WINIETA TYTUŁOWA KWARTALNIKA SEKRETY ŻARu
Strona Główna     Klub ŻARu     Kultura w OM     Nr poprzedni

Foto - Kwartalnik Kulturalny Sekrety ŻARu 2(9)/2005 - okładka

W numerze:

Od Redakcji   >>>

DZIĘKUJEMY ZA WSZYSTKO...
Jan Paweł II
Hołd Wielkiemu Człowiekowi, Papieżowi, Poecie   >>>

PRZEMYŚLENIA
Dwie ojczyzny Pana Jana
wywiad z Janem Czerwińskim, muzykiem,
kierownikiem zespołu „ECHO”   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Honor Przystawia (opowiadanie)
Piotr S. Król   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - PROZA
Biała Droga (opowiadanie)
Iwona Zielińska-Zamora   >>>

PREZENTACJE LITERACKIE - POEZJA
Wiersze wybrane
Anna Kowalska, Magdalena Gabryela Krytkowska, Krystyna Łagowska, Irena Pursa, Irena Stopierzyńska-Siek   >>>

ŻYCIE LITERACKIE NA GORĄCO
Światowy Dzień Poezji
Dom Literatury - Warszawa 2005 - Jan Zdzisław Brudnicki  >>>

FELIETON - „ZAPATRZENIA”
Piotr S. Król - Wybór   >>>

IMPREZY I SPOTKANIA
IV Festiwal Amatorskich Zespołów Seniora
w Domu Kultury „Zacisze”  >>>

Od Redakcji

„Tak upływa całe życie.
Szukamy spokoju, zwalczamy jakieś przeszkody.
Kiedy zaś je przezwyciężymy, spokój staje się nie do zniesienia.”
                                       (Blaise Pascal, 1623-62)

Foto - Iwona Zielińska-Zamora

        Słowa wypowiedziane przez Pascala bardzo trafnie charakteryzują istotę ludzkiej duszy. Wydaje mi się, że to właśnie z jej niepokoju rodzi się nowe. I dobrze, bo jesteśmy ciągle w ruchu, ciągle poszukujemy i dążymy do czegoś lepszego, doskonalszego. Tak też dzieje się w przypadku naszego kwartalnika, bo też ambicją redakcji jest, by był on coraz lepszy pod każdym względem. Dotyczy to zarówno szaty graficznej, jak i strony merytorycznej.
        Drogi Czytelniku, kiedy przygotowywaliśmy dla Ciebie ten numer, a jest to już numer dziewiąty, śmierć Jana Pawła II pogrążyła większość rodaków w smutku. Uważamy, że postać Ojca Świętego dla nas Polaków jest tak wielka, że zbędne będą w tym miejscu materiały z natury rzeczy hagiograficzne. Wiersz Karola Wojtyły pozwoli Ci Drogi Czytelniku jeszcze raz przeżyć te tragiczne chwile. Dopełnieniem będzie felieton z cyklu „Zapatrzenia” Piotra S. Króla pt. „Wybór”. Przeczytajcie, przemyślcie...
        Zachęcam do wnikliwego zapoznania się z tekstem Jana Zdzisława Brudnickiego „Światowy Dzień Poezji”. Warto ten tekst poznać, bo traktuje on o roli poezji we współczesnym świecie, a także o degradacji języka literackiego i panoszeniu się w literaturze slangów i zapożyczeń z obcych języków. Co o tym sądzisz Drogi Czytelniku? Czekamy na listy, a te najbardziej polemiczne postaramy się zamieścić w naszym piśmie.
        Nie zabrakło również miejsca na wywiad z bardzo ciekawym człowiekiem, który jest związany z naszym Klubem Twórczości „ŻAR”. Czym się zajmuje i dlaczego uznaliśmy, że należy o nim opowiedzieć, dowiecie się Państwo po przeczytaniu wywiadu z Janem Czerwińskim, bo tak nazywa się nasz bohater. A wywiad przeprowadziła Irena Stopierzyńska-Siek.
        Podobnie jak w poprzednich numerach naszego pisma znajdziecie Państwo również opowiadania. Tym razem są aż dwa, a na jedno zwracam szczególnie Waszą uwagę: „Honor Przystawia” Piotra S. Króla mówi o honorze, które to pojęcie jest już prawie zapomniane, a jeśli nie zapomniane, to na pewno w niełasce. I tutaj ponawiam prośbę - może po przeczytaniu opowiadania, zbudzą się emocje na tyle silne, że zaowocują polemiką. Dobrze by było, gdybyśmy trochę z sobą dyskutowali na łamach naszego pisma na poruszane przez nas tematy.
        Do obcowania z poezją mam nadzieję, że nie muszę nikogo zachęcać, bo jest to najkrótsza, najbardziej syntetyczna, ale jakże piękna forma komunikowania się. A wyborem wierszy dla Ciebie, Drogi Czytelniku, zajęła się nasza redakcyjna koleżanka, też poetka - Irena Pursa.
        Kończąc mój krótki przewodnik po 9. numerze kwartalnika „Sekrety ŻARu” jeszcze raz zachęcam do lektury i namawiam do dyskusji na jego łamach.

Iwona Zielińska-Zamora

I Powrót na górę I

DZIĘKUJEMY ZA WSZYSTKO...

Jan Paweł II (1920-2005)

Foto - Ojciec Święty Jan Paweł II        W dniu 2 kwietnia o godzinie 21.37 odszedł na drugą, lepszą stronę Ojciec Święty Jan Paweł II. Kiedy umierał, powiedział żebyśmy nie byli smutni. Młodym, którzy dali niezwykłe wręcz świadectwo wiary i wierności, zapełniając place, ulice, świątynie, mówił z wdzięcznością - „Czekałem na was, przyszliście do mnie”. Wszystkich prosił o przebaczenie, choć trudno byłoby znaleźć na świecie człowieka, który by musiał Mu cokolwiek wybaczyć. Miliony ludzi będą dziś, jutro, zawsze powtarzać - Dziękujemy za wszystko, dziękujemy.
        Kardynał Joseph Ratzinger (Benedykt XVI) powiedział podczas mszy żałobnej, że Jan Paweł II patrzy na nas teraz z okna, tam w górze. Jak się dobrze wsłuchamy, to usłyszymy Jego głos: „Nie bądźcie smutni, uśmiechnijcie się. Przecież jestem wciąż z wami, przy was”. A my wciąż wpatrujemy się w puste okna w Watykanie, na Franciszkańskiej w Krakowie. Żal, że nie ma Go już wśród nas...

* * *
Proszę, wyjdź, Panie, ode mnie
i myśli mojej omylnej
nie narażaj na taką niemoc,
nie narażaj na taką bezsilność

- bo nie ma takiej wdzięczności,
aby objęła nieskończoność,
żeby serce objęło Ciebie
słoneczną smugą czerwoną

- a choćby objęło świat
i choćby rozpłonął do szału,
i choćbym rozdał siebie -
wiem, że nic nie oddałem.

A Ty jeszcze co dzień pomnażasz
moją bezsilność,
poddając Twą nieskończoność
pod moją myśl omylną.

(Karol Wojtyła - z cyklu: „Pieśń o słońcu niewyczerpanym”

I Powrót na górę I

PRZEMYŚLENIA

Wywiad z Janem Czerwińskim
muzykiem, kierownikiem zespołu „ECHO”

Dwie ojczyzny pana Jana

Foto - Jan Czerwiński

        Red.: Wiele lat spędził Pan w Kazachstanie. Chociaż Pan się tam urodził, to Kazachstan nie był w istocie rzeczy Pana ojczyzną. Wiedział Pan od matki, że rodzina pochodzi z Kamieńca Podolskiego, i że prawdziwą Pana ojczyzną jest Polska. Drugą „ojczyzną” stała się muzyka i w niej stopniowo się Pan zakorzeniał. Jakie były początki tego zakorzeniania się w muzyce?

        J. Cz.: Początki, to polskie pieśni śpiewane przez mamę w domu. Dzięki temu nauczyła nas wielu piosenek patriotycznych, ludowych i ułańskich. Podobnie działo się w domach wielu setek polskich rodzin, przywiezionych tu z terenu obecnej Ukrainy, które z wielkim trudem przystosowywały się do nieludzkich warunków pracy i życia.

        Red.: Na tej obczyźnie zaczął Pan chodzić do szkoły, w której razem uczyły się dzieci przywiezionych tu Polaków i Niemców. To w tej szkole zaczął Pan uczyć się także muzyki, bo odkryto w Panu duże zdolności. Kto się wówczas zainteresował polskim chłopcem?

        J. Cz.: Najpierw uczył mnie profesor muzyki, Niemiec, pan Witmayer, który pracował jako tokarz. Po nim zajął się mną Polak, pan Leon Małecki; on zaczął mnie uczyć gry na skrzypcach.

        Red.: Po maturze zdecydował się Pan podjąć studia muzyczne w Magnitogorsku. Czego Pan się tam uczył?

Foto - Pan Jan Czerwiński z zespołem ECHO        J. Cz.: Uczyłem się kilku rzeczy: gry na fortepianie, dyrygentury, a także zainteresowałem się kierunkiem pedagogicznym, gdyż miałem zamiar pracować jako nauczyciel gry na akordeonie. Po ukończeniu studiów mogłem otrzymać pracę w Astanie, stolicy Kazachstanu, ale wolałem wrócić do swego środowiska, w którym liczną grupę stanowili Polacy. Podjąłem pracę w szkole, założyłem chór dziecięcy. Uczyłem także pieśni polskich, ale wkrótce zakazano mi rozbudzania uczuć patriotycznych. Zespół „Słowiczki” śpiewał krótko, ale kiedy i w Kazachstanie doświadczyliśmy większej swobody politycznej, założyłem zespół „Polonia”. Z zespołem tym udało się nam parokrotnie odwiedzić prawdziwą ojczyznę - Polskę. Pierwsze zaproszenie otrzymaliśmy w 1977 r., następne w 1985, a potem zaprosił nas do Polski Klub Inteligencji Katolickiej. Był to rok 1991. Zespół „Polonia” i jego program artystyczny podobał się słuchaczom. Po kilku latach, w 1997 r., nadeszło także zaproszenie z Gdańska. Polska wydawała się nam Ziemią Obiecaną i niemal wszyscy marzyli o tym, by w Polsce na stałe pozostać. Wiele osób i instytucji, między innymi Gmina Warszawa-Centrum, pomogło mi w powrocie do Ojczyzny.

        Red.: Spełniło się więc największe Pana marzenie - powrót do prawdziwej ojczyzny, do Polski. Ale sam powrót nie rozwiązał wszystkich starych problemów, pojawiły się też nowe. Doświadczają ich wszyscy Polacy przyjeżdżający ze Wschodu: poszukiwanie odpowiedniej pracy, zakorzenienie się w nowym, na początku obcym, środowisku itd. Jak to wyglądało w Pana sytuacji?

        J. Cz.: Z wykształcenia jestem muzykiem. Postanowiłem szukać pracy w tym zawodzie. Mówię po polsku i rozumiem dobrze język polski, ale i tak poznają, że jestem „z daleka”. Często pytano mnie, czy nie jestem „Rusek”, bo zdarzają mi się błędy w wymowie. A muzyka jest pisana dźwiękiem, czyli w języku „międzynarodowym”. Każdy lepiej lub gorzej ją rozumie. Chciałem więc znaleźć pracę jako nauczyciel muzyki. Szkoły, w których się o nią starałem, odmawiały zatrudnienia. Wkrótce zostałem jednak zaproszony przez Andrzeja Rocha Żakowskiego do współpracy z Klubem Twórczości „ŻAR”. Klub obchodził pierwszą rocznicę swego istnienia i poszukiwał muzyka, który zatroszczyłby się o zespół wokalno-muzyczny. Podjąłem się tego zadania i nie żałuję, że tak postąpiłem.

        Red.: Jak wyglądały początki Pana pracy z tym zespołem?

        J. Cz.: Wcześniej pracowałem z dziećmi i młodzieżą łatwo poddającą się moim sugestiom i propozycjom. W zespole klubowym „Echo” znalazły się osoby w różnym wieku, większość nie całkiem młodych, a do tego wiele z różnymi dysfunkcjami wzroku lub całkowicie niewidomych. Mój sposób pracy musiał ulec zmianie, albowiem osoby niedowidzące i niewidome nie reagowały na moją mimikę i gesty, ponieważ ich nie widziały. Reagowały natomiast na dźwięki. Musiałem więc sam odkryć, jak mam uczyć zespół, w którym dodatkowo pojawiły się sprzeczne opinie na temat wyboru repertuaru. Dzięki wspólnemu wysiłkowi zaczęliśmy powoli osiągać coraz wyższy poziom wykonania i coraz częściej występowaliśmy nie tylko na naszych klubowych uroczystościach. Zaczęto nas zapraszać z koncertami do innych Kół, na uroczystości kościelne, na występy w ramach prezentacji osiągnięć artystycznych Okręgu Mazowieckiego PZN.

        Red.: Wielkie wzruszenie wywołał występ Pana Zespołu na uroczystości związanej z obchodami 60. rocznicy Powstania Warszawskiego.

        J. Cz.: Tak. Przygotowaliśmy z tej okazji specjalny program pieśni powstańczych i patriotycznych. Koncert, przeplatany recytacją poezji naszej Sekcji Literackiej, wzruszył wszystkich, którzy przyszli do Muzeum PZN, by go wysłuchać.

        Red.: Nadszedł czas na pytanie dotyczące ostatniego sukcesu Zespołu i Pana, jako jego kierownika. Wiem, że zdobyliście I miejsce w konkursie dla zespołów chóralnych. Kiedy i gdzie to było?

        J. Cz.: To była wielka i miła dla nas niespodzianka. Wprawdzie przygotowywaliśmy się starannie , ale w konkursie brało udział wiele zespołów amatorskich, stąd konkurencja była duża. Konkurs zorganizował - nie po raz pierwszy - Dom Kultury „Zacisze”. Konkurs odbył się 26 lutego 2005 r. Wyniki ogłoszono parę dni później. Byliśmy na uroczystym ich ogłoszeniu. I miejsce, które nam przyznano, zostało uhonorowane nie tylko pucharem i dyplomami uczestnictwa, ale zespół nasz otrzymał również drogi i nowoczesny sprzęt elektroniczny - wieżę. Sprzęt ten będzie nam bardzo pomocny w naszej pracy. Będziemy mogli nagrywać swoje próby i analizować poziom wykonywanych przez nas utworów.

        Red.: Wyobrażam sobie, że radość całego chóru była wielka, ale wasz sukces, to także sukces Klubu Twórczości „ŻAR”. Może informacja o sukcesie prowadzonego przez Pana zespołu zachęci nowe osoby do wspólnego z Wami muzykowania?

        J. Cz.: Chciałbym, żeby tak było. Śpiewanie na kilka głosów wymaga udziału w chórze głosów męskich. Na razie jest ich mało.

        Red.: Życzę Panu, Panie Janie, wielu chętnych i zaangażowanych chórzystów oraz licznych nowych opracowań pieśni i piosenek. Niech cieszą one ucho słuchaczy wszędzie tam, gdzie będziecie prezentować wasz program. Dziękuję za rozmowę.

     Z Janem Czerwińskim rozmawiała Irena Stopierzyńska-Siek

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE
PROZA

Piotr S. Król
Honor Przystawia
II miejsce w IV Mazowieckim Konkursie Małej Formy Literackiej w kategorii prozy

        Kamień trafił go tuż nad lewym okiem. Chwilę wcześniej odbił się jeszcze litościwie od betonowego słupa, co znacznie osłabiło siłę uderzenia. Stary człowiek lekko się zachwiał. Nie podniósł jednak ręki, aby rozetrzeć i sprawdzić bolące miejsce, jak robi to zazwyczaj niemal każdy w takiej sytuacji. Wąska, czerwona kreska na powiece powoli powiększała się, by za moment wytrysnąć strumieniem krwi, który w kąciku oka rozwidlił się i spłynął wzdłuż policzka. Czerwone krople spadały na ziemię, niedaleko kamienia. Jakby były jego wyrzutem sumienia.
        - No i co kulawy, znów tu kurna przylazłeś?! Nie wiesz, że to Przystawie? Tu dla połamańców i tych skurwysynów kibolasów z Porębusów nie ma miejsca!
        Powietrze rozdarł głośny rechot czterech, wygolonych na zapałkę chłopaków. Ubrani w luźne, niemiłosiernie rozciągnięte dresy, byli na pierwszy rzut oka niemal identyczni. Najwyższy z nich schylił się i znów wziął do ręki kamień. Powoli podrzucał go w dłoni. Stary, lekko zgarbiony człowiek, nawet nie drgnął. Krew zalewała mu już cały lewy policzek, poplamiła szary płaszcz i czubek buta. Chłopak odchylił się i wziął zamach. Niemal w tym samym momencie stary człowiek ruszył przed siebie. Nie uciekał, nie skulił się ze strachu, nawet nie zmrużył oczu. Spokojnym, miarowym krokiem, lekko utykając na lewą nogę, szedł prosto w kierunku stojących tuż obok osiedlowego śmietnika czterech młodych i pewnych siebie chłopaków. To ich zdezorientowało. Drągal z kamieniem w ręku zamarł. Wyglądał groźnie, ale jednocześnie jakoś komicznie, z tą ogłupiałą ze zdumienia miną. Stary stanął tuż przed nim.
        - Zejdź mi z drogi młodzieńcze - powiedział głosem mocnym i zdecydowanym. Kontrast pomiędzy jego chuderlawą posturą, a wystrzeliwanymi, niczym z karabinu słowami, był niesamowity.
        - Synku, opuść rękę i odłóż ten kamień - ściszył głos, który stał się teraz dla odmiany, miękki i łagodny. - Zrób mi miejsce, abym mógł przejść. To był mój rewir, gdy ty jeszcze nie byłeś nawet ujęty w socjalistycznym planie dziesięcioletnim.
        O czym ten stary pierdoła gada? - przeleciało przez głowę dryblasa.
        - To pomylony jakiś chyba! - stwierdził głośno. Rozległ się śmiech jego kumpli. Biger poczuł, że ktoś go popchnął w stronę krawężnika. Mędrek, bo on to zrobił, postukał się wymownie w czoło, a staremu wskazał wolną drogę. Ten ruszył przed siebie. Krople krwi skapywały na chodnik z jego zakrwawionej twarzy. Patrzyli za nim, jak kuśtykając oddalał się, by po dłuższej chwili zniknąć za rogiem czteropiętrowego, obdrapanego blokowiska.
        - I żebyś tu więcej się nie pokazywał, połamańcu! - wrzasnął nagle najniższy z nich. Miał czerwoną, głupkowatą twarz, okoloną rudawą szczeciną włosów. Jego małe i rozbiegane oczka szukały aprobaty u kumpli.
        - Zamknij ryj Tomato, po piwo lepiej skocz - mruknął pod nosem Mędrek. Miał spuszczone ku ziemi oczy. Pozostali patrzyli w miejsce, w którym przed momentem zniknął stary człowiek.
        - Kurwa, dlaczego on nie uciekał? - usłyszeli zachrypnięty głos Bigera. - Dlaczego?

        - Słyszeliście nowinę? Podobno ten stary pomyleniec nie żyje! Ten, któremu Biger dwa tygodnie temu czoło rozkwasił.
        Chudy, krostowaty chłopak o przezwisku Kosa, powiedział to, nie okazując żadnej emocji. Siedzieli od rana na ławce przed blokiem. Majowe słońce prażyło mocno. Sączyli powoli ciepłe piwo i omiatali okolicę leniwym wzrokiem.
        - Podobno mieszkał od dwóch miesięcy u proboszcza. Ojciec coś tam nawijał, że po latach wrócił na swoje stare śmiecie. Z macochą po kątach długo szeptali. Zaraz, jak go to ojciec nazwał? - Kosa podrapał się po króciutkiej szczecinie na głowie. - Koru..., Kors..., Kordas! - wrzasnął nagle tak głośno, że Bigerowi piwo wypadło z ręki.
        - Ty, Kosa! Ja cię chyba w czoło strzelę zaraz! - schylił się po butelkę. Na szczęście dla krostowatego była cała.
        - Kordas mówisz. Co to za nazwisko?
        - Nie nazwisko, tylko pseudo, pseumy... - Kosa starał się wymówić to trudne słowo.
        - Pseudonim. Taka ksywa, kumasz? - poratował go Mędrek. - Kordas? Zaraz, zaraz! Oczywiście... pamiętam! Porucznik Kordas... Dziadek, gdy sobie zdrowo popił, to coś o takim gadał! Ale babcia zawsze go wyciszała. Mówiła, żeby się zamknął, jak nie chce siedzieć!
        - Eee tam, gadanie starych! - Tomato przeciągnął się leniwie. - Za tydzień mecz z Huraganem Porębusy. Ale tym popaprańcom dowalimy! - rozmarzył się wznosząc do góry te swoje małe, głupkowate oczka. Mieli z tamtymi swoje stare porachunki. W zeszłym roku Biger jednemu z nich połamał żebra i zgruchotał szczękę. Nawet siedział z tego powodu kilka dni w areszcie. Wypuścili go, bo nikt nie chciał świadczyć w tej sprawie. Biger był bohaterem Przystawia. W Porębusach wydali na niego wyrok. Kichał na to.
        - A na co zmarł ten stary? - zapytał Mędrek, zmieniając niespodziewanie temat rozmowy. Kosa i Tomato skrzywili się z dezaprobatą. Co ten Mędrek taki ciekawy. Są ważniejsze rzeczy niż odejście z tego popieprzonego padołu jakiegoś kuternogi.
        - Raka miał. Chory był dziadeczek i przyjechał tutaj kichę odwalić. Proboszczu gadał, że tutaj chciał złożyć swoje gnaty. - Kosa powiedział to lekceważącym tonem. Wydął przy tym wargi, jakby spluwał.
        - Kości. Złożyć swoje kości - cicho powiedział Mędrek.
        - Co? Gnaty, kości, co za różnica! - obruszył się Kosa. - A ty Mędrek, co tak tego starego... Może jeszcze na pogrzeb polecisz i wiązankę mu strzelisz na trumnę? Lepiej browar byś postawił. Gorąco się robi, w gardle suszy - popatrzył smętnie na swoją pustą butelkę.
        Słońce grzało coraz mocniej. Siedzieli w ciszy przez dłuższy czas. Kosa wyjął z kieszeni szwajcarski, wojskowy scyzoryk, który był przedmiotem jego wielkiej dumy i nieskrywanej zazdrości kumpli. Otworzył ostrożnie największe ostrze i z namaszczeniem zaczął je czyścić chusteczką, co jakiś czas na nią spluwając. Pozostali przyglądali się temu bez słowa. Milczenie przerwał Mędrek.
        - Kiedy pogrzeb?
        - W środę w południe. A co, wybierasz się kuternogę pożegnać? - zaśmiał się Tomato.
        Popatrzyli na niego z zaciekawieniem. Co ten Mędrek znowu wydziwia z tym starym? W ostatnim czasie zrobił się dziwny. Jakiś melancholijny, odpowiadał półgębkiem, albo w ogóle ich ignorował. Żeby to nie był ich kumpel, oberwałby po łbie i oprzytomniał w końcu. A może się zakochał idiota? Wszystko możliwe na Przystawiu.
        - Co nam właściwie szkodzi? W środę w południe nie mamy nic do roboty - Biger powiedział to takim tonem, jakby te kilka dni dzielące ich od pogrzebu mieli zajęte po same brzegi. Z pobliskiego bloku wyszła Majka Czajkowska, młoda wdowa. Jej mąż rok temu zapił się na śmierć. Zerknęła w ich kierunku i zaczęła mocniej kręcić tyłkiem. Odprowadzali ją wzrokiem w milczeniu, aż zniknęła w drzwiach małego, obdrapanego sklepiku osiedlowego, który prowadziła na spółkę z teściową. Biger wstał z ławki i zaczął przechadzać się, co pewien czas zerkając w stronę sklepu. Po kilku minutach wyszła stamtąd niska, otyła kobieta. Coś tam jeszcze zawołała w progu i powoli oddaliła się. Patrzyli teraz na Bigera. Mieli miny, jakby na coś czekali.
        - Zerknę, czy browar potaniał - powiedział Biger, nie odrywając wzroku od półotwartych drzwi sklepu. Uśmiechnęli się pod nosem ze starego dowcipu. Wiedzieli, że Czajkowska dawała mu piwo za darmo. I nie tylko piwo...
        - Mędrek, w środę wskakuj w odświętny garnitur. Pójdziemy pomóc twojemu staremu kuternodze gnaty... to znaczy się, kości pochować! - powiedział, kierując się w stronę sklepu.
        - A browar nam jakiś zmontujesz?! - rozległ się za nim błagalny głos Tomato.
        - Jak się dobrze postara, to może i pól litra czystej będzie! - ryknęli jednocześnie śmiechem z powiedzonka Kosy. Biger pokazał im gest Kozakiewicza i po chwili zniknął za drzwiami sklepu.
        - Zakładamy się, jaką tabliczkę wywiesi za chwilę Czajkowska? Ja obstawiam „Przyjęcie towaru”. - Kosa zawsze miał żyłkę do hazardu.

        Książęce Stawy, bo tak nazywała się ta niewielka przed laty miejscowość, przeszły przez ostatnie dziesięciolecia bardzo wiele zmian. Wraz z nimi ulegała swoistej ewolucji nazwa. Przed wojną rozciągały się tutaj wspaniale zarybione i zagospodarowane stawiska, otoczone przepięknym borem. Najstarsi mieszkańcy wspominali panujący tu porządek oraz wspaniałe szczupaki i liny, które łowili za przyzwoleniem właściciela, miłościwego księcia pana. Ale częściej bez przyzwolenia. Ryb było w bród, starczało dla wszystkich.
        Po wojnie z nazwy, wraz z właścicielem majątku, zniknęło również słowo - Książęce. Nowa, ludowa władza ochrzciła miejscowość na - Przy Stawach. Głupio to brzmiało. Starzy się zżymali, ale młodzi szli z postępem i nowa nazwa im nie przeszkadzała. PGR przejął gospodarzenie. Z marnym skutkiem. Ryb było coraz mniej, za to zebrań i masówek coraz więcej.
        - Od gadania ikry nie przybędzie - mówili smętnie starzy.
        - Nowe czasy, nowe wyzwania! - odpowiadali im buńczucznie młodzi.
        Kolejne plany zagospodarowania zakładały rozwój i wzrost zarybienia stawów. Z mizernym skutkiem. Miejscowość biedniała i kurczyła się, podobnie jak stawiska, które powoli zanikały, zarastając szuwarami. Młodzi zaczęli stąd chyłkiem uciekać do miast.
        Boom nadszedł na początku lat siedemdziesiątych, w erze, jak się to po latach określało - „wczesnego Gierka”. Zbudowano tu fabrykę podzespołów do samochodów ciężarowych. Wraz z fabryką wyrosło kilkutysięczne miasto, bloki z wielkiej płyty, kina, teatr, kluby kultury, szkoła zawodowa. Miejscowość uzyskała oficjalnie rangę miasta. Nowe osiedle przy dawnych Książęcych Stawach nazwano Przystawie, a miastu nadano z wielką pompą nazwę - Nowe Stawy. Zawirowania historii zmiotły z nazwy przymiotnik - książęce, a gospodarka socjalistyczna stawiska wysuszyła niemal do dna. Krążyły po mieście różne, złośliwe dowcipy na ten temat. Ale nie narzekano. Rosła produkcja podzespołów, rosły aspiracje mieszkańców.
        Kryzys nadszedł niespodziewanie na początku lat dziewięćdziesiątych. Produkcja podzespołów systematycznie spadała. Fabrykę przejął prywatny właściciel i po roku zamknął ją na cztery spusty. Chodziły słuchy, że był podstawiony przez konkurencję. Ludzie znaleźli się na bruku. Miasto skazane zostało na powolne umieranie. Wysychało i marniało, jak niegdyś tętniące życiem stawy księcia pana. Siłą rozpędu funkcjonowała jeszcze szkoła zawodowa. Przez kilka lat wypuszczała kolejne roczniki wykwalifikowanych mechaników, frezerów, elektryków - zasilające rzeszę bezrobotnych. Należeli do nich Biger i Kosa. Mieli zawód, ale nie powąchali ani jednego dnia pracy. Mędrek skończył nawet technikum wieczorowe i miał, jako jeden z niewielu chłopaków na Przystawiu, maturę. Wieloletnie próby wyedukowania Tomato, podejmowane przez ciało pedagogiczne, spełzły na niczym. Decyzja władz oświatowych oraz miasta o zamknięciu szkoły, była najszczęśliwszym wydarzeniem w jego życiu.
        Miasto powoli umierało. Starzy w ostatnim czasie szeptali, że to przekleństwo za grzechy przeszłości. Te głosy nasiliły się po niespodziewanym powrocie i śmierci porucznika Kordasa. Młodzi nie zwracali na to uwagi. Jakieś głupie gadanie starych. Mieli inne sprawy na głowie. Choćby ten zbliżający się wielkimi krokami mecz z ich śmiertelnym wrogiem, drużyną Huraganu Porębusy. A ściślej mówiąc, z tymi ich kibolami od siedmiu boleści. Może to miasto i umierało. Ale ich podtrzymywała przy życiu nienawiść. Nadawało to jakiś sens ich szarej egzystencji.

        Celowo spóźnili się na pogrzeb. Kościelne uroczystości ich nie interesowały. Zdumiały ich tłumy ludzi szczelnie wypełniające niemal wszystkie alejki i miejsca między grobami. W tłumie widać było licznych wojskowych, w tym bardzo wielu w podeszłym wieku. Przy grobie stała w równym szeregu kompania reprezentacyjna. Czuli się trochę głupio, stojąc w dresach wśród elegancko, odświętnie ubranych ludzi. Odsunęli się w pobliże wiekowego dębu, niedaleko niskiego, kamiennego muru cmentarnego.
        - Co to za cyrk? To tego starego pierdołę z takimi bajerami chowają? - wyraził swoje zdumienie Tomato. Jego małe, rozbiegane oczka penetrowały z uwagą otoczenie. Poczuł ostry, piekący ból w okolicy lewego ucha.
        - Zamknij dziób baranie - Biger zamierzył się drugi raz, aby mu przyłożyć. Tomato skulił się w oczekiwaniu ponownego ciosu. Ten jednak nie padł. Biger opuścił rękę i zaczął z uwagą nasłuchiwać głosów nadbiegających z oddali, gdzie stała trumna porucznika. Z narastającym zdumieniem słuchali kolejnych przemówień. Nie widzieli mówców, docierały do nich tylko słowa. Zdumiewające słowa. Ten mały, kulawy, stary człowieczek był bohaterskim żołnierzem Polski Podziemnej, odważnym do szaleństwa, ukochanym dowódcą oddziału partyzanckiego. I to jeszcze - tutejsi mieszkańcy mają ogromny dług wdzięczności wobec porucznika Kordasa. Dług, którego nie spłacimy już nigdy, przepraszamy - to powiedział jakiś zapłakany, męski głos.
        Wystrzały salwy honorowej wyrwały ich z odrętwienia. Pogrzeb dobiegł końca. Stali w milczeniu w tym samym miejscu, w cieniu starego drzewa. Przed nimi zatrzymał się siwy, wąsaty człowiek w odświętnym, wojskowym mundurze, z przekrzywioną trochę na bok rogatywką na głowie. Przez chwilę przyglądał im się z uwagą.
        - Przyszliście pożegnać porucznika? - Głos miał lekko zachrypnięty, wymawiał słowa cicho, ale mocno i wyraźnie.
        Mówi podobnie jak... jak porucznik Kordas - przeszło przez myśl Mędrkowi.
        - Tutejsi jesteście, z Książęcych Stawów?
        - Tak... nie, a tak... z Przystawia znaczy się - Biger zająknął się i speszył. Kosa i Tomato spojrzeli na niego ze zdumieniem. Mędrek nie odrywał oczu od twarzy kombatanta.
        - Szkoda, że nie znaliście go osobiście. Zrobiłby z was wojaków, jak się patrzy. Wiecie, on tutaj za okupacji rządził. I to jak! Szwaby bały się go, jak ognia! Kilka razy podejmowali próby zlikwidowania oddziału. Na próżno. W końcu dali spokój. Za duże ponosili straty. Książęce Stawy - to był kawałek wolnej Polski. Ludzie żyli tu spokojnie. Porucznik Kordas gwarantował im nietykalność. Słuchali z ogromnym zainteresowaniem słów starego żołnierza. Nawet Tomato.
        - Żołnierze kochali go. Każdy poszedłby za nim w ogień. Pamiętam... - przerwał na chwilę i zaczął z uwagą przyglądać się Mędrkowi.
        - Ty przypominasz mi jednego z oddziału. Kacper, pseudonim Januszek. Żenić się miał wkrótce i wtedy...
        Jego wzrok powędrował gdzieś daleko, za mur cmentarny, w stronę dawnych stawów i smętnych pozostałości po bujnym niegdyś borze.
        - Wszyscy go strasznie lubili. Wesoły był chłopak. Ale narwany i szaleńczo odważny. Zginął podczas jednej z potyczek. Szrapnel urwał mu lewe ramię. Wykrwawił się na śmierć. Ślubu nie doczekał... - głos opowiadającego lekko się załamał. Odchrząknął i kontynuował dalej.
- Umierał na rękach porucznika, który powtarzał wciąż - synku, wszystko będzie dobrze. Rozumiecie? „Synku” do niego mówił, a był starszy od Januszka zaledwie o sześć lat. Był mu jak ojciec. Dla nas wszystkich był ojcem. Największym autorytetem.
        Gdy skończył mówić, zapadła długa cisza. Dalej patrzył gdzieś w dal, jakby szukając tam śladów przeszłości. Na horyzoncie rysowały się niszczejące budynki upadłej fabryki. Otrząsnął się i zasalutował w ich kierunku.
        - Już czas na starego żołnierza. Żegnajcie chłopcy - zlustrował ich jeszcze raz uważnie. - Byłby z was pożytek w oddziale, porucznik zrobiłby z was wojaków na schwał!
        Patrzyli, jak oddalał się w kierunku bramy cmentarnej. Mimo swoich lat, szedł prężnym, pewnym krokiem. Cmentarz powoli pustoszał. Ruszyli w milczeniu w stronę wyjścia.

        - Musiałeś w niego rzucać tym pieprzonym kamieniem, musiałeś?! - Mędrek wykrzykiwał słowa z narastającym wzburzeniem. - Taki jesteś Biger, odważny? Starego człowieka o mało nie zabiłeś, ty... ty bezmózgowcu! Ty beznadziejny palancie! Kosa i Tomato ze zdumieniem patrzyli na Bigera. Siedział na ławce ze spuszczoną głową i w ogóle nie reagował. Jakby nie słyszał Mędrka, który wykrzykiwał w jego stronę coraz mocniejsze przekleństwa. Odsunęli się kilka kroków od ławki. Tutaj za chwilę będzie masakra. Biger dalej siedział bez najmniejszego ruchu.
        Mędrek był roztrzęsiony. Nie spał całą noc. Dziadek, późnym wieczorem po pogrzebie, zamknął się z nim w pokoju i nie wpuszczał nikogo. Wyjął z kredensu wódkę i nalał w szklanki sobie i jemu, po same brzegi.
        - Pij, na trzeźwo nie da się tego wysłuchać!
        Mędrek umoczył tylko usta. Chciał być trzeźwy podczas tej rozmowy. Dziadek pił za siebie i za niego. Opowiadał całą noc, do świtu. Co jakiś czas płakał, to znów walił pięścią w stół. Babcia z matką błagały za drzwiami, by dał spokój. Odsyłał je do wszystkich diabłów i kontynuował opowieść. Tragiczną historię zdrady, małości i niewdzięczności ludzkiej.
        Bohaterski porucznik Kordas po wojnie został oskarżony przez władzę ludową o współpracę z Niemcami i szpiegostwo. Nie do uwierzenia, ale kilku miejscowych świadczyło w sądzie przeciwko niemu. Dostał wyrok śmierci. Zdążyła go objąć amnestia. Schorowany, bez grosza przy duszy, wrócił. Wydawałoby się, do swoich. Do Książęcych Stawów, wówczas już przechrzczonych na Przy Stawach. Cała miejscowość odwróciła się od niego. Jakby był zadżumiony, trędowaty. Ludzie żyli w przeraźliwym strachu, że przyjdzie do ich domu. Bali się bezpieki, która pilnie obserwowała każdy jego krok. Pomogły mu tylko dwie osoby: wikary z tutejszego kościoła, były kapelan oddziału i Baśka, narzeczona tragicznie zmarłego Januszka. Po roku wyjechał stąd. Nikt nie pytał, dokąd. Na długie lata zapadła kurtyna milczenia.
        - Rozumiesz?! - gdy już za oknem świtało, dziadek wykrzyczał to na cały głos. - I wrócił tutaj, wyrzut sumienia tego przeklętego miejsca! I kwiaty mu kładli na grobie, stosy kwiatów! I nikt kamieniem nie rzucił, a powinni! Bo skurwiele bez grzechu są, bez grzechu... - wybełkotał to z sarkastyczną złością.

        Mędrek patrzył na zwieszoną w dół głowę Bigera. Chciał go zranić, poruszyć, wstrząsnąć nim. Szukał intensywnie w myślach odpowiedniego przekleństwa. Nagle go olśniło.
        - Ty Porębusie!
        Bigera zamroczyło. Mógł dziś przebaczyć wszystko, ale ta zniewaga rozwścieczyła go. Zerwał się na równe nogi i podniósł gwałtownie w górę pięść. Kosa z Tomato odskoczyli przerażeni kilka metrów dalej. Mędrek nie drgnął. Patrzył Bigerowi prosto w oczy. Wtulił tylko intuicyjnie głowę w ramiona. Niech to się już stanie, no uderz w końcu! Wal, na co czekasz - myślał. Ale cios nie padł. Biger odwrócił się i podszedł do ławki. Podniósł z ziemi opróżnioną do połowy butelkę piwa. Chwilę trzymał ją w dłoni, w końcu cisnął w pobliskie krzaki.
        - Idziemy na cmentarz. Przeprosić trzeba - powiedział. - Oddamy pokłon i honory porucznikowi Kordasowi. Honor chłopaków z Przystawia.
        - Co oddamy? Ja niczego nie oddaję! - zaczął wykrzykiwać kompletnie ogłupiały sytuacją Tomato. - Ja tylko mogę zabrać, a jak gościu nie oddaje, to ja go jebudu, w mordę...
        Biger spojrzał na niego takim wzrokiem, że temu ugięły się kolana.
        - No, co ty Biger, ja tylko żartowałem. Nie wygłupiaj się, żartowałem tylko!
        Mędrek poklepał przerażonego chłopaka po plecach. - Po drodze wytłumaczę ci, co to takiego ten honor.

        Barbara Kociuba wyszła przed dom. Zobaczyła w oddali sylwetki idących ludzi. Oczy miała już słabe ze starości. Ostre słońce ją oślepiało. A kogo tam niesie? - pomyślała. Poznała ich w końcu. To ci czterej dresiarze z blokowisk. Chuliganiska, butelki jej do ogródka w zeszłym roku wrzucili - przypomniała sobie z irytacją. Chciała zawrócić, ale coś ją wstrzymało. Jakoś inaczej szli niż zazwyczaj. Krokiem pewnym, zdecydowanym. Jakby zmierzali do konkretnego celu. Na końcu tej drogi był tylko stary, drewniany kościółek i cmentarz. Co tam mają za interes?
        - Witamy, Pani Basiu - usłyszała pozdrowienie jednego z nich. Odebrało jej na chwilę dech z wrażenia. Matko Przenajświętsza, co im się stało? - pomyślała. To oni, czy nie oni?
        - A gdzie to nogi niosą? - zapytała z ciekawością.
        - Honory idziemy oddawać porucznikowi Kordasowi, babciu! - wrzasnął na cały głos rudawy chłopak, z małymi, rozbieganymi oczkami. Pozostali ukłonili się jej z szacunkiem.
        Widziała jak oddalają się. Ich sylwetki powoli rozmywały się. Krok sprężysty, pewny. Szli, jak oddział wojska. Nagle, jak przez mgłę, wróciły stare wspomnienia. Porucznik, porucznik Kordas jest znów z nami... A ten z lewej, ten szczupły, to... - oczy zaszły jej łzami. Może to przez ostre słońce, może przez wzruszenie.
        - Boże, Januszek? - wyszeptała. - Mój Januszek...
        Z domu wyszła jasnowłosa dziewczyna. Podeszła bez słowa do starej kobiety. Co ta babcia tak tam wypatruje - zaciekawiła się. Zobaczyła w oddali znajome sylwetki. Poznała od razu. Nie cierpiała ich.
        - Babciu, coś ci zrobiły te łobuzy, przykrość jakąś? - zapytała zaniepokojona, widząc spływające po jej policzkach łzy.
        - Nie wnusiu, nie. To nasi chłopcy idą, nasze chłopaki z Książęcych Stawów.
        - Babusiu, to są te łobuzy z Przystawia. Nie poznajesz ich?! - zawołała zdumiona i jednocześnie zaniepokojona jej stanem.
        Cztery sylwetki zniknęły za zakrętem drogi. Stara kobieta odwróciła powoli głowę w stronę dziewczyny. Miała mokre oczy. Ale jednocześnie promieniowała z nich jakaś szczególna radość. Delikatnie pogłaskała wnuczkę po policzku.
        - To są nasi chłopcy, Aneczko - powiedziała. - Chłopcy porucznika Kordasa...

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE
PROZA

Iwona Zielińska-Zamora
Biała Droga
I nagroda w II Ogólnopolskim Konkursie Literackim
„Chłopska droga, polska droga” - Stowarzyszenie Autorów Polskich

        Siedział na ławce przed mocno zapuszczonym ze starości domem i patrzył na zachodzące słońce, które wróżyło na jutro piękną, upalną pogodę. Było wyjątkowo cicho i jemu tak, jakoś przytulnie, pomimo tego, że został już sam na tym świecie. Dopił ostatni łyk piwa i postanowił rozejrzeć się za papierosem. Miał nadzieję, że ktoś, kto będzie wracał Drogą, po prostu ofiaruje jednego, jak to się często od dawna zdarzało. Chciało mu się i pić i palić, ale pieniądze z opieki już się skończyły i pozostała tylko wiara w drugiego człowieka. Nagle z intensywnego myślenia o papierosie wyrwał go odgłos zatrzymującego się samochodu, z którego wychyliła się kobieta: była drobna, ciemnowłosa i bardzo elegancka. Właściwie to takich na tej wsi prawie nigdy nie widywał. Wysunęła rękę ubraną w złotą bransoletkę: zabłyszczała w słońcu i właśnie ten blask, zwrócił jego uwagę. Kobieta paliła papierosa!
        - Przepraszam, zabłądziłam. A tu nie ma żadnego oznakowania - głos był niski, ale ładny i bardzo uprzejmy.
        Czekał cierpliwie, o co kobieta zapyta i wtedy pomyślał, że jeżeli odpowie jej grzecznie na pytanie, będzie miał papierosa, może dwa... a najlepiej, niech się domyśli i zostawi mu całą paczkę.
        - Przepraszam, powtórzyła i wreszcie dokończyła: gdzie ja dojadę tą drogą?
        - Dokąd ona prowadzi? - Już miał jej odpowiedzieć, kiedy nagle uświadomił sobie, że nie potrafi, że nie wie...

        Droga. Kiedyś była biała i dlatego nazywano ją Białą Drogą. Kiedy było gorące, suche lato, unosił się nad nią biały kurz, zawsze wtedy, gdy przejechał rower albo furmanka, bo samochody w tamtych czasach należały jeszcze do rzadkości. I nawet jak przebiegł pies, w pogoni za kotem. Zawsze ten srebrny pył, unosił się i długo wirował w powietrzu, by na koniec opaść i osiąść na liściach stojących wzdłuż Drogi drzew. Nie darował i ludziom, bo im też po przejechaniu ciężarówki, nagle w jednej sekundzie przybywało lat. Włosy, brwi, rzęsy, no i wreszcie całe ciało pokrywał biały, siwy albo srebrny - jak kto chciał go nazwać - pył.
        Inaczej się miało, gdy przyszły jesienne szarugi i deszcze. Albo po zimie, gdy nadchodziły wiosenne roztopy. Wtedy Droga nabierała koloru i konsystencji lekko zjełczałej śmietany. I trzeba było się niemało nakombinować, aby przejść po niej suchą stopą. Biała Droga prowadziła praktycznie wszędzie: do kościoła i... na cmentarz. Wszyscy i zawsze musieli ją pokonać. Była to droga życia dla mieszkańców okolicznych wiosek.
        A jemu, właśnie teraz, w tych kilka chwil, przypomniało się tyle historii związanych z Drogą! Od której zacząć? No, to chyba od Dziedzica, bo gdzieś, tak w połowie Drogi, odchodziła od niej boczna, ale bardzo szykowna, wysadzana lipami - właściwie to była aleja. Prowadziła ona do dworu. Jakoś ten Dziedzic po wojnie się ostał? Nie skaleczyła go ani wspomniana wojna, ani reforma rolna. Różnie ludzie, a i on sam, o tym gadali. Dobrze pamiętał: Dziedzic najpierw nakurzywszy swoim Mikrusem, zatrzymywał się na Drodze i werbował robotników do żniw, albo do kopania ziemniaków, czy też do innej roboty. Stał taki przed panem Dziedzicem i międlił czapkę w dłoniach, przestępował z nogi na nogę i zdawało się, że jeszcze chwila... a pocałuje swego dobroczyńcę w rękę. Och, jak go to wtedy okrutnie mierziło. Ale to było, tak jakoś krótko po reformie rolnej. Bo potem, to już coraz trudniej było o robotnika, a już takiego, co by po rękach całował? O nie, jakoś tak szybko, niespodziewanie nadchodziły inne, nowe czasy. A jeszcze z tym Dziedzicem i Drogą: pamiętał taką śmieszną historię.
Dziedzic lubił sobie wypić i zabawić się tak naprawdę po pańsku. Jak przed wojną. Jechał tedy bryczką, tą Białą Drogą do gospody, bo tak po wojnie nazywało się to ponure miejsce. A kiedy już ten przybytek na wsi niezbędny, zamykano, to wytaczano dziedzica z knajpy, wsadzano w towarzystwie wiejskich dziewuch, też dobrze podchmielonych na bryczkę i hajda koniki do dworu. Zawsze trafiły, bo Droga była im przewodniczką. Ta historia z knajpą powtarzała się często... a uciechy z tego było!
        Albo o tych wiejskich babach, co w niedzielę szły do Kościoła. Droga była daleka. A o buty trudno i drogie były. Czasem za małe, albo za duże, cisnęły. A w ogóle, jeśli ktoś nie chodził na co dzień w butach, to mu po prostu, tak od święta w nich, nie za wygodnie było. Szły więc boso, ale zawsze pogodne, bo Droga wiodła do Domu Bożego. A, że nie wypadało tak boso... tam wchodzić, więc rozsiadały się nieopodal, przy Drodze. Ocierały zapaską biały kurz i wsuwały te stwardniałe, utrudzone stopy w buty, które były świadectwem rzemieślniczej solidności. Koniecznie z czarnej, grubej skóry i zawsze przypominały kształ- tem sznurowane, męskie półbuty. Czy zawsze będą takie stare baby, w tych butach, co to jedne, jedyne do śmierci. Ale nie do trumny, bo może się jeszcze komuś przydadzą? - tak sobie wtedy myślał, gdy zakładały te buty, tuż przy jego domu, a nawet czasami przysiadywały na jego ławeczce, tej na której jeszcze dzisiaj...
        W niedzielne przedpołudnia Droga mieniła się kolorami zapasek, bo trzeba wam wiedzieć, że w tych stronach, kobiety „od święta” zakładały bardzo ładne stroje. Dzisiaj mówi się o nich: ludowe. A niektórzy bogatsi gospodarze jechali odświętnie przystrojonymi furmankami, ale, że okolica była bardzo biedna, więc i tych furmanek za wiele nie było. Tak, te niedziele, miały w sobie coś magicznego dla Drogi, coś bardzo świątecznego. Było tak kolorowo, "ludno" i gwarno.
        Jeszcze o tych zakochanych... Bo przecież to Nią, tą Białą Drogą, co nieraz była zamiast Księżyca, wracało się późną nocą z tańców. Dobrze było się tak zapomnieć po robocie na zabawie w remizie. A kiedy już się miało trochę w czubie, to łatwo wpadała w ręce dziewczyna. I zawsze znalazła się taka, co zawierzyła, tej Drodze, co jej zaufała.
        Ponoć Droga była też i świadkiem przemocy, coś tam mówiono o jakimś gwałcie. Ale to zdarzyło się tylko raz, o ile się naprawdę zdarzyło. Bo ta Droga na ogół była ludziom przyjazna.
        Lata mijały, głośno mówiono na Drodze o całkiem nowym świecie. Bo tam, za Drogą, daleko, hen było już inne życie. Było elektryczne światło, samochody, szerokie ulice, wielkie domy, kina, teatry... A przede wszystkim praca, dużo pracy. Koniec z nędzą. Tak przynajmniej się wszystkim wydawało.
        I żegnała Droga, tych najodważniejszych, co uparli się przetrzeć nowe szlaki. A kiedy już raz zeszli z Drogi, to raczej nie wracali.
        Pomyślał i on, że też trzeba mu iść. Ale on poszedł na skróty, a Droga tego nie lubiła. Ot, tak, kiedyś powiedział do matki, że trzeba mu iść, na sagę, byle szybciej. Bo już dusił się w rodzinnym obejściu. I pojechał na południe, jak wielu chłopaków z jego wsi, na Śląsk, do kopalni. Nawet się nie obrócił, nawet się nie spojrzał na Drogę, już od teraz, już od zaraz starą Drogę.
        Mieszkał w hotelach robotniczych, a pieniądze, tak naprawdę nie takie wielkie, ale dla niego stanowiły majątek, nie dały mu szczęścia. Nie myślał już o Drodze, o wsi, o rodzicach. Coś tam pisali, by wracał, że i u nich, wiele na lepsze się zmieniło. Ale on już nie potrafił, a może nie chciał. Nuda namówiła go do wódki i tak już zostało. Potem zaczęły się na kopalni zwolnienia. Za ciasno, za duszno nagle się i tam, w kopalni dla niego zrobiło. No i zwolniono go.
        Cóż było robić? Wrócił - Drogą - do domu. Inaczej jak Drogą, wrócić się nie dało. Ojciec już wtedy nie żył, matka nie dawała sama rady z gospodarką, a jemu się nie chciało. I tak po trochu, metodycznie niszczył cały wysiłek rodziców, bo matka wkrótce podążyła za mężem.
        A Droga?
        Bardzo się zmieniła. Już nie była Biała. Była Granatowa i pachniała rozgrzanym asfaltem w czasie upałów, a w deszczu lśniła kroplami wody.
        Kobiety już nie chodzą boso do Kościoła. Ba! One właściwie już prawie nie chodzą, tylko jeżdżą samochodami. Życie samo dało mu odpowiedź na pytanie, które sobie niegdyś zadawał prawie w każde niedzielne przedpołudnie.
        0czywiście, nie ma już i Dziedzica na świecie. Ale jest ciągle gospoda, i mnóstwo nowych dziedziców, potomków, tych, co to kiedyś na Drodze czapkowali Dziedzicowi.
        A tylko, tak jak dawniej po Drodze chodzą dzieciaki i wloką po niej worki z pantoflami. Przybyło też i rowerów. Droga zawsze bez względu na to, czy: Biała, czy też Granatowa - odprowadza swoich mieszkańców na cmentarz, gdzie na maleńkich, czarnych, otoczonych białą obwódką tabliczkach odnotowany jest fakt ludzkiego istnienia. Urodził się...Zmarł... po prostu był człowiek.
        Ale on jeszcze dzisiaj siedzi na ławeczce przed domem i jeszcze może...
        Zaraz, zaraz... o co pytała go ta kobieta w tym eleganckim samochodzie? Dokąd ta Droga prowadzi? I nagle jakby zrozumiał, że tego wieczoru już nie zapali papierosa, bo z irytacją w głosie burknął.
        - Nie wiem, dokąd Ona prowadzi! I dodał.
        - A zresztą, to jeszcze zależy - kogo?

I Powrót na górę I

PREZENTACJE LITERACKIE
POEZJA

Anna Kowalska
* * *

Wolałabym skrawkami słońca
poparzyć sobie palce.
Robiłbyś mi opatrunki
I herbatę rano.
Jak naiwne dziecko chcieć
Zaczarować rozbity kubek rękami.
Wolałabym się spalić w ogniu słonecznika
I zmienić się w ziarno
Do wyłuskania.

Magdalena Gabryela Krytkowska
MUZYKA JEST WIATREM

muzyka jest wiatrem
łagodnym powiewem
zapachem wiosennych pól
lotem motyla
ruchem przejrzystej wody
burzą co szarpie targa nęka
przenika do szpiku kości
potem
lotem ptaka
niesionym wysoko
gdzie chmury wiszą
tam ciszą
a tę znasz

Krystyna Łagowska
FILIŻANKA

Ofiarowałam Ci
Jedną filiżankę
Z serwisu dni moich
Jestem z Tobą
Nie będziesz samotny,
Jak księżyc

Irena Pursa
MODLITWA

Madonno z kościelnych witraży
Dopomóż łaską zapomnienia
Wieczna dziewico
Niech by we mnie wierzył
Panno przeczysta
Ty ufasz dobroci
Spraw by on zaufał
Niebieska jutrzenko
Pobłogosław sercu
co się bardzo stara
A jego obdarz siłą zrozumienia

Zamknij jego usta
niech więcej nie ranią
Otwórz jego duszę
bo klucz kiedyś zgubił
Madonno z kościelnych witraży
Madonno z ołtarzy
Madonno...

Irena Stopierzyńska-Siek
WSPÓLNA SPRAWA
(satyra)

W szczerym polu
tuż przy drodze
zapomniany słup się słupił.
Słupowato stal na nodze
w słupi czubek deszcz, grad łupił.

Stal i stał nie wiedząc po co
słupowato i słupiasto.
Istniał, figurował sobie
sterczał w górę okrąglasto.

Oset lichy, co rósł w dole
i za chwast był uważany
szepnął „Królem bądź nam, Słupie
Tyś Najwyższy, Poważany,
a ja będę twym Ministrem
i załatwię sprawy wszystkie”.

Słup zdrętwiały, słup ospały
gapiąc się rozważał sprawę
„Jam Najwyższy - prawda przecie”
z góry spojrzał w lichą trawę.

„Jam tu władza, dobre mi to!
niech ustawią się szeregi,
a najwyższe źdźbła podpiszą
akt uznania mej opieki”.

Łąka cała aż zadrżała
osłupiały trawy dzikie
„trawa wolna i swawolna,
nikt nie rządził tu patykiem”!

Oset nadął się i wrzasnął
„milczeć, czasy się zmieniły!
zamiast swary wieść prywatne
rządzi prawo jednej siły”!

Słuchał słup, słuchały trawy
oset puszył się i szastał
„od dziś wszystkie do mnie sprawy
jam doradcą tu i basta”!

„Silą jestem” - słup rozważał
„Siłą, a nie zwykłym staniem.
Królem jestem, rządzę sprawnie
chociaż milczę, jak ten kamień”.

Grzyb i pleśń obsiadły króla
trawy żółkły, wysychały
tylko oset był złocisty,
tylko oset był wspaniały.

Gdy spróchniała noga króla
wiatrem pchnięty, legł na trawie.
„Wiwat, wiwat” - mruknął oset
„żyj nam wiecznie, w wiecznej sławie
a ja zajmę twoje miejsce
bo się znam na Wspólnej Sprawie”.

Teraz osty w rządzie, w sądzie
osty w banku, osty w straży
i bez ostów w całym polu
nic się teraz nie wydarzy.

I Powrót na górę I


Foto - Jan Zdzisław Brudnicki

ŻYCIE LITERACKIE NA GORĄCO

Jan Zdzisław Brudnicki
Światowy Dzień Poezji
Dom Literatury - Warszawa 2005

        Był moment, że dyskusja wzniosła się na niebywałe wyżyny europejskich i światowych problemów. I wówczas popularna dziennikarka, poetka i balladzistka ze Lwowa Irena Masalska oświadczyła - „A u nas najbardziej popularna i czytana jest Maria Konopnicka. Imprezy jej poświęcone ściągają tłumy”. Ot zagwozdka dla naszych awangardystów.
Ilustracja - Maria Konopnicka
Maria Konopnicka jest wziąż chętnie czytana we Lwowie
        Czeski poeta i tłumacz literatury polskiej Libor Martinek uświadomił nam, że w Czechach, tak bardzo praktycznych i wolnomyślnych, odrodziła się poezja metafizyczna. Natomiast nic nie może poradzić, że nasza wielka poezja romantyczna, w tym arcydzieła Mickiewicza i Słowackiego, zupełnie nie chwytają. Po prostu ludzie ich nie rozumieją, nie czują, nie wiedzą, o co w nich chodzi. A pomostem pomiędzy literaturą polską i czeską będzie zawsze okręg i nurt nadolziański.
        Główny organizator tych spotkań, Aleksander Nawrocki, wydał z okazji Światowego Dnia Poezji 2005 podwójny numer „Poezji dzisiaj”. Są tam ogłoszone nominacje do nagrody tej uroczystości, które otrzymali: Krzysztof Boczkowski, Maciej Z. Bordowicz i Roman Śliwonik. Nagrodę otrzymał ten ostatni. Są wiersze uczestników polskich i zagranicznych, są eseje i wypowiedzi. Jacek Kajtoch przypomina „zapomnianego ojca”, czyli Mikołaja Reja w 500 rocznicę urodzin, właśnie wykreślonego z poszerzonych programów szkolnych. Andrzej Bartyński, na pytanie kim jest poeta, odpowiada: „Wielki poeta jest duchem narodu. Mały poeta jest duszkiem narodu, duszkiem domowym, lokalnym, uzdrowiskowym, miejskim, wiejskim, leśnym, duszkiem miłosnym, który każdemu jest bardzo potrzebny”;. Jest co czytać na ponad 400 str. druku.

Michał Bukowski
(Austria)
NARYSUJĘ CI SŁOŃCE

narysuję ci słońce
dobre jak słowo troskliwe
i miękkie jak trawa
pod plecami
wilgotna po deszczu

narysuję ci słońce
pyzate jak chłopak sąsiadów
i pełne piegów
niczym chleb z rodzynkami

narysuję ci słońce
o promieniach jak palce pianisty
kolorowe
jak pocałunek na urodziny
wielkie jak łza
z mojego oka
i pełne szumu
jak miłość na plaży

narysuję ci słońce...

czy umiem coś jeszcze?

(„Poezja dzisiaj” Nr 40/41 2005)

        Ale wróćmy do merytorycznych dyskusji przyjezdnych. Mówi się tu o złym samopoczuciu poezji i poetów. O degradacji języka powagi i dzielności. Ja ze swego austriackiego doświadczenia wnoszę, że to już nadeszło kulturalne tsunami. Rzeczą sentymentalną jest poszukiwanie jakiegoś austriackiego odcienia niemczyzny. Język Goethego jest zapomniany, a przypominanie go - śmieszne. Nastała pora powrotu do gwar. Do języka slangów miejskich dzielnic. Czym bardziej wulgarnego, tym lepiej. Tym językiem dla przypochlebienia się wyborcom i odbiorcom posługują się politycy i dziennikarze. Pisarze zapisują i rozwijają dialekty. Sytuacja gett językowych idzie w parze ze wzrostem nacjonalizmów i lokalizmów.
        Czy to pora do paniki? - pytał Michał Bukowski, od dziesięcioleci osiedlony w Wiedniu i używający w mowie i piśmie języka niemieckiego. - Wcale nie - odpowiadał sobie. - Wbrew temu wszystkiemu i wielkiemu szumowi medialnemu, poeci powinni robić swoje. Choć mają nielicznych czytelników powinny wykorzystać takie gremia jak to, inne formy przekazu, żeby się porozumieć pomiędzy sobą, ponad granicami narodowymi, kulturalnymi i społecznymi, na wyższym poziomie, żeby bronić języka, bronić tradycyjnych form porozumienia nawet przed sprymityzowanym salonem. I bronić swoją wrażliwość.
        Tę wypowiedź zanotowałem na panelu kończącym Piąte Światowe Dni Poezji, których kulminacją były imprezy 14, 15 i 16 kwietnia 2005 r. Owa wypowiedź wrażliwego i przystojnego poety była odpowiedzią na zwierzenia Bohdana Urbankowskiego, przypominającego swoje perypetie w strefie pogranicza kulturowego polsko-niemieckiego. Zwłaszcza na szerzej uzasadnione przekonanie Andrzeja Tchórzewskiego, że małe narody (nawet zacofane), silne regiony poszukujące nowej tożsamości kulturalnej i etnicznej są najbardziej natchnione poezją. Przykładem są prowincje Hiszpanii, Włoch, Bałkanów itp. Oliwy do ognia dolał Jacek Kajtoch, który w duchu alarmistycznym omawiał program kształcenia młodzieży w zakresie języka i literatury. Spustoszono listę lektur. Arcydzieła zastąpione fragmentami. Zanika sztuka czytania i interpretowania literatury. Ofiarą podejrzliwości ideowej padają arcydzieła pisane w duchu liberalnym. Język DZIELNY typu Norwida i Miłosza jest pogardzany i spychany na margines, na rzecz gett językowych i wulgaryzmów, przypadkowych zwrotów z obcych języków i slangów. Czy nasz język przetrwa następne 25 lat? - pytał krytyk i były pedagog złowieszczo. Zadanym poetom i krytykom tematem była próba ogarnięcia poezji Unii Europejskiej. Czy można o takim zjawisku mówić? Czy warto mu poświęcić specjalne sympozjum? Czy jest uzasadnienie dla tworzenia Unii związków pisarzy krajów unijnych? Stanisław Szewczenko, poeta z Ukrainy, zbudował taki paradoks. Ukraina do Unii nie należy. Ale poezja ukraińska, owszem, należy i to od dawna. Przyswaja ona dorobek innych narodów. Dla przykładu, poezja polska jest powszechnie i masowo wydawana w postaci tomów autorów oraz antologii zbiorowych. Zwłaszcza nobliści Miłosz i Szymborska są szczodrze przełożeni i skomentowani. Zresztą filologiczne zeszyty Uniwersytetu Kijowskiego częściej i ciekawiej podejmują interpretację poezji polskiej niż ukraińskiej. Natomiast sceptycznie odniósł się poeta do możliwości przyswajania poezji ukraińskiej, włącznie z najwybitniejszym na Ukrainie (godnym Nobla) dorobkiem Iny Kostenko. A to dlatego, że pełny wyraz poezja ta posiada w ramach tradycyjnej poetyki wiersza rymowanego. A w Europie Zachodniej i Środkowej zanikły rymy, a nawet wrażliwość na stronę foniczną wiersza i języka.

I Powrót na górę I

Foto - Piotr S. Król

FELIETON

Wybór

        Mógł zostać uznanym poetą i dramaturgiem. Poświęcić się temu bez reszty, do końca. Miał ku temu wielki talent. Salony literackie stały przed nim otworem. Wydawałby kolejne tomiki wierszy, dramaty, sztuki teatralne, książki. Władał piórem po mistrzowsku. Splendory, nagrody, spotkania z czytelnikami, autografy... Wystarczyło dokonać prostego wyboru.
        Mógł zostać aktorem. Kochał teatr. Mówiono, że miał ku temu talent, zamiłowanie i serce. Mógł zmierzyć się z rolą Hamleta i odkryć nowe brzmienie odwiecznego pytania - „Być albo nie być...”. Mógł podjąć wielkie wyzwania, czekały na niego teatry, oklaski i uznanie widowni. Wystarczyło dokonać prostego wyboru.
        Mógł bez reszty poświęcić się filozofii. Z mozołem rozbierać na czynniki proste myśli złożone i powikłane, opisywać „fenomen” fenomenologii, toczyć akademickie dysputy o etyce naszych czasów, Jana od Krzyża z krzyża zdejmować, za św. Augustynem powtarzać - „Kochaj i rób, co chcesz”, wchodzić do jaskini Platona. Filozofia, etyka, teologia - w tych dziedzinach mógł bardzo wiele Mógł dokonać prostego wyboru.
        Uwielbiał zmagania sportowe. Z zapałem grał w piłkę nożną. Gdyby poświęcił się tej dyscyplinie, kto wie? Może zagrałby w tej swojej ukochanej Cracovii? Toczyłby przy szczelnie zapełnionych trybunach święte wojny z Polonią Warszawa o mistrzostwo Polski. A reprezentacja narodowa? Był młody, świetnie zbudowany, wysportowany. Miał talent. Trzeba było tylko dokonać prostego wyboru.
        Mógł robić w życiu tak wiele rzeczy. Obdarowany został nadzwyczaj hojnie w talenty, które w młodości rozłożone niczym talia kart, czekały na podjęcie konkretnej, prostej decyzji. Wystarczyło sięgnąć ręką. Dokonał wyboru najtrudniejszego z trudnych - został księdzem.
        Nie wiem, jak to jest z powołaniem. Czy wali ono człowieka obuchem po głowie, czy też powoli, kropla po kropli, dzień po dniu drąży duszę, niczym twardą, oporną skałę. Nie wiem. On wiedział.
        Razem z przyjacielem z seminarium podjęli decyzję - będą tylko prostymi kapłanami. W jego wypadku z decyzji wyszły nici. Dalszych wyborów dokonywali już za niego inni, kierowani przez wolę Tego, który go powołał. Został kolejno: biskupem, kardynałem, papieżem.
        Ten, a nie inny wybór drogi życia... Ksiądz Jan Twardowski napisał w jednym ze swoich wierszy słowa, które choć w zasadzie nie wyjaśniają tutaj niczego, skłaniają do głębokiej refleksji:

Własnego kapłaństwa się boję,
Własnego kapłaństwa się lękam
i przed kapłaństwem w proch padam,
i przed kapłaństwem klękam
[...]

        Mógł dokonać w młodości wielu prostych wyborów, które niemal same się narzucały. W każdej dziedzinie, gdyby tylko jej poświęcił cały swój talent i energię, byłby zapewne bardzo dobry. Byłby jednak jednym z wielu. Może primi inter pares, ale jednak tylko inter pares. Poszedł drogą, która choć może wbrew ludzkiej logice, ale była w zgodzie z Boskim zamysłem. Z ogromną pokorą dokonał wyboru najtrudniejszego. Nie dla siebie, swoich ambicji, aspiracji. Dokonał go dla innych, by wskazywać im drogę, ułatwiać wybory każdemu z nas z osobna oraz całym społecznościom, narodom, światu.

I Powrót na górę I


IMPREZY I SPOTKANIA

IV Festiwal Amatorskich Zespołów Seniora
w Domu Kultury „Zacisze”

        Na początku br. odbył się w Domu Kultury „Zacisze” w Warszawie kolejny już - IV Festiwal Amatorskich Zespołów Seniora. W tym roku DK „Zacisze” włączył się w cykl ogólnowarszawskich imprez, jako organizator przeglądu zespołów, kabaretów i klubów seniora, nie tylko stołecznych, ale także z innych regionów Polski. W festiwalu wzięło udział 39 amatorskich zespołów seniora. Fundatorem nagród był Burmistrz Dzielnicy Targówek m.st. Warszawy.
        Okręg Mazowiecki PZN reprezentowali: teatr „SeKreT” kierowany przez Andrzeja Chutkowskiego oraz zespół wokalny „Echo” pod muzycznym kierownictwem Jana Czerwińskiego z klubu Twórczości ŻAR. (Wywiad z Janem Czerwińskim zamieszczamy na s. 4).
        Prezentacje trwające w dniach 26-27 lutego, oceniało profesjonalne jury w składzie: Zbigniew Szablewski - profesor Akademii Muzycznej w Warszawie, Tatiana Wołoszyna - dyrektor chóru z Białorusi, Elena Jesipowa-Gorzelak z Domu Kultury „Zacisze”.
        Jest nam bardzo miło poinformować, że obydwa zespoły znalazły się w gronie laureatów: chór „Echo” zajął I miejsce w swojej kategorii, natomiast „SeKreT” - III miejsce wśród kabaretów. Występy obydwu zespołów znalazły uznanie nie tylko jury, ale były też gorąco przyjęte przez publiczność, która miała możliwość zapoznania się z różnorodnym repertuarem chóru (m.in. utwory klasyków: Beethovena, Mozarta i Bocka, a także pieśni partyzanckie i powstańcze) oraz skróconą, wersją spektaklu „Pod słów zaklęciem czarodziejskim” J. Tuwima w kabaretowej interpretacji teatru „SeKreT”.
        Redakcja Kwartalnika „Sekrety ŻARu” składa serdeczne gratulacje i życzy obydwu zespołom kolejnych sukcesów.

I Powrót na górę I


PUBLIKACJA DOFINANSOWANA ZE ŚRODKÓW PFRON
Adres redakcji:
KWARTALNIK KULTURALNY „SEKRETY ŻARu”
(Okręg Mazowiecki PZN)
ul. Jasna 22, 00-054 Warszawa
tel.: (0-22) 827 21 30 (sekretariat), 0 504 784 316 (redaktor wydania)
e-mail: sekretyzaru@pzn-mazowsze.org.pl

Kolegium redakcyjne:
Andrzej Roch Żakowski - redaktor naczelny
Piotr Stanisław Król - z-ca redaktora naczelnego
Irena Stopierzyńska-Siek - sekretarz
Irena Pursa, Andrzej Zaniewski, Iwona Zielińska-Zamora

Współpracownicy: Andrzej Chutkowski, Jadwiga Wodzyńska-Bujak

Korekta - Irena Pursa

Kolportaż: Elżbieta Król, tel. (0-22) 827 78 31,
e-mail: ekrol@pzn-mazowsze.org.pl

Przygotowanie elektroniczne wydania „Sekrety ŻARu”
Piotr S. Król
e-mail - psk-waw@wp.pl

Skład komputerowy (wyd. papierowe) - Piotr S. Król

Projekt i wykonanie okładki (wyd. papierowe) - Michał Zagulski

Uwaga - redakcja nie zwraca nadesłanych tekstów i zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów. Publikacje w kwartalniku są nieodpłatne. Praca w redakcji prowadzona jest na zasadach „non-profit”.

Jeśli uznają Państwo nasze wydawnictwo za godne wsparcia, to będziemy wdzięczni za każdą wpłatę na nasze konto:
Bank PEKAO S.A. II O/Warszawa 06124010241111000002694780
z dopiskiem „Kwartalnik Sekrety ŻARu"

Powrót na górę