potrzebę pisania o życiu, walce człowieka ze schorzeniem wzroku i słuchu o godne życie, o sukcesach, ale i o porażkach. Większość ludzi nie ma pojęcia, w jaki sposób niewidomi, słabo widzący czy niesłyszący kompensują sobie problemy wzrokowe, słuchowe i że, mimo tej poważnej niepełnosprawności, mogą dobrze funkcjonować. A właściwe to skąd mieliby to wiedzieć? Może przez całe życie nie poznali żadnego niewidomego lub niesłyszącego?
     Andrzej zawsze myśli o tym, by przekonać czytelnika, że wszystkie jego próby pogodzenia się z inwalidztwem skazane są na niepowodzenie, jeżeli nie będzie starał się rozwinąć całej swojej osobowości.
     - Trzeba zająć twórczą postawę życiową, a tego nie da się osiągnąć bez prawdziwej pokory, odwagi, wiary, zdyscyplinowania. Zmniejszenie cierpienia, skrócenie okresu załamania zależy przede wszystkim od Ciebie, ode mnie, od siły Twojej, mojej woli i hartu ducha. Od naszej decyzji zależy, czy poddasz się biernie rezygnacji czy sprężysz całą swoją energię i podejmiesz walkę z losem - dodaje w dialogu z czytelnikiem. Dlatego jego wiersze, publikacje są jak osobisty doradca, który służy dobrym słowem w kwestii „jak żyć przy stopniowej utracie wzroku, słuchu”, jak przejść przez zwątpienie, rozterki, gorycz samotności i poniżenia, rozpacz i załamanie.
     Dziękujemy, Andrzeju, za piękno poetyckiego słowa, pełnego żaru i otuchy. Czekamy na tomiki, które - jak mówisz - mają ukazać się w tym roku. Dziękujemy osobom, które recytowały Twoją poezję: Andrzejowi Zaniewskiemu i Irenie Pursie. Twoje wiersze stały się dostępne dla nas i wzbogaciły nasz emocjonalny świat dzięki tłumaczowi języka migowego - Beacie Lewandowskiej. Wiele osób z Klubu „ŻAR” po raz pierwszy w życiu zetknęło się tu, w Krakowie, z językiem migowym, a jedna z nich - obserwując żywą mimikę - powiedziała o Beacie, że - cytuję dosłownie - „tłumaczyła, jak największy artysta świata”.

I Powrót na górę I


GOŚCINNE ŁAMY

Stanisław Stanik
WIERSZE

fascynacja

brzydcy zachowują czujność
rozumu
przez to staje się on bardziej
wykształcony

urodziwi
bywają zwykle łasuchami
pochwał i komplementów
świat widzą
upiększony fałszem

ani brzydota ani piękno
nie są złem
nie są dobrem aczkolwiek
mogą do nich prowadzić

ludzie zaś z chęci
nasycenia zmysłów
przedkładają proporcje
nad moralność
i żyją
jakby piękno stało wyżej


w późnym wieku

kiedy patrzyłeś dzieckiem
trwałeś w stanie zachwytu
dla świerków perkozów
i dziewczyn

teraz też żyją
świerki perkozy i dziewczyny
lecz straciłeś dla nich wzrok
trzymając go na uwięzi
zaprzeszłych widoków

I Powrót na górę I


Foto - Piotr S. Król

FELIETON

Bolero na bruku

     Stoi zawsze w tym samym miejscu na poboczu szosy, kilkadziesiąt metrów od jednego z najbardziej uczęszczanych przejść granicznych z Niemcami. Miejscowi już się do niego zdążyli przyzwyczaić. Pogadać z nim nie można. Jakoś dziwnie mówi. Lubią za to słuchać muzyki z jego czarownych skrzypiec. Wrzucają do otwartego futerału niewielkie sumy zarobione z mrówczego handlu spirytusem i papierosami. Posłuchają chwilę i idą dalej do swoich codziennych zajęć.
     Na dłużej zatrzymuje się od czasu do czasu znana wszystkim „tirówka” - Tamara z Białorusi. Piękna dziewczyna o typowej, słowiańskiej urodzie, którą psuje krzykliwy, wulgarny makijaż. Podobno studiowała w Mińsku psychologię, uczęszczała też do szkoły baletowej. Miejscowi policjanci znają jej życiorys na pamięć. A jak oni znają, to i wszyscy wiedzą. To mała, przygraniczna społeczność. Tutaj wszyscy wiedzą wszystko, albo nie wiedzą nic. W zależności od sytuacji i okoliczności.
Grafika - Tamara i Profesor     Tamara nie żałuje grosza przydrożnemu skrzypkowi. Daje dużo. Jak ma dobry dzień to zdarza się, że i nawet kilkadziesiąt złotych. Przeważnie każe sobie grać Czajkowkiego. Najczęściej fragmenty z „Jeziora łabędziego”. On gra dla niej, jak natchniony. Chyba nie chodzi tutaj tylko o pieniądze. Tamara zasłuchana, nieobecna, odlatuje w swój świat, kołysząc się lekko i z gracją w jakimś szczególnym, zwiewnym tańcu. Rozumieją się obydwoje doskonale bez słów. Po co tu słowa? Muzyka mówi wszystko.
     Kiedyś przyjechała telewizja. Był o nim reportaż. Miejscowi nie mogli się nadziwić, że ten ich „graniczny Paganini”, jak go zwą, jest profesorem i byłym wykładowcą Wyższej Szkoły Muzycznej w Bukareszcie. Teraz jest bez pracy. To znaczy pracuje, przy szosie - „gdzieś na końcu świata, gdzie nikt go nie zna, i nie wstyd jest przed sąsiadami, że tak nisko upadł” - mówi ze smutkiem.
     Od czasu do czasu znika na dłużej. Jedzie zawieźć rodzinie pieniądze. Po tygodniu, dwóch wraca. Miejscowi się cieszą. Jakoś raźniej z „Paganinim” życie się toczy. Szarzyzna dnia powszedniego jakby trochę mniej szara. A Tamara, gdy go znów ujrzy, wyskakuje z ogromnego tira w tej swojej krzykliwej, jaskrawoczerwonej kurtce i niemal frunie, jak na spotkanie z wytęsknionym, długo oczekiwanym kochankiem. Po „swojego Czajkowskiego”, po chwile marzeń za czymś, co miało być, co miało się spełnić, co było wyśnione. Po chwilę zapomnienia tego, co jest okrutną rzeczywistością.
     Tamara, podobnie jak mistrz skrzypiec z Bukaresztu, też rabotajet na końcu świata, bo „wstyd przed sąsiadami, przed bliskimi...„. W domu potworna bieda. Rodzina czeka na pieniądze. Przesyła je regularnie i mówi im, żeby się nie martwili, bo ona ma dobrą pracę - tańczy w teatrze. Ostatnio w „Jeziorze łabędzim”...

     Warszawska Starówka. Na jednej z gwarnych, zatłoczonych uliczek koncertuje troje młodych ludzi - dwie dziewczyny i chłopak. On gra na flecie, one na skrzypcach i na altówce. Studenci z Wilna. Pięknie grają. Dla straży miejskiej chyba nie za bardzo, bo postraszeni mandatem, zwijają w popłochu swoje instrumenty. Ludzie wokół głośno komentują całe wydarzenie. Są także zagraniczni turyści, w tym grupa Japończyków strzelająca zapamiętale swoimi aparatami fotograficznymi, uwieczniając ten „polski folklor”. Nie speszeni tym strażnicy są bezlitośni - taki nakaz, takie przepisy.
     Starsza, elegancko ubrana pani w dużym słomkowym kapeluszu nie wytrzymuje. Podchodzi bliżej i gwałtownie protestuje, wymachując przy tym parasolką - Co panowie wyprawiają, przecież oni nic złego nie robią, oni tylko grają.
     - Żebrzą, nie grają - oświadcza stanowczo jeden z mundurowych.
     - O, wypraszam sobie! Mozart nie jest żebrakiem!
     Wszyscy wokół wybuchają gromkim śmiechem i zaczynają klaskać. Japończycy też, choć mało z tego wszystkiego rozumieją. Za chwilę po straży miejskiej nie ma śladu. Młodzi ludzie niepewnie rozglądają się dookoła, po czym znów biorą do rąk swoje instrumenty. Chłopak podchodzi do starszej pani, kłania się z szacunkiem i pyta, co mają dla niej zagrać.
     - Bolero Ravela, jeśli można...
     W skromnym, zaledwie trzyosobowym zespole, brakuje instrumentów do pełnego wyrażenia siły i czaru Bolera. Nie szkodzi. Po krótkim, wyśmienitym wstępie zagranym przez chłopaka na flecie, włączają się dwie skrzypaczki, a po chwili zgromadzeni widzowie wyklaskują rytmiczny, charakterystyczny rytm utworu. Goście z krainy kwitnącej wiśni na dobre odkładają swoje automatyczne, elektroniczne cacka i przyłączają się z zapałem do niezwykłej „orkiestry”. Starsza pani ma zamknięte oczy. Pochylona opiera się na parasolce i słucha, zatopiona w swoich myślach. Może jest teraz gdzieś daleko, w odległej przeszłości, we wspomnieniach utraconej bezpowrotnie młodości, kiedy muzyka Ravela była jakąś - jej tylko znaną - nieodłączną, cenną cząstkę. Może...
     Teraz tych troje już nie widać na warszawskich ulicach. Może występują w salach koncertowych, w filharmonii, w operze? A może grają swoje Bolero na bruku innego miasta? Kto to wie?

     Spotykam go często w przejściach podziemnych warszawskiego metra. Siedzi na kamiennej posadzce pod ścianą, z gitarą w ręku. Nie zwraca uwagi na ludzi i na pieniądze, które rzadko wrzucają mu do starego, mocno sfatygowanego futerału. Zatopiony w swojej rosyjskiej, śpiewnej dumce, jest oddalony od otaczającej go rzeczywistości - hen, tam gdzie tajga ciągnie się za horyzont, który szerszy i dalszy niż ten nasz, nadwiślański. Wyśpiewuje swoje tęsknoty w rosyjskiej, melodyjnej mowie. Żaden język świata nie potrafi tak śpiewnie szlochać, tak wyrażać tęsknotę, miłość niespełnioną, namiętność, odwieczną smutę, jak ten zrodzony nad rzeką Wołgą, czy w bezkresnych stepach, u podnóża Uralu.
     Ludzie śpieszą się, mijają go obojętnie. Rzadko ktoś się zatrzyma. Jego śpiew odbija się echem od ścian tunelu, który wypełniony ludźmi, staje się trochę bardziej ludzki...
     Nie wiem jak się nazywa, ani skąd pochodzi. Czy to ma jakieś znaczenie? On jest nieodłączną cząstką Rosji, a Rosja to on. Aby to zrozumieć, trzeba się na chwilę zatrzymać i wsłuchać w ten zaśpiew tęsknotą i bólem przeszyty. Lubię tego chłopaka. Pozwala mi choć trochę pojąć istotę pięknej, ale rozdartej duszy rosyjskiego prostego człowieka.
     Dostojewski, Tołstoj, Gogol, Szołochow i wielu innych wielkich twórców literatury rosyjskiej mieli jeden, niezaprzeczalny atrybut w swoim pisarskim warsztacie - bohaterów takich, jak ten chłopak. Warto się zatrzymać, choć na chwilę, aby go posłuchać. Zrozumieć ten smutek i nostalgię nie jest łatwo. I chyba nie jest to możliwe. Może wystarczy tylko zatrzymać się na moment w swoim nieustannym biegu za czymś, za kimś, po coś... Zatrzymać się i wsłuchać w te niezwykłe, miękkie dźwięki. Ja się zatrzymuję.

     Na ulicach naszych miast i miasteczek współistnieją obok siebie, podobnie jak i w salach koncertowych całego świata: chałtura, tandeta, rzemieślnicza poprawność i prawdziwy artyzm. Ten ostatni jest rzadki i dlatego tak cenny. Artysta, grając na ulicy, wnosi w swoją sztukę coś jeszcze - czasami jest to osobisty dramat, kiedy indziej odrzucenie i brak akceptacji, a najczęściej jest to po prostu bieda.
     Profesor z Bukaresztu grający Czajkowskiego dla „tirówki” Tamary, trio muzyczne z Wilna grające na warszawskim bruku Bolero Ravela dla starszej pani, chłopak znad Wołgi wyśpiewujący całą swoją rosyjską duszę w bezdusznym, zabieganym podziemnym przejściu „do nikąd”, i tysiące im podobnych artystów na naszych ulicach. Żebrzą? Wyciągają ręce? Nie sądzę. Oni dają nam o wiele więcej niż my sami możemy im dać z zakamarków swoich portfeli i portmonetek. O wiele więcej.

I Powrót na górę I


OGŁOSZENIA

V Mazowiecki Konkurs Małej Formy Literackiej

     Rada Klubu Twórczości „ŻAR” ogłasza V edycję Konkursu Małej Formy Literackiej w kategoriach poezji i prozy. Bliższe informacje o konkursie można uzyskać pod numerami telefonów:
(0-22) 827-21-30 (sekretariat),
(0-22) 826-03-65 (dyżury Klubu, w środy godz. 12.00-16.00).
Niektóre organizacyjne warunki uczestnictwa:
- konkurs przeznaczony jest dla osób niepełnosprawnych z różnymi dysfunkcjami;
- prace należy przesyłać w postaci maszynopisu lub wydruku komputerowego w pięciu egzemplarzach, do 30 kwietnia 2005 r.
     Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w naszym konkursie, zwłaszcza iż jest to edycja jubileuszowa.

REGULAMIN KONKURSU

KARTA ZGŁOSZENIOWA DO POBRANIA:
w formacie PDF     w formacie RTF

Zmiany redakcyjne

     Informujemy, że ze względów organizacyjnych, zmieniony został adres redakcji (dokładna informacja poniżej, w stopce redakcyjnej).
     Kolportaż i prenumerata kwartalnika „Sekrety ŻARu” prowadzone są przez P. Elżbietę Król, tel. (0-22) 827 78 31. Adres pocztowy ten sam, co redakcji.
     E-mail: ekrol@pzn-mazowsze.org.pl

I Powrót na górę I


Adres redakcji - KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: (0-22) 827 21 30 (sekretariat), 0 504 784 316 (redaktor wydania)

Kolegium redakcyjne:
Andrzej Roch Żakowski - redaktor naczelny
Piotr S. Król - z-ca redaktora naczelnego
Irena Stopierzyńska-Siek - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Zaniewski

Współpracownicy: Andrzej Chutkowski, Jadwiga Wodzyńska-Bujak,
Iwona Zielińska-Zamora


Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: Elżbieta Król, tel. (0-22) 827 78 31,
e-mail: ekrol@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr S. Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Redakcja techniczna, skład komputerowy, grafika - Piotr S. Król

Uwaga - redakcja nie odsyła nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę